Brakuje pieniędzy w policyjnej kasie. Błędy w liczeniu czy kradzież?

Nowe fakty ws. ujawnionych przez RMF FM nieprawidłowości w kasie kaliskiego zarządu Centralnego Biura Śledczego Policji. Ponad pół roku temu informowaliśmy, że tamtejsi funkcjonariusze nie mogą się doliczyć 150 tysięcy złotych – chodziło o gotówkę zabezpieczoną w mieszkaniu podejrzanego. Teraz dotarliśmy do osób, które twierdzą, że pieniądze mogły zostać po prostu skradzione przez samych policjantów, a w raporcie zapisano mniejszą kwotę.

Jak ujawniliśmy w marcu, w notatce sporządzonej po akcji kaliskiego CBŚP znalazła się informacja o zabezpieczeniu u zatrzymanego 350 tysięcy złotych. Mężczyzna przekonywał tymczasem, że miał w domu pół miliona złotych. Śledztwo w tej sprawie na początku wszczęła Prokuratura Okręgowa w Ostrowie Wielkopolskim. Okazało się jednak, że ci śledczy współpracują na co dzień z kaliskim biurem CBŚP. W tej sytuacji wszczęte już śledztwo przekazano do Sieradza. Sprawę wyjaśniają też wewnętrzne służby policji. Podstawą wszczęcia śledztwa jest niedopełnienie obowiązków lub przekroczenie uprawnień.

Według naszego informatora – byłego funkcjonariusza jednego z zarządów CBŚP, przywłaszczanie pieniędzy zabezpieczanych u przestępców podczas zatrzymania było normą dla nieuczciwych funkcjonariuszy. Niekiedy o procederze mogli wiedzieć przełożeni.

Nasz informator relacjonuje, że kiedy funkcjonariusze przeszukiwali miejsce zatrzymania przestępcy i znajdowali sporą sumę pieniędzy lub cenne przedmioty, nie wpisywali całej zabezpieczonej kwoty do protokołu albo fakt znalezienia gotówki nie był nigdzie ujmowany.

Część przestępców w ogóle tego nie zgłaszała. O tym, że tak się dzieje, wiedzą też policjanci, ale w CBŚP wygląda to tak, że są policjanci zastraszani. Każda niepokorna osoba albo jest zmuszana do tego, żeby odeszła z policji, albo jest tzw. kara poprzez delegowanie. (…) Przestępcy nie zgłaszają takich nieprawidłowości zazwyczaj, bo te pieniądze pochodzą często z nielegalnych źródeł – wyjaśnia anonimowo informator RMF FM.

„Uczciwi funkcjonariusze się boją”

Według jednego z naszych rozmówców, nieuczciwym policjantom najłatwiej było ukryć kradzież w trakcie zatrzymań obcokrajowców i przeszukań ich mieszkań. Chodzi m.in. o podejrzanych z Azji.

Jak dodaje były funkcjonariusz, tego rodzaju praktyki mogłyby ukrócić kamery nasobne, w które mogliby zostać wyposażeni policjanci CBŚP. Wtedy wszystkie ich działania byłyby rejestrowane. To zmniejszyłoby ryzyko nieuczciwych zachowań i uniemożliwiłoby ewentualne późniejsze pomówienia policjantów przez bandytów – słyszymy od naszego informatora.

Najczęściej jest tak, że uczciwi funkcjonariusze się boją. Chodzi o zmowę milczenia, wynikającą z obawy przed konsekwencjami. Najczęściej, jeżeli taka sprawa zostaje ujawniona, przełożeni w CBŚP szukają nie w pierwszej kolejności winnych nieprawidłowości, tylko szukane są osoby, które w jakikolwiek sposób doprowadziły do tego, że ta prawdziwa informacja wyszła na jaw – dodaje nasz rozmówca.

Według naszego informatora, historia zna przypadki, kiedy funkcjonariusze próbujący walczyć z nielegalnym procederem byli delegowani do mniejszych jednostek, np. komend powiatowych. Musieli zajmować się sprawami mniejszego kalibru niż te, do których zostali przeszkoleni. Najczęściej taki bieg zdarzeń był tłumaczony pilną potrzebą służby. Policjanci nie mieli możliwości odwołania się od decyzji przełożonych.

Śledztwo prokuratury i czynności wyjaśniające CBŚP

Najczęściej jest tak, że uczciwi funkcjonariusze się boją. Chodzi o zmowę milczenia, wynikającą z obawy przed konsekwencjami. Najczęściej, jeżeli taka sprawa zostaje ujawniona, przełożeni w CBŚP szukają nie w pierwszej kolejności winnych nieprawidłowości, tylko szukane są osoby, które w jakikolwiek sposób doprowadziły do tego, że ta prawdziwa informacja wyszła na jaw – dodaje nasz rozmówca.

