22-latka zgwałcona w Grecji. Oskarża zamożnego Amerykanina

22-letnia obywatelka Wielkiej Brytanii twierdzi, że została zgwałcona podczas wakacji na luksusowej greckiej wyspie Mykonos. Oprawcą poszkodowanej miał być Amerykanin pochodzący z zamożnej rodziny mieszkającej w Nowym Jorku.

Wymarzone wakacje zamieniły się w koszmar. Sprawę nagłośniły greckie media. 9 lipca pochodząca z Preston w hrabstwie Lancashire 22-latka poznała w jednym z barów na Mykonos Amerykanina. Mężczyzna mówił, że pochodzi z zamożnej rodziny mieszkającej w Nowym Jorku. W pewnym momencie Brytyjka wraz z nim oraz swoimi znajomymi przenieśli się do jej hotelowego pokoju, aby kontynuować imprezę.

Po przeniesieniu się do hotelu sprawy przybrały nieoczekiwany obrót. Według Brytyjki 30-latek poszedł za nią do łazienki i ją zgwałcił. 22-latka miała tłumaczyć Amerykaninowi, że nie chce mieć z nim stosunku, jednak ten miał nie reagować na jej słowa i gesty odpychania go. Jak zeznała kobieta, po gwałcie mężczyzna opuścił jej hotel. 22-latka zgłosiła się na policji kolejnego dnia rano.

Tam zmusił mnie do uprawiania z nim seksu, gdy próbowałam go odepchnąć, na próżno mu tłumacząc, że nie mam nastroju na stosunek seksualny – mówiła 22-latka.

30-latek nie przyznaje się do zgwałcenia kobiety. Według niego między nim a 22-latką doszło do stosunku, na który Brytyjka dała przyzwolenie. Sprawą zajmuje się teraz policja, której przeprowadzono badanie kryminalistyczne. Podejrzany zostanie również przesłuchany przez prokuratora.

O gwałtach dokonywanych przez turystów w Grecji słyszy się coraz częściej. Zaledwie w zeszłym miesiącu Brytyjczyk został oskarżony o zgwałcenie własnej córki na innej greckiej wyspie. Na początku czerwca inna Brytyjka zgłosiła gwałt, którego miał dokonać taksówkarz na Krecie. Na samym Mykonos miało niedawno dojść do zgwałcenia 22-letniej obywatelki Danii.
Źródło info i foto: o2.pl

Kołobrzeg: Brutalnie zgwałcił 86-latkę. Kobieta trafiła do szpitala

Fot. Damian Klamka/East News
n/z radiowoz policyjny

Za gwałt na 86-latce z Kołobrzegu będzie sądzony 37-letni mężczyzna. Prokuratura przekazała, że usłyszał zarzut gwałtu ze szczególnym okrucieństwem. – Podejrzany nie przyznał się do winy, odmówił składania wyjaśnień – poinformował w piątek PAP rzecznik Prokuratury Okręgowej w Koszalinie Ryszard Gąsiorowski. Zgodnie z informacjami przekazanymi przez lekarzy, jej życiu nie zagraża niebezpieczeństwo.

Prokurator Gąsiorowski dodał, że w toku śledztwa pokrzywdzona 86-latka wskazała swojego oprawcę. PAP ustaliła w źródłach zbliżonych do śledztwa, że kobieta znała mężczyznę, który ją zgwałcił. Sprawcą okazał się partner osoby z rodziny pokrzywdzonej.

