Szef CBA odpowiada na zarzuty Donalda Tuska

W odpowiedzi na zarzuty Donalda Tuska, który stwierdził, że CBA nie przyjęło uchodźców, mimo że ośrodek szkoleniowy stoi pusty, wypowiedział się szef jednostki, płk Andrzej Stróżny. „W świetle nieprawdziwych doniesień, muszę stanąć w obronie dobrego imienia moich funkcjonariuszy. (…) W związku z pomocą, jakiej CBA udziela uchodźcom, właściwa byłaby refleksja byłego premiera nad bezpodstawnymi atakami oraz słowo ‚przepraszam'” – podkreślił.

Zdaniem Andrzeja Stróżnego Centralne Biuro Antykorupcyjne „podjęło działania i nadal realizuje szereg działań na rzecz wsparcia ofiar wojny w Ukrainie”. Najważniejszym z nich jest pomoc w ewakuacji rodzin funkcjonariuszy oraz pracowników partnerskiej służby antykorupcyjnej. W tym celu w CBA uruchomiło całodobowy sztab kryzysowy.

„Do dnia 19 marca br. z terenu objętego wojną CBA wsparło ewakuację około 300 osób, w tym ponad 120 dzieci, z których najmłodsze ma dwa miesiące. Pomoc udzielana jest nie tylko za pośrednictwem Ośrodka w Lucieniu, ale również w innych miejscach na terenie kraju” – twierdzi Stróżny.

Stróżny przekonuje, że wszystkie działania jednostki nie są podawane opinii publicznej, ponieważ uznawane są za „naturalny odruch serca”. „W świetle nieprawdziwych doniesień, jako Szef Służby muszę stanąć w obronie dobrego imienia moich funkcjonariuszy, z których jestem dumny. Ich postawa, w tym wola niesienia pomocy, zasługują na najwyższe uznanie i szacunek!”

„W obliczu trwającej za wschodnią granicą wojny, a także w związku z pomocą, jakiej CBA udziela uchodźcom, właściwa byłaby refleksja byłego premiera nad bezpodstawnymi atakami na Służbę oraz słowo ‚przepraszam'” – podsumował Stróżny w komunikacie.

Przypomnijmy: W sobotę 19 marca w Warszawie odbył się kongres programowy Platformy Obywatelskiej „Bezpieczna Polska”. Podczas wydarzenia przemawiał lider Platformy, który oprócz ostrych słów pod adresem polskiego rządu, skrytykował także służby. Tusk stwierdził, że CBA nie przyjęło uchodźców, mimo że ośrodek szkoleniowy stoi pusty.
Źródło info i foto: wp.pl

Jest raport ws. „partygate” przy Downing Street

Liczne uchybienia, „niektóre zachowania trudno jest usprawiedliwić” – takie wnioski płyną z raportu z dochodzenia na temat lockdownowych imprez i nieformalnych spotkań towarzyskich przy Downing Street. Prace nad dokumentem koordynowała Sue Gray, brytyjska urzędniczka służby cywilnej.

W poniedziałek poznaliśmy zaledwie wstępną wersję raportu, który dotyczy 16 spotkań, które odbyły się między majem 2020 roku a kwietniem 2021 roku. W ostatniej chwili o usunięcie pewnych zapisów poprosiła policja, bo w sprawie „partygate” prowadzi własne śledztwo. Raport nie zawiera więc szczegółów dotyczących kluczowych wydarzeń. – Nie jest obecnie możliwe przedstawienie sensownego raportu określającego i analizując obszerne informacje faktyczne, które udało mi się zebrać – stwierdziła Sue Gray.

„Niektóre zachowania są trudne do usprawiedliwienia”

W dokumencie jest mowa o nadmiernej konsumpcji alkoholu i błędach w zarządzaniu kancelarią premiera, a także o tym, że według obowiązujących reguł niektóre imprezy nie powinny mieć miejsca. „Przynajmniej część zgromadzeń stanowi poważne złamanie nie tylko standardów, jakich spodziewamy się po osobach pracujących w sercu rządu, ale też tych obowiązujących wówczas wszystkich mieszkańców kraju” – czytamy w raporcie z dochodzenia wewnętrznego, prowadzonego przez Sue Gray, wysoko postawioną urzędniczkę służby cywilnej.

