Polska z jednym z najwyższych wskaźników przestępstw w UE

W Unii Europejskiej co dziesiąty mieszkaniec skarży się na akty przemocy, przestępczości i wandalizmu – wynika z danych Eurostatu. W Polsce ten odsetek jest o połowę mniejszy. Polska jest jednym z najbezpieczniejszych krajów w Europie. Według raportu Urzędu Statystycznego Unii Europejskiej Polska tuż po Chorwacji i Litwie jest najbezpieczniejszym krajem we wspólnocie.

Z aktami przemocy, przestępczości i wandalizmu miało do czynienia 4.4 proc. Polaków. To dużo mniej niż średnia unijna, która wyniosła 11 proc. Oprócz europejskich danych potwierdzają to i nasze krajowe badania, według których ponad 90 proc. Polaków czuje się bezpiecznie w swoim miejscu zamieszkania.
Źródło info i foto: Policja.pl

Polacy mają coraz więcej broni

W ciągu pięciu lat liczba egzemplarzy broni w prywatnych rękach wzrosła o połowę. To głównie pistolety – podaje „Rzeczpospolita”. Gazeta informuje, że na koniec 2020 r. w prywatnych rękach Polaków było 587,9 tys. sztuk broni palnej.

„I przez ostatnie pięć lat ta liczba wzrosła o połowę. W 2015 r. legalnie posiadanych egzemplarzy było bowiem 390,8 tys. Tylko w 2020 r. przybyło 36,4 tys. sztuk broni” – podaje „Rz”, powołując się na dane udostępnione przez Komendę Główną Policji.

Najwięcej sztuk broni przybywa do celów, w których najłatwiej uzyskać pozwolenie, czyli sportowych i kolekcjonerskich. W pierwszej kategorii liczba egzemplarzy na przestrzeni 2020 r. zwiększyła się o 13,8 tys., a w drugiej – 14,9 tys. Te kategorie zaczynają już odgrywać większą rolę niż broń do celów łowieckich, której w 2020 r. przybyło tylko 8 tys. sztuk. Z kolei liczba egzemplarzy broni do celów ochrony osobistej, gdzie wciąż w uzyskaniu pozwolenia dużą rolę odgrywa opinia policji, niemal w ogóle się nie zwiększa.
Źródło info i foto: onet.pl

Białoruś: Żona Andrzeja Poczobuta o zatrzymaniu męża. „Polaków na Białorusi czekają represje. Reżim obrał Polskę za wroga”

Chodzi o ukaranie Polaków, z których robi się wrogów Białorusi – tak o ostatnich działaniach reżimu Alaksandra Łukaszenki wobec działaczy polskiej mniejszości mówi żona Andrzeja Poczobuta, Oksana Poczobut. Wczoraj nad ranem milicja zatrzymała w Grodnie jej męża – członka zarządu Związku Polaków na Białorusi i niezależnego dziennikarza – oraz w dwóch innych miastach Irenę Biernacką i Marię Tiszkowską, również należące do zarządu Związku. Dwa dni wcześniej do aresztu trafiła szefowa Związku Polaków Andżelika Borys.

Dzień po zatrzymaniu Andżelika Borys skazana została na 15 dni aresztu za organizację „nielegalnej imprezy masowej”, za jaką władze uznały zorganizowany 7 marca tradycyjny doroczny jarmark Grodzieńskie Kaziuki.

Wczoraj natomiast Borys objęta została wraz z zatrzymanymi tego dnia Andrzejem Poczobutem, Ireną Biernacką i Marią Tiszkowską postępowaniem karnym: są oskarżeni o „podżeganie do nienawiści” na tle narodowościowym. Na dzisiaj zaplanowane zostały w Mińsku przesłuchania zatrzymanych wczoraj działaczy.

W areszcie przebywa również – o czym poinformował w Porannej rozmowie w RMF FM wiceszef polskiego MSZ-etu Marcin Przydacz – dyrektorka szkoły z Brześcia Anna Paniszewa.

