Były strażnik miejski skazany. Zabił ciężarną żonę

Sąd Apelacyjny w Katowicach wydał wyrok w sprawie Piotra Sz., który został oskarżony o zabicie żony będącej w szóstym miesiącu ciąży. Kara pozbawienia wolności na 25 lat została zaostrzona. Mężczyzna spędzi za kratami całe życie. Pierwszy wyrok w tej sprawie zapadł w październiku 2021 r. w bielskim sądzie okręgowym. Zaskarżyły go wszystkie strony procesu. Prokuratura żądała dla oskarżonego dożywocia, pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych chciał uchylenia wyroku i zwrotu sprawy do pierwszej instancji. Obrona nieprawomocny wyrok uważała za zbyt surowy.

Do zabójstwa doszło jesienią 2019 r. Piotr Sz., wówczas funkcjonariusz bielskiej straży miejskiej, od pewnego czasu nie żył z żoną w zgodzie. Gdy kobieta była już w ciąży, zaczął romansować z koleżanką z pracy. Małżeństwo zaczęło się rozpadać. 17 października doszło do kolejnej awantury. Podczas niej udusił kobietę. Moment zabójstwa został zarejestrowany na nagraniu audio. Jak mówili oskarżyciele, ofiara „nagrała własną śmierć”.

Po zabójstwie sprawca owinął zwłoki w folię, wywiózł w okolice Siewierza i porzucił w lesie. Po wszystkim poszedł zagrać w piłkę, a następnego dnia do pracy. Dzwonił też do teściowej, pytając o żonę. Udawał zaniepokojonego. Zgłosił zaginięcie kobiety. Ruszyły poszukiwania. Policja od początku podejrzewała, że Sz. mógł popełnić zbrodnię. Został zatrzymany. Krótko potem przypadkowa osoba znalazła ciało kobiety.

Przyznał się do morderstwa. Wyrok jest prawomocny

Śledczy oskarżyli Piotra Sz. o zamordowanie ze szczególnym okrucieństwem żony będącej w szóstym miesiącu ciąży – dziecko również zmarło – a także wcześniejsze fizyczne i psychiczne znęcanie się nad żoną. Mężczyzna przyznał się do morderstwa. Nie godził się jednak z tym, że znęcał się nad kobietą. Poniedziałkowy wyrok jest prawomocny.
Źródło info i foto: onet.pl

Dwaj Brytyjczycy i Marokańczyk skazani na śmierć przez sąd samozwańczych władz w tzw. Donieckiej Republice Ludowej

Dwóch Brytyjczyków i Marokańczyk, którzy walczyli po stronie Ukrainy, zostali skazani na karę śmierci przez sąd samozwańczych władz w tzw. Donieckiej Republice Ludowej. Rodzina jednego z Brytyjczyków opublikowała oświadczenie, w którym przekazuje, że jest „zdruzgotana wynikiem nielegalnego, pokazowego procesu”. Narzeczona drugiego z mężczyzn przybyła do Londynu, gdzie podejmuje wysiłki mające zmobilizować urzędników do podjęcia działań w sprawie uwolnienia skazanych. Skazani to dwaj Brytyjczycy Shaun Pinner i Aiden Aslin oraz obywatel Maroka Brahim Saadoun. „Sąd” powołany przez władze tzw. Donieckiej Republiki Ludowej (utworzonej przez Rosję po nielegalnej aneksji części terenów Ukrainy) uznał ich za winnych i orzekł karę śmierci. Mężczyźni zdaniem separatystów są winni „walki jako najemnicy, a także popełnienia czynów mających na celu przejęcie władzy i obalenie porządku konstytucyjnego Donieckiej Republiki Ludowej”.

Mężczyźni zeznali, że służyli w regularnych jednostkach wojskowych w Mariupolu, w związku z czym przysługuje im ochrona jako jeńcom wojennym na podstawie Konwencji Genewskiej. O ich uwolnienie apelował także premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson, który nakazał ministrom zrobić „wszystko, co w ich mocy, aby zapewnić skazanym wolność”.