Według naszego informatora, historia zna przypadki, kiedy funkcjonariusze próbujący walczyć z nielegalnym procederem byli delegowani do mniejszych jednostek, np. komend powiatowych. Musieli zajmować się sprawami mniejszego kalibru niż te, do których zostali przeszkoleni. Najczęściej taki bieg zdarzeń był tłumaczony pilną potrzebą służby. Policjanci nie mieli możliwości odwołania się od decyzji przełożonych.

Śledztwo prokuratury i czynności wyjaśniające CBŚP

CBŚP w Kaliszu znalazło się pod lupą prokuratury już dużo wcześniej, z powodu zupełnie innej sprawy. Chodzi o nieprawidłowości związane z obowiązkowym dla funkcjonariuszy tej jednostki testem sprawnościowym, którego elementem było strzelanie z broni palnej. Test miał miejsce 1 czerwca 2017 roku. Nie stawiło się na nim dwóch policjantów. Oficjalnie – wyjechali w delegację. Ich nieobecność wyszła na jaw m.in. po tym, jak w magazynie zostało 60 sztuk amunicji. Każdemu przysługiwało bowiem po 30 nabojów. Prowadzący szkolenie oficerowie zawiadomili o tym przełożonych.

Według naszych informacji, podpisy nieobecnych funkcjonariuszy już później pojawiły się na liście obecności i odbioru amunicji. Stało się tak, mimo że do dowódców trafiła notatka z informacją o nieprawidłowościach. Formalnie uznano też, że skoro podpisy funkcjonariuszy znalazły się na liście obecności – zaliczyli oni obowiązkowy test strzelecki, choć w ogóle nie było ich na miejscu.

Według naszych ustaleń, dwaj policjanci wzięli udział w teście strzeleckim dopiero kilka miesięcy później, jesienią. Sprawą zajęła się Prokuratura Rejonowa w Poddębicach, która prowadziła śledztwo pod kątem przekroczenia uprawnień i sfałszowania dokumentu. To zostało jednak umorzone. Nie dopatrzono się znamion czynu zabronionego i nie wykryto sprawców – poinformowali śledczy.

Postępowanie przygotowawcze w tej sprawie toczyło się w oparciu o dwa paragrafy Kodeksu karnego. Pierwszy z nich dotyczył przekroczenia uprawnień, a drugi fałszerstwa materialnego. Poddane ocenie prawno-karnej zachowania nie wyczerpały znamion przestępstwa, przy czym pozostały w gestii odpowiedzialności dyscyplinarnej – czytamy w odpowiedzi prokuratury.

Śledczy uznali ponadto, że funkcjonariusze nie działali na szkodę interesu publicznego, a ich przewinienie to niedopełnienie obowiązków służbowych. To, jak czytamy, „nie realizuje jeszcze znamion czynu zabronionego”. Jeśli zaś chodzi o samo sfałszowanie podpisów w tabeli z listą obecności, śledczy przekonują, że nie udało się wykryć osoby, która je naniosła. Jednocześnie wobec nieautentyczności podpisów ustalonych funkcjonariuszy na listach obecności i braku ustalenia osoby, która je naniosła, postępowanie w tym zakresie umorzono wobec niewykrycia sprawcy – czytamy w odpowiedzi prokuratury.

Co istotne, Prokuratura Rejonowa w Poddębicach formalnie podlega Prokuraturze Okręgowej w Sieradzu – tej samej, która prowadzi obecnie śledztwo w sprawie manka w kasie kaliskiego zarządu i która współpracowała wcześniej z kaliskim zarządem CBŚP.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Grupa oszustów miała pomagać dzieciom. Usłyszeli 8 tys. zarzutów

8 tysięcy zarzutów usłyszała dwójka mieszkańców województwa śląskiego, która od 2016 roku oszukiwała przedsiębiorców. 34-latek i jego o 3 lata młodsza wspólniczka organizowali pomoc potrzebującym dzieciom za pieniądze przekazywane przez firmy. Pomimo przedstawiania w taki sposób profilu swojej działalności, tylko ułamek przekazywanych pieniędzy trafiał do potrzebujących, a reszta – do kieszeni oszustów.

