Proces terrorystów w Paryżu

Rozpoczął się proces 20 oskarżonych o współudział w atakach terrorystycznych z 13 listopada 2015 r. w Paryżu. Główny oskarżony złożył wyznanie wiary w Allaha i nazwał się bojownikiem Państwa Islamskiego. Niecałe sześć lat po zamachu 13 listopada 2015 rozpoczął się w Paryżu w Pałacu Sprawiedliwości proces oskarżonych o zamachy terrorystyczne, w których zginęło 130 osób, a ponad 350 zostało rannych. Prezes sądu Jean-Louis Peries wygłosił wstępne oświadczenie, określając proces jako „historyczny” i „niezwykły”.

Główny oskarżony Salah Abdeslam poproszony o potwierdzenie swojej tożsamości stwierdził: Najpierw chcę zaświadczyć, że nie ma boga innego niż Allah, a Mahomet jest jego posłańcem.

Abdeslam odmówił podania nazwisk swoich rodziców. Imiona mojego ojca i matki nie mają tu nic do rzeczy – podsumował oskarżony. Zapytany o swój zawód, powiedział, że „porzucił” swój zawód, „by zostać bojownikiem Państwa Islamskiego”. Proces ma potrwać dziewięć miesięcy, co oznacza, że będzie bezprecedensowo długi jak na rozprawę karną.

Jest również bezprecedensowy pod względem zakresu zebranego materiału przez śledczych (542 tomy) i udziału stron cywilnych (co najmniej 1800), 330 adwokatów i, jak podkreślają media, ogromnego ładunku emocjonalnego.

Hollande wśród świadków

W procesie zeznawać mają oskarżeni, policjanci, rodziny ofiar, politycy, w tym były prezydent Francois Hollande. Rozprawa rozpoczęła się z około 40 minutowym opóźnieniem. Oskarżeni przybyli do sądu rano w uzbrojonym konwoju służb policyjnych, który opuścił podparyskie więzienie Fleury-Merogis, gdzie przebywa jedyny żyjący członek dżihadystycznej grupy odpowiedzialnej za ataki Salah Abdeslam więziony przez ponad pięć lat w całkowitej izolacji.

W pobliżu Pałacu Sprawiedliwości ustawiono bramki kontrolne, w okolicy znajduje się kilkadziesiąt radiowozów, a bezpieczeństwa strzegą uzbrojeni funkcjonariusze, którzy legitymują każdą osobę, która zbliża się do budynku sądu.

Strony cywilne i rodziny ofiar uczestniczące w procesie z uwagi na tłum dziennikarzy zdecydowały o użyciu oznaczeń: zielonych lub czerwonych wstążek. Pierwsza oznacza, że osoba chce rozmawiać z mediami, druga, że – nie.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Sprawa Jarosława Ziętary. „Służby specjalne pomogły przez lata unikać odpowiedzialności zabójcom”

Sprawa śmierci Jarosława Ziętary to porażka polskiego państwa. Służby specjalne pomogły przez lata unikać odpowiedzialności zabójcom dziennikarza – ocenił w rozmowie z PAP Krzysztof M. Kaźmierczak z Komitetu Społecznego im. Jarosława Ziętary. Jarosław Ziętara urodził się w Bydgoszczy w 1968 roku. Jako dziennikarz pracował najpierw w radiu akademickim, później współpracował m.in. z „Gazetą Wyborczą”, „Kurierem Codziennym”, tygodnikiem „Wprost” i „Gazetą Poznańską”. Ziętara zajmował się m.in. tematyką tzw. poznańskiej szarej strefy. Według prokuratury 1 września 1992 r. został uprowadzony sprzed swojego domu w Poznaniu, a później zabity.

W 1999 r. Ziętara został uznany za zmarłego. Od 2016 r. w Sądzie Okręgowym w Poznaniu trwa proces przeciwko b. senatorowi Aleksandrowi Gawronikowi (godzi się na publikację pełnego nazwiska – PAP), o podżeganie do zabójstwa Ziętary. W 2019 r. rozpoczął się odrębny proces dwóch byłych ochroniarzy firmy Elektromis, oskarżonych o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie Ziętary.