– 37-letni Patryk M. został zatrzymany i usłyszał zarzut gwałtu ze szczególnym okrucieństwem. Został przesłuchany. Nie przyznał się do popełnienia zarzucanego mu czynu. Odmówił składania wyjaśnień – przekazał prok. Gąsiorowski. Prokuratura Rejonowa w Kołobrzegu złożyła do sądu wniosek o trzymiesięczny areszt podejrzanego. Za gwałt ze szczególnym okrucieństwem grozi kara od 5 do 15 lat więzienia.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Zabójstwo młodej Ukrainki na warszawskich Włochach. Sprawca wciąż poszukiwany

We wtorek na balkonie jednego z bloków w warszawskich Włochach znaleziono ciało młodej obywatelki Ukrainy. Wszystko wskazuje na to, że doszło do zbrodni na tle obyczajowym. Morderca jest nadal poszukiwany. Do zabójstwa 21-letniej obywatelki Ukrainy doszło we wtorek w mieszkaniu na trzecim piętrze w bloku przy ul. Borsuczej w Warszawy. Jak nieoficjalnie ustaliła PAP, młoda Ukrainka wynajmowała to mieszkanie od jesieni ubiegłego roku.

Jak dowiedziała się PAP, kobieta dobrze znała swojego oprawcę, być może byli parą. Śledczy wstępnie zakładają, że do zabójstwa doszło na tle obyczajowym. We wtorek po południu pomiędzy młodą kobietą a mężczyzną doszło do kłótni, która przeniosła się na balkon od strony ulicy Borsuczej na trzecim piętrze. To tam napastnik zaatakował poszkodowaną, zadając jej liczne rany kłute.

Śledczy we wtorek do późnych godzin wieczornych pracowali na miejscu zabójstwa. Balkon został zasłonięty policyjnym parawanem. Rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie Aleksandra Skrzyniarz poinformowała, że Prokuratura Rejonowa Warszawa Ochota wszczęła śledztwo w sprawie zabójstwa młodej obywatelki Ukrainy. – Trwają czynności zmierzające do zatrzymania sprawcy – zaznaczyła prokurator. Dodała także, że zlecono sekcję zwłok ofiary.
Źródło info i foto: wp.pl

Ofiara gwałciciela pozywa Ministerstwo Sprawiedliwości. Oprawca powinien był siedzieć za kratami

– Gdyby nie wypuścili go na wolność, nie byłabym dzisiaj kaleką, nie budziłabym się z krzykiem każdej nocy – Daria nie umie ukryć emocji, kiedy wraca myślami do tamtego dnia. Jedna decyzja systemu spowodowała, że jej życie zawaliło się i już nigdy nie będzie takie jak dawniej.

17 stycznia 2016 roku Daria jedzie pociągiem ze Strzelec Opolskich do domu. Jest pewna, że przesiądzie się w Katowicach, ale w okienku na dworcu słyszy, że ten pociąg akurat tam nie dojeżdża. Wysiada więc w Zabrzu. Szuka autobusu, którym dotrze do domu.

Tym samym pociągiem ze Strzelec jedzie też 34-letni Robert K. Proponuje zagubionej 23-trzylatce pomoc.

– Tłumaczył mi, którędy mam pójść. W pewnym momencie powiedział, że podprowadzi mnie na właściwy przystanek – wspomina Daria.

Ale zamiast na przystanek Robert K. prowadzi dziewczynę przed mieszkanie swego brata, a potem krępuje jej ręce i wciąga do środka.

– Zamknął drzwi na klucz, szarpnął mnie i powiedział, że idziemy na układ. Albo sama się rozbieram, albo on mnie pobije i rozbierze – opowiada Daria.

Dziewczyna prosi, by ją wypuścił, chce wrócić do domu. W odpowiedzi Robert K. uderza ją w twarz. Daria nie ma żadnych szans.

– Położył się na mnie i mnie zgwałcił. Chciałam uciec, ale nie mogłam. Po wszystkim zgodził się, żebym zapaliła papierosa. A ja otworzyłam okno i wyskoczyłam. Z pierwszego piętra – opowiada kobieta. – Ratowałam się, jak mogłam.

Nagą i posiniaczoną Darię znajdują na chodniku przechodnie.

– Pamiętam, że najpierw podeszła do mnie jakaś pani, potem zatrzymał się mężczyzna z dwójką dzieci. Maluchy płakały, a on okrył mnie własną kurtką – wspomina.

To ten świadek zezna później, że kobieta wyglądała jak „żywe zombie”. Za chwilę na miejscu jest już policja i pogotowie. Daria trafia do szpitala.

