Piłkarz ligi angielskiej aresztowany. Jest podejrzany o pedofilię

Jeden z piłkarzy grających w lidze angielskiej został aresztowany przez policję. Zawodnik jest podejrzany o pedofilię. Według islandzkich mediów chodzi o wielokrotnego reprezentanta tego kraju, 31-letniego piłkarza Evertonu, Gylfiego Sigurdssona. W poniedziałek wieczorem brytyjskie media przekazały informację o piłkarzu Premier League aresztowanym przez policję w związku z pedofilią. Funkcjonariusze mieli przeszukać dom zawodnika. 

„W piątek 16 lipca mundurowi aresztowali 31-letniego mężczyznę w ramach dochodzenia za domniemane przestępstwa seksualne wobec dzieci” – poinformowała w komunikacie policja z Manchesteru zajmująca się sprawą.

Jak dodano, po przesłuchaniu zawodnik został zwolniony z aresztu za kaucją. Śledztwo jest w toku. 

„Oskarżenia są poważne”

Póki co nie przedstawiono więcej szczegółów sprawy. Brytyjskie media twierdzą jednak, że „oskarżenia są poważne”. Ze względów prawnych nie ujawniono, o którego piłkarza chodzi. Wiadomo było jedynie, że ma 31 lat, jest zawodnikiem Evertonu i wielokrotnym reprezentantem swojego kraju. Klub z niebieskiej części Liverpoolu wydał w nocy z poniedziałku na wtorek krótkie oświadczenie w tej sprawie. Poinformował o zawieszeniu jednego z piłkarzy.

„Everton może potwierdzić, że zawiesił gracza pierwszej drużyny w oczekiwaniu na wyniki dalszego dochodzenia policji” – podano.

„Będziemy nadal wspierać policję w toku prowadzonego śledztwa i nie będziemy publikować żadnych kolejnych oświadczeń” – dodano.

We wtorek islandzki portal mbl.is ujawnił, że piłkarzem zamieszanym w sprawę jest Gylfi Sigurdsson. 31-latek, który rozegrał do tej pory 78 spotkań w drużynie narodowej, to jedna z legend islandzkiego futbolu. Zawodnik od czterech lat jest piłkarzem Evertonu. Trafił tam za prawie 50 mln euro ze Swansea.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Wydano list gończy za Jackiem Jaworkiem

Jacek Jaworek, który od soboty poszukiwany jest przez setki policjantów, ma usłyszeć zarzut potrójnego morderstwa. Prokuratura Okręgowa w Częstochowie wydała postanowienie w tej sprawie – podaje Radio ZET. Sąd zgodził się na tymczasowy areszt dla mężczyzny, w związku z czym prokuratura mogła opublikować list gończy.

Jacek Jaworek zdaniem śledczych jest sprawcą potrójnego morderstwa. W nocy z piątku na sobotę w Borowcach k. Dąbrowy Zielonej w powiecie częstochowskim miał zabić 44-letniego brata i bratową oraz ich 17-letniego syna. Wszyscy zginęli od strzałów z broni palnej. Uratował się drugi, 13-letni syn zamordowanego małżeństwa, który schronił się u rodziny. Prokuratura Okręgowa w Częstochowie wydała postanowienie o postawieniu zarzutów związanych z potrójnym zabójstwem. Sąd przychylił się do wniosku o tymczasowy areszt, prokuratorzy wydali list gończy za mężczyzną. Śledczy zlecili sekcję zwłok ofiar i przesłuchują świadków.

Poszukiwania na 1500 hektarach lasu

Policjanci przeszukali ponad 1500 hektarów lasów i bagien w okolicy miejsca zbrodni. Korzystają z dronów i sprzętu mapującego teren. Śledczy mają jeszcze raz przeszukać trudno dostępne miejsca. Miejscowym funkcjonariuszom pomagają niemieccy policjanci, którzy przywieźli ze sobą wyspecjalizowane w poszukiwaniach psy.