Już w 2018 roku podlascy policjanci wpadli na trop działalności przestępczej firmy, która pod legendą pomocy dzieciom wyłudzała pieniądze od darczyńców. Szybko wyszło na jaw, że proceder ten sięga jeszcze 2016 roku. Podejrzanym nie przeszkadzało nawet to, że już wcześniej byli znani organom ścigania z przestępczej drogi jaką obrali. Jak ustalili funkcjonariusze 34-letni mieszkaniec województwa śląskiego i jego o 3 lata młodsza wspólniczka, założyli działalność gospodarczą, której celem miała być szeroko rozumiana pomoc. Każde z 8 tysięcy oszustw na jakie wpadli śledczy zaczynało się od rozmowy telefonicznej. Do potencjalnych ofiar dzwoniło kilkudziesięciu zatrudnionych telefonistów, którzy nieświadomi prawdziwej działalności firmy, zwracało się z prośbą o finansowe wsparcie. Temat rozmowy zawsze skupiał się na pomocy dzieciom, które przebywają w domach dziecka lub na oddziałach szpitalnych. Ta informacja powodowała, że przedsiębiorcy chętnie wspomagali ich działalność. Już na wstępie przestępcy prosili o zadeklarowanie kwoty na jaką mogą liczyć. Wiedząc, jakimi datkami będą dysponować, tylko za ich niewielką część kupowali drobne rzeczy, aby w ten sposób zachować pozory swojej działalności.

Do dzieci trafiały dary, między innymi poduszki, książki czy piłeczki rehabilitacyjne, kupione tylko za ułamek deklarowanych kwot. Organizujący ten proceder zadbali również o to, żeby po odebraniu paczki przez placówkę, wróciło do nich podziękowanie lub wcześniej przygotowany druk potwierdzenia odbioru z pieczątka lub podpisem. Nie było tam jednak żadnej informacji co i na jaką kwotę zostało podarowane. Kopie takich potwierdzeń następnie przedstawiane były darczyńcom wpłacającym pieniądze. Razem z nimi przestępcy przesyłali faktury, ale na całą kwotę zadeklarowaną przez przedsiębiorców. Wszystkie te dokumenty przywozili listem poleconym niczego nieświadomi kurierzy, którym już najczęściej darczyńcy opłacali faktury. Ten mechanizm pozwolił oszustom ukryć fakt zabierania większości wpłaconych środków, pomimo utrzymywania w przekonaniu darczyńców, że na zakup potrzebnych rzeczy przeznaczyli całą przekazywaną kurierom kwotę. Jak ustalili policjanci z Komendy Wojewódzkiej Policji w Białymstoku zajmujący się zwalczaniem przestępczości gospodarczej, pracujący pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w Białymstoku, oszuści działając na terenie całego kraju naciągnęli blisko 8000 przedsiębiorców na przekazanie pieniędzy, które miały być przeznaczone na pomoc dzieciom. Straty zostały oszacowane przez pokrzywdzonych na blisko 830 tysięcy złotych. Jak podkreślają pokrzywdzeni w tym procederze nie straty finansowe są najbardziej dotkliwe, a ich nadszarpnięte zaufanie do organizacji pomagających potrzebującym. Oszustom grozi do 8 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Policja.pl

Wyłudził 6 mln złotych. Oferował szybki pożyczki

Policjanci z Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach zatrzymali 51-latka, który na około 100 różnych stronach internetowych oferował szybkie pożyczki. Do ich wypłat nie dochodziło, a mieszkaniec Rybnika wzbogacał się dzięki przelewom i płatnym SMS-om, które wierzyciele musieli wysłać, by aktywować konto i sprawdzić status pożyczki. W ciągu 6 lat 51-latek oszukał ponad 44 tysiące osób na kwotę blisko 6 milionów złotych. 51-latek został już tymczasowo aresztowany, grozi mu 15 lat więzienia.

Początkowo sprawę prowadzili policjanci z Komendy Miejskiej Policji w Rybniku, jednak gdy okazało się, że skala oszustw jest bardzo duża, w czynności włączyli się kryminalni z katowickiej komendy wojewódzkiej Policji. Sprawy oszustw internetowych nie należą do łatwych i rzadko są szybko rozwiązywane, ponieważ wiążą się z koniecznością dotarcia do wielu baz danych, weryfikowaniu ich i porównywaniu.

