Prokurator generalna pozwała Donalda Trumpa i jego dzieci

Donald Trump oraz trójka jego dzieci: Donald Jr, Eric, Ivanca zostali pozwani przez prokurator generalną Nowego Jorku. Zarzucono im podawanie fałszywych wycen nieruchomości i czerpanie z tego zysków. Prokuratura twierdzi, że do wielu oszustw miało dochodzić w latach 2011-2021, a więc jeszcze w czasie prezydentury Donalda Trumpa. Polegały one na tym, że fikcyjnie zawyżano majątek rodzinnej firmy o miliardy dolarów, aby pomóc jej w uzyskaniu lepszych warunków finansowych dla transakcji.

Miało to na celu także uzyskanie niższych stóp procentowych w bankach i korzystniejszego ubezpieczenia. Celem prokuratury jest odzyskanie co najmniej 250 milionów dolarów. Po opublikowaniu pozwu Donald Trump napisał, że to dalszy ciąg „polowania na czarownice”, którego stał się ofiarą.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Norwegia: Anders Behring Breivik pozywa państwo

Anders Breivik, zbrodniarz i sprawca zamachu terrorystycznego z 2011 roku na wyspie Utoya w Norwegii, ponownie pozywa państwo. Mężczyzna domaga się złagodzenia warunków izolacji, powołując się przy tym na Europejską Konwencję Praw Człowieka. Informację przekazał prawnik zbrodniarza. Anders Breivik uważa, że odosobnienie, w jakim przebywa od 11 lat, narusza prawa człowieka. Terrorysta powołuje się przy tym na artykuł 3 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, który stanowi, że „nikt nie może być poddany torturom ani nieludzkiemu lub poniżającemu traktowaniu albo karaniu”. Według adwokata zbrodniarza gdy wiosną tego roku Breivik został przeniesiony z więzienia w Skien do zakładu w Ringerike pod Oslo, miał on nadzieję na poprawę warunków pobytu.

– Tak się jednak nie stało. Mój klient wciąż nie ma kontaktu z nikim poza funkcjonariuszami więziennymi, co jest niewystarczające – podkreślił Oystein Storrvik.

Jednocześnie prawnik przyznał, że Breivik otrzymał do dyspozycji większą przestrzeń oraz zwiększono mu liczbę zajęć.

Norwegia. Anders Breivik a walka z państwem

Podobny pozew przeciwko państwu norweskiemu Breivik złożył już w 2016 roku, sąd wówczas uznał jednak, że jego prawa nie są łamane. W styczniu tego roku terrorysta domagał się w sądzie przedterminowego zwolnienia. Złożenie wniosku było możliwe, ponieważ Breivik odbył minimalną część wyroku – 10 z 21 lat. Co więcej, zbrodniarz złożył swój wniosek dokładnie 22 lipca. Tamtego dnia w Norwegii obchodzono 10. rocznicę dokonanego przez mężczyznę zamachu terrorystycznego w dzielnicy rządowej w Oslo oraz strzelaniny na wyspie Utoya, w których zginęło łącznie 77 osób.

– Na podstawie materiału, jaki otrzymaliśmy z więzienia oraz nowej oceny ryzyka dokonanej przez psychiatrę nadal uważamy, że istnieje niebezpieczeństwo, że Breivik popełni nowe, poważne przestępstwo – podkreślała przed sądem prokurator Hulda Karlsdottir.
Źródło info i foto: interia.pl

Abramowicz pozwał Radę Unii Europejskiej

Rosyjski oligarcha Roman Abramowicz wniósł pozew do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu przeciwko Radzie Unii Europejskiej. Ma to związek z nałożonymi wcześniej na biznesmena sankcjami. Roman Abramowicz został objęty unijnymi sankcjami w połowie marca. Biznesmen nie może wjeżdżać na teren Unii Europejskiej i Wielkiej Brytanii, zamrożono także jego aktywa. Unia, argumentując swoją decyzję, podkreśliła m.in., że rosyjski oligarcha ma bliskie związki z Putinem.

Pozew Abramowicza został zarejestrowany w sądzie 25 maja – informuje rosyjska gazeta RBK.

Podobne pozwy przeciwko Radzie Unii Europejskiej złożyli 30 maja udziałowcy Alfa-Bank, jednego z największych prywatnych banków w Rosji, Petr Awen i Michaił Fridman, którzy także zostali objęci sankcjami. Roman Abramowicz to miliarder blisko związany z Kremlem. Fortunę, którą dziś „Forbes” szacuje na 8,6 mld dolarów, zdobył prywatyzując państwowe spółki naftowe w latach 90.