Shaun Pinner od 2018 roku mieszkał w Ukrainie i walczył w regularnych siłach zbrojnych kraju. Jego żona jest Ukrainką. Najbliżsi mężczyzny opublikowali w mediach społecznościowych oświadczenie, w którym przekazują, że są „zdruzgotani wynikiem nielegalnego, pokazowego procesu zorganizowanego przez tak zwaną Doniecką Republikę Ludową” – relacjonuje Sky News.

„Shaun mieszkał w Ukrainie od ponad czterech lat i był zakontraktowanym żołnierzem w 36. Brygadzie (…). Był ze swojej służby bardzo dumny. W związku z tym należy mu przyznać wszystkie prawa jeńców wojennych, w tym pełną niezależną reprezentację prawną” – pisze rodzina.

„Cała rodzina, w tym jego syn i żona, bardzo za nim tęsknią. Dziękujemy wszystkim zaangażowanym w rozwiązanie tej okropnej sytuacji” – kończą bliscy skazanego żołnierza.

Dwa dni temu do Londynu przybyła z kolei narzeczona drugiego ze skazanych Brytyjczyków, 28-letniego Aidena Aslina. Kobieta rozpoczęła kampanię, mającą na celu nagłośnienie jego losu i doprowadzenie do jego uwolnienia. W poście w mediach społecznościowych zapewniła swojego partnera, że nie został sam. „Wierzę, że już niedługo w gazetach zobaczymy zdjęcia, na których się uśmiechasz i żadne kraty nie będą Ci już zasłaniać twarzy” – napisała. W innym, obszernym wpisie opisała:
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Warszawa: Zmarł mężczyzna, który prawdopodobnie padł ofiarą napaści. Miał stanąć w obronie dwóch kobiet

W nocy z soboty na niedzielę do sklepu przy Nowym Świecie w Warszawie wszedł ranny mężczyzna. Pomimo udzielonej pomocy medycznej zmarł w szpitalu – informuje Komenda Stołeczna Policji. Z nieoficjalnych doniesień wynika, że mężczyzna, który padł ofiarą napaści, miał stanąć w obronie dwóch kobiet.

– W nocy otrzymaliśmy zgłoszenie, że do jednego ze sklepów przy ul. Nowy Świat przyszedł ranny mężczyzna – poinformowała w niedzielę sierż. sztab. Gabriela Putyra z zespołu prasowego Komendy Stołecznej Policji.

Na róg ul. Foksal i Nowego Światu została wezwana policja, a także służby ratunkowe.

– Niestety pomimo udzielonej pomocy medycznej i wysiłku lekarzy mężczyzna zmarł – zaznaczyła Putyra.

Nad sprawą pracują policjanci. Czynności nadzoruje prokuratura.

Interia Wydarzenia informuje, że w mediach pojawiają się relacje osób, które mogły być świadkami tragicznego zdarzenia. Z relacji wynika, że mężczyzna, który stał się ofiarą napaści, miał stanąć w obronie dwóch kobiet. Te wcześniej miała zaczepiać grupa – najpewniej – pijanych mężczyzn. Gdy zwrócono im uwagę, mieli rzucić się na osobę, która ich upomniała. Według świadków najpierw mężczyzna został zaciągnięty do pobliskiej bramy, skopany, a następnie kilkukrotnie ugodzony nożem lub innym ostrym narzędziem. W stanie krytycznym miał zostać następnie zabrany do szpitala, gdzie zmarł.

Informacji tych jednak na ten moment nie potwierdzają służby.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Proces ws. zabójstwa Pawła Adamowicza. Prokurator: milczenie oskarżonego to taktyka procesowa

Milczenie to taktyka procesowa. Oskarżony realizuje swoją linię obrony tak, jak chce. Nikt nie może mu nic narzucić i nikt nie może od niego oczekiwać, że będzie się zachowywał w określony sposób – powiedziała prokurator Agnieszka Nickel-Rogowska, która oskarża Stefana W. w sprawie zabójstwa prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza.