W tym wypadku przestępczy proceder prowadzony był w latach 2013-2019 i polegał na tym, że oszust oferował pożyczki na około 100 stronach internetowych. Witryny były zaprojektowane tak, by wzbudzić zaufanie pożyczkobiorców. Już sama nazwa w domenie wskazywała na to, że na stronie można otrzymać wsparcie finansowe, a grafika i umieszczone na nich informacje oraz pozytywne opinie wystawione przez rzekomych wierzycieli, skłaniały do wypełnienia wniosku o pożyczkę. Każdy z nich rozpatrywany był pozytywnie, bez względu na wysokość dochodów i zadłużenie. By aktywować wniosek, pożyczkobiorca musiał wysłać płatnego SMS-a lub zrobić przelew. Następnie dostawał wiadomość o zmianie statusu złożonego wniosku, który mógł sprawdzić po ponownym uiszczeniu opłaty. Koszt takiej usługi wynosił jednorazowo około 30 złotych. Zdarzało się, że w ciągu dnia jedna osoba wysłała kilkadziesiąt wiadomości.

Śląscy kryminalni od 2017 roku analizowali zebrane informacje, docierając do kolejnych, które przybliżały ich do sprawcy. Kiedy wpadli na trop głównego informatyka, któremu 51-latek zlecił utworzenie około 100 stron internetowych, uzyskali dostęp do bazy danych osób, które wnioskowały o pożyczkę. Policjanci porównali ją z bazą numerów telefonów, z których wysyłane były płatne SMS-y. Na tej podstawie ustalili, że oszukanych zostało ponad 32 tysiące osób, które wysyłały płatnego SMS-a oraz prawie 12 tysięcy osób, które wybrały przelew jako metodę płatności. Śledczy przesłuchali ponad tysiąc osób. 51-letni mieszkaniec Rybnika został doprowadzony do sądu w Gliwicach, który zdecydował o tymczasowym aresztowaniu mężczyzny na 3 miesiące. Mężczyźnie grozi 15 lat więzienia.
Źródło info i foto: Policja.pl

Odpowiedzą za lichwę mieszkaniową. Pożyczali pieniądze, by przejąć mieszkania

Oferowali pożyczki na warunkach, które były wręcz niemożliwe do spełnienia. Kobieta i mężczyzna zasiądą na ławie oskarżonych. Grozi im 10 lat więzienia. W Katowicach do sądu trafiła sprawa dwóch osób oskarżonych o tzw. lichwę mieszkaniową, informuje RMF FM. Oskarżeni udzielili 80 pożyczek na kwotę prawie 5 mln złotych.

Nieuczciwi pożyczkodawcy wyszukiwali osoby w bardzo trudnej sytuacji materialnej i oferowali pożyczki pod zastaw nieruchomości. Miało to pomóc w spłaceniu pozostałych zobowiązań pożyczkobiorców. Umowy pożyczkowe były tak skonstruowane, że nie było szans na ich wypełnienie, informuje RMF FM. W sytuacji braku spłaty oskarżeni zajmowali nieruchomość po zaniżonej cenie. Później 46-letnia kobieta i 49-letni mężczyzna sprzedawali je z dużym zyskiem.

Oskarżonym grozi nawet 10 lat za kratkami. W trakcie postępowania zabezpieczono na poczet potencjalnych roszczeń majątek oskarżonych o łącznej wartości 468 tys. zł, informuje RMF FM.
Źródło info i foto: finanse.wp.pl

Jest licytacja respiratorów od handlarzy bronią

Komornik ogłosił licytację respiratorów przejętych od firmy E&K – dowiedzieli się dziennikarze RMF FM. Chodzi o urządzenia zajęte kilka miesięcy temu na warszawskim Lotnisku Chopina. Pieniądze z ich sprzedaży mają pokryć pozostałą część długu spółki należącej do handlarza bronią, który nie wywiązał się z umowy na dostarczenie urządzeń.

Licytacja, planowana na 21 września w w Magazynie Czasowego Składowania przy ul. Wirażowej w Warszawie, obejmuje 418 respiratorów, które zostały wyprodukowane do użytku poza Unią Europejską i nie mają gwarancji producenta. Cena wywoławcza każdego z nich to 30 tysięcy złotych.

Do tej pory Ministerstwo Zdrowia zajęło 25 milionów złotych na kontach dostawcy. Pozostało drugie tyle, które ma być pokryte z pieniędzy uzyskanych właśnie ze sprzedaży respiratorów.

Jak widać, Ministerstwo Zdrowia skutecznie odzyskuje należności od kontrahenta. Całość postępowania jest prowadzona w sposób przejrzysty, a każda pozyskana kwota podawana do publicznej wiadomości – powiedział Polskiej Agencji Prasowej rzecznik Ministerstwa Zdrowia Wojciech Andrusiewicz.

200 respiratorów z zamówionych ponad 1200

Firma E&K należąca do handlarza bronią w 2020 r. podpisała z MZ umowę na dostawę respiratorów, jednak nie wywiązała się w całości z kontraktu – dostarczyła 200 sztuk respiratorów z zamówionych ponad 1200 sztuk.

