Brakuje pieniędzy w policyjnej kasie. Błędy w liczeniu czy kradzież?

Nowe fakty ws. ujawnionych przez RMF FM nieprawidłowości w kasie kaliskiego zarządu Centralnego Biura Śledczego Policji. Ponad pół roku temu informowaliśmy, że tamtejsi funkcjonariusze nie mogą się doliczyć 150 tysięcy złotych – chodziło o gotówkę zabezpieczoną w mieszkaniu podejrzanego. Teraz dotarliśmy do osób, które twierdzą, że pieniądze mogły zostać po prostu skradzione przez samych policjantów, a w raporcie zapisano mniejszą kwotę.

Jak ujawniliśmy w marcu, w notatce sporządzonej po akcji kaliskiego CBŚP znalazła się informacja o zabezpieczeniu u zatrzymanego 350 tysięcy złotych. Mężczyzna przekonywał tymczasem, że miał w domu pół miliona złotych. Śledztwo w tej sprawie na początku wszczęła Prokuratura Okręgowa w Ostrowie Wielkopolskim. Okazało się jednak, że ci śledczy współpracują na co dzień z kaliskim biurem CBŚP. W tej sytuacji wszczęte już śledztwo przekazano do Sieradza. Sprawę wyjaśniają też wewnętrzne służby policji. Podstawą wszczęcia śledztwa jest niedopełnienie obowiązków lub przekroczenie uprawnień.

Według naszego informatora – byłego funkcjonariusza jednego z zarządów CBŚP, przywłaszczanie pieniędzy zabezpieczanych u przestępców podczas zatrzymania było normą dla nieuczciwych funkcjonariuszy. Niekiedy o procederze mogli wiedzieć przełożeni.

Nasz informator relacjonuje, że kiedy funkcjonariusze przeszukiwali miejsce zatrzymania przestępcy i znajdowali sporą sumę pieniędzy lub cenne przedmioty, nie wpisywali całej zabezpieczonej kwoty do protokołu albo fakt znalezienia gotówki nie był nigdzie ujmowany.

Część przestępców w ogóle tego nie zgłaszała. O tym, że tak się dzieje, wiedzą też policjanci, ale w CBŚP wygląda to tak, że są policjanci zastraszani. Każda niepokorna osoba albo jest zmuszana do tego, żeby odeszła z policji, albo jest tzw. kara poprzez delegowanie. (…) Przestępcy nie zgłaszają takich nieprawidłowości zazwyczaj, bo te pieniądze pochodzą często z nielegalnych źródeł – wyjaśnia anonimowo informator RMF FM.

„Uczciwi funkcjonariusze się boją”

Według jednego z naszych rozmówców, nieuczciwym policjantom najłatwiej było ukryć kradzież w trakcie zatrzymań obcokrajowców i przeszukań ich mieszkań. Chodzi m.in. o podejrzanych z Azji.

Jak dodaje były funkcjonariusz, tego rodzaju praktyki mogłyby ukrócić kamery nasobne, w które mogliby zostać wyposażeni policjanci CBŚP. Wtedy wszystkie ich działania byłyby rejestrowane. To zmniejszyłoby ryzyko nieuczciwych zachowań i uniemożliwiłoby ewentualne późniejsze pomówienia policjantów przez bandytów – słyszymy od naszego informatora.

Najczęściej jest tak, że uczciwi funkcjonariusze się boją. Chodzi o zmowę milczenia, wynikającą z obawy przed konsekwencjami. Najczęściej, jeżeli taka sprawa zostaje ujawniona, przełożeni w CBŚP szukają nie w pierwszej kolejności winnych nieprawidłowości, tylko szukane są osoby, które w jakikolwiek sposób doprowadziły do tego, że ta prawdziwa informacja wyszła na jaw – dodaje nasz rozmówca.

Według naszego informatora, historia zna przypadki, kiedy funkcjonariusze próbujący walczyć z nielegalnym procederem byli delegowani do mniejszych jednostek, np. komend powiatowych. Musieli zajmować się sprawami mniejszego kalibru niż te, do których zostali przeszkoleni. Najczęściej taki bieg zdarzeń był tłumaczony pilną potrzebą służby. Policjanci nie mieli możliwości odwołania się od decyzji przełożonych.