Jak poinformował młodszy aspirant Kamil Sowiński z częstochowskiej policji, dotąd policja nie ma informacji, które mogłyby wskazywać, gdzie Jacek Jaworek może być. Sowiński uściślił, że policja musi w takich sytuacjach zakładać wszelkie możliwe scenariusze zachowania po tragedii osoby podejrzewanej. Jednym z nich jest możliwość ukrywania się w terenie pobliskim miejscu zdarzenia. Brane są również pod uwagę inne scenariusze – sprawca mógł uciec za granicę albo targnąć się na własne życie.

„Dziennik Zachodni” podał, że prokuratorzy badają wątek, który pojawił się w mediach społecznościowych. Osoba podająca się za rodzinę zamordowanych twierdzi, że policja wiedziała o posiadaniu przez sprawcę niebezpiecznej broni i jego groźbach śmierci, kierowanych do rodziny. Rzeczniczka Śląskiej Policji Aleksandra Nowara zapewniła w rozmowie z Radiem ZET, że nie było zgłoszenia dotyczącego nielegalnego posiadania broni. – Policja nie miała takiej wiedzy – podkreśla w rozmowie z reporterką Radia ZET.

Rysopis poszukiwanego

Poszukiwany mężczyzna jest tęgiej budowy ciała, ma wzrost około 170-180 cm, włosy krótkie jasne i owalną twarz. Ubrany był prawdopodobnie w spodnie dżinsy koloru granatowego, koszulkę z krótkim rękawem koloru granatowego, może posiadać przy sobie bluzę lub kurtkę koloru jasnego.

Wszystkie osoby, które znają aktualne miejsce pobytu poszukiwanego mężczyzny, mogące pomóc w ustaleniu jego miejsca pobytu, lub które mogą mieć istotne dla śledztwa informacje, proszone są o pilny kontakt z Komendą Miejską Policji w Częstochowie pod numerem telefonu 47 858 12 55 lub numerem alarmowym 112.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

31-latka przyszła na policję z martwym niemowlęciem. Usłyszała zarzut zabójstwa

Zarzut zabójstwa niemowlęcia usłyszała w sobotę 31-letnia kobieta z Gdańska. W czwartek przyszła na komisariat policji z martwym dzieckiem dodając, że przed chwilą je zabiła. Zabójstwo dwumiesięcznego niemowlęcia w Gdańsku. 31-letnia mieszkanka tego miasta przyniosła w czwartek na lokalny komisariat policji martwe niemowlę. Przyznała się policjantom, że niedawno je zabiła.

Dwa dni później prokuratura postawiła kobiecie zarzut zabójstwa. Informację potwierdziła PAP rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Gdańsku, Grażyna Wawryniuk.

Przesłuchanie kobiety odbyło się w szpitalu na oddziale psychiatrycznym, gdzie podejrzana trafiła po zatrzymaniu. Kobieta przyznała się do winy i złożyła wyjaśnienia. „Na tym etapie śledztwa nie ujawniamy treści wyjaśnień podejrzanej” – dodała Wawryniuk.

Prokuratura wystąpi do sądu o areszt tymczasowy dla kobiety w warunkach szpitalnych. Wstępna opinia sekcji zwłok 2-miesięcznej dziewczynki wskazała, że przyczyną jej śmierci było gwałtowne uduszenie. 31-letnia kobieta przyniosła martwe niemowlę w czwartek wieczorem na jeden z komisariatów policji w Gdańsku. Na miejscu policjanci podjęli akcję reanimacyjną, ale niemowlęcia nie udało się uratować. Za zabójstwo grozi 
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Polscy duchowni przesłuchani przez watykańską komisję ws. kardynała Stanisława Dziwisza

Pierwszy polscy duchowni zostali przesłuchani w sprawie możliwych zaniedbań kardynała Stanisława Dziwisza, dotyczących wykorzystywania seksualnie nieletnich przez duchownych. Wśród osób, które złożyły zeznania, był ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski – dowiedzieli się dziennikarze RMF FM. Duchowny zdradził, że przesłuchanie dotyczyło nie tylko spraw opisywanych w mediach. „Dodałem do tych spraw listy osób, które napisały do mnie. Przesłuchanie przeprowadził bezpośrednio kardynał Angelo Bagnasco. (…) To było klasyczne przesłuchanie z wszystkimi zasadami. Miałem prawo wnieść uwagi do protokołu” – mówił Isakowicz-Zaleski.