„W pełni sprawna nie będę już nigdy”

Lista obrażeń 23-latki jest długa. Złamanie miednicy, kości łonowej, krzyżowej, pogruchotany kręgosłup.

– To, że nie siedzę po tym wszystkim na wózku, to cud. Ale w pełni sprawna nie będę już nigdy. Nadal mam problemy z chodzeniem, po trzech latach zdiagnozowano u mnie padaczkę na tle nerwowym. Mam dwadzieścia osiem lat i jestem wrakiem człowieka – dodaje Daria.

Policja szybko zatrzymuje Roberta K. w jednym z centrów handlowych. Od razu słyszy dwa zarzuty: zarzut zgwałcenia Darii przy użyciu przemocy i zarzut posiadania narkotyków. Potem dochodzi jeszcze trzeci – naruszenia nietykalności cielesnej policjanta. Robert K. atakuje funkcjonariusza, który doprowadza go do sali przesłuchań.

Nie powinien być na wolności

Szybko okazuje się, że Roberta K. tego dnia w ogóle nie powinno być na wolności. Od sześciu lat odsiaduje bowiem wyrok, między innymi za przestępstwo zgwałcenia. Tego dnia kiedy niszczy życie Darii nie ma go jednak w Zakładzie Karnym w Kluczborku, tylko podróżuje pociągiem ze Strzelec.

Już kilka dni po gwałcie rzecznik Sądu Okręgowego w Opolu tłumaczy mediom, że Robert K. mimo wyroku sprzed sześciu lat przebywał na wolności, bo miał… trzymiesięczną przerwę w odbywaniu kary. Z wnioskiem o jej udzielenie wystąpił naczelnik Zakładu Karnego w Kluczborku. Powód? Sytuacja zdrowotna osadzonego. Robert K. cierpi na jaskrę. Według opinii lekarskiej przebywanie osadzonego w więzieniu mogło zagrażać jego zdrowiu, a nawet życiu. Dlatego mimo negatywnej opinii psychologów 14 grudnia 2015 roku opuścił więzienne mury. Na operację jaskry nigdy jednak nie dotarł. Miesiąc po wyjściu zgwałcił za to Darię.

Linia obrony

Po zatrzymaniu przez policję Robert K. znów trafia na ławę oskarżonych. 20 lutego 2017 roku Sąd Rejonowy w Zabrzu za zgwałcenie Darii skazuje go na łączną karę osiemnastu lat pozbawienia wolności. Sędzia orzeka wobec skazanego także środek zabezpieczający polegający na poddaniu mężczyzny terapii farmakologicznej służącej obniżeniu jego popędu seksualnego.

Robert K. od wyroku się odwołuje. Domaga się uniewinnienia. Twierdzi, że do niczego poszkodowanej nie zmuszał.

– Nie rozumiem, dlaczego ta pani nago wyskoczyła z okna, chyba jej coś odbiło – tłumaczy w apelacji.

Sąd drugiej instancji określa jednak linię obrony przyjętą przez Roberta K. jako nieudolną. Jego samego opisuje w wyroku jako „sprawcę niepoprawnego, wymagającego długoterminowego oddziaływania wychowawczo-resocjalizacyjnego w warunkach izolacji penitencjarnej”.

Sędzia zmniejsza jednak wymiar kary i tym razem wyrok brzmi: trzynaście lat więzienia. Uchylony zostaje też punkt o „kastracji farmakologicznej” mężczyzny.

– To, czego dopuścił się oskarżony, nie było przestępstwem popełnionym w związku z zaburzeniami preferencji seksualnych. Skłonność do agresywnych zachowań seksualnych oskarżonego uwarunkowana jest osobowością dyssocjalną i uzależnieniem od środków psychotropowych – tłumaczy sędzia.

Dla Darii wyrok skazujący jej oprawcę to jednak żadne zwycięstwo. Od początku nie mieści jej się w głowie, co Robert K. robił w pociągu ze Strzelec Opolskich, skoro powinien wtedy siedzieć w więzieniu?