Dalszy ciąg na Dzienik.pl
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Dziś proces Zbigniewa S.

O 186 przestępstw, w tym zniesławienie i znieważenie prezydenta Polski, oskarżony jest Zbigniew S. W czwartek przed Sądem Okręgowym w Łodzi ma rozpocząć się jego kolejny proces. Rozprawa będzie się toczyć za zamkniętymi drzwiami. W przeszłości S. usłyszał 28 wyroków skazujących.

Akt oskarżenia przeciwko Zbigniewowi S. skierowała do sądu Prokuratura Okręgowa w Kielcach. Znalazły się w nim zarzuty dokonania 186 różnego rodzaju przestępstw. Dotyczą one m.in. wymuszenia czynności urzędowych, znieważenia funkcjonariusza publicznego w związku z nadużyciem przez niego uprawnień, stosowania gróźb karalnych oraz zniesławienia i znieważenia prezydenta.

Z przestępstw zarzucanych Zbigniewowi S. najsurowszą karą zagrożony jest czyn z art. 135 par. 2 kodeksu karnego i art. 226 par. 1 k.k., czyli publicznego znieważa prezydenta RP i znieważenia funkcjonariusza publicznego w związku z pełnieniem obowiązków służbowych. Za te przestępstwa S. grozi do 5 lat więzienia. W przypadku skazania za więcej niż jedno przestępstwo oskarżonemu zostanie wymierzona kara łączna, która nie może być wyższa niż 20 lat pozbawienia wolności.

Jak poinformowała rzeczniczka prasowa łódzkiego Sądu Okręgowego Monika Pawłowska-Radzimierska, z uwagi na charakter stawianych oskarżonemu Zbigniewowi S. zarzutów rozprawa będzie toczyć się z wyłączeniem jawności.

To kolejny proces przeciwko 46-letniemu Zbigniewowi S. W latach 2000-2020 w jego sprawie zapadło 28 wyroków skazujących. Przestępca był skazywany m.in. o oszustwa, znieważenia (w tym prezydenta RP) i zniesławienia, znieważenie osób publicznych, kierowanie gróźb karalnych, składanie fałszywych zeznań, fałszywe oskarżenie, fałszowanie dokumentów, przywłaszczenia, wymuszania zaniechania prawnej czynności służbowej groźbą lub przemocą, naruszenie miru domowego, publiczne nawoływanie do występku lub przestępstwa skarbowego oraz sprowadzenie niebezpieczeństwa katastrofy. Obecnie przeciwko S. toczy się kilkanaście postępowań sądowych.

Na początku czerwca Zbigniew S. został sprowadzony z Holandii do Polski na podstawie 7 listów gończych, które wystawiły za nim prokuratury i sądy w kilku regionach w kraju. Trafił do warszawskiego aresztu na Białołęce. W ubiegłym tygodniu postawiono mu zarzuty w śledztwie Prokuratury Regionalnej w Warszawie dotyczącym wyłudzenia nieruchomości wartych ok. 5,5 mln zł. Przedstawiono mu także zarzut wyłudzenia 2 mln zł podatku VAT.
Źródło info i foto: interia.pl

Zabójstwo na poprawinach. Proces pary młodej i świadkowej

Prokuratura Rejonowa w Wołominie zakończyła śledztwo w sprawie zabójstwa, do którego doszło w ub. r. na poprawinach wesela Markach (woj. mazowieckie). Świadkowa Karolina D. oskarżona jest o dźgnięcie swojego partnera nożem w serce, a para młoda – Ewa i Dariusz K. – o zacieranie śladów i niepowiadomienie organów ścigania o zbrodni.

Karolina D. ma 25 lat, jest bezdzietną panną, przed zatrzymaniem dorabiała jako kelnerka. W przeszłości była już karana, ale za przywłaszczenie mienia. Teraz prokurator Prokuratury Rejonowej w Wołominie zarzuca jej dokonanie zabójstwa w zamiarze bezpośrednim. Z ustaleń śledztwa wynika, że zadała swojemu partnerowi, 48-letniemu Piotrowi J., jeden cios nożem o 28-centymetrowym ostrzu, który na połowę długości wbił się w ciało pokrzywdzonego, uszkadzając przede wszystkim w serce. Biegły ocenił, że działa „z bardzo dużą siłą”.