Bagnasco to kapłan, który w latach 2007-2017 był przewodniczącym Konferencji Episkopatu Włoch. Obecnie jest arcybiskupem seniorem w Genui. Razem z nim przez kilka godzin Isakowicza-Zaleskiego przesłuchiwało jeszcze dwóch watykańskich urzędników.

Krakowskiego duchownego zdziwiło, że kuria krakowska nie wiedziała o spotkaniu z przedstawicielami Watykanu. Dopiero po spotkaniu poinformowałem, że do takiej rozmowy doszło – przyznał Isakowicz-Zaleski w rozmowie z RMF FM. Dodał, że na rzecz komisji złożył listy od osób, które czuły się pokrzywdzone przez przedstawicieli Kościoła. Może te osoby będą przesłuchiwane – zaznaczył.

Pytania zadane Isakowiczowi-Zaleskiemu dotyczyły głównie kardynała Stanisława Dziwisza, choć zdaniem duchownego komisja będzie badać nie tylko sprawę Dziwisza. Ksiądz wyjaśnił, że nie wiedział o niektórych kwestiach, które poruszył były przewodniczący Konferencji Episkopatu Włoch.

Duchowny bardzo pozytywnie ocenił postawę kardynała Angelo Bagnasco. Widać jego ogromny profesjonalizm i obiektywność, bo bardzo wnikliwie dopytywał o pewne szczegóły. Widać było, że on chce poznać prawdę, bo przecież na tym to polega, że trzeba solidnie zbadać sprawę. Przecież to nie jest wyrok. To jest dopiero badanie tej sprawy – zaznaczył.

Isakowicz-Zaleski tłumaczył wysłannikom Watykanu, jak działa Państwowa Komisja ds. Pedofilii, jakie obowiązują u nas przepisy prawne. Zrozumiałem, że jest to też rozpoznanie, jaka jest sytuacja w Polsce w tych kwestiach. To mnie ujęło bardzo pozytywnie, bo to nie było na zasadzie „my wszystko wiemy”, tylko odwrotnie: „proszę wyjaśnić ten problem, tamten…”. Myślę, że jakby ksiądz kardynał porozmawiał z wieloma innymi osobami, to będzie miał przegląd takich różnych opinii i myślę, że temu to służy – podsumował rozmówca RMF FM.

Wysłannikom z Watykanu chodzi między innymi o sprawę z 1993 roku. Janusz Szymik zgłosił wtedy biskupowi bielsko-żywieckiemu Tadeuszowi Rakoczemu, że był wykorzystywany seksualnie przez ówczesnego proboszcza parafii w Międzybrodziu Bialskim – księdza Jana Wodniaka.

Informację o rozpoczęciu prac przez komisję skomentował katolicki publicysta, Tomasz Terlikowski. „Dzieje się. Kardynał Angelo Bagnasco jeździ po Polsce i rozmawia ze świadkami i ofiarami. Temat? Kard. Stanisław Dziwisz. Wiele wskazuje na to, że czeka nas trzęsienie ziemi” – napisał.

Reportaż „Don Stanislao” i doniesienia do prokuratury

Oskarżenia wobec kardynała Stanisława Dziwisza pojawiły się po emisji reportażu „Don Stanislao. Druga twarz kardynała Dziwisza” w TVN24. W materiale, który ukazał się w listopadzie 2020 roku, przedstawiono dokumenty, relacje i rozmowy, wskazujące, że kardynał Stanisław Dziwisz, uczestniczył m.in. w procederze tuszowania nadużyć seksualnych przez księży na całym świecie. Chodzi m.in. o sprawę molestowania w Legionie Chrystusa oraz sprawę oskarżonego o pedofilię amerykańskiego kardynała, Theodore’a McCarricka.