„Na tle pandemii, w czasie, kiedy rząd prosił obywateli o zaakceptowanie daleko idących ograniczeń w ich życiu, niektóre zachowania towarzyszące tym zgromadzeniom są trudne do usprawiedliwienia. (…) Niektórzy pracownicy chcieli wyrazić zaniepokojenie zachowaniem w pracy, którego byli świadkami, ale czuli, że nie mogą tego zrobić. Żaden pracownik nie powinien czuć się niezdolny do zgłoszenia lub zakwestionowania złego zachowania, jeśli stał się jego świadkiem” – wynika z dokumentu. W poniedziałek trafił on na biurko premiera. Zaraz potem poznała go opinia publiczna.

Opozycja wzywa Johnsona do dymisji

Zgodnie z zapowiedzią premier Johnson przyjechał do Izby Gmin, by wygłosić oświadczenie. Zaczął od przeprosin. – To moment, w którym musimy spojrzeć w lustro i wyciągnąć lekcje – stwierdził. Boris Johnson dodał, że zreformuje sposób, w jaki działa jego kancelaria. – Naprawię to – zapewnił szef Konserwatystów i wymienił to, co uważa za dotychczasowe sukcesy swego rządu: od walki z pandemią po doprowadzenie do brexitu.

Lider opozycji wezwał Borisa Johnsona do dymisji. – Ale on oczywiście tego nie zrobi, bo jest człowiekiem bez poczucia wstydu – oskarżał Keir Starmer. – Premier gardził poświęceniem ludzi, pokazał, że nie jest godny stanowiska – dodał.

Borisa Johnsona skrytykowało też kilku posłów konserwatywnych. – Albo premier nie przeczytał regulacji, albo założył, że nie dotyczą jego kancelarii – mówiła była premierka Theresa May. – Czy premier uważa, że jestem głupcem? – dodawał poseł prawicy Aaron Bell, wspominając, że w okresie, gdy trwały imprezy, on był na pogrzebie babci. – Nie uściskałem nawet moich rodziców – wspominał.

W Partii Konserwatywnej narasta niepokój. Część posłów otwarcie mówi, że należy wymienić przywódcę. To efekt między innymi wyraźnego załamania sondażowych notowań prawicy, a także osobistych notowań Borisa Johnsona. – W kraju nastrój wobec Konserwatystów jest naprawdę zły. O ile nie zrobią czegoś szybko, bardzo ciężko będzie to odwrócić. Wygląda to na coś więcej niż typowa zniżka w środku kadencji – mówił Polskiemu Radiu profesor Tim Bale, politolog z Queen Mary University.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Nowe informacje dotyczące afery mailowej

Ciąg dalszy afery mailowej – kolejna ujawniona korespondencja dotyczy byłego szefa CBA Ernesta Bejdy. „Dzwonił do mnie dziś Bejda. Prosił, aby przekazać Ci, że dzwonił wyłącznie z podziękowaniami za możliwość dotychczasowej pracy. Przyjął wszystkie decyzje i jest, jak podkreśla, w stu procentach lojalny” – miał pisać Michał Dworczyk do premiera Mateusza Morawieckiego.

W sieci pojawiły się najnowsze maile, mające pochodzić ze skrzynki Michała Dworczyka z 19 lutego 2020 roku. To wiadomości – jak wynika ze screenów – adresowane do premiera Mateusza Morawieckiego. Czytamy w nich, że ówczesny szef CBA, Ernest Bejda, miał podziękować szefowi rządu za dotychczasową pracę.

Tego dnia upłynęła jego kadencja, która nie została mu przedłużona. Przypomnijmy, że za szefostwa Bejdy w CBA media informowały o licznych aferach. W 2019 roku okazało się, że dyrektor delegatury biura w Lublinie, Jacek W., usłyszał w Prokuraturze Regionalnej w Warszawie serię zarzutów korupcyjnych. W centrali służby doszło także do kradzieży ogromnej sumy gotówki.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Premier o nowych doniesieniach ws. wypadku Beaty Szydło: „Domniemana sensacja”

To domniemana sensacja. Sąd już jakiś czas temu wypowiedział się w tej sprawie, że rzeczywiście była taka nieprawidłowość – to się zdarza; człowiek jest tylko człowiekiem – powiedział w poniedziałek premier Mateusz Morawiecki, pytany o doniesienia „Gazety Wyborczej” o wypadku z udziałem premier Szydło.