Śledztwo prokuratury i czynności wyjaśniające CBŚP

Najczęściej jest tak, że uczciwi funkcjonariusze się boją. Chodzi o zmowę milczenia, wynikającą z obawy przed konsekwencjami. Najczęściej, jeżeli taka sprawa zostaje ujawniona, przełożeni w CBŚP szukają nie w pierwszej kolejności winnych nieprawidłowości, tylko szukane są osoby, które w jakikolwiek sposób doprowadziły do tego, że ta prawdziwa informacja wyszła na jaw – dodaje nasz rozmówca.

Według naszego informatora, historia zna przypadki, kiedy funkcjonariusze próbujący walczyć z nielegalnym procederem byli delegowani do mniejszych jednostek, np. komend powiatowych. Musieli zajmować się sprawami mniejszego kalibru niż te, do których zostali przeszkoleni. Najczęściej taki bieg zdarzeń był tłumaczony pilną potrzebą służby. Policjanci nie mieli możliwości odwołania się od decyzji przełożonych.

Śledztwo prokuratury i czynności wyjaśniające CBŚP

CBŚP w Kaliszu znalazło się pod lupą prokuratury już dużo wcześniej, z powodu zupełnie innej sprawy. Chodzi o nieprawidłowości związane z obowiązkowym dla funkcjonariuszy tej jednostki testem sprawnościowym, którego elementem było strzelanie z broni palnej. Test miał miejsce 1 czerwca 2017 roku. Nie stawiło się na nim dwóch policjantów. Oficjalnie – wyjechali w delegację. Ich nieobecność wyszła na jaw m.in. po tym, jak w magazynie zostało 60 sztuk amunicji. Każdemu przysługiwało bowiem po 30 nabojów. Prowadzący szkolenie oficerowie zawiadomili o tym przełożonych.

Według naszych informacji, podpisy nieobecnych funkcjonariuszy już później pojawiły się na liście obecności i odbioru amunicji. Stało się tak, mimo że do dowódców trafiła notatka z informacją o nieprawidłowościach. Formalnie uznano też, że skoro podpisy funkcjonariuszy znalazły się na liście obecności – zaliczyli oni obowiązkowy test strzelecki, choć w ogóle nie było ich na miejscu.

Według naszych ustaleń, dwaj policjanci wzięli udział w teście strzeleckim dopiero kilka miesięcy później, jesienią. Sprawą zajęła się Prokuratura Rejonowa w Poddębicach, która prowadziła śledztwo pod kątem przekroczenia uprawnień i sfałszowania dokumentu. To zostało jednak umorzone. Nie dopatrzono się znamion czynu zabronionego i nie wykryto sprawców – poinformowali śledczy.

Postępowanie przygotowawcze w tej sprawie toczyło się w oparciu o dwa paragrafy Kodeksu karnego. Pierwszy z nich dotyczył przekroczenia uprawnień, a drugi fałszerstwa materialnego. Poddane ocenie prawno-karnej zachowania nie wyczerpały znamion przestępstwa, przy czym pozostały w gestii odpowiedzialności dyscyplinarnej – czytamy w odpowiedzi prokuratury.

Śledczy uznali ponadto, że funkcjonariusze nie działali na szkodę interesu publicznego, a ich przewinienie to niedopełnienie obowiązków służbowych. To, jak czytamy, „nie realizuje jeszcze znamion czynu zabronionego”. Jeśli zaś chodzi o samo sfałszowanie podpisów w tabeli z listą obecności, śledczy przekonują, że nie udało się wykryć osoby, która je naniosła. Jednocześnie wobec nieautentyczności podpisów ustalonych funkcjonariuszy na listach obecności i braku ustalenia osoby, która je naniosła, postępowanie w tym zakresie umorzono wobec niewykrycia sprawcy – czytamy w odpowiedzi prokuratury.

Co istotne, Prokuratura Rejonowa w Poddębicach formalnie podlega Prokuraturze Okręgowej w Sieradzu – tej samej, która prowadzi obecnie śledztwo w sprawie manka w kasie kaliskiego zarządu i która współpracowała wcześniej z kaliskim zarządem CBŚP.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Strzelaniny i napad w stolicy Holandii. Łup liczony jest w dziesiątkach milionów euro

Przestępcy napadli na transport kosztowności w północnym Amsterdamie. Wywiązała się strzelanina z policją, w wyniku której zginął jeden z napastników. Pozostali zostali aresztowani po policyjnym pościgu z udziałem helikopterów.