W związku z niedotrzymaniem terminu dostaw sprzętu, który miał trafić do MZ w kwietniu i w maju, resort odstąpił od umowy i otrzymał zwrot przedpłaconych pieniędzy w kwocie ponad 14 mln euro. Na firmę nałożono też kary umowne w wysokości 10 proc. wartości niezrealizowanego zamówienia, a za opóźnienie w dostawie w wysokości 0,2 proc. wartości dostawy za każdy dzień zwłoki.

W lipcu warszawska Prokuratura Okręgowa umorzyła śledztwo w sprawie zakupu maseczek i respiratorów. Dotyczyło ono zakupu bezużytecznych maseczek ochronnych za 5 milionów złotych od znajomego ówczesnego ministra zdrowia Łukasza Szumowskiego oraz zakupu respiratorów od firmy E&K z Lublina.

Według prokuratury, przy zakupie maseczek nie doszło do przestępstwa przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy. Ten zakup od prywatnego oferenta odbył się – jak przekonują śledczy – zgodnie z procedurą i wybrano ofertę najkorzystniejszą cenowo.

„Pozostałe wątki sprawy m.in. dotyczące doprowadzenia Ministerstwa Zdrowia do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w związku z zakupem maseczek, czy podrobienia dokumentacji w postaci certyfikatów, są przedmiotem odrębnego postępowania, które jest kontynuowane” – dodaje prokuratura.

Jeśli natomiast chodzi o respiratory od firmy handlarza bronią, wykazano zgodność procedury z ustawą dotyczącą zwalczania epidemii koronawirusa i zaleceniami Komisji Europejskiej. W momencie podpisania umowy nie istniały żadne okoliczności, które podważały zaufanie do oferenta. MZ walczy teraz o odzyskanie kwoty przekazanej firmie E&K za te urządzenia.
Źródło info i foto: RMF24.pl

64-latka oszukana przez fałszywą synową. Straciła 55 tys. złotych

Kobieta, chcąc pomóc rzekomej synowej, przekazała oszustom oszczędności życia. Po podejrzanym telefonie w domu 64-latki zjawił się kurier, który odebrał spakowane pieniądze do pudełka pieniądze. Tego samego dnia oszuści próbowali nabrać jeszcze cztery inne osoby.

Jak poinformowała w piątek suwalska policja, w czwartek do kobiety zadzwoniła rzekoma synowa i zapłakana powiedziała, że spowodowała śmiertelny wypadek. Dla uwiarygodnienia słuchawkę przekazała kobiecie, podającej się za policjantkę. Ta potwierdziła zmyśloną historię i dodała, że synowa nie pójdzie do więzienia, jeżeli kobieta wpłaci 185 tys. złotych.

64-latka powiedziała, że nie ma takiej kwoty pieniędzy. Oszustka zaczęła ją wypytywać o oszczędności i biżuterię. Kobieta przyznała, że ma 55 tys. złotych. Wówczas fałszywa policjantka poleciła jej spakować pieniądze do pudełka i przekazać tzw. kurierowi, który zaraz miał pojawić się w jej domu. Mieszkanka powiatu suwalskiego oddała przestępcy wszystkie pieniądze.

Jak informuje policja, podobne telefony odebrały tego samego dnia jeszcze inne cztery osoby, ale te nie dały się oszukać. O całej sytuacji powiadomiły one policjantów.
Źródło info i foto: onet.pl

Agenci CBA zatrzymali trzech dyrektorów spółki. „Inwestycje w Warszawie, Nigerii i Ghanie”

Centralne Biuro Antykorupcyjne zatrzymało trzech dyrektorów oddziałów regionalnych spółki Great Private Equity. Mężczyźni mieli brać udział w wyłudzaniu pieniędzy pod pozorem sprzedaży lukratywnych obligacji. W sprawie poszkodowane są 152 osoby na kwotę ponad 16 mln zł. Wydział Komunikacji Społecznej CBA poinformował w czwartek, że funkcjonariusze z warszawskiej delegatury biura zatrzymali trzech dyrektorów regionalnych spółki Great Private Equity. Mężczyźni zostali ujęci w Chorzowie, Wrocławiu i Warszawie.

„To kolejna, trzecia już, realizacja w związku ze śledztwem prowadzonym wspólnie przez CBA i Prokuraturę Okręgową w Warszawie. Wcześniej w ramach prowadzonego postępowania zatrzymano prezes i wiceprezes spółki Great Private Equity, dwóch dyrektorów regionalnych z Poznania i Krakowa oraz dwóch byłych pracowników spółki” – podał WKS CBA.