Ziobro powołuje specjalny zespół

Bulwersująca historia wypuszczonego gwałciciela recydywisty od razu trafia do Ministerstwa Sprawiedliwości. Minister Zbigniew Ziobro powołuje specjalny zespół do zbadania tej sprawy.

11 lutego 2016 roku zwołuje konferencję, na której przedstawia ustalenia zespołu.

– Doszło do poważnych zaniedbań w działaniu zarówno dyrekcji Zakładu Karnego w Kluczborku, jak i sądu penitencjarnego – obwieszcza minister Ziobro. – W związku z tym postanowiłem zwrócić się do władz nadzorujących dyrektora Zakładu Karnego w Kluczborku o wyciągnięcie konsekwencji personalnych.

Lecą głowy. Stanowiska tracą dyrektor zakładu karnego i jego zastępca.

Zbigniew Ziobro podkreśla, że jest to bardzo jednoznaczny sygnał, że aktualne kierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości nie będzie tolerowało sytuacji, w której „bezrefleksyjne, rutynowe i beztroskie działania wobec groźnych kryminalistów ze strony dyrekcji zakładów karnych mogą powodować zagrożenie dla zdrowia i życia niewinnych ludzi”.

Ziobro deklaruje też zaostrzenie kar dla gwałcicieli i poprawę systemu monitoringu więźniów korzystających z przepustki lub przerwy w odbywaniu kary.

Tymczasem życie Darii już nigdy nie wraca do normy.

– Czas nie leczy ran. To cały czas jest ze mną. Boje się sama wyjść z domu. Kiedy widzę na ulicy człowieka podobnego do Roberta, zaczynam cała się trząść, nie umiem się uspokoić. Tego nie da są zapomnieć – szlocha.

Co dało jej odwołanie dyrektora Zakładu Karnego i zdyscyplinowanie sądu penitencjarnego, który wypuścił w grudniu 2015 roku na wolność Roberta K.?

– Nic. Nigdy nie poczuję ulgi, bo człowiek, który zniszczył mi życie, nigdy nie poczuje tego co ja przeżyłam. On ma ciepło, wszystko opłacone i głodny nie chodzi. A ja? Ja się o wszystko muszę martwić, żeby mieć dach nad głową, żeby mieć za co żyć.

Pięć lat po dramacie kobieta żyje na granicy wegetacji.

– Nie mogę znaleźć pracy. Z zawodu jestem handlowcem, ale nie zatrudnią mnie w żadnym sklepie, bo po złamaniach nie wystoję długo, a o dźwiganiu czegokolwiek mogę zapomnieć. Nawet prawa jazdy nie mogę zrobić, bo padaczka mnie wykluczyła. Czuję się przez to wszystko zdyskwalifikowana z normalnego życia.

List do ministerstwa

Wiosną tego roku kobieta trafia do kancelarii katowickiego prawnika Leszka Krupanka. Ten tydzień później pisze do Ministerstwa Sprawiedliwości list. Pyta wprost: „Czy istnieje możliwość zawarcia ugody ze Skarbem Państwa?”

– System zawinił, to niech system odpowie, także i finansowo. Ale nawet gdyby nie było tu winy systemu, to od czego jest Fundusz Sprawiedliwości, który ma wspomagać ofiary przestępstw? No komu jak nie pani Darii te pieniądze z funduszu się należą? – apeluje Leszek Krupanek.

W imieniu klientki prosi Ministerstwo Sprawiedliwości o 300 000 zł zadośćuczynienia i 1000 zł miesięcznej renty.

Ministerstwo Sprawiedliwości na pismo jednak nie odpowiada. W czerwcu Leszek Krupanek ponawia prośbę o zadośćuczynienie jego klientce. Jakiś czas później dzwoni telefon.

– Radca prawny z ministerstwa. Tłumaczy uprzejmie, że nasze pisma poszły gdzieś wyżej do zaopiniowania i od razu uprzedza mnie, że ministerstwo nie ma pieniędzy na tego typu pomoc. Miałem poczucie, że przekaz brzmi: po co chce pan wkładać kij w mrowisko? – opowiada Leszek Krupanek.