„Gazeta Wyborcza” napisała w piątek, że funkcjonariusze b. Biura Ochrony Rządu, którzy w 2017 r. brali udział w wypadku auta, którym jechała Szydło, składali fałszywe zeznania w śledztwie dotyczącym okoliczności zdarzenia. Przyznał to w rozmowie z gazetą jeden z oficerów, b. funkcjonariusz BOR Piotr Piątek.

Chodzi o sygnały dźwiękowe w rządowej kolumnie, które – jak zeznali funkcjonariusze BOR – były włączone w czasie, gdy wydarzył się wypadek. Kierowca seicento, Sebastian Kościelnika, w które uderzył pojazd z Szydło, twierdził jednak, że sygnałów nie było. Podobne zeznania złożyli inni świadkowie zdarzenia. Piątek przyznał w rozmowie z „GW”, że sygnały dźwiękowe były wyłączone.

Morawiecki o manipulacji ws. wypadku

– To jest dobry przykład, na czym może polegać manipulacja. Nie tylko prokuratura, ale sąd wypowiedział się jakiś czas temu w tej sprawie – powiedział premier Mateusz Morawiecki, pytany o te doniesienia podczas konferencji prasowej w poniedziałek.

Podkreślił, że osobiście nie zna szczegółów i akt sprawy, zauważył jednak, że decyzja sądu sprzed roku potwierdziła to, o czym informowała „GW”.

– Tę domniemaną sensację pokazała „Gazeta Wyborcza” tylko po to, żeby uderzyć w panią premier Beatę Szydło, która tutaj przecież nie jest niczemu winna, bo także padła ofiarą tego wypadku. Zamiast współczucia jest kolejna agresja i atak na panią premier. Uszanujmy to, że ta sprawa toczyła się przed sądem, i sąd określił już jakiś czas temu, że rzeczywiście była tam najprawdopodobniej taka nieprawidłowość – to się zdarza. Człowiek jest tylko człowiekiem – mówił premier.

– Współczuję wszystkim, którzy brali w tamtym wypadku udział, na czele z panią premier, z kierowcą, który brał udział, z oficerami ówczesnego Biura Ochrony Rządu – dodał szef rządu.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Drezno: Policyjna obława. Ślusarz chciał zabić premiera Saksonii

Niemieckie służby specjalne przeprowadziły w środę akcję w Dreźnie. Zorganizowana została obława na grupę osób, która zaplanowała zamach na premiera kraju związkowego Saksonii. W czwartek policja ujawniła, kim są niedoszli zamachowcy. Przestępcy swoje plany zdradzili kilka dni temu na komunikatorze Telegram. To grupa koronasceptyków, którzy nie tylko grozili popełnieniem czynu zabronionego, ale również – jak okazało się podczas policyjnych przeszukań w domach – była w posiadaniu uzbrojenia: broni palnej i kuszy.

Obławę przeprowadziła specjalna komisja ds. prawicowego ekstremizmu (Soko Rex), monitorująca wszelkie działania, co do których zachodzi przypuszczenie, że mogą zagrażać państwu.

Dochodzenie zostało wszczęte po emisji w telewizji ZDF „Frontal” reportażu na temat premiera Saksonii. Materiał był komentowany w czacie na grupie „Dresden Offline Networking” w komunikatorze Telegram. Internauci mieli skrytykować działania podjęte w tym landzie w ramach walki z pandemią koronawirusa. Policja twierdzi, że w postach w sieci doszukała się planów zabójstwa Michela Kretschmera i innych przedstawicieli saksońskiego rządu.

W czwartek Bild poinformował, że zatrzymane w związku ze sprawą osoby to czterej mężczyźni i jedna kobieta. Mają od 32 do 64 lat i należą do grupy zradykalizowanych przeciwników szczepień przeciwko COVID-19.

Liderem grupy jest Daniel G., 42-letni ślusarz w fabryce w Heidenau w Saksonii, mieszkaniec dzielnicy Pieschen w Dreźnie. Sąsiedzi twierdzą, że mężczyzna trzymał w domu agresywnego psa, a na drzwiach miał spis osób, którym grozić może atak zwierzęcia, wśród zagrożonych byli wymienieni pracownicy punktów szczepień przeciwko koronawirusowi. Mężczyzna pisał też na sieciowym czacie, że gotów jest wystrzelać służby medyczne zajmujące się szczepieniami.