Do stolicy Białorusi wyruszyła o poranku z Grodna również Oksana Poczobut. Jak powiedziała dziennikarzowi RMF FM Krzysztofowi Zasadzie: musi tam być, by wspierać męża i m.in. podpisać dokumenty związane z jego obroną.

„Kontaktowałam się z panią adwokat i muszę jeszcze dzisiaj przyjechać, żeby na miejscu załatwić wszystko prawidłowo i w ogóle porozmawiać o sprawie, o nim. Adwokat go w ogóle nie zna, my jej też na razie nie znamy” – podkreślała Oksana Poczobut.

Jej zdaniem, aresztowanie Andrzeja Poczobuta to jasny znak, że Polaków na Białorusi czekają represje.

„Władze Białorusi obrały Polskę za wroga i wszyscy Polacy na Białorusi muszą teraz ponieść jakąś karę” – skomentowała w rozmowie z Krzysztofem Zasadą Oksana Poczobut.

Prokuratura zarzuca polskim działaczom podżeganie do nienawiści i „rehabilitację nazizmu”
Związek Polaków na Białorusi to największa w tym kraju organizacja polskiej mniejszości. Do jej celów statutowych należą m.in. pielęgnowanie polskości, krzewienie polskiej kultury i nauka języka.

W 2005 roku Związek został przez władze w Mińsku zdelegalizowany.

Teraz natomiast białoruska prokuratura zarzuca zatrzymanym działaczom ZPB podżeganie do nienawiści na tle narodowościowym i religijnym oraz „rehabilitację nazizmu”. Według komunikatu prokuratury generalnej, chodzi o organizowanie od 2018 roku „szeregu nielegalnych przedsięwzięć masowych z udziałem niepełnoletnich, w czasie których czczono uczestników band antysowieckich działających w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i po jej zakończeniu”.

„Dokonywali oni grabieży i zabójstw ludności cywilnej, niszczenia majątku. Ich działania miały na celu rehabilitację nazizmu i usprawiedliwienie ludobójstwa narodu białoruskiego” – twierdzi prokuratura w komunikacie.

Wskazany przez nią artykuł kodeksu karnego zagrożony jest karą więzienia od 5 do 12 lat.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Białoruś: Wszczęto sprawę karną ws. Andżeliki Borys. Trwają przeszukania

Wszczęto sprawę karną wobec szefowej Związku Polaków na Białorusi Andżeliki Borys – poinformowała prokuratura generalna Białorusi. Jak podano, chodzi o podżeganie do nienawiści na tle religijnym i narodowościowym. W siedzibie ZPB w Grodnie oraz w mieszkaniach działaczy trwają przeszukania. Rewizja rozpoczęła się m.in. w mieszkaniu członka Zarządu Głównego ZPB Andrzeja Poczobuta, który nad ranem także został zatrzymany i prezes oddziału ZPB w Wołkowysku Marii Tiszkowskiej.

Sprawa karna wobec Borys i „innych osób”, jak informuje prokuratura, dotyczy podżegania do nienawiści na tle narodowościowym i religijnym, a także „rehabilitacji nazizmu”. Według komunikatu prokuratury generalnej chodzi o organizowanie w okresie od 2018 r. „szeregu nielegalnych przedsięwzięć masowych z udziałem niepełnoletnich, w czasie których czczono uczestników band antysowieckich działających w czasie Wielkiej Wojny Ojczyźnianej i po jej zakończeniu”.

– Dokonywali oni grabieży i zabójstw ludności cywilnej, niszczenia majątku. Ich działania miały na celu rehabilitację nazizmu i usprawiedliwienie ludobójstwa narodu białoruskiego – twierdzi prokuratura.

ZPB: Zastraszanie mniejszości polskiej na Białorusi

Andżelika Borys została zatrzymana we wtorek. W środę skazano ją na 15 dni aresztu za organizację „nielegalnej imprezy masowej”. Prezes ZPB sądzona była z artykułu, który mówi o złamaniu przepisów dotyczących organizacji imprez masowych. Chodzi o zorganizowany 7 marca doroczny jarmark rzemieślników Grodzieńskie Kaziuki.