Poza telefonem oficjalnej odpowiedzi nadal brak. W sierpniu tego roku Daria idzie więc do Sądu Rejonowego dla Warszawy Śródmieścia z zawezwaniem do próby ugodowej.

W ubiegły piątek do Darii przychodzi pismo z sądu.

– Poinformowali nas, że odpis naszego zawezwania trafił do Ministerstwa Sprawiedliwości, ale jednocześnie z uwagi na epidemię COVID-19 sąd nie wyznacza terminu posiedzenia pojednawczego w sprawie – Leszek Krupanek rozkłada ręce.

W piśmie czytamy: „termin posiedzenia pojednawczego zostanie wyznaczony tylko i wyłącznie wtedy, gdy przeciwnik wyrazi pisemną wolą zawarcia ugody w sprawie. W przeciwnym razie sprawa zostanie zakreślona w repetytorium jako zakończona bez zawarcia ugody”.
Źródło info i foto: interia.pl

W Chodzieży ruszył proces byłego księdza. Miał latami gwałcić chłopca

Przed Sądem Rejonowym w Chodzieży (woj. wielkopolskie) ruszył proces Krzysztofa G. Byłego księdza oskarża się o dokonywanie gwałtów i molestowanie Sebastiana B. Miało to miejsce na przestrzeni kilkunastu lat. Szczegóły sprawy przedstawił portal radio.opole.pl. Na wniosek stron proces będzie toczyć się za zamkniętymi drzwiami. Przed pierwszą rozprawą głos zabrał poszkodowany Szymon D. W rozmowie z mediami przyznał, że ma nadzieję na sprawiedliwą karę dla duchownego. Nie omieszkał również przypomnieć, że na rozpoczęcie procesu czekał kilka lat.

„Czekałem parę lat, z czego po drodze [postępowanie] było umorzone przez prokuraturę. Udało się przez Prokuraturę Okręgową w Poznaniu na nowo ruszyć to wszystko. Oczekiwania były dosyć duże, ale dzisiejszy stres jest jeszcze większy niż w czasie tych przesłuchań, bo trzeba się będzie zmierzyć ze sprawcą oko w oko” – przyznał Szymon D.

Ksiądz Krzysztof G. miał molestować Sebastiana B. przez kilkanaście lat. Wszystko zaczęło się w 2001 roku. Poszkodowany miał wtedy 14 lat i był ministrantem w kościele w Chodzieży.

10 sierpnia pokrzywdzony zobaczył oskarżonego pierwszy raz od 2015 roku. To właśnie wtedy doszło do ich ostatniego spotkania w domu Sebastiana B. Oprawca miał przyznać się wtedy do winy i zagwarantować, że sam zgłosi się w tej sprawie do abp. Stanisława Gądeckiego.

„W kurii była ta sprawa już w 2015 roku złożona, do prokuratury mec. Nowak składał to chyba w styczniu 2017 roku. Kuria jakby chciała, żeby to się przedawniło. Nie zostałem tam nawet poinformowany, że mogę złożyć takie zawiadomienie też do prokuratury” – mówił pokrzywdzony.

Szymon D. został zapytany przez media, czy ma pretensje do Kościoła. Bez wahania odpowiedział, że ma od samego początku. Te mają wynikać choćby z faktu, że pokrzywdzony nie został poinformowany o tym, że czyny duchownego mogą być ukarane przez polski wymiar sprawiedliwości.

Pełnomocnik pokrzywdzonego zaznaczył, że będzie domagać się wydania aktu postępowania kanonicznego, karno-administracyjnego dotyczącego sprawcy. Adwokat Artur Nowak nie wyobraża sobie innego scenariusza.

„Będziemy domagali się, żeby sąd ten materiał ściągnął przede wszystkim, bo to nie może być tak, że w jakikolwiek sposób państwo jest skrępowane w tym, żeby mieć wszelkie dane, które są potrzebne do ustalenia stanu faktycznego” – zaznaczył adwokat.