Do zbrodni doszło 22 sierpnia 2020 r., około godz. 23. Dzień wcześniej Karolina D. i jej partner Piotr J. byli świadkami na ślubie swoich przyjaciół. Z relacji gości weselnych, cytowanych m.in. przez se.pl i polsatnews.pl wynika, że kobieta miała być zazdrosna o swojego ukochanego i denerwować się, gdy rozmawiał z innymi kobietami. Podobną relację świadków uzyskała w toku śledztwa wołomińska prokuratura.

Impreza trwała dwa dni, odbywała się w domu w Markach. Z relacji osób w niej uczestniczących wynika, że w czasie poprawin D. była „chorobliwie zazdrosna”, „agresywna i wulgarna”. Karolina D. została wyproszona z imprezy, bo „psuła atmosferę”. Po jakimś czasie miała wrócić i dźgnąć pokrzywdzonego w serce. Inną wersję usłyszeli policjanci i pracownicy pogotowia, wezwani na miejsce po północy.

Karolina D. twierdziła, że pokłóciła się z partnerem i wyszła do łazienki. Gdy ponownie weszła do pomieszczenia, Piotr J. stał z nożem w dłoni, a następnie sam zadał sobie cios w serce. Kobieta miała próbować go ratować, wyjęła nóż z rany i usiłowała zatamować krwawienie. Wskazała nawet nóż, którym ukochany miał zadać sobie śmiertelne obrażenia. Zdaniem interweniujących policjantów narzędzie zostało wcześniej umyte, a mieszkanie posprzątane. Tego stanu rzeczy nie była w stanie wyjaśnić ani D., ani para młoda.

Przebiegu wydarzeń przedstawionego przez główną oskarżoną nie potwierdził powołany w tej sprawie biegły. Jego zdaniem pokrzywdzony sam nie mógł sobie zadać ciosu z tak dużą siłą, ustalono również, że zwłoki Piotra J. były przemieszczane – pokrzywdzony był niesiony za nogi i ręce – i nie mogła tego dokonać jedna osoba. Oględziny mieszkania wykazały na podłodze krwawe rozmazy, wskazujące na sprzątanie powierzchni, krew była także na wiaderku do mycia podłogi, na powierzchni mopa i koszulce, którą najprawdopodobniej wycierano podłogę. Również opylone roztworem luminolu ubranie Karoliny D. „świeciło” od krwawych śladów, takich śladów nie było na odzieży młodej pary.

Ostatecznie Karolina D. przyznała się do winy, ale zaprzeczała, by do zbrodni doszło w „zamiarze bezpośrednim”. Tłumaczyła, że dźgnęła partnera nożem przypadkowo, gdy próbowała mu wyrwać ostre narzędzie z dłoni. Nie przyznała się do sprzątania miejsca zdarzenia, miała jedynie wytrzeć ciało pokrzywdzonego koszulką i zawołać parę młodą, która z własnej inicjatywy przeniosła zwłoki i zmyła ślady zbrodni.

Para młoda nie przyznała się do winy. Częściowo do wytarcia śladów przyznała się Ewa K., ale jej wersja wydarzeń nie pokrywa się z zebranym przez śledczych materiałem dowodowym. Ani Ewa K., ani jej mąż Dariusz K. nie zostali mimo wniosku prokuratora tymczasowo aresztowani. Od sierpnia ub.r. w areszcie śledczym przebywa Karolina D. Za zabójstwo grozi jej kara dożywotniego pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Agenci CBA w biurze księgowego firmy syna Mariana Banasia

Agenci Centralnego Biura Antykorupcyjnego weszli do biura księgowego firmy Jakuba Banasia. Syn szefa NIK ma postawione 7 zarzutów prokuratorskich. O wizycie CBA poinformował na Twitterze sam prezes Najwyższej Izby Kontroli. Jak dowiedział się reporter RMF FM Mariusz Piekarski ani adwokat Jakuba Banasia, ani sam Banaś nie zostali poinformowani o przeszukaniu w biurze rachunkowym. Dodatkowo CBA już w biurze było wcześniej i zabezpieczyło wszystkie dokumenty.