Oskarżony o zabójstwo prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza Stefan W. od początku procesu nie powiedział żadnego słowa. Nie odpowiada na pytania sędziów i swojego adwokata. W czwartek podczas rozprawy sąd przedstawił zaświadczenie lekarskie, z którego wynika że jest w pełnym kontakcie słownym i logicznym na terenie aresztu, że są zachowane wszystkie funkcje życiowe i oskarżony w izolacji zachowuje się normalnie. O zachowaniu podczas procesu oskarżonego o zabójstwo prezydenta Gdańska mówiła po czwartkowej rozprawie prokurator Agnieszka Nickel-Rogowska, która prowadziła śledztwo i oskarża Stefana W. przed Sądem Okręgowym w Gdańsku.

– Moim zdaniem milczenie na bieg postepowania sądowego, w żaden sposób nie wpłynie. Oskarżony ma prawo przyjąć taką postawę, jaką ma życzenie przyjąć. To jest jego prawo do obrony, które może realizować w każdy sposób. Natomiast w świetle przepisów prawa tylko i wyłącznie opinia biegłych, którzy stwierdzą, że nie może brać udziału w postępowaniu ze względu na stan zdrowia może spowodować, że sąd będzie zmuszony zawiesić postępowanie do czasu ustania tej przeszkody – mówiła prokurator. 

Na pytanie, w jaki sposób Stefan W. zachowywał się w trakcie przesłuchań w prokuraturze, odpowiedziała, że normalnie. Jak każdy podejrzany odpowiadał na pytania, składał wyjaśnienia, również spontaniczne. Był zachowany kontakt słowny i logiczny – relacjonowała Agnieszka Nickel-Rogowska.

Prokurator wyjaśniła także, że każde przesłuchanie odbywało się w obecności adwokata. – Czasami byli funkcjonariusze obsługujący kamerę – dodała. Dopytywana o poczytalność Stefana W. stwierdziła, że z opinii, które są w aktach sprawy wynika, że jego poczytalność jest ograniczona”. 

Nickel-Rogowska oświadczyła również, że jej zdaniem milczenie Stefana W. to taktyka procesowa. – Oskarżony realizuje swoją linię obrony tak jak chce. Nikt nie może mu nic narzucić i nikt nie może od niego oczekiwać, że będzie się zachowywał w określony sposób poza oczywiście naruszaniem powagi sądu i porządku na sali, bo jak wiadomo sąd może zastosować różne środki, które przewiduje kodeks. Natomiast dopóki milczy, to nic nie robi złego. To jest realizacja jego linii obrony – powiedziała. 
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Były słowacki wojskowy szpiegował na rzecz Rosji

Zatrzymany dwa tygodnie temu pod zarzutem współpracy z rosyjskim wywiadem były wojskowy przekazywał informacje o słowackim wojsku i NATO, m.in. szczegóły operacji wojskowych, ćwiczeń i obrony przeciwlotniczej – wynika z publikacji słowackich mediów, opierających się na materiałach sądowych.

Media opublikowały dokumenty, na podstawie których sąd zdecydował o areszcie dla Pavla Buczka. Mężczyzna przyznał się do współpracy z Rosją. W swojej karierze Buczka był m.in. prorektorem słowackiej akademii wojskowej oraz pracownikiem słowackiego ministerstwa obrony.

Buczka przekazywał informacje Rosjanom od 2013 roku. Dotyczyły m.in. operacji wojskowych, ćwiczeń, planów szkoleniowych, obrony przeciwlotniczej i uzbrojenia. Za przekazywane na kartach pamięci dane otrzymywał od Rosjan pieniądze, łącznie dostał co najmniej 46 tys. euro.