Władze Związku Polaków na Białorusi wydały oświadczenie w którym stwierdzono, że bezpodstawne zatrzymanie Borys służy „zastraszaniu całego środowiska polskiej mniejszości na Białorusi”. Związek to największa na Białorusi organizacja mniejszości polskiej. W 2005 r. władze Białorusi pozbawiły ją rejestracji.
Źródło info i foto: interia.pl

Przemyt nielegalnych imigrantów na Węgry. Aresztowano Polaków

Aresztowano troje Polaków i Pakistańczyka, którzy usiłowali przewieźć przez Węgry spod granicy serbskiej pod austriacką ośmiu nielegalnych migrantów – poinformował w czwartek sąd w Tatabanya na zachód od Budapesztu.

Sąd podał, że Pakistańczyk i jeden z Polaków podjęli się przetransportowania migrantów za pieniądze w pobliże granicy austriackiej we współpracy z przemytnikami ludzi. Odebrali oni migrantów we wtorek przy granicy serbskiej, po czym ruszyli w drogę dwoma samochodami. Z przodu jechał prowadzony przez Pakistańczyka samochód na niemieckich numerach, a za nim prowadzona przez Polaka furgonetka na polskich numerach wioząca migrantów. Pasażerowie obu samochodów utrzymywali ze sobą kontakt telefoniczny.

Policja chciała skontrolować pojazdy na drodze nr 81, łączącej Gyoer z Szekesfehervarem, jednak kierowca i pasażerowie furgonetki uciekli. Okazało się, że polski kierowca i jego polska towarzyszka ukryli się w pobliskim budynku, migranci zaś biegli przez pole. Wszyscy zostali zatrzymani. Sąd nakazał aresztowanie trojga Polaków i Pakistańczyka.

Migranci podali się za Syryjczyków.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Meksyk: Polacy pojechali do pracy. Wycięto im narządy. Jeden z nich nie żyje

Makabryczna zbrodnia na polskich obywatelach w Meksyku. Jak informuje Onet, dwóch młodych Polaków miało w lutym polecieć tam za pracą. Mężczyźni mieli mieć wycięte narządy. Jeden z nich nie żyje, a drugi przebywa w szpitalu.

O makabrycznym wydarzeniu poinformował Onet. Jak podaje portal, cała sprawa „owiana jest tajemnicą”, a służby nie udzielają szczegółowych informacji na ten temat. Według ustaleń dziennikarzy młodzi Polacy – w wieku około 20 lat – wyjechali do pracy do Meksyku, którą załatwił im ktoś w Polsce. „Ze względu na charakter sprawy nie podajemy nazwy miejscowości, z której pochodzą, ani ich personaliów” – czytamy. Polacy polecieli tam w pierwszej połowie lutego. Nie wiadomo, na czym miały polegać ich obowiązki na miejscu. Onet powołuje się na informacje z kilku niezależnych źródeł, według których rodzina jednego z mężczyzn miała w zeszłym tygodniu otrzymać informację, że Polak nie żyje. Drugi natomiast miał trafić w ciężkim stanie do szpitala. Jak podaje portal, mężczyzna ten ma być w śpiączce.

Według nieoficjalnych doniesień obydwaj Polacy mieli mieć wycięte narządy wewnętrzne. Mężczyzna, który stracił życie, prawdopodobnie miał wyciętą „nie tylko nerkę, ale również inne organy” – dowiadujemy się z artykułu. Podkreślono w nim, że szczegóły dotyczące okoliczności zbrodni nie są podawane do wiadomości publicznej.