Watykan także w listopadzie opublikował specjalny raport, w którym ujawnił, co Jan Paweł II i jego sekretarz bp Stanisław Dziwisz wiedzieli o sprawie kard. McCarricka. Dokument liczył 461 stron.

Kardynał Dziwisz kilkukrotnie skomentował całą sprawę. W przesłanym PAP oświadczeniu przekazał propozycję, by sprawami oceny działań podjętych przez stronę kościelną w kwestiach poruszanych w filmie TVN24 „Don Stanislao” zajęła się niezależna komisja.

„Jestem gotowy do pełnej współpracy z taką komisją” – zadeklarował. „Zależy mi na transparentnym wyjaśnieniu tych spraw. Nie chodzi o wybielanie lub ukrywanie ewentualnych zaniedbań, ale o rzetelne przedstawienie faktów” – zaznaczył wówczas kardynał.

Dodał również, że „dobro pokrzywdzonych jest wartością nadrzędną. Dzieci i młodzież nie mogą już nigdy doznać w Kościele krzywd, które miały miejsce w przeszłości”.

Z kolei w oświadczeniu dla włoskiej agencji Ansa ocenił, że w materiale telewizyjnym „łączą się z podstępną zręcznością migawki z życia kościelnego, fragmenty spraw niepołączonych ze sobą i nie do połączenia, epizody, które obiektywnie mają, o ile wiem, zupełnie inną dynamikę; wszystko przyprawione złośliwymi zarzutami kupczenia; tyleż skandaliczne, co bezpodstawne”.

W listopadzie 2020 roku zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstw przez kard. Stanisława Dziwisza złożył europoseł Łukasz Kohut. Polityk zarzucił kardynałowi Dziwiszowi, że mimo uzasadnionego podejrzenia popełnienia przez księży przestępstwa pedofilii, nie zrobił on nic, by sprawcy tych przestępstw ponieśli odpowiedzialność karną. Prokuratura Okręgowa w Krakowie odmówiła jednak wszczęcia śledztwa.

W marcu 2021 roku. Państwowa Komisja ds. Pedofilii skierowała zawiadomienie i wniosek o przeprowadzenie postępowania w sprawie podejrzenia przestępstwa przez czterech kościelnych hierarchów, w tym Stanisława Dziwisza.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Poznański radny dusił kelnerkę? Trwa przesłuchiwanie świadków

Duszenie kelnerki i pogryzienie ochroniarzy – tak miała zakończyć się kolacja, którą w poznańskim Starym Browarze jadł radny osiedlowy i urzędnik Krzysztof Sroczyński wraz ze swoją dziewczyną. Do awantury doszło w ubiegły czwartek w lokalu „Whiskey in the Jar”. Obsługa lokalu przekonuje, że to radny i jego dziewczyna byli agresywni. Dowodem mają być m.in. nagrania. Radny przedstawia zupełnie inną wersję wydarzeń. Twierdzi, że to on i jego dziewczyna są ofiarami i zostali potraktowani „niczym na Białorusi”. Sprawę wyjaśnia policja.

Wersja pracowników lokalu jest następująca: dziewczyna radnego była agresywna, zerwała kelnerce plakietkę z jej nazwiskiem. Po chwili Krzysztof Sroczyński z Rady Osiedla Stare Miasto dusił jedną z kelnerek. Gdy interweniowała ochrona, jego dziewczyna miała rzucić się na ochroniarza i pogryźć go. Radny też miał gryźć. Zostali obezwładnieni.

– Od obsługi lokalu dostaliśmy zawiadomienie o takiej właśnie treści. Dowodem w sprawie będzie monitoring oraz zeznania świadków. Musimy przesłuchać wiele osób. Na tym etapie nikomu nie postawiono zarzutów – podkreśla Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji.

Zaczęło się od kłótni o alkohol

Więcej mówią Onetowi przedstawiciele restauracji „Whiskey in the Jar”.