Sceny jak z kryminalnego filmu miały miejsce w środę po południu. Zaraz po napadzie grupy uzbrojonych przestępców na transport kosztowności doszło do strzelaniny z policjantami. Jak relacjonował dziennikarzom policyjny rzecznik, dobrze uzbrojeni kryminaliści „ostrzelali policyjny radiowóz z karabinów i próbowali zbiec”.

Policja zamknęła północną część miasta, a w pościgu użyto trzech helikopterów. Uciekający przestępcy strzelali do policjantów z broni automatycznej. Jak podała policja, udało im się przebić przez policyjną blokadę.

Policyjne wozy dogoniły ich w okolicy wsi Broek in Waterland, ok. 10 km od Amsterdamu. Z informacji dziennika „De Telegraaf” wynika, że wówczas doszło do kolejnej wymiany strzałów z policją, w wyniku której dwóch kryminalistów zostało rannych, a jeden zginął.

Jak relacjonuje policja, dwóch niedoszłych rabusiów schowało się w koszu na śmieci, zostali jednak wytropieni przez policyjnego psa i aresztowani. Ostatecznie za kratki trafiło siedem osób. Z informacji mediów wynika, że przestępcy porozumiewali się w języku francuskim.

Na pytanie PAP o ich narodowość rzecznik policji odpowiedział, że na tym etapie jest za wcześnie, aby o tym mówić. – Sprawa jest rozwojowa – wyjaśnił.

„De Telegraaf” informuje natomiast, że wartość docelowego łupu rabusiów liczony jest w dziesiątkach milionów euro. – Nasze źródła mówią o 50 milionach euro w złocie i diamentach – napisał dziennik na stronie internetowej.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Zagrozili porwaniem dziecka za fałszywy dług

Zażądali od mężczyzny spłaty kilkudziesięciu tys. zł rzekomego długu. Tłumaczyli, że tyle jest winien swemu biznesowemu partnerowi. Gdy pokrzywdzony odmówił, sprawcy zagrozili mu porwaniem dziecka, spaleniem domu i wyrządzeniem krzywdy jego matce. Funkcjonariusze CBŚP i innych jednostek zatrzymali przestępców.

Wszystko zaczęło się od tego, że trzech mężczyzn 25 lutego br. skontaktowało się z mieszkańcem Wielkopolski i zażądało kilkudziesięciu tys. zł zwrotu rzekomego długu. Mężczyzna powiadomił policję. Sprawą zajęli się funkcjonariusze CBŚP z Gorzowa Wielkopolskiego, działający pod nadzorem Prokuratury Okręgowej w tym mieście.

– Mężczyźni, którzy skontaktowali się z pokrzywdzonym, mówili ze wschodnim akcentem, a ich wygląd wskazywał na obce pochodzenie. Grozili mu uprowadzeniem dziecka oraz spaleniem firmy członkowi jego rodziny, w przypadku odmowy spłaty – informuje nadkomisarz Iwona Jurkiewicz, rzeczniczka CBŚP.

Dodatkowo zapowiedzieli też spalenie domu i wyrządzenie krzywdy jego matce. Jak informuje prokuratura, sprawcy powołali się na znajomość z biznesowym partnerem pokrzywdzonego, któremu miał być winien wspomniane pieniądze. Wyznaczyli pokrzywdzonemu 2-tygodniowy termin na spłatę rzekomego długu.

Funkcjonariusze CBŚP rozpoczęli śledztwo, dbając przy tym o bezpieczeństwo pokrzywdzonego i jego rodziny. Do działań włączyli się także mundurowi z Komendy Wojewódzkiej Policji w Gorzowie Wlkp. oraz z zarządów CBŚP w Warszawie, Gdańsku, Lublinie i Rzeszowie. Gdy wytypowali potencjalnych sprawców, zaplanowali akcję ich zatrzymań.