Tragiczne wydarzenia potwierdziło w rozmowie z Onetem Ministerstwo Spraw Zagranicznych i poinformowało, że w sprawie zostało wszczęte śledztwo. – Sprawa, o którą pan pyta, jest znana polskiej służbie konsularnej i dotyczy trzech obywateli polskich. Ambasada RP w Meksyku po uzyskaniu informacji o zdarzeniu niezwłocznie podjęła stosowne działania. Konsul RP jest w stałym kontakcie z członkami rodzin poszkodowanych, pracodawcą oraz miejscową prokuraturą, która bada okoliczności sprawy – odpowiedziało autorom tekstu Onet Biuro Rzecznika Prasowego MSZ.  – Jeden z poszkodowanych zmarł. Drugi został hospitalizowany, a stan jego zdrowia poprawia się. Natomiast trzeci z naszych obywateli powrócił już do Polski – mieli przekazać przedstawiciele ministerstwa.

Pomimo pytań ze strony portalu, resort nie udzielił żadnych szerszych informacji na temat m.in. tego, gdzie doszło do wycięcia narządów, czy kogoś już zatrzymano w tej sprawie i czy postawiono mu zarzuty. Dziennikarze usiłowali również dowiedzieć się, czy w śledztwie uczestniczą polskie służby. W odpowiedzi zaznaczono, że „z uwagi na obowiązujące przepisy RODO oraz dobro poszkodowanych, MSZ nie udziela szczegółowych informacji na temat zdarzenia i toczącego się postępowania wyjaśniającego”.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Holandia: Ataki na „polskie sklepy były skoordynowaną akcją”

W ostatnim tygodniu doszło do czterech wybuchów przed sklepami z polskimi produktami w Holandii. Teraz policja, jak informuje nltimes.nl, zakłada w śledztwie, że ataki były skoordynowaną akcją i apeluje do świadków o zgłaszanie się.

Wciąż jednak nie są znane motywy podkładania wybuchów przed polskimi sklepami. Właściciele polskich sklepów w Holandii zwrócili uwagę w rozmowie z NOS, że na rynku sklepów szaleje „brutalna konkurencja”. Wskazują, że nowi właściciele takich sklepów często otwierają je tuż obok podobnego już istniejącego sklepu, by wypchnąć ich następnie z rynku. Wypowiadający się dla NOS poprosili o zachowanie anonimowości.

W sobotę, 12 grudnia o 4.30 rano w polskim supermarkecie w centrum handlowym De Beverhof w Beverwijk doszło do eksplozji. Atak na ten konkretny sklep przeprowadzono już drugi raz, wcześniejszy miał miejsce 8 grudnia. Był to już czwarty atak na „polskie sklepy” w Holandii w ciągu tygodnia. O ponownym ataku na supermarket poinformowała miejscowa policja. W mediach społecznościowych pojawiły się też nagrania z miejsca zdarzenia.

Holenderska policja poinformowała o zniszczeniu fasady sklepu, na ulicy leżał gruz. – Zniknęła cała fasada, uszkodzenia są znaczne – powiedział jeden z funkcjonariuszy cytowany przez holenderskie media.

W tym samym sklepie doszło już do eksplozji w nocy z wtorku na środę. Według służb tym razem szkody są większe, bo fala powstała na skutek eksplozji uszkodziła także wnętrze centrum handlowego. Wcześniej policja otrzymała zgłoszenie, że w pobliżu miejsca wybuchu płonie samochód. Możliwe, że obie sprawy są ze sobą powiązane.

„Polskie sklepy” w Holandii. Właścicielami nie są Polacy

W Holandii jest ponad 100 sklepów handlujących polskimi towarami, większość z nich jednak należy do cudzoziemców. – To bardzo ciężka praca, mało kto chce pracować 7 dni w tygodniu – powiedział w rozmowie z „Deutsche Welle” właściciel takiego sklepu w Hillegom, także obcokrajowiec. Prosił jednak, żeby nie podawać ani nazwy marketu, ani jego danych. – Nie chcę mieć problemów – tłumaczył.

Z oferty sklepów korzysta głównie licząca ok. 195 tys. osób holenderska Polonia, a także mieszkający w Niderlandach Rosjanie, Bułgarzy i Łotysze. W mediach pojawiły się informacje, że Polacy mówią o właścicielach sklepów „Turkowie”. Są jednak nimi Kurdowie z Iraku. Holenderskie Biedronki, oprócz nazwy, nie mają nic wspólnego z należącą do portugalskiego koncernu Jeronimo Martins popularną siecią marketów w Polsce.