Obrońca Jakuba Banasia, mecenas Dariusz Raczkiewicz przypomina, że Banaś i jego żona usłyszeli już zarzuty i teraz zbieranie materiału dowodowego jest nieprofesjonalne i zaskakujące. Choć jak zaznacza, nie ma pewności, w jakiej sprawie agenci CBA odwiedzili biuro rachunkowe – w jakim wątku sprawy jego klienta mogą szukać dodatkowych materiałów.

Centralne Biuro Antykorupcyjne na razie nie komentuje sprawy.

Zarzuty dla Banasiów

Jak poinformowała prokuratura, dyrektor Izby Skarbowej w Krakowie Tadeusz G. przyznał się do bezprawnego ujawnienia prezesowi NIK Marianowi Banasiowi informacji na temat kontroli podatkowej i czynności prowadzonych wobec niego przez Centralne Biuro Antykorupcyjne.
Źródło info i foto: RMF24.pl

W Chodzieży ruszył proces byłego księdza. Miał latami gwałcić chłopca

Przed Sądem Rejonowym w Chodzieży (woj. wielkopolskie) ruszył proces Krzysztofa G. Byłego księdza oskarża się o dokonywanie gwałtów i molestowanie Sebastiana B. Miało to miejsce na przestrzeni kilkunastu lat. Szczegóły sprawy przedstawił portal radio.opole.pl. Na wniosek stron proces będzie toczyć się za zamkniętymi drzwiami. Przed pierwszą rozprawą głos zabrał poszkodowany Szymon D. W rozmowie z mediami przyznał, że ma nadzieję na sprawiedliwą karę dla duchownego. Nie omieszkał również przypomnieć, że na rozpoczęcie procesu czekał kilka lat.

„Czekałem parę lat, z czego po drodze [postępowanie] było umorzone przez prokuraturę. Udało się przez Prokuraturę Okręgową w Poznaniu na nowo ruszyć to wszystko. Oczekiwania były dosyć duże, ale dzisiejszy stres jest jeszcze większy niż w czasie tych przesłuchań, bo trzeba się będzie zmierzyć ze sprawcą oko w oko” – przyznał Szymon D.

Ksiądz Krzysztof G. miał molestować Sebastiana B. przez kilkanaście lat. Wszystko zaczęło się w 2001 roku. Poszkodowany miał wtedy 14 lat i był ministrantem w kościele w Chodzieży.

10 sierpnia pokrzywdzony zobaczył oskarżonego pierwszy raz od 2015 roku. To właśnie wtedy doszło do ich ostatniego spotkania w domu Sebastiana B. Oprawca miał przyznać się wtedy do winy i zagwarantować, że sam zgłosi się w tej sprawie do abp. Stanisława Gądeckiego.

„W kurii była ta sprawa już w 2015 roku złożona, do prokuratury mec. Nowak składał to chyba w styczniu 2017 roku. Kuria jakby chciała, żeby to się przedawniło. Nie zostałem tam nawet poinformowany, że mogę złożyć takie zawiadomienie też do prokuratury” – mówił pokrzywdzony.

Szymon D. został zapytany przez media, czy ma pretensje do Kościoła. Bez wahania odpowiedział, że ma od samego początku. Te mają wynikać choćby z faktu, że pokrzywdzony nie został poinformowany o tym, że czyny duchownego mogą być ukarane przez polski wymiar sprawiedliwości.

Pełnomocnik pokrzywdzonego zaznaczył, że będzie domagać się wydania aktu postępowania kanonicznego, karno-administracyjnego dotyczącego sprawcy. Adwokat Artur Nowak nie wyobraża sobie innego scenariusza.

„Będziemy domagali się, żeby sąd ten materiał ściągnął przede wszystkim, bo to nie może być tak, że w jakikolwiek sposób państwo jest skrępowane w tym, żeby mieć wszelkie dane, które są potrzebne do ustalenia stanu faktycznego” – zaznaczył adwokat.