Obława w Niemczech na antyszczepionkowców

Według „Sächsische Zeitung” do grupy należy także Sebastian Pierre A., znany policji jako zadeklarowany neonazista. Jako swoje zdjęcie profilowe w jednym z serwisów internetowych umieścił wizerunek żołnierza Wehrmachtu. Uczestnicy konwersacji badanej przez policję dzielili się propagandą narodowosocjalistyczną, publikowali na przykład zdjęcia i przemówienia Adolfa Hitlera, a Żydów obwiniali za pandemię. W mieszkaniu jednego z członków grupy 32-letniego hydraulika, Andreasa K., funkcjonariusze odkryli ogromny mural ze swastyką.

Spiskowcy czuli się zupełnie bezkarni. Wielu członków grupy szerzącej nienawiść w sieci nie ukrywało swoich nazwisk, a zatrzymana kobieta podała nawet swoje miejsce pracy i prywatny numer telefonu.
Źródło info i foto: wp.pl

Dalszy ciąg procesu ws. zabójstwa Jaroszewiczów

Zamordowany niemal 30 lat temu premier PRL Piotr Jaroszewicz mógł narazić się gen. Czesławowi Kiszczakowi i gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu – wynika z zeznań, które złożył w procesie dotyczącym tego zabójstwa syn ofiary Andrzej Jaroszewicz. W toczącym się przed warszawskim sądem okręgowym procesie trójki oskarżonych o zamordowanie w 1992 r. małżeństwa Jaroszewiczów składanie zeznań kontynuował starszy syn byłego premiera. Z jego dotychczasowych zeznań wynika, że w tej sprawie nie doszło do napadu rabunkowego, ale mogło to być upozorowanie takiego przestępstwa w celu wyniesienia ważnych dokumentów, które posiadał były premier.

Natychmiast wsiadł w samochód i pojechał do Anina

Andrzej Jaroszewicz powiedział, że o zabójstwie ojca i jego żony Alicji Solskiej-Jaroszewicz dowiedział się będąc w Gdańsku, gdzie wówczas pracował. Wsiadł natychmiast w samochód i pojechał do Anina. Jak relacjonował, po dotarciu do domu ojca okazało się, że ciało zamordowanego znajdowało się jeszcze w środku.

Zwrócił przy tym uwagę, że panował tam ogromny bałagan.

W szczególności w gabinecie był taki bałagan, jakby ktoś specjalnie rozrzucał dokumenty. Jakby ktoś umyślnie zrobił bałagan. To samo w kuchni. Na klatce schodowej ktoś nawet perfumy rozlał – zeznawał Andrzej Jaroszewicz. Proces w sprawie jednej z najgłośniejszych zbrodni lat 90. toczy się w stołecznym sądzie od ponad roku. Na ławie oskarżonych zasiada trzech mężczyzn – jeden z nich jest oskarżony o uduszenie Piotra Jaroszewicza i zastrzelenie jego żony Alicji, a dwaj pozostali o współudział w morderstwie. Grozi im dożywocie.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Atak na rezydencję premiera Iraku

Stany Zjednoczone potępiły atak na rezydencję premiera Iraku Mustafy al-Kazimiego. Na budynek znajdujący się w Bagdadzie spadł dron wypełniony ładunkami wybuchowymi. Rannych zostało kilku pracowników ochrony szefa irackiego rządu. On sam nie ucierpiał. Rzecznik Departamentu Stanu Ned Price oświadczył, że USA z ulgą przyjęły informację, iż premier nie ucierpiał. „Ten jawny akt terroryzmu, który zdecydowanie potępiamy, był skierowany w samo serce państwa irackiego” – zaznaczył w oświadczeniu rzecznik Departamentu Stanu. Jednocześnie zapewnił, że przedstawiciele Stanów Zjednoczonych pozostają w bliskim kontakcie z irackimi siłami bezpieczeństwa odpowiedzialnymi za utrzymanie w tym kraju suwerenności i niepodległości. Zaoferowały też pomoc w śledztwie.

„Nieudana próba zamachu” na premiera

Do ataku doszło kilka dni po ponownym przeliczeniu głosów oddanych w wyborach parlamentarnych. Z wynikami głosowania nie zgadzają się proszyickie milicje, dla których oznaczają one utratę wielu miejsc w irackim parlamencie.