Jak zeznał Buczka, przed kilkoma miesiącami Rosjan interesowały konkretne informacje dotyczące Ukrainy. Chcieli wiedzieć, czy wśród uczestników niektórych kursów dla oficerów sztabowych nie było przedstawicieli armii ukraińskiej. Czasami Buczka przekazywał informacje bezpośrednio rosyjskim agentom, czasami wykorzystywał skrzynki kontaktowe.

Podczas przesłuchania Buczka powiedział, że chciał zakończyć współpracę z Rosją w 2019 roku, ale bał się gróźb kierowanych pod adresem jego rodziny. Podejmując decyzję o aresztowaniu szpiega, sąd nie wziął pod uwagę tego tłumaczenia. Mężczyzna został zatrzymany przed dwoma tygodniami w ramach akcji kontrwywiadu wojskowego pod kryptonimami Matrioszka i Katiusza.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Ukraina: Ludzie masowo kupują broń do samoobrony

Ukraińcy masowo kupują broń do samoobrony i udziału w obronie terytorialnej – pisze tygodnik „NW”. Uzbrojenie to teraz głośny temat w internecie. Właściciel jednego z lokali zaoferował nawet na Facebooku darmową pizzę dla każdego, kto zarejestrował niedawno broń. Szacuje się, że każdego roku Ukraińcy kupują ok. 70 tys. sztuk broni, a według MSW liczba jednostek legalnego uzbrojenia w obiegu sięga 1,3 mln. Rozmówcy „NW” z branży zwracają uwagę na znaczny wzrost popytu na broń odnotowany w styczniu.

Choć broń nie należy do tanich zakupów i wymaga otrzymania oficjalnego pozwolenia na jej wykorzystywanie, to nie powstrzymuje to Ukraińców przed inwestowaniem w swoje bezpieczeństwo – pisze tygodnik. Wiele osób jest dodatkowo zmotywowanych utworzeniem obrony terytorialnej, do której można dołączyć z własną bronią. Radio Swoboda wskazuje, że Ukraińcy którzy wstępują do tej formacji, swoją broń myśliwską i amunicję mogą wykorzystywać podczas wykonywania zadań.

Wraz z napięciem na granicach ukraińskich w związku ze zgromadzeniem wojsk przez Rosję w mediach społecznościowych na Ukrainie pojawia się coraz więcej zdjęć i wpisów poświęconych broni. Dla przykładu, weteran wojny w Donbasie i założyciel Veterano Group, w skład której wchodzi m.in. pizzeria, Łeonid Ostalcew zaproponował na Facebooku darmową pizzę dla wszystkich, którzy zarejestrowali swoją broń w styczniu tego roku. Jak podkreślił, chce w ten sposób wyrazić wdzięczność tym osobom, które są gotowe do obrony ojczyzny w razie ataku.

„Teraz wszyscy powinni się zbroić”

Teraz wszyscy powinni się zbroić – powiedział PAP w Kijowie pochodzący z Doniecka około sześćdziesięcioletni kierowca. Podkreśla, że opowiada się za tym, ponieważ widział na własne oczy, co działo się podczas okupacji Doniecka – miasta w Donbasie obecnie kontrolowanego przez wspieranych przez Rosję separatystów. Mężczyzna uciekł do Kijowa, pozostawiając za sobą dotychczasowe życie, nieruchomości, biznes… Wyraża nadzieję, że Zachód pomoże Ukrainie i nie ziści się najczarniejszy scenariusz.

Samo posiadanie broni nie wystarcza, trzeba się umieć nią posługiwać – wskazuje w komentarzu dla Radia Swoboda instruktor samoobrony Ołeksij Martynenko. Jak dobrze by nie działały organy państwowe, nie są w stanie obronić wszystkich. I teraz, w obliczu ostatnich wydarzeń, ludzie rozpatrują broń (…) dla obrony państwa. Więc nie widzę zagrożenia w tym, by cywile się zbroili. Widzę zagrożenie w czym innym – w braku kultury posługiwania się bronią u większości mieszkańców – wskazał. Ostrzegł, że posiadanie broni bez odpowiedniego przygotowania to zagrożenie dla siebie i bliskich.