Zarówno prokurator, jak i obrońca oskarżonego nie chcieli rozmawiać z mediami. Kolejna rozprawa ma odbyć się już we wrześniu. Wiadomo, że Krzysztofowi G. grozi do 12 lat więzienia.
Źródło info i foto: o2.pl

Berlin: Ruszył proces nauczyciela, który miał zabić 43-letniego mężczyznę i zjadł jego zwłoki

Proces nauczyciela, który miał zabić 43-letniego mężczyznę i zjeść część jego zwłok, rozpoczął się we wtorek w sądzie okręgowym w Berlinie. Prokuratura zakłada u oskarżonego „sadystyczno-kanibalistyczną motywację seksualną” – informuje we wtorek agencja dpa. Oskarżony poznał ofiarę na portalu randkowym we wrześniu 2020 roku, zaledwie na kilka godzin przed zbrodnią. Po zabiciu 43-latka miał on pociąć jego ciało w swoim mieszkaniu w berlińskiej dzielnicy Pankow, a części zwłok porzucił w różnych miejscach miasta.

Ofiarą nauczyciela był monter, który wyszedł z mieszkania 5 września krótko przed północą. Przez wiele tygodni mężczyzna był uznawany za zaginionego. Zbrodnia wyszła na jaw 8 listopada, gdy na zalesionym terenie w Pankow znaleziono fragmenty ludzkich kości.

41-latek z zarzutem kanibalizmu

Śledztwo doprowadziło funkcjonariuszy do 41-letniego mężczyzny. Przeanalizowano historię wiadomości, jakie obaj mężczyźni wymieniali ze sobą w internecie. Ponadto zidentyfikowano taksówkarza, który miał zawieźć mechanika na Pankow. Nauczyciel przebywa w areszcie od listopada. Nie odnosi się do stawianych mu zarzutów, nie uczynił tego także podczas rozprawy we wtorek. Jeden z obrońców 41-latka powiedział na początku procesu, że jego klient nie będzie w tej chwili komentował sprawy.

Oczekuje się, że proces potrwa do połowy października.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Nowe informacje w procesie dotyczącym zabójstwa Jaroszewiczów

„Jestem osobą spokojną i spokojnie przebiegała też większość napadów z moim udziałem” – mówił w czwartek przed sądem główny oskarżony ws. zabójstwa małżeństwa Jaroszewiczów Robert S. To kolejna rozprawa w trwającym od niemal roku procesie, podczas której mężczyzna odpowiadał na pytania stron.

Proces dotyczący zabójstwa b. premiera Piotra Jaroszewicza i jego żony ruszył przed Sądem Okręgowym w Warszawie w sierpniu ub.r. Prokuratura oskarża Roberta S. o uduszenie Piotra Jaroszewicza oraz zastrzelenie jego żony, a Dariusz S. i Marcin B. oskarżeni są o współudział w zabójstwie b. premiera. Wszyscy trzej to b. członkowie tzw. gangu karateków, który w latach 90. dokonał kilkudziesięciu napadów rabunkowych.

Na pierwszej rozprawie po letniej przerwie Robert S. skończył odpowiadać na pytania prokuratury. W następnej kolejności pytania zaczęli zadawać mu oskarżyciele posiłkowi – jednym z nich jest syn tragicznie zmarłego premiera Andrzej Jaroszewicz. Jego pełnomocnik mec. Beata Czechowicz pytała m.in. o to, czy S. określiłby się jako osobę skłonną do agresji. Oskarżony zaprzeczył. Jestem spokojną osobą, panuję nad emocjami dużo lepiej niż pan Dariusz S. – powiedział.

Na pytanie, czy w czasie wspólnie organizowanych napadów mimo wszystko zdarzyło mu się stracić panowanie nad emocjami, Robert S. odparł, że doszło do tego w momencie, kiedy śmiertelnie postrzelono jego kolegę z grupy. Z wnętrza domu zaczął dobiegać wydawany przez niego odgłos (…) Wtedy oddałem strzał w kierunku domu, ale nie strzelałem do żadnej osoby, tylko w kierunku domu – powiedział.