Kim są właściciele sklepów?

Właścicielami wszystkich sklepów są iraccy Kurdowie. Pierwszy wybuch miał miejsce w nocy 7 grudnia w miejscowości Aalsmeer, 13 km od Amsterdamu. Właściciele to 25-letni piłkarz trzecioligowego klubu Quick Boys Mohamad Mahmoed i jego brat Moshkhal. Drugi wybuch nastąpił tej samej nocy, 100 km dalej, w mieście Heeswijk-Dinther w południowej Holandii. Z ustaleń policji wynika, że materiały wybuchowe zostały przyklejone do szklanej witryny sklepu. Jego właścicielem jest Omroep Brabant Shwana Rabat, który razem z rodziną i przyjaciółmi prowadzi markety z polskimi produktami także w innych miejscowościach.
Źródło info i foto: onet.pl

Nie zatrzymał terrorysty, bo nie chciał wyjść na rasistę. W ataku na halę Manchester Arena w 2017 roku zginęły 22 osoby

Jeden z ochroniarzy, który pracował w noc ataku terrorystycznego na halę Manchester Arena w 2017 roku, przyznał we wtorek, że miał złe przeczucia co do Salmana Abediego, ale nie interweniował, bo obawiał się, że zostanie oskarżony o rasizm. W ataku po koncercie Ariany Grande zginęły 22 osoby, w tym Polacy.

22 maja 2017 roku Salman Abedi, urodzony w Manchesterze obywatel brytyjski libijskiego pochodzenia, zdetonował ładunek wybuchowy, gdy ludzie wychodzili z odbywającego się w hali Manchester Arena koncertu Ariany Grande. Oprócz sprawcy zginęły 22 osoby, w tym dwoje Polaków. Byli to rodzice dwóch dziewczynek, które uczestniczyły w koncercie.

Od początku września trwa publiczne śledztwo w sprawie ataku terrorystycznego, które ma wyjaśnić, czy władze, policja lub organizatorzy dopuścili się zaniedbań i czy zamachowi można było zapobiec.

Jednym z zeznających we wtorek był Kyle Lawler, 18-letni wówczas pracownik firmy ochroniarskiej Showsec. Na kilka minut przed atakiem jeden z widzów zwrócił uwagę innego ochroniarza na Abediego, a ten przekazał to Lawlerowi i obaj razem zaczęli obserwować późniejszego sprawcę.

Jak zeznawał po zamachu, próbował poinformować główne stanowisko kontroli, ale ponieważ nie mógł się połączyć, zrezygnował. Nie podszedł też do Abediego, choć miał złe przeczucia, bo nie miał żadnych dowodów, które by je uzasadniały i bał się, że jeśli nie ma racji, będzie miał kłopoty. To była ostatnia okazja do zatrzymania terrorysty.

– Nie byłem pewien, co robić. Bardzo trudno jest wskazać terrorystę. Wiedziałem, że może to równie dobrze być niewinny mężczyzna azjatyckiego pochodzenia. Nie chciałem, żeby ludzie myśleli, że go stereotypuję ze względu na jego rasę. Bałem się, że się pomylę i zostanę nazwany rasistą – gdybym się mylił, wpadłbym w kłopoty. To sprawiło, że się wahałem. Chciałem to zrobić dobrze – zeznał po zamachu Lawler. Tamte jego zeznania złożone wówczas policji zostały odczytane we wtorek przed sądem w Manchesterze i Lawler je potwierdził.