Zarówno prokurator, jak i obrońca oskarżonego nie chcieli rozmawiać z mediami. Kolejna rozprawa ma odbyć się już we wrześniu. Wiadomo, że Krzysztofowi G. grozi do 12 lat więzienia.
Źródło info i foto: o2.pl

Francja: Valerie Bacot usłyszała wyrok za zabójstwo męża

Francuzka Valerie Bacot, która zastrzeliła swojego męża, a zarazem oprawcę, zemdlała po słowach prokuratora, który dążył do jej skazania. Choć sąd uznał ją winną popełnionego czynu, nie trafiła do więzienia. Kobieta zastrzeliła męża po tym, jak zaczął zmuszać ją do prostytucji. Obawiała się również, że zacznie wykorzystywać ich nastoletnią córkę. Zanim Bacot poślubiła swojego oprawcę, był jej ojczymem. Po raz pierwszy zgwałcił ją, gdy miała 12 lat. Jak donosi The Guardian, Daniel Polette zmuszał Valerie Bacot do prostytucji od początku 2016 roku. W marcu tego samego roku po tym, jak jeden z klientów ją zgwałcił, zastrzeliła męża. W ukryciu ciała pomogły jej dzieci oraz ich kolega ze szkoły. Kobieta została aresztowana przez policję w 2017 roku.

Francuzka usłyszała wyrok za zabicie męża, który znęcał się nad nią ponad 20 lat. Valerie Bacot miała z Danielem Polettem czworo dzieci. Przed sądem wyznała, że do popełnienia przestępstwa popchnęła ją obawa przed tym, że mąż zacznie wykorzystywać seksualnie ich córkę oraz to, że zmuszał ją do prostytucji.

Ława przysięgłych w sądzie w Saône-et-Lore obradowała nad wyrokiem w piątek 25 czerwca ponad pięć godzin. Odrzucono twierdzenie obrony, że kobieta w chwili popełnienia przestępstwa była niepoczytalna. W trakcie rozprawy sąd mógł usłyszeć zeznania świadków i rodziny Bacot. Osoby składające zeznania przyznawały, że „atmosfera w tym domu [Polette-Bacot – red.] była wyjątkowo toksyczna”.

Pollete wielokrotnie groził Valerie. Kobieta przyznała na rozprawie, że pewnego razu Daniel przyłożył jej do głowy pistolet, którym później, w 2016 r., kobieta go zastrzeliła. Udawał, że pociąga za spust i zabija Valerie. – Następnym razem to będzie prawdziwy strzał – miał jej powiedzieć Pollete.

Nie tylko Bacot okazała się być ofiarą Daniela Poletta. Podczas rozprawy jego siostra Monique opowiedziała, że miała 12 lat, gdy mężczyzna ją zgwałcił. – Kazał mi iść do sypialni, kazał usiąść. Potem miałam położyć się na łóżku. Przyłożył mi nóż do gardła i powiedział: „Słuchaj, to co się dzieje, zostaje między nami. Nikomu nie mów” – powiedziała siostra mężczyzny. Również była żona Poletta, Michele powiedziała, że mężczyzna wielokrotnie jej groził. – Był potworem, który nie zasługiwał na życie – oznajmiła kobieta.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

36-letni Tomasz O. rzucił się z nożem na partnerkę

Miał pójść na zakupy, a wrócił znów pijany. Agata B. (38 l.) miała już dość! Gdy kazała mu spakować manatki, Tomasz O. (36 l.) wpadł w pijacką furię i chwycił za nóż… Tylko cudem matka z 10-letnią córką uniknęły makabrycznej śmierci. Tomasz O. miał szansę na szczęśliwe życie w rodzinnym gronie, ale wolał spędzać czas na zaglądaniu do kieliszka. Jego partnerka nie chciała już tak żyć i postanowiła wygnać pijaka z domu. Nie spodziewała się, że mężczyzna którego kiedyś kochała, zechce ją zabić.

Jak ustalił Fakt, kłótnia w mieszkaniu na kołobrzeskim osiedlu Bajkowym zaczęła się tuż po tym, jak Tomasz O. wrócił z zakupów pijany.