Niejednokrotnie mówiłem o tym, żeby podczas napadów zachowywać się spokojnie, bo nasz spokój udziela się pokrzywdzonym. Jak wpadniemy z wrzaskiem i zaczniemy kogoś bić, to sytuacja wymknie się spod kontroli – tłumaczył. Jak dodał, zgodnie z jego zaleceniami większość napadów przebiegała w spokojny sposób. Ja nie stosowałem drastycznych metod – mówił. Podkreślił, że nie określiłby się jako osobę agresywną oraz nigdy nie zachowywał się agresywnie w stosunku do bliskich.

Na kolejnej rozprawie zaplanowanej na poniedziałek Robert S. ma kontynuować odpowiadanie na pytania stron – za wyjątkiem pytań współoskarżonych oraz ich pełnomocników. Tym panom nie mam nic do powiedzenia – wskazał. Chęć odniesienia się do dotychczasowych wyjaśnień S. zapowiedział współoskarżony Marcin B. Następnie proces wejdzie w fazę postępowania dowodowego. Zgodnie z zapowiedzią w pierwszej kolejności odtworzone mają być nagrania z oględzin miejsca zbrodni oraz przebiegu badań wariograficznych.

Zabójstwo Jaroszewiczów

Prokuratura zarzuciła trzem mężczyznom zasiadającym na ławie oskarżonych napad rabunkowy na posesję Piotra Jaroszewicza i jego żony Alicji w warszawskim Aninie w nocy z 31 sierpnia na 1 września 1992 r., podczas którego mieli wspólnie zamordować Piotra Jaroszewicza, zaś Robert S. miał zabić Alicję Solską-Jaroszewicz. Robertowi S. zarzucono również zabójstwo małżeństwa S. w 1991 r. w Gdyni oraz usiłowanie zabójstwa mężczyzny w Izabelinie w 1993 r. Grozi im kara dożywotniego pozbawienia wolności.

Według prokuratury, w dniu napadu oskarżeni przez wiele godzin obserwowali posesję ofiar. Po wejściu do domu Jaroszewiczów przez uchylone okno łazienki Robert S. obezwładnił Piotra Jaroszewicza uderzeniem w tył głowy znalezioną bronią palną. Oskarżeni przywiązali mężczyznę do fotela. Z kolei Alicja Solska–Jaroszewicz została skrępowana i położona na podłodze w łazience. Oskarżeni przeszukali dom, zabrali z niego – poza dwoma pistoletami – 5 tys. marek niemieckich, pięć złotych monet oraz damski zegarek.

Jak wskazuje prokuratura, prawdopodobnie w momencie opuszczania przez sprawców domu pokrzywdzonych, już w godzinach wczesnoporannych, Piotr Jaroszewicz wyswobodził się z więzów. Napastnicy znów posadzili go w fotelu. Następnie, gdy dwaj sprawcy trzymali go za ręce, Robert S. go udusił.

Według prokuratury, po zamordowaniu Piotra Jaroszewicza Robert S. zabrał z gabinetu pokrzywdzonego jego sztucer, poszedł do łazienki, w której leżała związana Alicja Solska-Jaroszewicz i miał ją zastrzelić.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Były strażnik obozu koncentracyjnego stanie przed sądem

Stuletni były strażnik nazistowskiego obozu koncentracyjnego Sachsenhausen pod Berlinem jesienią stanie przed sądem – poinformował niemiecki tygodnik „Welt am Sonntag”. Nastąpi to 76 lat po zakończeniu drugiej wojny światowej. Mężczyźnie, którego nazwiska nie ujawniono zgodnie z niemieckimi przepisami dotyczącymi oskarżonych, postawiono zarzuty współudziału w zabójstwach w 3500 przypadkach. Proces ma się rozpocząć w październiku w sądzie rejonowym w Neuruppin w kraju związkowym Brandenburgia.