Śledztwo potrwa do wiosny. W sierpniu brat sprawcy został skazany na co najmniej 55 lat więzienia za współudział w zabójstwie 22 osób i usiłowanie zabicia kolejnych.
Źródło info i foto: TVP.info

„Polacy nie chcą odpowiedzialności zbiorowej” jeśli chodzi o pedofilię w Kościele

Za tuszowanie spraw pedofilskich mają odpowiadać konkretni biskupi. Polacy nie chcą odpowiedzialności zbiorowej – pisze czwartkowa „Rzeczpospolita”. Gazeta zwraca uwagę, że do Watykanu wpływa coraz więcej zgłoszeń dotyczących możliwych zaniedbań polskich biskupów przy wyjaśnianiu spraw związanych z molestowaniem seksualnym nieletnich. Jak wskazuje dziennik, „w opinii wielu komentatorów oraz polityków spraw »zamiatania pod dywan« przypadków pedofilii jest tak dużo, że Kościół w Polsce sam nie poradzi sobie z ich wyjaśnieniem”.

Z wyników sondażu przeprowadzonego przez IBRiS dla „Rzeczpospolitej” wynika, iż dymisji całego Episkopatu domaga się jedynie 16,8 proc. badanych. „Większy odsetek (26,7 proc.) uważa, że papież powinien powołać specjalną komisję, która przyjrzałaby się polskim biskupom” – czytamy.

Dziennik wskazuje też, że zdecydowana większość badanych przez IBRiS – 43,3 proc. – uważa, że biskup, któremu zarzuca się nieprawidłowości przy wyjaśnianiu pedofilii, powinien być zawieszony w czynnościach do czasu wyjaśnienia sprawy.

„To jest bardzo zdroworozsądkowe podejście do tego problemu. Widać, że respondenci mają oczekiwania, by ewentualną odpowiedzialność poniósł jeden konkretny biskup, a nie cały Episkopat” – komentuje cytowany przez „Rz” ks. dr Piotr Studnicki, kierownik biura delegata KEP ds. ochrony dzieci i młodzieży.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Torturowani Polacy składają zawiadomienie w sprawie również na Białorusi

Trzej Polacy torturowani na Białorusi zamierzają walczyć o swoje prawa również w Mińsku. Składają zawiadomienie do tamtejszych władz. Mężczyznom udało się zidentyfikować jedną z brutalnych funkcjonariuszek – milicjantkę Karynę. Prokuratura Krajowa wszczęła śledztwo w sprawie zatrzymania, pobicia i torturowania trzech Polaków na Białorusi. Mężczyźni byli zatrzymani po protestach w Mińsku. Po powrocie do kraju przeszli badania i zostali przesłuchani przez ABW.

Teraz, jak przekazuje RMF FM, ich pełnomocnik mecenas Tomasz Wiliński złoży zawiadomienie w tej sprawie również na Białorusi. Mężczyznom udało się zidentyfikować jedną z brutalnych funkcjonariuszek – milicjantkę Karynę. Miała ich bić kijem bejsbolowym. Zawiadomienie będzie także dotyczyć innych osób zatrzymanych i bitych na Białorusi.

Według nieoficjalnych informacji Polacy dostali symboliczne zadośćuczynienie na pokrycie kosztów leczenia z funduszu obywatelskiej inicjatywy, która powstała na Białorusi.

Sprawą brutalności białoruskiej milicji wobec Polaków zajmuje się Mazowiecki Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej Prokuratury Krajowej i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Białoruś. Nie milkną protesty

Na Białorusi nie milknie fala protestów przeciwko wynikom wyborów prezydenckich, które odbyły się w tym kraju w sierpniu. Cały czas są one brutalnie tłumione przez milicję oraz żołnierzy. Według danych ekspertów ONZ, milicja dopuściła się tortur na blisko 450 osobach. Odnotowano też przypadek gwałtu. W niedzielę na „Marszu Jedności” w Mińsku zgromadziło się około 100 tys. osób. Niezależne media informują o brutalnych zatrzymaniach ze strony milicji.

Ci, którzy zdecydowali się wyrazić swój sprzeciw wobec Łukaszenki, spotkali się z brutalną reakcją milicji. Jak informuje telewizja Biełsat, zatrzymanych zostało co najmniej 105 uczestników marszu.
Źródło info i foto: wp.pl