Abramowicz posiada liczne nieruchomości w krajach zachodnich Europy. Niedawno wycofał się z zarządzania angielskim klubem piłkarskim Chelsea Londyn, którego był właścicielem.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Dziennikarz PAP Robert Pietrzak zwolniony za zeznania w sądzie. Złożył pozew

Dziennikarz Robert Pietrzak, który pracował jako dziennikarz w PAP przez ponad 22 lata, został zwolniony dyscyplinarnie za zeznania w sądzie. W związku z tym złożył pozew przeciwko agencji. Domaga się przywrócenia do pracy oraz odszkodowania.

O zwolnieniu Roberta Pietrzaka napisał portal Press.pl. Chodzi o sprawę, którą Polskiej Agencji Prasowej wytoczyła inna zwolniona pracownica z oddziału PAP w Gdańsku, Anna Kisicka. PAP rozstała się z nią w grudniu 2020 roku.

Depesza PAP bez komentarza Pawła Machcewicza

Robert Pietrzak zeznał w sądzie, że rzeczywistym powodem zwolnienia Kisickiej był mail rozesłany przez nią do pracowników. Kisicka miała w nim napisać, że agencja nie opublikowała depeszy z komentarzem Pawła Machcewicza, byłego dyrektora Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku i byłego doradcy Donalda Tuska. Chodziło o wyrok sądu zakazujący wyświetlania filmu IPN na wystawie w Muzeum.

PAP opublikowała za to depeszę z komentarzem ówczesnego dyrektora muzeum Karola Nawrockiego, powołanego przez ministra kultury i dziedzictwa narodowego Piotra Glińskiego.

Przypomnijmy, że w 2018 roku były dyrektor Muzeum Pawel Machcewicz oraz trzech twórców głównej wystawy wytoczyło pozew przeciwko Karolowi Nawrockiemu. Dotyczył on ingerencji w jej zawartość. Sąd przyznał im rację i nakazał zaprzestania wyświetlania filmu „Niezwyciężeni” na wystawie stałej.

W marcu 2022 roku Robert Pietrzak został zwolniony dyscyplinarnie z pracy. – Zarząd PAP uznał moje zeznania za fałszywe, gdyż ich treść jest sprzeczna z jego stanowiskiem prezentowanym w sporze sądowym – powiedział. Dodał, że przed sądem mówił prawdę i gdyby został wezwany na świadka ponownie, nie zmieniłby zeznań.

PAP twierdzi, że Pietrzak miał popełnić przestępstwo. Agencja nie odpowiedziała jednak na pytania Press.pl w tej sprawie.

W związku ze zwolnieniem z pracy Robert Pietrzak złożył pozew przeciwko byłemu pracodawcy do Sądu Rejonowego w Warszawie. Domaga się uznania za bezskuteczne wypowiedzenia umowy o pracę, a także zapłaty odszkodowania. Marek Błoński, przewodniczący „Solidarności” w PAP i członek Rady Pracowników podkreślił, że związek jednoznacznie opowiedział się po stronie zwolnionego dziennikarza. – W kategoriach etycznych ocena tej sprawy jest dla mnie jednoznaczna, czekamy na rozstrzygnięcia sądowe – powiedział.
Źródło info i foto: Wprost.pl

Ofiara księdza Arkadiusza H. wycofała pozew przeciwko kurii

Jakub Pankowiak, ofiara ks. Arkadiusza H., wycofał roszczenia z pozwu przeciwko diecezji kaliskiej. Mężczyzna nie komentuje powodów swojej decyzji. – Jakub zrobił bardzo dużo dla ruchu pokrzywdzonych, ale stracił siłę do walki o swoją sprawę – mówi w Gazeta.pl pełnomocnik braci Pankowiaków Artur Nowak. O swojej decyzji Jakub Pankowiak poinformował Polską Agencję Prasową. Zaznaczył, że nie zamierza jej komentować. – W sprawie zostaje mój brat – powiedział cytowany przez PAP.