Niemieckie obozy koncentracyjne

Rzecznik sądu powiedział gazecie, że oskarżony powinien być w stanie wziąć udział w rozprawach przez dwie do dwóch i pół godziny dziennie. Oskarżony miał w latach 1942-1945 pracować jako strażnik obozu w Sachsenhausen, gdzie uwięziono około 200 tys. osób, a 20 tys. zamordowano.

Chociaż liczba podejrzanych o zbrodnie nazistowskie kurczy się, to prokuratorzy nie ustają w wysiłkach, by winni stanęli przed sądem. Agencja Reutera przypomniała, że przełomowy wyrok został wydany w 2011 roku. Otworzył bowiem drogę do postawienia zarzutów kolejnym osobom, ponieważ po raz pierwszy uznano, że praca w obozie koncentracyjnym stanowi podstawę do przypisania winy mimo braku dowodów na popełnienie konkretnego przestępstwa.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Historyczny proces w Watykanie. Chodzi o nadużycia finansowe

We wtorek w Watykanie rusza historyczny proces. Pierwszy raz od niemal 300 lat oskarżony o nadużycia finansowe kardynał staje przed Trybunałem Watykańskim. Oprócz włoskiego kardynała Angelo Becciu w procesie dotyczącym podejrzanych transakcji oskarżonych jest również dziewięć innych osób.

Zarzuty ciążące na Becciu oraz dziewięciu innych osobach dotyczą m.in. nadużycia urzędu, korupcji, wymuszeń, defraudacji i przestępstw finansowych. Z uwagi na długą listę oskarżonych oraz na ich obrońców na potrzeby procesu udostępniona została sala w Muzeach Watykańskich.

Jak podkreślają media, jest to największy tego typu proces we współczesnej historii Stolicy Apostolskiej. Watykan liczy na to, że rozstrzygnięcie tej sprawy przyczyni się do odzyskania jego finansowej wiarygodności. Ma to również stanowić wyraźny znak, że wszyscy stoją tam na równi z prawem.

Oprócz kardynała Angelo Becciu, który w przeszłości pełnił funkcję zastępcy sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej oraz prefekta Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych, na liście oskarżonych przez Watykan znajdują się m.in. byli szefowie watykańskiej jednostki nadzoru finansowego, a także dwójka maklerów z Włoch, którzy w 2014 roku nadzorowali kontrowersyjny zakup Watykanu.

Chodzi o kamienicę znajdującą się przy Sloane Square w luksusowej dzielnicy Londynu, za którą stolica Kościoła zapłaciła aż 200 mln euro. Inwestycja ta została uznana za „katastrofalną”, m.in. przez straty, jakie przyniosła oraz kryzys wizerunkowy, który zagroził reputacji Watykanu. Transakcji tej towarzyszyły także liczne nieprawidłowości finansowe.

Z kolei nad byłym szefem Urzędu Informacji Finansowej (AIF) Rene Brulhartem ciąży zarzut nadużycia urzędu. Identyczne oskarżenie padło także w stronę księdza Mauro Carlino, byłego pracownika Sekretariatu Stanu, który usłyszał dodatkowo zarzut wymuszenia. Natomiast Tommaso Di Ruzza, były dyrektor z AIF, odpowie za sprzeniewierzenie pieniędzy.

Jednak to nie koniec listy osób z zarzutami Watykanu. Wśród oskarżonych znajduje się także biznesmen Enrico Crasso, którego Trybunał Watykanu osądzi za oszustwa, pranie brudnych pieniędzy i wymuszenia. Na ławie oskarżonych zasiądzie także współpracownica kardynała Becciu, Cecilia Marogna, na której ciąży zarzut defraudacji dużych sum pieniędzy z Sekretariatu Stanu, które wydawała w luksusowych sklepach i hotelach.

Przed watykańskim Trybunałem staną także włosko-szwajcarski finansista Raffaele Mincione, adwokat Nicola Squillace, były pracownik biura administracyjnego w Sekretariacie Stanu Fabrizio Tirabassi i pośrednik Gianluigi Torzi, który według śledczych wymusił 15 mln euro od Watykanu na inną transakcję. Wszystkim oskarżonym grożą zarówno kary więzienia, jak i grzywny.
Źródło info i foto: wp.pl