Inwestycje w Warszawie, Nigerii i Ghanie

Postępowanie dotyczy emisji obligacji i prowadzenia inwestycji na rynku FOREX między innymi przez spółki z grupy Great Private Equity.

„Chodziło o inwestycje obejmujące nieruchomości położone w Warszawie, Nigerii i Ghanie. Klienci lokowali oszczędności w obligacje, które w założeniu miały im przynieść od 8 do 10 procent zysku. W związku z początkową spłatą obligacji, inwestorzy otrzymywali propozycje reinwestycji, w których zysk miał być gwarantowany. Po jakimś czasie przedstawiciele firmy stawali się jednak dla klientów nieuchwytni” – tak CBA opisało proceder wyłudzania pieniędzy od klientów.

Niektóre osoby inwestowały kwoty rzędu kilku tysięcy złotych, ale największą stratę podniósł klient, który chciał pomnożyć 3,5 mln złotych.

Poszkodowane 152 osoby

Z bieżących ustaleń śledztwa wynika, że poszkodowane zostały 152 osoby, które doprowadzono do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w kwocie co najmniej 16 mln zł.

Jak przekazała prok. Aleksandra Skrzyniarz, rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie, zatrzymani usłyszeli zarzuty oszustwa na szkodę osób inwestujących oraz prowadzenia działalności w zakresie obrotu instrumentami finansowymi bez wymaganego zezwolenia Komisji Nadzoru Finansowego. Prokurator zastosował wobec zatrzymanych wolnościowe środki zapobiegawcze w postaci poręczeń majątkowych, dozorów policji oraz zakazów opuszczania kraju.

CBA podało z kolei, że materiał dowodowy w tej sprawie jest wciąż analizowany, zgłaszają się też kolejne osoby, które mogły w ten sam sposób zostać oszukane. „Apelujemy do wszystkich poszkodowanych o kontakt z warszawską Delegaturą CBA” – przekazało biuro.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Biznesmen Zbigniew S. i jego rodzina oskarżeni

Prokuratura Regionalna w Lublinie skierowała do sądu akt oskarżenia przeciwko Zbigniewowi S., jego żonie Iwonie S., synowi Przemysławowi S. i dwóm innym osobom. Dotyczy on działań na szkodę fundacji zarządzanej przez Zbigniewa S. Skazany za liczne przestępstwa i podejrzany o kolejne Zbigniew S. został sprowadzony z Holandii do Polski 2 czerwca na podstawie 7 listów gończych, które wystawiły za nim prokuratury i sądy w kilku regionach kraju. Akt oskarżenia zakończył śledztwo, w którym połączono dwie sprawy prowadzone przeciwko Zbigniewowi S. Jedna z nich dotyczyła przywłaszczenia pieniędzy fundacji i prania brudnych pieniędzy, druga zaś: przywłaszczenia środków podczas pobytu Zbigniewa S. w kasynie.

Zarzut przywłaszczenia ponad 535 tys. zł

W pierwszym wątku postępowania Zbigniewowi S. postawiono zarzut przywłaszczenia powierzonych mu przez darczyńców środków fundacji w wysokości ponad 535 tys. złotych. Pieniądze te miały zostać wykorzystane przez S. niezgodnie z celami statutowymi fundacji. Według ustaleń śledztwa, zostały one przelane z rachunku fundacji na konto spółki kapitałowej, po czym wielokrotnie wypłacano je z bankomatów.

Według prokuratury, Zbigniew S. razem z żoną Iwoną S. oraz synem Przemysławem S. prał brudne pieniądze, by ukryć ich nielegalne pochodzenie. Jak ustalono, przestępstwa tego oskarżeni dokonali za pomocą rachunków bankowych prowadzonych dla jednej ze spółek powiązanych ze Zbigniewem S.

Zbigniewowi S. prokuratura zarzuciła również, że wbrew obowiązującym przepisom nie sporządził sprawozdań finansowych dotyczących działalności fundacji w latach 2016-19.

Żetony do kasyna za 217 tys. zł

W kolejnym wątku postępowania zarzucono Zbigniewowi S. działanie w warunkach recydywy, polegające na przywłaszczeniu środków fundacji. Według śledczych Zbigniew S. miał kilka razy zapłacić za żetony do gry w jednym z warszawskich kasyn kartą przypisaną do rachunku fundacji. Zarzucono mu także pranie brudnych pieniędzy. Jak ustalono, podczas nocnych wizyt w kasynie w grudniu 2019 Zbigniew S. wydał w ten sposób 217 tys. zł na zakup żetonów do gier hazardowych.