– W tym tygodniu wycofałem w imieniu Jakuba Pankowiaka pozew przeciwko kurii kaliskiej – przyznaje w rozmowie z Gazeta.pl mec. Artur Nowak, pełnomocnik Jakuba i Bartłomieja Pankowiaków. – Kuba zrobił bardzo dużo dla ruchu pokrzywdzonych, pokazał swoją twarz, stał się wzorem dla wielu osób, które znalazły w sobie odwagę, by opowiedzieć o krzywdzie. Zrobił wiele dla innych, ale stracił siłę do walki o swoją sprawę. Sądzę, że to była przemyślana decyzja i nie próbowałem go do niczego namawiać – dodaje.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Alec Baldwin pozwany do sądu. Chodzi o śmierć Halyny Hutchins

​Rodzina operatorki filmowej Halyny Hutchins pozwała do sądu aktora i producenta filmu „Rust” Aleca Baldwina w związku z wypadkiem, w rezultacie którego Hutchins zginęła na planie filmowym. Rodzina Hutchins przygotowała symulację mającą ilustrować, w jakich okolicznościach to nastąpiło. Oprócz Baldwina zarzutami w pozwie cywilnym objęto także innych producentów oraz członków ekipy filmowej. Pozew, twierdzi, że produkcja Baldwina nie spełniała co najmniej 15 wymogów branżowych dotyczących bezpiecznego obchodzenia się z bronią. Operatorka zginęła 21 października ub. r. podczas kręcenia westernu „Rust” w okolicach Santa Fe od kuli wystrzelonej z rewolweru trzymanego przez Baldwina. Ranny został również reżyser Joel Souza.

Jak podała wczoraj telewizja Fox News wygenerowane cyfrowo wideo ma prawie 10 minut. Przytacza serię zarzutów ujętych w pozwie, w tym zawierający twierdzenie, że realizatorzy nie traktowali broni przez cały czas tak, jakby była załadowana.

„Adwokaci męża Hutchins Matthew Hutchinsa i syna Androsa, argumentowali, że nie było potrzeby, aby Baldwin trzymał rekwizytową broń w czasie, kiedy kamery nie były uruchomione. Film pokazuje również graficzną rekonstrukcję momentu, kiedy Baldwin nieumyślnie wystrzelił pocisk, który śmiertelnie ugodził Hutchins” – relacjonuje Fox News.

Według pozwu, Baldwin był zaledwie nieco ponad metr od Hutchins, reżysera Joela Souzy i dwóch innych osób. Wyciągnął rewolwer, który miał być załadowany bezpiecznymi atrapami naboi. Jednakże prawdziwy pocisk przebił ciało Hutchins i trafił Souzę w ramię. Myślę, że jest jasne, co się stało. (…) Alec miał broń w ręku. Strzelił z niej. Halyna została zabita – podsumował główny adwokat męża i syna Hutchins Brian Panish.

Zgodnie z pozwem, kiedy operatorka wiła się z bólu, dwaj członkowie ekipy pospieszyli jej z pomocą. Baldwin miał tego nie zrobić. Odmówił też szkolenia w zakresie użycia broni. Fox News zwraca uwagę, że wideo stanowi rekonstrukcję wydarzeń przygotowaną przez rodzinę. „Nie wiemy, czy jest to rzeczywiste odtworzenie wydarzeń. To jest ich rekonstrukcja, która jest częścią pozwu sądowego” – podkreśla Fox News.

We wcześniejszym wywiadzie Alec Baldwin twierdził, że ktoś załadował ostrą amunicję do rewolweru, której nie powinno tam być. Ktoś jest odpowiedzialny za to, co się stało, i nie wiem, kto to jest, ale wiem, że nie ja – przekonywał aktor.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Piotr Kaszubski, „najmłodszy polski milioner”, złożył pozew. Domaga się 24 mln złotych odszkodowania

Znany jako „najmłodszy polski milioner” Piotr Kaszubski złożył pozew o odszkodowanie w wysokości ponad 24 mln złotych wobec Prokuratury Regionalnej w Warszawie. Jak poinformował na Facebooku, jest to wycena 838 tys. produktów i komponentów produktowych, które zostały skonfiskowane na kilka lat.

„Złożyłem pozew o odszkodowanie w kwocie 24 mln 126 429 zł wobec Skarbu Państwa – Prokuratury Regionalnej w Warszawie” – napisał na swoim facebookowym profilu Piotr Kaszubski.

Młody milioner powołał się na zapis art. 77 ust. 1 Konstytucji RP – „każdy ma prawo do wynagrodzenia szkody, jaka została mu wyrządzona przez niezgodne z prawem działanie organu władzy publicznej”.

Piotr Kaszubski we wpisie zaznaczył, że śledztwo w jego sprawie trwa już 10 rok.

