Półtoraroczny chłopiec spędził kilka godzin w rozgrzanym aucie. Dziecko nie żyje

Do tragicznego zdarzenia doszło w Szczecinie. Niestety mimo reanimacji nie udało się uratować życia maleńkiego chłopca, który spędził kilka godzin w zamkniętym samochodzie. Jak podaje RM FM, 38-letnia mieszkanka Szczecina zawiozła rano starsze dziecko do przedszkola. Następnie pojechała do pracy i tam zostawiła swój samochód. Przed godziną 17 udała się do żłobka, by odebrać z niego młodszego syna. Na miejscu dowiedziała się, że w tym dniu w ogóle nie przywiozła dziecka do placówki. Po powrocie do samochodu kobieta zauważyła, że na tylnym siedzeniu pasażera znajduje się jej półtoraroczne dziecko. Chłopiec przebywał więc w aucie od samego rana.

Na miejsce wezwano służby, które przeprowadziły reanimację chłopca. Niestety nie udało się uratować życia dziecka. Śledztwo w sprawie prowadzi policja pod nadzorem prokuratury. Rodzina objęta została pomocą psychologiczną.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Lubin: Śmierć 34-letniego Bartosza S. Onet ujawnia rozmowy policji i ratowników. „To ty masz te zwłoki?”

– To już trzecie zwłoki przywozicie w tym tygodniu, SOR nie jest od stwierdzenia zgonów – takie słowa skierował lekarz do ratowników, którzy przywieźli Bartosza S. na pogotowie. Z nagrań ujawnionych przez Onet wynika, że mężczyzna nie żył, gdy zabierali go ratownicy. Przeczy to wersji policji, która twierdzi, że gdy funkcjonariusze przekazywali go medykom, u Bartka był wyczuwalny oddech i tętno.

6 sierpnia 34-letni Bartek Sokołowski umiera w czasie lub tuż po interwencji policji w Lubienie. Wersja ratowników medycznych od początku rozbiega się z relacją policji. Rodzina oskarża funkcjonariuszy o złamanie krtani Sokołowskiego, co miało doprowadzić do jego śmierci.

Do sieci trafiają coraz to nowe nagrania z interwencji. Pod koniec sierpnia pełnomocnicy rodziny Bartosza S. zaprezentowali niepublikowane dotąd nagranie, na którym w dużym przybliżeniu widać interwencję lubińskich policjantów. Jedno z ujęć wygląda tak, jakby policjant przyciskał kolanem do ziemi głowę albo szyję obezwładnianego mężczyzny. Na materiale widać, jak mężczyzna przestaje się ruszać, lecz ani policja, ani ratownicy, którzy chwilę później przyjeżdżają na miejsce, nie podejmują się jego reanimacji.

W poniedziałek Onet opublikował nagrania z karetki. Z zapisu rozmów wynika, że mężczyzna nie żył, gdy zabierali go ratownicy. Przeczy to wersji policji, która twierdzi, że gdy funkcjonariusze przekazywali go medykom, u Bartka był wyczuwalny oddech i tętno.

„To ty masz te zwłoki na pokładzie?”

Pierwsze z ujawnionych nagrań przedstawia rozmowę dyżurnego policji z dyspozytorką pogotowia. Z zapisu rozmowy wynika, że policjant nie był pewien, czy Bartosz jest przytomny. – Przed chwilą mi zgłosił patrol, że odpłynął, ale słyszę, że znowu krzyczy, więc chyba oprzytomniał – powiedział funkcjonariusz.

Drugie nagranie to rozmowy między ratowniczką medyczną a dyspozytorami, jakie były prowadzone już z miejsca zdarzenia. „Wynika z nich, że ratownicy zabrali do karetki zwłoki Bartka, a później nie za bardzo wiedzieli, kto ma stwierdzić zgon i gdzie mają przewieźć ciało” – podaje Onet.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Kolbuszowa: Śmierć na komendzie. Policjanci użyli paralizatora

W niedzielę w nocy (7 czerwca) do budynku komendy w Kolbuszowej wtargnął 42-letni mężczyzna i zaatakował jednego z policjantów. Po interwencji z użyciem paralizatora został obezwładniony. Podczas oczekiwania na pogotowie mężczyzna zasłabł. Pomimo reanimacji jego życia nie udało się uratować.

Jak wynika ze wstępnych ustaleń, do budynku kolbuszowskiej komendy w niedzielę około godziny 1.20 w nocy wszedł mężczyzna. Był bardzo pobudzony, krzyczał, kopał w drzwi – relacjonuje policja. Następnie 42-latek zaatakował policjanta krzesłem znajdującym się w poczekalni. W wyniku uderzenia funkcjonariusz doznał urazu twarzy i wstrząśnienia mózgu.