Uderzyli w tym samym momencie w kilku miejscach Polski – w Warszawie, Gdyni i w województwie lubuskim. Oprócz mundurowych z CBŚP, w akcji wzięli udział funkcjonariusze Centralnego Pododdziału Kontrterrorystycznego Policji BOA i Samodzielnego Pododdziału Kontretrrorystycznego Policji w Warszawie. Zatrzymali trzy osoby. Jak się okazało, to mężczyźni pochodzenia czeczeńskiego oraz inguskiego.

W sprawie występuje w sumie czterech podejrzanych. Będą odpowiadać za udział w zorganizowanej grupie przestępczej oraz usiłowanie wymuszenia rozbójniczego. Grozi im za to do 15 lat więzienia. Wobec trzech podejrzanych sąd, na wniosek Prokuratury Okręgowej w Gorzowie, podjął decyzję o tymczasowym aresztowaniu na trzy miesiące.

Śledztwo w tej sprawie nie zostało jeszcze zakończone. – Trwają ustalenia kolejnych osób mogących mieć związek z przestępstwem – podkreśla Iwona Jurkiewicz.
Źródło info i foto: onet.pl

Niemcy wypuszczają więźniów. Amnestia dla 963 skazańców

Jak co roku, w okolicach świąt władze niemieckich landów korzystają z prawa łaski i wypuszczają z więzień niektórych przestępców przed odbyciem pełnego wymiaru kary. W tym roku w ramach amnestii bożonarodzeniowej na wolność wyjdzie 963 skazańców.

W wielu krajach związkowych RFN liczba tych, którzy skorzystają na humanitarnej tradycji będzie niższa niż w roku ubiegłym. Na przykład w Berlinie bramy więzień zostaną otwarte dla 124 osadzonych – w 2019 roku było ich 170. W Nadrenii Północnej-Westfalii liczba ułaskawionych więźniów spadła do 247 z 522 rok wcześniej. Ustaliła to agencja informacyjna dpa w rozmowach przeprowadzonych z odpowiednimi ministerstwami landowymi.

Po raz pierwszy w powojennej historii Niemiec przedświąteczną amnestię zastosuje też Saksonia. Bawaria z kolei – podobnie jak rok temu – nie wypuści żadnego przestępcy przedterminowo na Wigilię.

Przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości tłumaczą, że niższa liczba osób zwolnionych w tym roku (w ubiegłym było ich w sumie 1200), to nie efekt mniejszego miłosierdzia, tylko pandemii. W przypadku wielu przestępców odbywanie kary zostało zawieszone, aby zrobić miejsce na kwarantannę. W związku z tym w zakładach karnych przebywa mniej osób, które spełniają kryteria bożonarodzeniowej amnestii.

Kto może skorzystać z amnestii?

Zwykle kwalifikują się do niej tylko ci, którzy nie odbywają długich wyroków oraz zasłużyli na prawo łaski dobrym sprawowaniem. Jak wynika z ankiety przeprowadzonej w ubiegłym roku przez dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, choć konkretna argumentacja poszczególnych landowych ministerstw przy wydawaniu tzw. rozporządzeń ułaskawiających jest różna, to zazwyczaj łączy się ona ze świętami.

Dolna Saksonia, Hamburg, Meklemburgia-Pomorze Przednie, Szlezwik-Holsztyn, Turyngia i Kraj Saary mówią wprost o „akcie humanitarnym” związanym z nadchodzącymi świętami. Badenia-Wirtembergia, gdzie na wolność wyszło już 200 osób powołuje się na z kolei na psychologię: więźniowie, którzy spędzają święta z rodzinami mają lepsze szanse na resocjalizację. W podobny sposób swoje decyzje uzasadniają też Nadrenia Północna-Westfalia, Nadrenia-Palatynat i Brema.

Berlin i Brandenburgia wskazują na względy praktyczne. Ministerstwo sprawiedliwości w Poczdamie chce, żeby podlegli mu pracownicy mieli w okresie Bożego Narodzenia mniej pracy. Berlin z kolei zastrzega, że w rozporządzeniu ułaskawiającym nie chodzi o religijnie motywowane miłosierdzie. „Jest ono skierowane do wszystkich, nie tylko chrześcijan. Dodatkowo, placówki zajmujące się wspieraniem osób, które wyszły z więzienia, mają pod koniec roku zawsze więcej pracy.” Przedterminowe zwolnienie ułatwia zatem wszystkim życie.