Zaatakowana rezydencja znajduje się tak zwanej Zielonej Strefie – silnie strzeżonym rejonie miasta, gdzie zlokalizowane jest wiele urzędów państwowych i ambasad. Po ataku rozmieszczono w niej i w jej okolicy dużą liczbę funkcjonariuszy sił bezpieczeństwa.

Jak informuje iracka armia, atak był próbą zabójstwa premiera. Jego biuro zdarzenie określiło „nieudaną próbą zamachu”. Sam Mustafa al-Kazimi poinformował, że nie ucierpiał. „Mam się dobrze, dzięki Bogu, i apeluję o spokój i powściągliwość do wszystkich stron, dla dobra Iraku” – napisał na Twitterze szef irackiego rządu. Rannych zostało co najmniej sześciu pracowników ochrony – podaje BBC.

Do tej pory nikt nie przyznał się do przeprowadzeniu ataku.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Wiemy, dlaczego nie wszczęto śledztwa ws. wyborów kopertowych

Jak ustaliła Wirtualna Polska, Prokuratura Okręgowa w Warszawie, odmawiając wszczęcia śledztwa ws. wyborów kopertowych, powołała się na… decyzję premiera Mateusza Morawieckiego w tej sprawie. Tym samym śledczy nie doszukali się winy w działaniach wicepremiera Jacka Sasina i szefa MSWiA Mariusza Kamińskiego. Co ciekawe, postępowanie ws. odpowiedzialności szefa rządu nadal jest kontynuowane.

Chodzi o zawiadomienia do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez Pocztę Polską i PWPW złożone przez prezesa Najwyższej Izby Kontroli Mariana Banasia. Według szefa NIK nie było podstaw prawnych do tego, by szef rządu wydawał Poczcie Polskiej i PWPW jakiekolwiek polecenia związane z realizacją wyborów kopertowych w 2020 roku.

Banaś złożył zawiadomienie w tej sprawie pod koniec maja br. Od tamtej pory prokuratura prowadziła postępowanie sprawdzające. Do września.

O tym, że nie będzie śledztwa w tej sprawie, poinformował z sejmowej mównicy Marian Banaś. Zapowiedział też, że NIK złoży w tej sprawie zażalenie. Szczegółów nie ujawnił.

Wirtualna Polska zapytała Prokuraturę Okręgową w Warszawie o uzasadnienie odmownej decyzji. W odpowiedzi na nasze pytania śledczy podkreślają, że kluczowa była w tej sprawie decyzja premiera Mateusza Morawieckiego. A nie odpowiedzialność wicepremiera, ministra aktywów państwowych Jacka Sasina (nadzorującego Pocztę Polską) i ministra spraw wewnętrznych i administracji Mariusza Kamińskiego (nadzorującego Państwową Wytwórnię Papierów Wartościowych).

– Postanowieniami wydanymi w dniu 2 września 2021 r. prokuratura odmówiła wszczęcia śledztwa w dwóch sprawach zainicjowanych zawiadomieniami Najwyższej Izby Kontroli o podejrzeniu popełnienia przestępstwa na szkodę odpowiednio Polskiej Wytwórni Papierów Wartościowych oraz Poczty Polskiej. Decyzje te wydano wobec niestwierdzenia znamion przestępstwa w zachowaniach, o których zawiadomiła NIK – informuje WP Marek Skrzetuski, prokurator zastępujący rzecznika prasowego Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

I jak dodaje, nie było podstaw do tego, by uznać, że członkowie zarządu PWPW i Poczty Polskiej działali w zamiarze wyrządzenia szkody spółkom.

– Wedle ustaleń, podejmowali oni swoje działania w oparciu o decyzję Prezesa Rady Ministrów, a następnie zainicjowali czynności mające na celu uzyskanie – zgodnie z obowiązującymi przepisami – rekompensat z Krajowego Biura Wyborczego. W wyniku podjętych czynności obie spółki je otrzymały – mówi nam prokurator Marek Skrzetuski. Decyzja prokuratury jest nieprawomocna.

Drugie zawiadomienie? Prokuratura sprawdza

A co z drugim zawiadomieniem, które również w maju składał prezes Izby, a dotyczącym również wyborów kopertowych i możliwości popełnienia przestępstwa przez premiera Mateusza Morawieckiego i szefa jego kancelarii Michała Dworczyka? Według NIK premier nie miał podstaw prawnych, by nakazać Poczcie Polskiej i PWPW organizację wyborów prezydenckich 10 maja ubiegłego roku.