S. zarzucono także przywłaszczenie pieniędzy na szkodę fundacji poprzez udzielenie nieoprocentowanej pożyczki na rzecz Edwarda S. oraz dokonanie płatności z konta fundacji na rzecz adwokatów w sprawie niezwiązanej z funkcjonowaniem fundacji.

Aktem oskarżenia objęto też Iwonę S., której zarzucono podrobienie dokumentu i poświadczenie nieprawdy w innym dokumencie. Edward S. został oskarżony o pomocnictwo w przywłaszczeniu środków fundacji przez Zbigniewa S., zaś Sebastian W. – o pomocnictwo w poświadczeniu nieprawdy w dokumencie. Za zarzucone przestępstwa Zbigniewowi S. i Iwonie S. grożą kary łączne do 20 lat więzienia. Przemysławowi S. i Edwardowi S. grożą kary do 10 lat pozbawienia wolności, natomiast Sebastianowi W. do 5 lat więzienia.

Długa lista zarzutów

To kolejne już problemy Zbigniewa S. z wymiarem sprawiedliwości. Na początku czerwca usłyszał zarzuty w Prokuraturze Regionalnej w Warszawie: chodzi o oszustwo z 2011 roku, w wyniku którego S. miał wyłudzić od zadłużonego małżeństwa nieruchomości warte około 5,5 mln złotych. Zbigniew S. nie przyznał się do winy i odmówił składania wyjaśnień.

Prokuratura Okręgowa w Warszawie przedstawiła mu zarzut doprowadzenia dwóch osób do niekorzystnego rozporządzenia mieniem w kwocie 532 tys. złotych.

Z kolei Sąd Okręgowy w Krakowie poszukiwał Zbigniewa S. w związku z postępowaniem zainicjowanym aktem oskarżenia Prokuratury Okręgowej w Krakowie. S. został oskarżony o popełnienie 15 przestępstw, w tym o wyrządzenie w mieniu szkody w kwocie około 42 mln złotych, o pranie brudnych pieniędzy i oszustwa podatkowe na kwotę około 2 mln złotych.

Ucieczka do Norwegii, później Holandia

W październiku 2020 roku Sąd Rejonowy Lublin-Zachód oddalił wniosek prokuratury o aresztowanie Zbigniewa S. Podejrzany uciekł do Norwegii, gdzie ubiegał się o azyl polityczny. W mediach społecznościowych przekonywał, że w Polsce jest prześladowany i „fałszywie oskarżany przez prokuratury w całej Polsce”, które „nie znajdowały elementarnych walorów dowodowych oskarżeń kierowanych wraz z wnioskami o kolejne aresztowania”.

Z Norwegii S. przeniósł się do Holandii i tam został w styczniu zatrzymany.

Prokuratura Krajowa: W latach 2000-2020 zapadło 28 wyroków skazujących Zbigniewa S.
Prokuratura Krajowa już w październiku 2020 ustosunkowała się do zarzutów o ewentualne polityczne podłoże wszczynanych przeciwko Zbigniewowi S. postępowań.

„Zbigniew S. był skazany m.in. za oszustwa, znieważenia (w tym Prezydenta RP) i zniesławienia, znieważenie osób publicznych, kierowanie gróźb karalnych, składanie fałszywych zeznań, fałszywe oskarżenie, fałszowanie dokumentów, przywłaszczenia, wymuszania zaniechania prawnej czynności służbowej groźbą lub przemocą, naruszenie miru domowego, publiczne nawoływanie do występku lub przestępstwa skarbowego oraz sprowadzenie niebezpieczeństwa katastrofy” – wyliczyła Prokuratur Krajowa.

Z danych przygotowanych przez Dział Prasowy PK wynika, że w latach 2000-20 zapadło 28 wyroków skazujących Zbigniewa S.

„Ostatnio w sierpniu i we wrześniu 2020 r. w sądach w Ostrowi Mazowieckiej, Warszawie i w Zawierciu zapadły trzy nieprawomocne wyroki skazujące Zbigniewa S. na – odpowiednio – 2 lata 6 miesięcy, 1 rok 8 miesięcy i 8 miesięcy pozbawienia wolności” – podała prokuratura.