W niemieckich zakładach karnych przebywa obecnie około 59 tys. osadzonych.
Źródło info i foto: interia.pl

Uwaga na oszustów działających metodą „na żołnierza”

Schemat oszustów, którzy rozkochują samotne, osoby jest zawsze podobny. Nieświadoma ofiara spotyka „idealną połówkę”, która jest wrażliwa, czuła, romantyczna i ma świetną pracę. Jak się później okazuje, oszust, wymyślając najróżniejsze kłamstwa, pozyskuje pieniądze od zakochanej osoby. Tak też myślała 63-latka z Grójca, która nawiązała znajomość z „amerykańskim żołnierzem”. A złapana w sieć oszustów kobieta straciła kilkadziesiąt tysięcy złotych.

Popularną metodą wśród przestępców jest w ostatnim czasie oszustwo na „amerykańskiego żołnierza”. Oszust wyszukuje w internecie samotne osoby, po czym nawiązuje z nimi kontakt. Posługując się zdjęciami z sieci, przedstawia się jako amerykański żołnierz, który aktualnie jest poza granicami swojego kraju. Oszust poprzez regularny kontakt i przedstawienie fałszywych historii z życia zdobywa zaufanie ofiary, a następnie prosi o pomoc finansową na zakup biletu lotniczego do Polski lub bardzo drogie leczenie. Gdy ofiara oszustwa prześle pieniądze na konto przestępcy, zostaje bez ukochanego i bez pieniędzy.

Taka sytuacja miała ostatnio miejsce w powiecie grójeckim. 63-latka za pośrednictwem jednego z komunikatorów społecznościowych poznała mężczyznę, który podawał się za amerykańskiego żołnierza i jednocześnie lekarza, pełniącego misję w Afganistanie z ramienia Czerwonego Krzyża. Przez pewien czas prowadzili korespondencję. Oszust pisał po polsku. Mężczyzna prosił kobietę o pomoc. Hall, bo tak się przedstawiał żołnierz, chciał zakończyć służbę wojskową, przyjechać do Polski, i spędzić resztę życia w Grójcu. W międzyczasie miał nadać do niej paczkę. Kobieta zgodziła się pomóc rozmówcy i przelewała euro na niemieckie konta. Z kobietą korespondował również dowódca rzekomego żołnierza. Pieniądze w kwotach 1500 i 5000 euro były przeznaczone na przyjazd innego lekarza, który miałby zmienić Halla podczas misji. Kolejne wysokie kwoty pieniędzy były niezbędne do odebrania paczki, która trafiła do Niemiec. „Amerykański żołnierz” cały czas błagał kobietę o pomoc. 63-latka wykonała kilka przelewów. W wyniku oszustwa straciła ponad 50 000 zł.

Podobna historia miała miejsce w lipcu ubiegłego roku, także w Grójcu. Wtedy to 35-letnia kobieta poznała w internecie mężczyznę, który także podawał się za amerykańskiego żołnierza kończącego służbę w Iraku. Tłumaczył kobiecie, że żołdu, który otrzymał na koniec służby, nie może przewieźć do kraju, ale może pieniądze wysłać w paczce. Kobieta miała mu pomóc pokryć koszty przesyłki, które miały wynieść kilkadziesiąt tysięcy złotych. Kobieta poznała sprawcę na portalu społecznościowym. Przez kilka miesięcy korespondowali za pomocą komunikatora internetowego. Najpierw wzbudził zaufanie, a następnie poprosił o pomoc. Socjotechniki i umiejętnie prowadzona rozmowa poprzez internet doprowadziły do tego, że 35-latka nieświadoma podstępu przelała kilkadziesiąt tysięcy złotych. Policjanci ustalili, że za oszustwem kryła się wtedy 23-letnia obywatelka Zimbabwe studiująca w Białymstoku. Sprawa trafiła do sądu.

Warto pamiętać, że oszuści cały czas modyfikują swój sposób działania i dlatego w każdym przypadku, gdy ktoś próbuje uzyskać od nas pieniądze, trzeba wykazać się dużą ostrożnością. Przypominamy, że cały czas aktualne są ostrzeżenia dla seniorów przed próbami oszust metodami „na wnuczka, policjanta czy pracownika opieki społecznej”. Najlepiej jednak nie ulegać chwilowemu zauroczeniu, presji czasu i nie przekazywać pieniędzy nieznanym osobom.