– W sprawie tej w dalszym ciągu trwają czynności sprawdzające, nie wydano dotychczas decyzji odnośnie wszczęcia lub odmowy wszczęcia postępowania – informuje nas Marek Skrzetuski, prokurator zastępujący Rzecznika Prasowego Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Przypomnijmy, że zdaniem kontrolerów NIK decyzje w sprawie wyborów „były wydawane bardzo szybko, bez jakiejkolwiek analizy”. W związku z kosztami organizacji wyborów Poczta Polska i PWPW przesłały do Ministerstwa Finansów faktury na łączną kwotę 76 527 400 zł. Według stanu na 31 grudnia 2020 r., Krajowe Biuro Wyborcze wypłaciło obu spółkom łącznie 56 450 406, 16 zł.

– Od 16 kwietnia do 9 maja jedynym uprawnionym organem do organizacji wyborów była Państwowa Komisja Wyborcza. Organizowanie wyborów na podstawie decyzji administracyjnej było pozbawione podstaw prawnych. Nawet sytuacje nadzwyczajne, jak stan epidemii, nie mogą stanowić powodu do łamania konstytucyjnej zasady praworządności – informował prezes NIK Marian Banaś.

Kancelaria Premiera odpierała zarzuty i zapewniała, że działania premiera i szefa KPRM w związku z wyborami korespondencyjnymi były w pełni legalne.

„Wszystkie decyzje o rozpoczęciu technicznych przygotowań do głosowania korespondencyjnego w wyborach prezydenckich były zgodne z prawem – świadczy o tym wiele ekspertyz prawnych, którymi dysponuje KPRM. Premier i szef KPRM stali na straży Konstytucji RP. Wszelkie działania premiera i szefa jego kancelarii miały na celu przeprowadzenie wyborów w konstytucyjnym terminie – argumentowało Centrum Informacyjne Rządu.

Konstytucjonalista: ktoś powinien ponieść odpowiedzialność

Wybory prezydenckie w 2020 r. pierwotnie zaplanowano na 10 maja. Szybko stało się jasne, że nie da się ich przeprowadzić w warunkach pandemii. Zamiast po prostu je przełożyć, PiS dążył do zorganizowania głosowania korespondencyjnego. Mimo braku odpowiednich przepisów minister Sasin zlecił druk kart wyborczych państwowej firmie. Potem okazało się, że drukuje je prywatna drukarnia. Za dystrybucję kart odpowiadała Poczta Polska, na podstawie naprędce przeforsowanych przepisów. Cała operacja zakończyła się gigantycznym fiaskiem, bo wybory zostały przełożone.

– Ktoś musi za to odpowiedzieć, bo ktoś takie polecenie wydał i to będzie przestępstwo z artykułu 231 Kodeksu karnego, czyli niedopełnienie obowiązków lub przekroczenie uprawnień. Prokuratura musi stwierdzić najpierw, czy doszło do popełnienia przestępstwa. Zapewne doszło. Następnie powinna komuś powinna postawić zarzuty – mówił w rozmowie z money.pl prof. Marek Chmaj, prawnik i konstytucjonalista, wiceprzewodniczący Trybunału Stanu.

Komu w takim razie powinno się postawić zarzuty?

– To już zależy od prokuratury. Sprawcą jest ten, kto realnie wydaje dyspozycje, ale odpowiedzialność pomocnika jest taka sama jak sprawcy. A zatem: ktoś druk nakazał, ktoś wskazał pozabudżetowe źródło finansowania, ktoś to realizował. Budżet przecież nie przewidywał drukowania kart bez żadnej podstawy prawnej, a mówimy o bardzo dużych pieniądzach, to są środki publiczne pochodzące z naszych podatków – mówił portalowi money.pl prof. Chmaj.
Źródło info i foto: wp.pl

Po wypadku w Stalowej Woli premier zapowiada zmiany kar dla osób nietrzeźwych powodujących wypadki

– Przystąpimy szybko do prac legislacyjnych, które będą bardzo jasno określały odpowiedzialność osób prowadzących pojazd pod wpływem alkoholu – powiedział podczas konferencji prasowej w środę Mateusz Morawiecki. Premier nawiązał do sobotniego, tragicznego wypadku niedaleko Stalowej Woli, gdzie zginęli rodzice trójki dzieci, w tym 3-latka. Sprawca wypadku był nietrzeźwy i nie miał prawa jazdy.