Właściciel jednego z centrów szkoleniowych w dziedzinie bezpieczeństwa na przedmieściach Kijowa Roman Zembicki mówi „NW”, że w ciągu ostatnich kilku tygodni w jego ośrodku powstało dziesięć nowych ośmioosobowych grup, które uczą się posługiwania bronią. Na miejscu prowadzone są kursy z podstaw posługiwania się bronią, jak i z taktycznego wykorzystania broni – w różnych warunkach, np. w samochodzie, w pomieszczeniu.

Uzbrojenie cywilów musi odbywać się w legalny sposób, w kraju i tak jest dużo nielegalnej broni, co jest bardzo niebezpieczne dla społeczeństwa – zaznacza z kolei ochotnik Ołeksij Byk.

Broń jest potrzebna Ukraińcom, szczególnie w chwili wojny, nie tylko dla samoobrony, ale też dla obrony swoich konstytucyjnych praw i państwa – uważa. Nie jest jednak za tym, by wszyscy od razu zaczęli zwracać się o pozwolenia na broń. Radzi, by powierzyć obronę kraju profesjonalistom i zapewnia, że ochotnicy są do tego gotowi.

W 2014 roku wojna zastała nas z zaskoczenia, nie byliśmy w ogóle gotowi. Dziś wyciągnęliśmy z tego wnioski. Weterani mają legalną broń i przechodzą szkolenia. Nie uciekniemy, nie mamy dokąd uciekać, to nasza ziemia, będziemy jej bronić. Zwyciężymy – podsumowuje.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Prokuratura chce dla Jakuba Żulczyka pięciu miesięcy prac społecznych. Chodzi o znieważenie prezydenta

Na 10 stycznia Sąd Okręgowy w Warszawie wyznaczył wyrok w procesie pisarza Jakuba Żulczyka oskarżonego o znieważenie prezydenta Andrzeja Dudy. Prokuratura domaga się przeprosin oraz pięciu miesięcy ograniczenia wolności w postaci prac społecznych; obrona chce uniewinnienia. Sprawa dotyczy wpisu na portalu społecznościowym z listopada 2020 r., w którym – komentując wpis prezydenta Andrzeja Dudy po wyborach prezydenckich w USA – Żulczyk nazwał go „debilem”. Śledztwo w tej sprawie rozpoczęło się po zawiadomieniu osoby prywatnej. Akt oskarżenia wpłynął do warszawskiego Sądu Okręgowego pod koniec marca ub.r.

Na pierwszej, listopadowej rozprawie pisarz nie przyznał się do zarzutu znieważenia prezydenta. Tłumaczył, że wpis miał być wyrazem krytyki i zaniepokojenia działaniami Andrzeja Dudy – te, zdaniem Żulczyka, „narażały na szwank międzynarodową reputację Polski”.

W środę w charakterze świadka sąd przesłuchał językoznawcę Michała Rusinka, który sporządził opinię filologiczną dotyczącą wpisu Żulczyka. Jak przekonywał, wpis należy potraktować w kategorii felietonu nacechowanego hiperbolizacją. Podkreślał też, że dla formy tej charakterystyczna jest subiektywna ocena sprawy przez autora. Po krótkim przesłuchaniu proces zakończył się, a strony przeszły do wygłaszania mów końcowych.

Pierwsza głos zabrała prokuratura, która wniosła o wymierzenie pisarzowi kary 5 miesięcy ograniczenia wolności w postaci wykonywania prac społecznych w wymiarze 20 godzin miesięcznie. Oprócz tego – po uprawomocnieniu się wyroku – Żulczyk miałby opublikować przeprosiny na Facebooku. Jak wskazano, powinny tam widnieć co najmniej przez miesiąc.