Gdy Agata B. zażądała, by mężczyzna się wyniósł, pijak złapał za nóż i zaatakował 10-letnią córeczkę. W jej obronie jak lwica stanęła mama, przyjmując na siebie pięć ciosów nożem. Dzięki niej dziewczynka miała czas na ucieczkę i wyskoczyła z balkonu na parterze.

Agata B. widząc, że córka jest bezpieczna, wyrwała się oprawcy i wybiegła z domu. Ale kat nie odpuszczał. Z zakrwawionym nożem ruszył w pościg za Agatą. Gdyby nie sąsiedzi, dorwałby kobietę i zabił. Obezwładnili nożownika i udzielili pomocy ofierze.

Niedoszły morderca od razu trafił za kraty. Prokuratura postawiła mu zarzut usiłowania zabójstwa. Grozi mu dożywocie.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Słupsk: Piotr O. z zarzutem zabójstwa. Przywiązał kolegę do telewizora i wyrzucił przez okno

Zwyrodnialec miał najpierw brutalnie pobić kolegę, Jacka B. (†45 l.), a później przywiązać mu do szyi telewizor i wypchnąć go przez okno. Mężczyzna nie przeżył. Sąd niedawno przedłużył areszt oprawcy. Złamany kręgosłup, żebra, mostek i zmasakrowane narządy wewnętrzne – tym dla Jacka B. zakończył się upadek z trzeciego piętra. Mężczyzna zmarł w szpitalu.

Sceny rodem z gangsterskiego filmu rozegrały się w Słupsku (woj. pomorskie) w listopadzie 2018 r. Zdaniem śledczych Piotr O. zabił kolegę przez zazdrość o kobietę. Cała trójka krwawej nocy imprezowała w hotelu i nie żałowała sobie alkoholu.

Piotr O. po zatrzymaniu nie przyznał się do winy. Od 17 miesięcy siedzi w areszcie, który sąd niedawno mu przedłużył. Choć proces w makabrycznej sprawie ruszył w grudniu ubiegłego roku, do tej pory odbyła się tylko pierwsza i jedyna na razie rozprawa.

Obrońca Piotra O. zapewnia, że jego klient jest niewinny, a całą sprawę porównuje do… klasyki literatury! – Sprawa stoi w miejscu. Kolejne rozprawy były odwoływane, a mój klient od prawie 1,5 roku przebywa w areszcie. To wszystko wygląda jak „Proces” Kafki. Ja nie mogę mówić o szczegółach, bo sąd wyłączył jawność rozprawy. Zamknięto mi usta i możliwość obrony mojego klienta. Akt oskarżenia w tej sprawie nie klei się w fundamentach – twierdzi adwokat Bartosz Fieducik.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Robert T. skazany na 25 lat więzienia za zabójstwo matki czwórki dzieci

Elżbieta († 40 l.) uciekła od domowego tyrana, nie mogąc dużej znieść kłótni i przemocy. Porzucony Robert T. (51 l.) poprzysiągł zemstę i spełnił swoje groźby. Kiedy partnerka odwiedziła go w mieszkaniu przy ul. Sobieskiego w Rzeszowie, rozegrał się krwawy dramat. Oprawca chwycił za 20-centymetrowy nóż i zadał kobiecie 6 ciosów. Świadkiem zbrodni były dzieci. Przerażona kilkuletnia córka pary pobiegła do sąsiadów. Przyjechało pogotowie, ale życia jej mamusi nie udało się uratować. Teraz zabójca usłyszał wyrok. Sąd skazał go na 25 lat więzienia.

Do zbrodni doszło w kwietniu zeszłego roku. Elżbieta od kilku miesięcy mieszkała osobno. Według śledczych mężczyzna pastwił się nie tylko nad nią, ale także nad jej najstarszą, 14-letnią córką, którą miała z poprzedniego związku. Ta gehenna trwała aż 9 lat.