– Dziś rano zakończyłem proces przyznawania specjalnych rent dla dzieci, które zostały osierocone. Niestety, takie przypadki zdarzają się częściej – powiedział premier. 

Następnie Morawiecki zaznaczył, że z rządem „przystąpimy bardzo szybko do prac legislacyjnych, które będą bardzo jasno określały odpowiedzialność osób prowadzących pojazd pod wpływem alkoholu. To będzie odpowiedzialność nie tylko karna, ale to będzie odpowiedzialność polegająca na tym, że takie osoby będą zobowiązane do płacenia alimentów osobom, które pozostały przy życiu, osobom z rodziny, osobom poszkodowanym”. 

– Żeby wszyscy Polacy mieli jasność, że osoba, która pod wpływem alkoholu wsiada za kółko, to potencjalnie ktoś, kto może doprowadzić do zabicia innych osób – dodał Morawiecki. 

Premier zaznaczył, że „chcemy tę dolegliwość kary zdecydowanie zwiększyć i oprócz przyznania rent specjalnych, jednak chciałbym, aby do takich wypadków nie dochodziło; żeby ludzie dziesięć razy się zastanowili, zanim siądą za kółkiem pod wpływem alkoholu”.

– Nigdy nie jeździjmy po alkoholu. Niech nikt nigdy nie jeździ w Polsce pod wpływem alkoholu. To jest, potencjalnie, morderstwo – zaznaczył Morawiecki.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Huawei miał podsłuchiwać Holendrów? Nawet premiera

Huawei był w stanie podsłuchiwać wszystkie rozmowy klientów holenderskiego operatora telefonii KPN, w tym samego premiera. Sobotni dziennik „De Volkskrant” ujawnił poufny raport wewnętrzny firmy Capgemini z 2010 r., z którego wynika, że chiński koncern podsłuchiwał klientów największej firmy telekomunikacyjnej w Holandii, w tym członków rządu.

„Huawei miał nieautoryzowany dostęp z Chin do rdzenia sieci komórkowej KPN, w ten sposób podsłuchiwał nieograniczoną liczbę rozmów telefonicznych” – informuje dziennik. Dziennikarze ustalili, że podsłuchiwany był m.in. ówczesny premier Jan Peter Balkenende.

W 2010 r. KPN, wówczas spółka skarbu państwa, kontrolowała ponad połowę rynku telekomunikacyjnego w Niderlandach i daleko w tyle pozostawiała konkurentów Vodafone, T-Mobile i Telfort. Firma miała wówczas 6,5 mln abonentów telefonii komórkowej korzystających z sieci 3G. Rozmowy telefoniczne, smsy i e-maile od milionów Holendrów przechodzą przez sieć KPN dzięki chińskiemu sprzętowi.

Aby obniżyć koszty w 2009 r. szefostwo KPN przekazało zarządzanie sprzętem w ręce techników Huawei. Jednocześnie zlecono firmie Capgemini przeprowadzenie analizy związanego z tym ryzyka.

Wnioski z raportu zostały całkowicie utajnione, obawiano się bowiem, że mogą doprowadzić do upadku firmy.

„Jeżeli ustalenia audytorów staną się publicznie znane (…), należy wziąć pod uwagę możliwość, że rządy i środowisko biznesowe masowo przestawią się na innego dostawcę. Działalność KPN będzie wtedy poważnie zagrożona” – cytuje raport Capgemini dziennik.

W marcu okazało się natomiast, że od 2011 roku Huawei miał dostęp do danych przeszło 2 mln klientów holenderskiego operatora telefonii komórkowej Telfort. Firma mogła je także bez problemu transferować do Chin.

Holenderski wywiad już w 2008 r. był zaniepokojony chińskim szpiegostwem, mimo tego holenderskie firmy telekomunikacyjne dużo inwestują w sprzęt chińskiej firmy technologicznej. Jest on znacznie tańszy od konkurentów takich jak Nokia czy Ericsson.

Holenderski rząd zdecydował w 2019 roku, że Huawei nie będzie dostawcą najbardziej wrażliwych części budowanej sieci 5G.
Źródło info i foto: forsal.pl