– Trzeba przyznać, że prezydent jest często narażony na ostrzejszą krytykę niż inne osoby niebędące osobami publicznymi. Nie oznacza to, że może być ona dowolna i bez ograniczeń – argumentowano. Zdaniem prokuratury nie można twierdzić, że pociągnięcie Żulczyka do odpowiedzialności karnej ogranicza jego wolność słowa, bowiem w sprawie nie chodzi o samą krytykę, a o sposób jej wyrażenia. W opinii prokuratora wyrok uniewinniający będzie oznaczał zgodę na wulgaryzację debaty publicznej.

Obrona przekonywała natomiast, że do znieważenia prezydenta w ogóle nie doszło, a Żulczyk powinien być uniewinniony. Adwokaci zwracali uwagę na znikomą szkodliwość społeczną czynu oraz fakt, że do skazań w sprawach o znieważenie głowy państwa dochodziło, gdy obelżywe słowa padły bez żadnego kontekstu. Jak wskazywali, pisarz ewentualnie mógłby być oskarżony o zniesławienie, które jest ścigane z oskarżenia prywatnego.

– Jeśli rzeczywiście prezydent Andrzej Duda czuje się pomówiony przez Jakuba Żulczyka o to, że intelektualnie nie dorasta do funkcji prezydenta, to ma ku temu specjalny tryb. Nie ma jednak podstaw do tego, by urząd prokuratorski, w imieniu Rzeczypospolitej, oskarżał Jakuba Żulczyka o znieważenie głowy państwa – mówił mec. Krzysztof Nowiński.

„To nie jest napis na płocie”

– „Andrzej Duda jest debilem” to nie jest napis na płocie, to nie jest napis na murze Pałacu Prezydenckiego – wskazywał z kolei inny z obrońców mec. Grzegorz Kucharski. Jak mówił, chodzi o fragment dłuższej, choć „mocno krytycznej wypowiedzi”. – Prokuratura nie ma racji w tym, że to sformułowanie jest wyjęte z kontekstu – podkreślił. Jak wskazał, kontekstem jest postępowanie prezydenta Andrzeja Dudy w związku z wygranymi wyborami prezydenckimi przez obecnego prezydenta USA Joe Bidena.

Sam Żulczyk podkreślił natomiast, że jego krytyczny stosunek do obecnych władz do Polsce nie jest tajemnicą, jednak to, czy „prezydent Duda jest osobą bardziej mądrą czy mniej mądrą”, niekoniecznie ma znaczenie dla jego sprawy. Jak wskazywał, znaczenie ma za to „możliwość krytyki i władzy i wyrażania sprzeciwu”.

– Jakie mamy możliwości działania, kiedy władza zachowuje się źle, głupio, kiedy kłamie? Czy władza może nas pouczać, w jaki sposób możemy ją krytykować? – pytał. Podkreślił przy tym, że w żaden sposób nie czuje się osobą prześladowaną, bo byłoby to obraźliwe w stosunku do ludzi, którzy faktycznie cierpią z tego powodu.

– Moją sprawę traktuję bardziej jako kłopot – trochę śmieszny, trochę straszny, a trochę istotny. Istotny, gdyż wierzę, że ta sprawa jest pewnym papierkiem lakmusowym, jednym z wielu drobnych testów, podczas których sprawdzamy jako społeczeństwo nasze możliwości obywatelskiego oporu – mówił.

 – Stojąc przed sądem za słowa, które napisałem na Facebooku, czuję się jak poddany, jak petent, jak członek ciemnego ludu, który władzę ma jedynie wielbić, bo od tego władza przecież jest. Nie uważam tak. W demokratycznym społeczeństwie (…) to władza jest dla nas, ma nas reprezentować, ma nam pomagać, a my mamy prawo, nawet obowiązek reagowania, gdy ta władza działa przeciwko naszym interesom – nawet kosztem bon tonu, savoir vivre’u, ładnej polszczyzny i dobrego wychowania – podsumował pisarz.