O przekazaniu Polsce zatrzymanego w Holandii Zbigniewa S. zdecydował holenderski sąd, który – jak podkreślała na początku czerwca Prokuratura Krajowa – „podzielił stanowisko polskiego wymiaru sprawiedliwości o wysokiej szkodliwości czynów podejrzanego”, a także uznał, że czyny te „zostały przez polską prokuraturę dobrze udokumentowane”.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Pracownica banku okradała klientów. Stracili około 170 tysięcy złotych

W sumie klienci banku stracili około 170 tysięcy złotych. Okradała ich pracownica jednego z oddziałów. Na cel wybierała głównie osoby starsze i schorowane. Kobieta usłyszała 27 zarzutów. Grozi jej do 10 lat w więzieniu. 29-latka na cel wybierała zwykle osoby starsze, często schorowane, które na swoich kontach posiadały spore sumy pieniędzy. Wybierała stałych klientów, którzy przeprowadzali transakcje, a ona była ich często wieloletnim doradcą finansowym. Łatwo zdobywała ich zaufanie, była przekonująca w tym, co robi.

– Ufali jej do tego stopnia, że nie sprawdzali wysokości kwot pieniężnych na swoich rachunkach – dodaje kom. Marta Sulkowska z wolskiej komendy.

Na trop jej przestępczych poczynaniach wpadli policjanci z wydziału do walki z przestępczością gospodarczą stołecznej komendy. Kobieta została zatrzymana w miejscu pracy. Dalej sprawą zajęli się policjanci z wydziału do walki z przestępczością przeciwko mieniu z Woli.

Jak działała oszustka?

Dochodzeniowcy gromadzili materiał dowodowy w tej sprawie. Z ustaleń wynika, że kobieta założyła trzy konta bankowe, na które od dłuższego czasu przelewała pieniądze z różnych rachunków bankowych.

Jak ustalili funkcjonariusze, proceder za każdym razem wyglądał tak samo. 29-latka wypłacała sobie różne kwoty z kont klientów, kiedy osoby te przychodziły do banku, były zawsze obsługiwane przez tą samą pracownicę. Śledczy ustalili, że systematycznie okradane przez pracownicę banku było kilka osób, a od ubiegłego roku kobieta wypłaciła sobie z ich kont około 170 tys. zł.

– Podejrzana usłyszała 27 zarzutów kradzieży z włamaniem. Grozi za to kara do dziesięciu lat pozbawienia wolności. Sprawa jest rozwojowa – zaznaczyła kom. Sulkowska.
Źródło info i foto: interia.pl

Zatrzymano podejrzanych o czerpanie korzyści z nierządu

Policjanci z Wydziału Kryminalnego i Dochodzeniowo Śledczego KWP w Poznaniu zatrzymali mężczyznę i kobietę, którzy udostępniali 9 mieszkań prostytutkom. Zarabiali na tym duże pieniądze. Działali na terenie Poznania, Gniezna i Wrocławia. Grozi im do 5 lat więzienia.

Policjanci z Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu zajmujący się sprawami dotyczącymi handlu ludźmi dowiedzieli się, że pewien mężczyzna i kobieta zarabiają spore pieniądze wynajmując mieszkania prostytutkom. Z informacji, które dość szybko zostały potwierdzone wynikało jednoznacznie, że 41-latek i jego 36-letnia znajoma doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że zarabiają na prostytucji uprawianej przez kobiety.

Dysponowali oni 9 mieszkaniami w Poznaniu, podpoznańskim Jerzykowie Gnieźnie i Wrocławiu. Mieli oni zarejestrowaną działalność gospodarczą. Były to jednak pozory, które miały na celu ukryć źródło prawdziwych dochodów. Para ta zamieszczała na jednym z największych i popularnych serwisów erotycznych ogłoszenia. Oferowali krótkoterminowy wynajem mieszkań prostytutkom zajmującym się nierządem.

Z materiałów dowodowych zgromadzonych przez policjantów wynikało, że podejrzani działali w ten sposób co najmniej 2 lata. Ustalono również, że wynajem mieszkań prostytutkom i czerpanie z tego tytułu korzyści, było ich stałym źródłem dochodu.

Policjanci przedłożyli wszystkie materiały dowodowe prokuratorom z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu. Uzgodniono termin realizacji sprawy i w ostatnich dniach czerwca br. zatrzymano podejrzanych. Prokurator złożył wniosek o areszt tymczasowy wobec podejrzanych. Sąd przychylił się do tego i zatrzymane osoby trafiły do aresztu. Sprawa ma charakter rozwojowy, a policjanci prowadzący śledztwo nie wykluczają dalszych zatrzymań.

Za ułatwianie uprawiania prostytucji innym osobom oraz za czerpanie korzyści z cudzego nierządu grozi kara od 3 miesięcy do 5 lat więzienia.
Źródło info i foto: Policja.pl