– To było w ostatni czwartek. Przyszła para, zamówiła po trzy kieliszki tequili. Następnie zamówili jedzenie i poszli na krótkie zakupy. Tego dnia było bardzo gorąco, może temperatura ich rozłożyła? Bo gdy wrócili, było widać, że są pod wpływem alkoholu. Ich zachowanie wskazywało, że nie powinni już więcej pić. Dlatego obsługa powiedziała im, że dostaną jedzenie oraz napoje wyłącznie bezalkoholowe. To było przyczyną wszczęcia awantury. Najpierw dziewczyna radnego natarczywie domagała się wyjaśnień od kelnerek, dwóm zerwała plakietki i do tej pory ich nie oddała. Potem do akcji wkroczył pan radny. Chwycił za szyję jedną z kelnerek, napluł jej centralnie w twarz, co dla tej dziewczyny jest olbrzymim upokorzeniem. Krzyczał: Wiecie, kim jestem? Jutro wszyscy jesteście zwolnieni. Ochrona, pięciu chłopów, nie mogło go powstrzymać. Szarpał się, wyrywał, gryzł, nawet gdy został zakuty w kajdanki. Był gotowy do regularnej bitki – opowiadają Onetowi dwaj przedstawiciele lokalu.

Mają też zastrzeżenia do pracy policji. Dziwią się, że radny i jego dziewczyna nie zostali zbadani alkomatem, nie pobrano im krwi do badań, nie postawiono żadnych zarzutów. Mimo że – jak utrzymują przedstawiciele restauracji – sprawa jest jednoznaczna i potwierdzona przez monitoring oraz relacje świadków.

Radny twierdzi, że on i jego dziewczyna byli trzeźwi i spokojni

Tymczasem wersja radnego z Rady Osiedla Stare Miasto i pracownika Urzędu Marszałkowskiego jest zupełnie inna. Przekonuje, że to on i jego dziewczyna padli ofiarami obsługi lokalu oraz ochroniarzy.

– Nie tak powinna kończyć się kolacja, na którą zabrałem dziewczynę. Byliśmy spokojni i trzeźwi, wypiliśmy jedynie po kieliszku tequili do steków. Chcieliśmy potem uzupełnić zamówienie, już nie pamiętam o co. Moja dziewczyna poszła do kelnerki, by zapytać, kiedy dostaniemy kolejne zamówienie. Wiem, że doszło między nimi do sprzeczki. Z powodu zachowania kelnerki, która była niekulturalna i twierdziła, że ona tu rządzi. Moja dziewczyna w nerwach faktycznie zerwała jej plakietkę, by wiedzieć, z kim rozmawiała. Chciała poskarżyć się przełożonym kelnerki. Po chwili wróciła do stolika. Wtedy przybiegli ochroniarze. Rzucili się na mnie, skuli kajdankami, a wszystko działo się na oczach wielu ludzi. Była godzina 20 – relacjonuje poznański radny osiedlowy, który na co dzień pracuje jako urzędnik Urzędu Marszałkowskiego, gdzie zajmuje się kontrolą przetargów finansowanych z funduszy unijnych.

Sroczyński dodaje, że odniósł poważne obrażenia. Opowiada, że ma pękniete kości twarzoczaszki i wstrząśnienie mózgu. Za kilka dni czeka go operacja w szpitalu, na oddziale chirurgii szczękowej.

– Nie podaruję tego obsłudze lokalu, czułem się, jak na Białorusi. Złożyłem na nich zawiadomienie – zaznacza Krzysztof Sroczyński.

Także on ma zastrzeżenie do policji, a konkretnie do jednego funkcjonariusza. – Jeden z nich, podczas przeszukania, dotykał moją dziewczynę w miejsca intymne, rzucał seksistowskie uwagi w stylu, że „słabo się r…”. Ponadto prosiłem policję, by wezwali do mnie karetkę z powodu strasznego bólu głowy, ale policja tego nie zrobiła – dodaje radny.

Policja zaczęła przesłuchiwać świadków. I potwierdza, że nie sprawdzała trzeźwości radnego i jego dziewczyny. Rzecznik policji Andrzej Borowiak przekonuje, że udział w awanturze nie jest podstawą do takiego badania.
Źródło info i foto: onet.pl

Separatyści twierdzą, że przesłuchali Ramana Pratasiewicza. MSZ chce wyjaśnień od Białorusi

Ambasada Ukrainy w Mińsku zwróciła się do białoruskich władz o oficjalne wyjaśnienia w sprawie informacji o przeprowadzonych działaniach śledczych w sprawie Ramana Pratasiewicza przez „prokuraturę generalną” samozwańczej Ługańskiej Republiki Ludowej (ŁRL).