Wpis Jakuba Żulczyka

Po wyborach prezydenckich w USA w 2020 r. prezydent Andrzej Duda napisał na Twitterze: „Gratulacje dla Joe Bidena za udaną kampanię prezydencką; w oczekiwaniu na nominację Kolegium Elektorów Polska jest zdeterminowana, by utrzymać wysoki poziom i jakość partnerstwa strategicznego z USA”. Wpis ten skomentował pisarz Jakub Żulczyk.

„Nigdy nie słyszałem, aby w amerykańskim procesie wyborczym było coś takiego, jak »nominacja przez Kolegium Elektorskie«. Biden wygrał wybory. Zdobył 290 pewnych głosów elektorskich, ostatecznie, po ponownym przeliczeniu głosów w Georgii, zdobędzie ich zapewne 306, by wygrać, potrzebował 270. Prezydenta-elekta w USA »obwieszczają« agencje prasowe, nie ma żadnego federalnego, centralnego ciała ani urzędu, w którego gestii leży owo obwieszczenie. Wszystko co następuje od dzisiaj – doliczenie reszty głosów, głosowania elektorskie – to czysta formalność. Joe Biden jest 46 prezydentem USA. Andrzej Duda jest debilem” – napisał na Facebooku.

Pisarz oskarżony jest z art. 135 par. 2 Kodeksu karnego, który przewiduje karę do 3 lat więzienia. Sąd wyznaczył termin wydania wyroku na przyszły poniedziałek, 10 stycznia.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Portugalia: Bankier poszukiwany listem gończym. W tle wątek z Polski

„Poszukiwany od końca września międzynarodowym listem gończym portugalski bankier Joao Rendeiro korzystał z polskich adresów oraz skrzynki mailowej na polskiej domenie” – wynika z ustaleń portugalskiej policji, na które powołuje się lizbońska telewizja RTP. Jak wskazali śledczy, były prezes Portugalskiego Prywatnego Banku (BPP) przed swym niespodziewanym zniknięciem kupił bilety lotnicze w liniach Easy Jet na trasie Lizbona-Londyn, podając dwa różne adresy zamieszkania, oba w Polsce.

Portugalska policja ustaliła jednak, że poszukiwany nie podróżował w tym czasie i nie skorzystał z biletów lotniczych kupionych na 12 i 30 września. Dodatkowo potwierdzono, że Rendeiro korzystał ze skrzynki mailowej na polskiej domenie.

Ucieczka bankiera

Pod koniec września Rendeiro na swoim blogu ogłosił, że uciekł z Portugalii, gdyż nie zgadza się z zasądzonym mu 3,5-rocznym wyrokiem więzienia za nadużycia podczas kierowania BPP, który w 2010 r. został zmuszony do ogłoszenia bankructwa. Określił orzeczenie sądu w Lizbonie jako “krzywdzące”, a swoją ucieczkę uznał za “sprawiedliwą formę obrony”.

Niebawem po ogłoszeniu ucieczki przez bankiera portugalski wymiar sprawiedliwości wystawił za Rendeiro międzynarodowy list gończy, a także nakazał zajęcie jego mienia, m.in. dzieł sztuki.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Rosja: Brat Nawalnego skazany

Rok pozbawienia wolności w zawieszeniu na rok za naruszenie przepisów sanitarnych – na taką karę sąd skazał Olega Nawalnego, brata rosyjskiego opozycjonisty Aleksieja Nawalnego. Do złamania przepisów miało dojść podczas demonstracji w obronie Aleksieja. Oleg Nawalny nie przyznawał się do winy. Prokurator żądał dla niego kary jednego roku w zawieszeniu na trzy lata.

Proces odbywał się bez udziału prasy; sąd, nie wpuszczając dziennikarzy, powołał się na ograniczenia z powodu pandemii koronawirusa.