O wszystkich próbach wyłudzenia pieniędzy należy poinformować Policję. Pamiętajmy, że tylko nasza ostrożność, czujność i dystans do przekazywanych informacji spowodują, że nie staniemy się kolejną ofiarą oszustwa!
Źródło info i foto: Policja.pl

Tadeusz Rydzyk komentował swoje „spontanicznie wypowiedziane słowa” o pedofilii

Założyciel Radia Maryja Tadeusz Rydzyk przeprosił za swoje słowa dotyczące pedofilii w Kościele. Zapewnił, że nie chciał nikogo zranić, a jego „spontanicznie wypowiedziane słowa” zostały zinterpretowane inaczej, niż by tego chciał.

Skandal związany ze słowami Tadeusza Rydzyka wybuchł 5 grudnia, w dzień 29. urodzin Radia Maryja. Podczas uroczystości redemptorysta mówił m.in. o pedofilii, choć nie użył tego słowa. Nie poświęcił on uwagi ofiarom, ale usprawiedliwiał przestępców. Stwierdził także, że były biskup kaliski ks. Edward Janiak, który został oskarżony o tuszowanie przestępstw seksualnych dokonywanych przez podległych mu księży, to „współczesny męczennik”.

– To, że ksiądz zgrzeszył? No zgrzeszył. A kto nie ma pokus? Niech się pokaże – powiedział Tadeusz Rydzyk.

Gdy Tadeusza Rydzyka skrytykowali zarówno ludzie Kościoła, jak i politycy, dyrektor Radia Maryja postanowił przeprosić. Na stronie rozgłośni pojawiło się oficjalne oświadczenie w tej sprawie.

Chcę stanowczo oświadczyć, iż w słowach, które wypowiedziałem 5 grudnia 2020 r. przy okazji obchodów rocznicy założenia Radia Maryja, nie było moją intencją ranienie kogokolwiek, a zwłaszcza osób, które jako małoletnie doświadczyły przestępstw seksualnych ze strony duchownych. Tacy sprawcy, po rzetelnym dochodzeniu i udowodnieniu winni spotkać się ze stosowną karą – czytamy w komunikacie.

Tadeusz Rydzyk pisze w nim, że „każdy niegodny czyn” jest grzechem, ale grzech seksualnego molestowania małoletnich jest także przestępstwem, które „winno być traktowane zgodnie ze wskazaniami Kościoła i procedurami prawa cywilnego”.

Kocham Kościół, dlatego nie miałem zamiaru w żaden sposób rozmywać trawiącego go dramatu grzechu i przestępstwa pedofilii. Mówiąc to, mam na myśli przede wszystkim ofiary tych czynów, będące przecież także dziećmi Kościoła – napisał Rydzyk.

Duchowny zapewnił także, że nie chciał krytykować i podważać decyzji papieża Franciszka wobec toczącej się sprawy biskupa Edwarda Janiaka, a jedynie odniósł się „do atmosfery medialnej, która ferując przedwczesne wyroki”, utrudniając tym samym rzeczowe zbadanie problemu i wyjaśnienie jego przyczyn,”aby ofiary mogły otrzymać niezbędne zadośćuczynienie, a Kościół – również zraniony takimi czynami – środki zaradcze na przyszłość”.

Zdaję sobie sprawę, iż moje spontanicznie wypowiedziane słowa zostały inaczej zrozumiane i boleśnie dotknęły wiele osób. Przepraszam, iż tak się stało. Nie było to moim zamiarem. Modlę się za osoby skrzywdzone i ich rodziny. Ta modlitwa jest i będzie obecna również na antenie Radia Maryja – zapewnił Tadeusz Rydzyk.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Poszukiwany 42-latek zatrzymany w Australii trafił już do polskiego aresztu

Kryminalni z Komendy Wojewódzkiej Policji w Białymstoku zajmujący się poszukiwaniem najgroźniejszych przestępców, ustalili miejsce ukrywania się 42-letniego mieszkańca województwa podlaskiego. Mężczyzna poszukiwany był dwoma listami gończymi, europejskim nakazem aresztowania oraz międzynarodowym listem gończym. Został zatrzymany w Australii, a w środę trafił do polskiego aresztu. Teraz za przestępstwa jakie na nim ciążą odpowie przed sądem.