Informację o przeprowadzeniu „działań śledczych” na Białorusi należy rozpatrywać w kontekście rosyjskich prób zagwarantowania podległym jej nielegalnym ugrupowaniom jakiejkolwiek pseudopodmiotowości. To tylko potwierdza, że operację z przymusowym lądowaniem samolotu Ryanair i zatrzymaniem Ramana Pratasiewicza rozegrano według rosyjskiego scenariusza – powiedział w środę agencji Interfax-Ukraina rzecznik MSZ w Kijowie Ołeh Nikołenko.

„Prokuratura generalna ŁRL” poinformowała o tym, że przeprowadziła działania śledcze wobec zatrzymanego w Mińsku Pratasiewicza. Podziękowała białoruskiemu przywódcy Alaksandrowi Łukaszence i białoruskim organom ścigania za taką możliwość.

Pratasiewicz w Donbasie

Prorosyjscy separatyści z tzw. ŁNR zarzucają Pratasiewiczowi rzekomy udział w walkach w Donbasie w szeregach ukraińskiego batalionu Azow. W komunikacie „prokuratury” stwierdzono, że Pratasiewicz złożył potwierdzające zeznania.

Rzecznik MSZ w Kijowie powiedział agencji Interfax-Ukraina, że ambasada Ukrainy w Mińsku zwróciła się do białoruskich władz o oficjalne wyjaśnienia w tej sprawie. Stwierdził przy tym, że nie może być mowy o „prokuraturze generalnej ŁRL”, ponieważ „faktycznie kontrolę na tymczasowo okupowanych terytoriach ługańskiego obwodu sprawuje okupacyjna administracja Federacji Rosyjskiej”.

Portal Naviny.by pisze, że podczas poniedziałkowej konferencji prasowej Dzmitryj Hara, szef białoruskiego Komitetu Śledczego, powiedział, że w sprawie Pratasiewicza nie napływały żadne wnioski z zagranicy. Pratasiewicz z kolei podkreślił, że „wszelkie oficjalne zeznania składa tylko wobec przedstawicieli Komitetu Śledczego”. Bloger nie sprecyzował, czy składał „nieoficjalne” zeznania – zaznacza portal. Takich odpowiedzi udzielili na pytanie o to, czy na Białoruś przyjechali przedstawiciele samozwańczej republiki.

Szef MSZ w Kijowie Dmytro Kułeba zapowiedział wcześniej, że jeśli Łukaszenka zaprosi do Mińska „prokuratorów” z separatystycznej ŁRL w sprawie Pratasiewicza, odpowiedź władz Ukrainy będzie „bolesna”.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Nocna strzelanina w Zabrzu

W Zabrzu w województwie śląskim doszło w nocy do strzelaniny. Nikt nie został ranny. W związku ze sprawą zatrzymano 8 osób. Do strzelaniny miało dojść po godz. 1 w nocy. Policję wezwano na jedną z ulic w rejonie pawilonów handlowych, gdzie doszło do bójki. Niewykluczone, że ktoś oddał wówczas już strzały.

Kiedy patrol pojawił się na miejscu w jego stronę, ze znajdujących się na chodniku budek usługowych, padły strzały. Policjanci krzyczeli do napastników kim są i także odpowiedzieli ogniem. W sumie miało paść około 50 strzałów.

Po chwili jedna z osób znajdujących się w środku budki zadzwoniła do oficera dyżurnego z informacją, że napastnicy chcą się poddać i wyjść. Później pojedynczo opuszczali oni jeden z pawilonów. W środku funkcjonariusze znaleźli pistolet. Obecnie nie wiadomo, kto z zatrzymanych go używał. Jak usłyszał dziennikarz RMF FM Marcin Buczek od jednego z policjantów nikomu nic się nie stało.