„Jak wiecie z mediów i z mojego profilu – Państwo Austriackie po przeanalizowaniu materiałów i dowodów we własnym postępowaniu, prawomocnie nie zgodziło się, aby ścigać niewinną osobę oraz nie ma zgody, żeby postawić mi zarzuty. Mam nadzieję, że zrozumiała dla Was jest wartość merytoryczna 10 letniego śledztwa polskiego prokuratora, które oceniono w perspektywie międzynarodowego wymiaru sprawiedliwości rzetelnie i dokładnie” – napisał Piotr Kaszubski.

Piotr Kaszubski: Szkoda majątkowa wielkich rozmiarów

Milioner twierdzi, że prokurator podczas śledztwa doprowadził do szkody majątkowej „wielkich rozmiarów poprzez swoje zaniedbanie, zwłokę, błędy i decyzje, które podejmowano impulsywnie, pogwałcając literę prawa, idąc wbrew wektorom logiki i rozumu”. Z relacji Piotra Kaszubskiego wynika, że 15 czerwca 2015 roku dokonano konfiskaty 838 466 produktów i komponentów produktowych. Decyzja o zwrocie zapadła 20 marca 2019 roku.

„Prokurator podjął decyzję o zwrocie towarów ponieważ ‚nie były objęte śledztwem i były zbędne do dalszego postępowania’. Resztę produktów zutylizował sąd, ponieważ się przeterminowały” – pisze Piotr Kaszubski, dodając, że w trakcie postępowania zajęto m.in. międzynarodowe renomowane marki, stanowiące wyposażenie klinik medycyny estetycznej czy też wysokiej jakości suplementy diety i kosmetyki.

„Podczas zwrotu przez policję produktów w magazynie, moim pomocnikiem okazał się biegły rzeczoznawca sądowy, który wycenił stratę” – przekazał Kaszubski.

Biznesmen twierdzi, że pozew złożony przez kancelarię w biurze podawczym pojawił się w piątek rano.
Źródło info i foto: interia.pl

Ofiara gwałciciela pozywa Ministerstwo Sprawiedliwości. Oprawca powinien był siedzieć za kratami

– Gdyby nie wypuścili go na wolność, nie byłabym dzisiaj kaleką, nie budziłabym się z krzykiem każdej nocy – Daria nie umie ukryć emocji, kiedy wraca myślami do tamtego dnia. Jedna decyzja systemu spowodowała, że jej życie zawaliło się i już nigdy nie będzie takie jak dawniej.

17 stycznia 2016 roku Daria jedzie pociągiem ze Strzelec Opolskich do domu. Jest pewna, że przesiądzie się w Katowicach, ale w okienku na dworcu słyszy, że ten pociąg akurat tam nie dojeżdża. Wysiada więc w Zabrzu. Szuka autobusu, którym dotrze do domu.

Tym samym pociągiem ze Strzelec jedzie też 34-letni Robert K. Proponuje zagubionej 23-trzylatce pomoc.

– Tłumaczył mi, którędy mam pójść. W pewnym momencie powiedział, że podprowadzi mnie na właściwy przystanek – wspomina Daria.

Ale zamiast na przystanek Robert K. prowadzi dziewczynę przed mieszkanie swego brata, a potem krępuje jej ręce i wciąga do środka.

– Zamknął drzwi na klucz, szarpnął mnie i powiedział, że idziemy na układ. Albo sama się rozbieram, albo on mnie pobije i rozbierze – opowiada Daria.

Dziewczyna prosi, by ją wypuścił, chce wrócić do domu. W odpowiedzi Robert K. uderza ją w twarz. Daria nie ma żadnych szans.

– Położył się na mnie i mnie zgwałcił. Chciałam uciec, ale nie mogłam. Po wszystkim zgodził się, żebym zapaliła papierosa. A ja otworzyłam okno i wyskoczyłam. Z pierwszego piętra – opowiada kobieta. – Ratowałam się, jak mogłam.

Nagą i posiniaczoną Darię znajdują na chodniku przechodnie.

– Pamiętam, że najpierw podeszła do mnie jakaś pani, potem zatrzymał się mężczyzna z dwójką dzieci. Maluchy płakały, a on okrył mnie własną kurtką – wspomina.

To ten świadek zezna później, że kobieta wyglądała jak „żywe zombie”. Za chwilę na miejscu jest już policja i pogotowie. Daria trafia do szpitala.

„W pełni sprawna nie będę już nigdy”

Lista obrażeń 23-latki jest długa. Złamanie miednicy, kości łonowej, krzyżowej, pogruchotany kręgosłup.