Jeszcze przed wyrokiem adwokat Olega Nawalnego, Nikos Paraskiewow powiedział mediom, że w przypadku wyroku skazującego, bez względu na to, czy będzie łagodny, czy też nie, nastąpi apelacja. Zapowiedział, że w razie potrzeby zwróci się do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka.

Powodem wszczęcia sprawy karnej był post na Facebooku, w którym Oleg Nawalny złożył synowi życzenia urodzinowe, życząc mu m.in., by nie dorastał „w państwie policyjnym, gdzie ludzie są więzieni za prawdę”. Następnie wezwał internautów, by 23 stycznia wyszli na centralne ulice swoich miast. Tego właśnie dnia w miastach Rosji odbyły się protesty w obronie aresztowanego Aleksieja Nawalnego. Policja w Moskwie uznała, że na protest w stolicy przyszli ludzie zakażeni koronawirusem.
Źródło info i foto: interia.pl

Rosja: Demonstracje w obronie Aleksieja Nawalnego w kilkudziesięciu miastach. Zatrzymano setki osób

W kilkudziesięciu miastach Rosji odbyły się demonstracje w obronie Aleksieja Nawalnego. Wieczorem na ulice Mokswy i Sankt Petersburga wyszły tysiące ludzi. Według rosyjskich mediów niezależnych, do tej pory policja w całym kraju zatrzymała ok. 500 osób i liczba ta rośnie. Aleksiej Nawalny jest przetrzymywany w kolonii karnej, gdzie od 31 marca prowadzi protest głodowy.

Demonstracje w obronie Aleksieja Nawalnego odbyły się w środę w kilkudziesięciu miejscowościach. Według rosyjskich mediów niezależnych, do tej pory policja w całym kraju zatrzymała ok. 500 osób. Najliczniejsze demonstracje zaplanowano na godziny wieczorne w Moskwie i Sankt Petersburgu. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych oszacowało, że w tych miastach na ulice wyszło wieczorem odpowiednio 6 tys. i 4,5 tys. osób. Współpracownicy Aleksieja Nawalnego uważają, że w rzeczywistości uczestników jest więcej.

Moskwianie, którzy biorą udział w demonstracji, wznoszą hasła: „wolność dla Nawalnego”, „my jesteśmy władzą”, „Rosja bez Putina” i „Putin jest zabójcą”.

Kilka tysięcy zwolenników opozycji przeszło ulicą Twerską w stronę Placu Maneżowego. Dalej, w kierunku Placu Czerwonego przejście zablokowały oddziały policji.

Demonstranci wznoszą nad głowami telefony z włączonymi latarkami. W akcji biorą udział między innymi Julia Nawalna, żona Aleksieja Nawalnego i brat opozycjonisty Oleg. Media informują, że w Sankt Petersburgu służby stosują wobec zatrzymanych paralizatory.

Pierwsze demonstracje odbyły się na rosyjskim Dalekim Wschodzie i na Syberii. Według radia Echo Moskwy jeden z najliczniejszych wieców zorganizowano w ciągu dnia w Nowosybirsku, gdzie na ulicę wyszło około 4 tysięcy osób.

Od rana policja zatrzymywała współpracowników Aleksieja Nawalnego i przeprowadzała rozmowy ostrzegawcze. Według portalu OVD-info, w Moskwie, Petersburgu, Niżnym Nowogrodzie, Piatigorsku i kilkudziesięciu innych miastach Rosji policja zapukała do drzwi działaczy opozycji i niezależnych dziennikarzy. Część osób trafiła do policyjnych aresztów.

Jak informuje portal, wśród zatrzymanych prewencyjnie są bliscy współpracownicy lidera opozycji – Kira Jarmysz i Lubow Sobol oraz opozycyjny polityk i publicysta Władimir Ryżkow.
Źródło info i foto: Gazeta.pl