Zatrzymani czekają na przesłuchanie

Policja oficjalnie potwierdza, że w związku ze sprawą zatrzymanych zostało 8 osób. Według informacji RMF FM to 6 mężczyzn i 2 kobiety.

W tej chwili czekają oni na przesłuchanie. Obecnie nie jest to możliwe, bo w momencie zatrzymania wszyscy byli nietrzeźwi. To osoby znane policji i w przeszłości notowane – dowiedział się Marcin Buczek. Od zebranych w sprawie dowodów będzie zależeć to, jakie zarzuty usłyszą zatrzymani.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Nowe informacje ws. śmierci 2-latka z Bartoszyc

Prokurator przesłuchał w charakterze świadka matkę dwulatka i zwolnił ją do domu. Ojciec jest nadal zatrzymany i pozostaje do dyspozycji prokuratora. Trwa wyjaśnianie okoliczności śmierci dziecka.

W poniedziałek rano policja w Bartoszycach podała, że wyjaśniane są okoliczności śmierci dwuletniego dziecka. Chłopiec najpierw trafił do szpitala w Bartoszycach, a następnie przetransportowano go do Szpitala Dziecięcego w Olsztynie, gdzie zmarł. Prokurator zdecydował o zatrzymaniu rodziców. Wszczęto śledztwo w sprawie nieumyślnego spowodowania śmierci.

Przeprowadzona w poniedziałek po południu sekcja zwłok dziecka nie wykazała, by do śmierci przyczyniły się osoby trzecie. Chłopiec nie miał żadnych obrażeń – podał rzecznik Prokuratury Okręgowej w Olsztynie Krzysztof Stodolny. We wtorek poinformował, że matkę przesłuchano w charakterze świadka i zwolniono do domu. Ojciec dziecka natomiast jest nadal zatrzymany i pozostaje w dyspozycji prokuratora.

Jak zaznaczył prokurator, dwulatek nie miał żadnych obrażeń. Dziecko miało lekkie zadrapanie na czole sprzed kilku dni, ale nie miało ono znaczenia dla zdrowia, a tym bardziej życia – wyjaśnił. Wskazał, że tkanki zostaną wysłane do badań histopatologicznych i po sporządzeniu opinii przez biegłego będzie można powiedzieć, jaki będzie dalszy los postępowania.
Źródło info i foto: interia.pl

Nowe informacje o zabójcy 11-letniego Sebastiana

Do prokuratury w Sosnowcu ponownie został doprowadzony 41-latek z Sosnowca, który przyznał się do uprowadzenia i zabicia 11-letniego Sebastiana z Katowic. Dziś będą kontynuowane przesłuchania mężczyzny, któremu już wczoraj postawiono zarzuty, w tym zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem. Prokuratura Okręgowa w Sosnowcu wznowiła przesłuchanie 41-letniego mężczyzny, który przyznał, że w sobotę uprowadził i zabił 11-letniego Sebastiana z Katowic.

Wczoraj mężczyzna przez 5 i pół godziny składał obszerne zeznania, których prokuratura nie chce jednak ujawniać. Po przesłuchaniu prokuratura wystąpi do sądu o areszt tymczasowym, a sąd będzie miał 24 godziny na jego rozpatrzenie.

W poniedziałek w zakładzie medycyny sądowej przeprowadzono sekcję zwłok zamordowanego dziecka, która potwierdziła, że Sebastian został uduszony. Według nieoficjalnych informacji, 41-latek jest sosnowieckim optykiem, po rozwodzie, ma dwoje dzieci. Był już znany policji.

W 2008 roku porwał inne dziecko, któremu robił zdjęcia, następnie je wypuścił. W 2018 roku w związku z uszkodzeniem ciała żony miał zakaz zbliżania się do niej.Kilka lat temu na jego nośnikach elektronicznych zabezpieczono treści pedofilskie.

Sebastian z Katowic wyszedł w sobotę na plac zabaw. Miał wrócić do domu o godzinie 19:00, ale wysłał mamie SMS-a, w którym poprosił o zgodę na przedłużenie zabawy o pół godziny. Mama się zgodziła, Sebastian jednak nie wrócił do domu.