– To, że nie siedzę po tym wszystkim na wózku, to cud. Ale w pełni sprawna nie będę już nigdy. Nadal mam problemy z chodzeniem, po trzech latach zdiagnozowano u mnie padaczkę na tle nerwowym. Mam dwadzieścia osiem lat i jestem wrakiem człowieka – dodaje Daria.

Policja szybko zatrzymuje Roberta K. w jednym z centrów handlowych. Od razu słyszy dwa zarzuty: zarzut zgwałcenia Darii przy użyciu przemocy i zarzut posiadania narkotyków. Potem dochodzi jeszcze trzeci – naruszenia nietykalności cielesnej policjanta. Robert K. atakuje funkcjonariusza, który doprowadza go do sali przesłuchań.

Nie powinien być na wolności

Szybko okazuje się, że Roberta K. tego dnia w ogóle nie powinno być na wolności. Od sześciu lat odsiaduje bowiem wyrok, między innymi za przestępstwo zgwałcenia. Tego dnia kiedy niszczy życie Darii nie ma go jednak w Zakładzie Karnym w Kluczborku, tylko podróżuje pociągiem ze Strzelec.

Już kilka dni po gwałcie rzecznik Sądu Okręgowego w Opolu tłumaczy mediom, że Robert K. mimo wyroku sprzed sześciu lat przebywał na wolności, bo miał… trzymiesięczną przerwę w odbywaniu kary. Z wnioskiem o jej udzielenie wystąpił naczelnik Zakładu Karnego w Kluczborku. Powód? Sytuacja zdrowotna osadzonego. Robert K. cierpi na jaskrę. Według opinii lekarskiej przebywanie osadzonego w więzieniu mogło zagrażać jego zdrowiu, a nawet życiu. Dlatego mimo negatywnej opinii psychologów 14 grudnia 2015 roku opuścił więzienne mury. Na operację jaskry nigdy jednak nie dotarł. Miesiąc po wyjściu zgwałcił za to Darię.

Linia obrony

Po zatrzymaniu przez policję Robert K. znów trafia na ławę oskarżonych. 20 lutego 2017 roku Sąd Rejonowy w Zabrzu za zgwałcenie Darii skazuje go na łączną karę osiemnastu lat pozbawienia wolności. Sędzia orzeka wobec skazanego także środek zabezpieczający polegający na poddaniu mężczyzny terapii farmakologicznej służącej obniżeniu jego popędu seksualnego.

Robert K. od wyroku się odwołuje. Domaga się uniewinnienia. Twierdzi, że do niczego poszkodowanej nie zmuszał.

– Nie rozumiem, dlaczego ta pani nago wyskoczyła z okna, chyba jej coś odbiło – tłumaczy w apelacji.

Sąd drugiej instancji określa jednak linię obrony przyjętą przez Roberta K. jako nieudolną. Jego samego opisuje w wyroku jako „sprawcę niepoprawnego, wymagającego długoterminowego oddziaływania wychowawczo-resocjalizacyjnego w warunkach izolacji penitencjarnej”.

Sędzia zmniejsza jednak wymiar kary i tym razem wyrok brzmi: trzynaście lat więzienia. Uchylony zostaje też punkt o „kastracji farmakologicznej” mężczyzny.

– To, czego dopuścił się oskarżony, nie było przestępstwem popełnionym w związku z zaburzeniami preferencji seksualnych. Skłonność do agresywnych zachowań seksualnych oskarżonego uwarunkowana jest osobowością dyssocjalną i uzależnieniem od środków psychotropowych – tłumaczy sędzia.

Dla Darii wyrok skazujący jej oprawcę to jednak żadne zwycięstwo. Od początku nie mieści jej się w głowie, co Robert K. robił w pociągu ze Strzelec Opolskich, skoro powinien wtedy siedzieć w więzieniu?

Ziobro powołuje specjalny zespół

Bulwersująca historia wypuszczonego gwałciciela recydywisty od razu trafia do Ministerstwa Sprawiedliwości. Minister Zbigniew Ziobro powołuje specjalny zespół do zbadania tej sprawy.

11 lutego 2016 roku zwołuje konferencję, na której przedstawia ustalenia zespołu.

– Doszło do poważnych zaniedbań w działaniu zarówno dyrekcji Zakładu Karnego w Kluczborku, jak i sądu penitencjarnego – obwieszcza minister Ziobro. – W związku z tym postanowiłem zwrócić się do władz nadzorujących dyrektora Zakładu Karnego w Kluczborku o wyciągnięcie konsekwencji personalnych.