Policjanci z Wydziału Kryminalnego Komendy Wojewódzkiej Policji w Białymstoku zajmujący się poszukiwaniem najgroźniejszych przestępców ustalili miejsce pobytu 42-letniego mieszkańca Podlasia. Mężczyzna ukrywał się przed wymiarem sprawiedliwości w Australii. Poszukiwany był dwoma listami gończymi, europejskim nakazem aresztowania oraz międzynarodowym listem gończym.

Prokuratorzy zarzucają mu udział i kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą o charakterze zbrojnym, która działała w latach 1998 – 2005 na terenie województwa podlaskiego. Jej członkowie trudnili się handlem narkotykami a ich grupa wchodziła w skład jeszcze większej organizacji przestępczej o charakterze zbrojnym. Na zatrzymanym ciążą też zarzuty posiadania znacznej ilości narkotyków oraz materiałów wybuchowych.

Podlascy poszukiwacze szukali tego mężczyzny od kilku lat. Mundurowi podejrzewali, że 42-latek przebywa w Australii. Ich ustalenia potwierdziły się. W rezultacie okazało się, że Podlasianin ukrył się przed śledczymi w stolicy Australii. Dzięki współpracy z australijskimi policjantami mężczyzna został zatrzymany w grudniu 2016 roku w Canberze. Od tego czasu przebywał w areszcie czekając na zakończenie procedury ekstradycyjnej. W minioną środę został przekonwojowany do aresztu w Polsce. Teraz za przestępstwa jakie na nim ciążą odpowie przed sądem.
Źródło info i foto: Policja.pl

Szantażowani studenci porywali samych siebie. Rodzice płacili milionowe okupy

Chińscy studenci z Sydney w Australii byli szantażowani przez grupę przestępców. Oszuści najpierw przekonywali młodych ludzi, że są poszukiwani w związku z popełnieniem przestępstwa w ojczyźnie. Następnie zapewniali, że w sprawie może pomóc duża suma pieniędzy i nakłaniali studentów… do wymuszania okupów od ich rodziców. Łupem złodziei padło blisko 1,5 mln amerykańskich dolarów.

Policja z Nowej Południowej Walii określiła, że na polecenie szantażystów, studenci organizowali „wirtualne porwania”.

Grozili deportacją i aresztem

Schemat w każdym z przypadków wyglądał podobnie. Najpierw oszuści dzwonili do studenta podając się za przedstawicieli ambasady lub policji. By uwiarygodnić przekręt, porozumiewali się jedynie w języku mandaryńskim.

Przekonywali ofiarę, że a jest poszukiwana w związku z przestępstwem popełnionym w kraju, a potem grozili deportacją i aresztem. Oszuści przekonywali, że przykrych konsekwencji można uniknąć tylko po opłaceniu „grzywny”. Studentom, którzy nie mieli wystarczającej sumy pieniędzy radzono, by zerwali kontakt ze swoją rodziną i… upozorowali swoje porwanie. Nagrania, na których widać związanych, przestraszonych młodych ludzi były wysyłane bezpośrednio do ich krewnych z żądaniem okupu.

Miliony za bezpieczeństwo dziecka

Przerażeni rodzice, nie mogąc skontaktować się z dziećmi, najczęściej ulegali i przekazywali „porywaczom” ustaloną kwotę. Wysokość okupów wahała się zwykle od ok. 14 tys. do 214 tys. dolarów USA. Jedna z rodzin sądząc, że płaci za bezpieczeństwo swojego dziecka przekazała porywaczom ponad 1 mln 400 tys. dolarów.

W niektórych przypadkach rodziny oddawały oszustom oszczędności życia.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Warszawa: Policjanci odzyskali skradzionego lexusa. Odkryto złodziejską dziuplę w okolicach Wołomina

Policjanci stołecznego wydziału do walki z przestępczością samochodową odkryli złodziejską dziuplę w okolicach Wołomina, zatrzymując trzech mężczyzn rozbierających na części lexusa. Auto zostało skradzione kilka dni wcześniej na terenie powiatu otwockiego. Jego właścicielka dowiedziała się o tym od policjantów z samochodówki. Policjanci stołecznej samochodówki ustalili operacyjnie, że w okolicach Wołomina działa złodziejska dziupla. Rejon ten znany jest z tzw. rozbieraków lub brudasów, czyli przestępców potrafiących błyskawicznie rozebrać na części kradzione auto.