Kiedy mama zawiadomiła policję o zaginięciu dziecka, ruszyły poszukiwania. Na podstawie analizy zapisu z kamer monitoringu ustalono, że Sebastian został z placu zabaw uprowadzony.

Na nagraniach widać samochód 41-letniego mężczyzny, który w niedzielę około godziny 17:00 został zatrzymany. Wtedy też miał przyznać się do zbrodni i wskazał policji miejsce ukrycia zwłok Sebastiana w dzielnicy Niwka – kilka kilometrów od domu dziecka, w Sosnowcu.

Jedna z hipotez – jak mówią policjanci dziennikarzowi RMF FM Marcinowi Buczkowi „prawdopodobna” – jest taka, że mężczyzna pomylił się. Chciał uprowadzić dziewczynkę, ale wciągnął do samochodu chłopca, bo ten miał dłuższe włosy.

Mężczyzna miał udusić chłopca, gdy Sebastian powiedział, że o wszystkim opowie mamie. Później ciało dziecka chciał zalać betonem.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Próba rozszerzonego samobójstwa w Turzanach. Matka wciąż w szpitalu

Matka dwóch chłopców z Turzan koło Inowrocławia, których ciała znaleziono w piątek, nadal znajduje się w szpitalu. Służby podejrzewają, że to ona odpowiada za śmierć dzieci. Mieszkańcy Turzan koło Inowrocławia są wstrząśnięci tragedią, która wydarzyła się w piątek w tej małej miejscowości. Wiele wskazuje na to, że w jednym z domów doszło do próby tzw. rozszerzonego samobójstwa. Nie żyje dwóch chłopców w wieku trzech i pięciu lat. Ich matka jest w szpitalu. W weekend przeprowadzono sekcje zwłok dzieci. Obie potwierdziły, że przyczyną zgonu były rany kłute w okolicach klatki piersiowej.

– Szczegółowe wyniki sekcji, jak i zleconych dodatkowych badań, będą znane za kilka tygodni. W tym momencie wiadomo, że rany ujawnione na ciałach chłopców skutkowały zgonem – powiedziała rzeczniczka prasowa bydgoskiej prokuratury Agnieszka Adamska-Okońska.

Stan zdrowia matki uniemożliwia przesłuchanie

Rzeczniczka przekazała także, że niestety nadal nie jest możliwe przesłuchanie matki chłopców, która trafiła do szpitala. Tam konieczny był zabieg chirurgiczny. Najpoważniejsza hipoteza w śledztwie mówi, że kobieta po zadaniu śmiertelnych ran chłopcom próbowała odebrać sobie życie. Jej stan zdrowia uniemożliwia jej przesłuchanie.

Śledczy nadal zabezpieczają materiał dowodowy w tej sprawie. Ma on pomóc zrozumieć okoliczności tragedii i sekwencję zdarzeń.

Z dotychczasowych ustaleń wynika, że ojciec chłopców około godz. 7 wyszedł z domu i wrócił po około dwóch godzinach. – Mężczyzna rano nie wchodził do pokoju, w którym była kobieta z chłopcami. Po powrocie zastał nieżywych synków w łóżeczkach, a żonę w łazience z ranami na ciele. Kobieta była w takim stanie, że trudno było z nią nawiązać kontakt – powiedziała Adamska-Okońska.

Kobieta leczyła się psychiatrycznie

PAP potwierdziła nieoficjalnie, że 37-letnia matka chłopców leczyła się psychiatrycznie. Bardzo prawdopodobne jest to, iż to ona mogła zabić synów. To najpoważniejsza hipoteza śledczych. W Turzanach wszyscy są zszokowani. Niechętnie rozmawiają o przyczynach tragedii. Ci, którzy decydują się coś powiedzieć, wskazują na pewne problemy matki chłopców. Z informacji PAP wynika, że matka dzieci leczyła się na depresję. W ostatnich dniach miało już być lepiej i nic nie zwiastowało tragedii.
Źródło info i foto: interia.pl