Lecą głowy. Stanowiska tracą dyrektor zakładu karnego i jego zastępca.

Zbigniew Ziobro podkreśla, że jest to bardzo jednoznaczny sygnał, że aktualne kierownictwo Ministerstwa Sprawiedliwości nie będzie tolerowało sytuacji, w której „bezrefleksyjne, rutynowe i beztroskie działania wobec groźnych kryminalistów ze strony dyrekcji zakładów karnych mogą powodować zagrożenie dla zdrowia i życia niewinnych ludzi”.

Ziobro deklaruje też zaostrzenie kar dla gwałcicieli i poprawę systemu monitoringu więźniów korzystających z przepustki lub przerwy w odbywaniu kary.

Tymczasem życie Darii już nigdy nie wraca do normy.

– Czas nie leczy ran. To cały czas jest ze mną. Boje się sama wyjść z domu. Kiedy widzę na ulicy człowieka podobnego do Roberta, zaczynam cała się trząść, nie umiem się uspokoić. Tego nie da są zapomnieć – szlocha.

Co dało jej odwołanie dyrektora Zakładu Karnego i zdyscyplinowanie sądu penitencjarnego, który wypuścił w grudniu 2015 roku na wolność Roberta K.?

– Nic. Nigdy nie poczuję ulgi, bo człowiek, który zniszczył mi życie, nigdy nie poczuje tego co ja przeżyłam. On ma ciepło, wszystko opłacone i głodny nie chodzi. A ja? Ja się o wszystko muszę martwić, żeby mieć dach nad głową, żeby mieć za co żyć.

Pięć lat po dramacie kobieta żyje na granicy wegetacji.

– Nie mogę znaleźć pracy. Z zawodu jestem handlowcem, ale nie zatrudnią mnie w żadnym sklepie, bo po złamaniach nie wystoję długo, a o dźwiganiu czegokolwiek mogę zapomnieć. Nawet prawa jazdy nie mogę zrobić, bo padaczka mnie wykluczyła. Czuję się przez to wszystko zdyskwalifikowana z normalnego życia.

List do ministerstwa

Wiosną tego roku kobieta trafia do kancelarii katowickiego prawnika Leszka Krupanka. Ten tydzień później pisze do Ministerstwa Sprawiedliwości list. Pyta wprost: „Czy istnieje możliwość zawarcia ugody ze Skarbem Państwa?”

– System zawinił, to niech system odpowie, także i finansowo. Ale nawet gdyby nie było tu winy systemu, to od czego jest Fundusz Sprawiedliwości, który ma wspomagać ofiary przestępstw? No komu jak nie pani Darii te pieniądze z funduszu się należą? – apeluje Leszek Krupanek.

W imieniu klientki prosi Ministerstwo Sprawiedliwości o 300 000 zł zadośćuczynienia i 1000 zł miesięcznej renty.

Ministerstwo Sprawiedliwości na pismo jednak nie odpowiada. W czerwcu Leszek Krupanek ponawia prośbę o zadośćuczynienie jego klientce. Jakiś czas później dzwoni telefon.

– Radca prawny z ministerstwa. Tłumaczy uprzejmie, że nasze pisma poszły gdzieś wyżej do zaopiniowania i od razu uprzedza mnie, że ministerstwo nie ma pieniędzy na tego typu pomoc. Miałem poczucie, że przekaz brzmi: po co chce pan wkładać kij w mrowisko? – opowiada Leszek Krupanek.

Poza telefonem oficjalnej odpowiedzi nadal brak. W sierpniu tego roku Daria idzie więc do Sądu Rejonowego dla Warszawy Śródmieścia z zawezwaniem do próby ugodowej.

W ubiegły piątek do Darii przychodzi pismo z sądu.

– Poinformowali nas, że odpis naszego zawezwania trafił do Ministerstwa Sprawiedliwości, ale jednocześnie z uwagi na epidemię COVID-19 sąd nie wyznacza terminu posiedzenia pojednawczego w sprawie – Leszek Krupanek rozkłada ręce.

W piśmie czytamy: „termin posiedzenia pojednawczego zostanie wyznaczony tylko i wyłącznie wtedy, gdy przeciwnik wyrazi pisemną wolą zawarcia ugody w sprawie. W przeciwnym razie sprawa zostanie zakreślona w repetytorium jako zakończona bez zawarcia ugody”.
Źródło info i foto: interia.pl

Donald Trump pozywa bratanicę

Mary L. Trump złamała prawo – uważa Donald Trump i pozywa redakcję dziennika „New York Times” i swą bratanicę za ujawnienie w 2018 r. wrażliwych danych dotyczących jego podatków – podał amerykański portal informacyjny Daily Beast.