Często fachowcy ci demontują samochody w lasach na terenie powiatu wołomińskiego. Najlepsi potrafią rozebrać samochód w ciągu kilku godzin.

Funkcjonariusze z samochodówki mieli informację, że do dziupli trafił lexus, skradziony kilka dni wcześniej na terenie powiatu otwockiego. Gdy przyjechali pod wskazany adres, zwrócili uwagę na stodołę. W środku zastali trzech mężczyzn demontujących lexusa. Ci zaś, widząc policjantów, bez zastanowienia rzucili się do ucieczki. Nie zdążyli nawet opuścić posesji.

Wszyscy zostali zatrzymani i przewiezieni do komendy stołecznej, gdzie usłyszeli zarzuty paserstwa. Zostali objęci policyjnym dozorem. Jednak jeden z mężczyzn nie odzyskał wolności. Trafił do zakładu karnego, w którym oczekiwano go, aby odbył karę sześciu miesięcy więzienia.

W dziupli policjanci zabezpieczyli samochód, zdemontowane już drzwi, błotniki, przednie koła i elementy wnętrza lexusa. Jak się okazało, właścicielka auta dowiedziała się o jego kradzieży od policjantów.
Źródło info i foto: TVP.info

Funkcjonariusze CBŚP przejęli arsenał gangu handlującego bronią

Policjanci CBŚP, wspierani przez antyterrorystów BOA, uderzyli w gang handlarzy bronią, przejmując 45 karabinów, 13 pistoletów oraz trzy pistolety maszynowe i ok. 7 tys. sztuk amunicji. Zatrzymano pięciu podejrzanych. Grupa, do której należeli, działała od kilku lat, zaopatrując w broń zarówno przestępców, jak i kolekcjonerów czy zwykłych miłośników militariów.

Handlarzy bronią rozpracowują od kilku miesięcy funkcjonariusze CBŚP z Włocławka. Początkowo śledztwo nadzorowała lokalna okręgówka, ale po jakimś czasie przejął je Pomorski Wydział Zamiejscowy Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej.

Z informacji operacyjnych wynikało, że m.in. na terenie woj. kujawsko-pomorskiego działa prężny gang zajmujący się pozyskiwaniem i „uzdatnianiem” broni oraz materiałów wybuchowych i amunicji. Towar trafiał później do gangów lub miłośników broni. Proceder ten miał trwać kilka lat.

Mieli na składzie nawet pepeszę

Funkcjonariusze zebrali dowody i postanowili zatrzymać najbardziej aktywnych „zbrojmistrzów”. Wspierani przez antyterrorystów z BOA i pirotechników, wkroczyli jednocześnie do kilkunastu domów, mieszkań i lokali, wykorzystywanych przez rozpracowywaną grupę. Akcję przeprowadzono na terenie województw kujawsko-pomorskiego, łódzkiego i wielkopolskiego. Podczas przeszukań zabezpieczono: 45 karabinów, 13 pistoletów, 3 pistolety maszynowe, ok. 7 tys. sztuk amunicji różnego kalibru (do broni bojowej, myśliwskiej i sportowej), kilkadziesiąt elementów broni takich jak: lufy, magazynki, kolby zamki, mechanizmy spustowe, sprężyny i inne. Zabezpieczono ponad 100 zapalników elektrycznych różnego typu, znaczne ilości prochu czarnego oraz lont prochowy.

Zatrzymano pięć osób, które usłyszały zarzuty udziału w zorganizowanej grupie przestępczej o charakterze zbrojnym oraz nielegalnego handlu bronią palną i amunicją. Sąd Rejonowy we Włocławku zdecydował o zastosowaniu tymczasowego aresztowania wobec wszystkich podejrzanych.

Policjanci i prokuratorzy zapowiadają kolejne zatrzymania, w tym klientów rozbitej grupy.
Źródło info i foto: TVP.info