Zdaniem świadków, po rozstaniu Robert wygrażał konkubinie, że spotka ją krzywda. Mimo to kobieta do końca nie zerwała więzi z domowym oprawcą. Chciała, by pozostała trójka dzieci miała kontakt z ojcem. Najmłodszy chłopczyk ma dopiero 4 latka. – Odwiedzała Roberta i litowała się nad nim. Pożyczyła mu pieniądze na opłaty, a feralnego dnia przyszła z dziećmi, aby ugotować mu zupę – mówili nam znajomi ofiary.

Prokuratura oskarżyła Roberta T. o zabójstwo oraz o znęcanie się nad Elżbietą oraz jej nastoletnią córką. Proces trwał pół roku. Toczył się z wyłączeniem jawności. Wyrok zapadł 2 lipca. Orzeczenie nie jest prawomocne.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Wrocław: Zatrzymano nożownika, który zaatakował w szpitalu

W środę późnym wieczorem na dziecięcym oddziale szpitala przy ul. Chałubińskiego we Wrocławiu podczas obchodu sal i podawania leków, jeden z pacjentów zaatakował nożem pielęgniarkę. Zadał jej trzy ciosy nożem, a następnie uciekł. Dzięki szybkiej pomocy medycznej kobieta przeżyła. Po godz. 10 wrocławska policja zatrzymała nożownika.

– Wiadomo, że młody mężczyzna został przewieziony na Chałbińskiego ze szpitala przy ul. Borowskiej. Prawdopodobnie trafił tam jeszcze z innego szpitala. Te szczegóły są w tej chwili ustalane. Zaatakowana pielęgniarka otrzymała trzy ciosy nożem. Natychmiast udzielono jej pomocy, jest już po operacji, a jej stan jest stabilny – mówi portalowi GazetaWroclawska.pl szefowa prokuratury Rejonowej Śródmieście Karolina Stocka – Mycek. Pielęgniarka była operowana w szpitalu przy ul. Borowskiej. Dariusz Rajski z policji zapewnia, że życiu kobiety nie zagraża niebezpieczeństwo.

Atak nożownika nagrany został przez szpitalny monitoring. Pacjent zaatakował na dziecięcym oddziale chorób zakaźnych. W każdej sali jest tam zamontowana kamera. Na nagraniu widać jak pielęgniarka daje pacjentowi lekarstwa i odwraca się do wyjścia. W tym momencie młody człowiek zrywa się z łóżka i zadaje ciosy nożem w plecy. To był nóż, który miał kilkunastocentymetrowe ostrze. Nie wiadomo jak to się stało, że napastnik miał przy sobie nóż.

– Ofiarą jest pielęgniarka z dwudziestoletnim stażem. Jest w ciężkim ale stabilnym stanie. Rozmawiałam z nią. Chyba jeszcze do niej nie dotarło co się stało – mówi Violetta Magiera, zastępca dyrektora do spraw pielęgniarstwa Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego.

Policja dziś rano zatrzymała nożownika. – To siedemnastoletni Krystian B., mieszkaniec Strzegomia – mówi Dariusz Rajski z wrocławskiej policji. Został zatrzymany około godz. 10 na jednym z podwórek na Śródmieściu. Teraz jest przesłuchiwany.

Jak nieoficjalnie ustalił portal GazetaWroclawska.pl, nożownik trafił do szpitala z powodu powikłań po zażyciu nieznanej substancji chemicznej. Mogły to być dopalacze.

– Pacjent ten używał środków psychoaktywnych, ale w momencie napaści nie był pod ich wpływem – powiedział portalowi GazetaWroclawska.pl dr Bogusław Beck, zastępca dyrektora do spraw lecznictwa w Uniwersyteckim Szpitalu Klinicznym we Wrocławiu.

Zatrzymany młodzieniec – choć nie skończył jeszcze 18 lat – będzie odpowiadał jak dorosły. Można się spodziewać, że usłyszy zarzut usiłowania zabójstwa. Grozi mu maksymalnie 25 lat więzienia. Prawo zabrania karania na dożywocie osób nieletnich i młodocianych.
Źródło info i foto: gazetawroclawska.pl