Prawnicy Donalda Trumpa domagają się zadośćuczynienia w wysokości 100 mln dolarów USA. Były prezydent utrzymuje, że 56-letnia Mary L. Trump, która w 2020 r. opublikowała książkę „Zbyt wiele i nigdy dość. Jak moja rodzina stworzyła najniebezpieczniejszego człowieka na świecie”, podpisała zobowiązanie do nieujawniania jakichkolwiek wrażliwych danych osobowych dotyczących swego stryja. – Ujawniając, pomagając w uzyskaniu redakcji „NYT” i/lub rozpowszechniając podlegające ochronie dane, Mary L. Trump złamała prawo – podkreślają prawnicy Trumpa.

W pozwie złożonym w sądzie hrabstwa Dutchess stanu Nowy Jork pojawił się zarzut, że bratanica Trumpa „uczestniczyła w podstępnej intrydze wyłudzenia wrażliwych danych”, do których miał wgląd jej adwokat i „przekazania ich prasie”.

Rzeczniczka dziennika „The New York Times” Danielle Rhoades napisała w oświadczeniu przekazanym portalowi Daily Beast, że redakcja będzie się „stanowczo bronić” w obliczu pozwu, który – jak powiedziała – stanowi „próbą zmuszania do milczenia niezależnych mediów”. – Rzetelne informowanie obywateli o sprawach dotyczących zeznań podatkowych Donalda Trumpa było podyktowane koniecznością stawiania na pierwszym miejscu nadrzędnego interesu publicznego – podkreśliła.

Sprawa zeznań podatkowych Donalda Trumpa z okresu sprzed prezydentury ciągnie się od wielu lat. Prezydent nigdy nie ujawnił tych danych, uważał bowiem, że żądania ich upublicznienia to element nagonki przeciwko niemu. Sprawa jest daleka od zakończenia, a prokurator okręgowy Manhattanu Cyrus Vance Jr. prowadzi nadal śledztwo dotyczące biznesów Donalda Trumpa przed 2017 r. W aktach sądowych prokuratura informowała o „prawdopodobnie rozległym i długotrwałym postępowaniu karnym” w sprawie Trump Organization, dotyczącym między innymi oszustw podatkowych i ubezpieczeniowych oraz fałszowania dokumentacji biznesowej. Również prokurator generalna stanu Nowy Jork Letitia James prowadzi dochodzenie mające ustalić, czy Trump Organization fałszywie podawała wartość nieruchomości, aby zabezpieczyć pożyczki oraz uzyskać korzyści ekonomiczne i podatkowe.

Informacje dostarczone przez Mary L. Trump pozwoliły dziennikarzom „NYT” Susanne Craig, Davidowi Barstow i Russellowi Buettnerowi przygotować obszerny materiał informacyjny o finansach Trumpa, opublikowany na łamach dziennika. W 2019 r. cała trójka otrzymała nagrodę Pulitzera za opublikowane teksty. Nazwiska tych dziennikarzy zostały wymienione w pozwie złożonym przez prawników Donalda Trumpa. Craig i Buettner – przypomina w tym kontekście Agencja Reutera – byli też wraz z Mikem McIntire autorami reportażu opublikowanego na siedem tygodni przed wyborami prezydenckimi w 2017 r., w którym przedstawili sprawę odliczeń podatkowych i ulg, z których przez ponad 20 lat korzystały firmy Trumpa.

Mary L. Trump: To akt desperacji

Sama Mary L. Trump, która procesowała się już ze swym stryjem po opublikowaniu książki na jego temat, oceniła skierowanie sprawy publikacji „NYT” o podatkach Trumpa do sądu, jako akt desperacji. „Jest nieudacznikiem, któremu sufit spada na głowę, więc rzuca w ściany, czym popadnie” – powiedziała w rozmowie Daily Beast.

Autorka książki atakującej Donalda Trumpa jest w konflikcie z resztą rodziny od czasu sądowego sporu o spadek. Mary L. Trump ujawniła w 2020 r., że to właśnie ona anonimowo przekazała dziennikowi „New York Times” zeznania podatkowe prezydenta. Autorka książki atakującej Donalda Trumpa jest w konflikcie z resztą rodziny od czasu sądowego sporu o spadek. Mary L. Trump ujawniła w 2020 r., że to właśnie ona anonimowo przekazała dziennikowi „New York Times” zeznania podatkowe prezydenta.
Źródło info i foto: interia.pl

Książę Andrzej pozwany za molestowanie seksualne 17-latki

Amerykanka Virginia Giuffre złożyła pozew przeciwko brytyjskiemu księciu Andrzejowi. 38-latka zarzuca członkowi brytyjskiej rodziny królewskiej, że wykorzystywał ją seksualnie, gdy miała 17 lat. Giuffre była też jedną ze stron pozywających multimilionera Jeffreya Epsteina w sprawie przestępstw seksualnych i stręczycielstwa.

Jak podaje „The Guardian”, Virginia Giuffre w poniedziałek 9 sierpnia złożyła w sądzie federalnym w Nowym Jorku pozew przeciwko księciu Andrzejowi. Dziennik dodaje, że miało to miejsce na krótko przed wygaśnięciem prawa ustanowionego przez stan Nowy Jork – a dokładnie ustawy o ofiarach dziecięcych tzw. Child Victims Act z sierpnia 2019 roku, która pozwala złożyć pozew w sprawie wykorzystywania seksualnego nieletnich nawet wtedy, gdy sprawa formalnie ulegał przedawnieniu.

Kobieta oskarżyła księcia Yorku o wykorzystywanie seksualne, do którego miało dojść w rezydencji Jeffreya Epsteina na Manhattanie i w innych miejscach w 2001 roku (także w Londynie i na prywatnej wyspie Epsteina na Wyspach Dziewiczych Stanów Zjednoczonych). Giuffre miała wówczas 17 lat. „Mam nadzieję, że inne ofiary nadużyć seksualnych zobaczą, że można nie żyć w milczeniu i strachu, ale można odzyskać życie, wypowiadając się i domagając się sprawiedliwości” – napisała w komunikacie.

38-latka dodała, że nie złożyła pozwu wcześniej, bo „obawiała się śmierci lub przemocy wobec siebie lub swojej rodziny czy innych reperkusji wynikających z jej ‚nieposłuszeństwa'”. W pozwie znajduje się zapewnienie, że książę Andrzej był świadomy tego, że Giuffre w tamtym czasie była nieletnia.

– Jeśli pokrzywdzona nie zrobiłaby tego teraz, to musiałaby pozwolić mu na to, by nie poniósł żadnej odpowiedzialności za swoje czyny. Virginia nie chce, by takie osoby unikały kary za swoje działania tylko dlatego, że są bogaci i wpływowi – powiedział adwokat kobiety David Boies w rozmowie z ABC News.

Mecenas dodał, że książę Yorku oskarżony jest przez Giuffre o wielokrotną napaść seksualną oraz celową przemoc emocjonalną. Z zeznań kobiety wynika, że książę wykorzystywał ją seksualnie m.in. w domu w Londynie, gdy Epstein, jego przyjaciółka Ghislaine Maxwell (oskarżona o handel nieletnimi) i sam książę zmusili ją do współżycia.

Kobieta domaga się odszkodowania za „za naruszenie jej nietykalności cielesnej i celowe wywołanie rozstroju emocjonalnego” – opisuje NBC News.

„Dwadzieścia lat temu bogactwo, władza, pozycja i koneksje księcia Andrzeja umożliwiły mu wykorzystywanie przerażonego, bezbronnego dziecka, które nie miało nikogo, kto by ją chronił. Już nadszedł czas, aby został pociągnięty do odpowiedzialności” – brzmi uzasadnienie pozwu cytowane przez brytyjskie media.

Książe Yorku zaprzeczał, ale w mediach pojawiło się zdjęcie Andrzeja z Giuffre

Pod koniec 2019 roku książę Andrzej mówił w rozmowie w BBC Newsnight, że nigdy nie uprawiał seksu z Virginią Giuffre. W wywiadzie twierdził też, że „nie przypomina sobie”, by kiedykolwiek ją spotkał oraz uznał, że wiele wątków z zeznań kobiety „jest błędnych”. – Mogę absolutnie, kategorycznie powiedzieć, że to się nigdy nie zdarzyło – powiedział książę Yorku dwa lata temu, gdy do mediów wyciekło zdjęcie księcia i 17-letniej Giuffre.

Telewiza ABC News zwróciła się do rzecznika księcia Andrzeja z prośbą o komentarz w tej sprawie. W odpowiedzi usłyszeli, że ani książę, ani rzecznik nie będą wypowiadać się na temat oskarżeń kierowanych przez Amerykankę.
Źródło info i foto: Gazeta.pl