Mężczyznę próbowali obezwładnić dwaj policjanci przebywający w budynku komendy. Użycie siły fizycznej okazało się nieskuteczne, a w związku z realnym zagrożeniem zdrowia i życia policjantów wobec 42-latka krótkotrwale użyto paralizatora.

Z uwagi na zachowanie mężczyzny policjanci powiadomili pogotowie. W trakcie oczekiwania na przyjazd karetki mężczyzna zasłabł. Policjanci niezwłocznie podjęli resuscytację, którą kontynuowali po przyjeździe ratownicy medyczni. Niestety pomimo udzielanej pomocy ratownicy nie zdołali uratować 42-latka.

Przybyły na miejsce zdarzenia prokurator zabezpieczył m.in. urządzenie z systemem nagrywania oraz nagrania monitoringu. Jak ustalono, agresywny mężczyzna leczył się psychiatrycznie. Decyzją prokuratora jego ciało zabezpieczono do dalszych badań. W związku ze zdarzeniem policjantom udzielono pomocy. Jeden z nich przebywa w szpitalu w związku z obrażeniami głowy.
Źródło info i foto: interia.pl

Bydgoszcz: Ciała dwóch niemowląt w jednym z mieszkań. Prokuratura ujawnia nowe informacje

– Z naszych ustaleń wynika, że po porodzie bliźniąt, który miał miejsce w grudniu, kobieta zapadła na depresję poporodową. Była pod opieką lekarza, zażywała leki – poinformowała Agnieszka Adamska-Okońska z Prokuratury Okręgowej w Bydgoszczy. W poniedziałek służby znalazły ciała dwóch chłopców, mimo reanimacji nie udało się ich uratować. Z kolei matka w ciężkim stanie trafiła do szpitala.

Do zgonu niemowląt doszło w poniedziałek.

– Z okoliczności, które zostały ujawnione na miejscu zdarzenia wynika, że zgon dzieci mógł nie być naturalny, dlatego przyjęto wstępną kwalifikację z art. 148 kodeksu karnego. Na razie stan 40-letniej matki dzieci, która przebywa w szpitalu, nie pozwala na jej przesłuchanie – powiedziała prokurator Adamska-Okońska.

Z ustaleń prokuratury wynika, że kobieta mieszkała razem z mężem, pięcioletnią córeczką i 2-miesięcznymi chłopczykami. Wiadomo, że kobieta cierpiała na zaburzenia związane z depresją poporodową. Z tego powodu leczyła się i zażywała leki. Opiekował się nią mąż, ale we wtorek musiał wyjść. Mężczyzna poprosił sąsiadkę, aby za jakiś czas poszła do mieszkania.

Starsza siostra bliźniaków była w przedszkolu. Gdy sąsiadka weszła do mieszkania, znalazła w łóżeczkach niemowlęta, które nie dawały oznak życia. Natychmiast wezwała pogotowie ratunkowe.

Na miejsce przyjechali ratownicy medyczni i policjanci. Prowadzona przez ratowników długotrwała reanimacja zakończyła się niepowodzeniem. Stan kobiety był na tyle zły, że została przewieziona do szpitala. Według lekarzy była ona w stanie bezpośrednio zagrażającym życiu. Na ciałach chłopców nie stwierdzono obrażeń.

Dotychczas nie udało się śledczym przesłuchać męża kobiety, który z powodu „silnych przeżyć” przebywa w szpitalu.

– Na razie jest za wcześnie mówić, jak doszło do śmierci bliźniaków, bierzemy pod uwagę różne wersje – dodała rzeczniczka prokuratury.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Martwe niemowlęta w Bydgoszczy. Prokuratura bada sprawę

W jednym z mieszkań w Bydgoszczy (woj. kujawsko-pomorskie) znaleziono ciała dwóch dwumiesięcznych braci. Mimo podjętej próby reanimacji, chłopców nie udało się uratować. Ich matka trafiła do szpitala, gdzie lekarze walczą o jej życie. Na razie nie wiadomo, co było przyczyną tragedii. Policja wykluczyła zatrucie tlenkiem węgla, a z informacji Fakt24 wynika, że prokuratura od początku sprawdza, czy do zgonu nie przyczyniły się osoby trzecie.

Jak dowiedział się Fakt24, na miejscu trwają aktualnie czynności. Wszystko wskazuje na to, iż zostanie zlecona sekcja zwłok obu chłopców. Na ten moment nie można bowiem wykluczyć, że do zgonu przyczyniły się osoby trzecie.

– Zgłoszenie otrzymaliśmy przed godziną 13.00. Wraz z policją na miejsce dotarła karetka – relacjonuje w rozmowie z Fakt24 młodsza inspektor Monika Chlebicz z bydgoskiej komendy. Mimo długotrwałej reanimacji, chłopców nie udało się uratować.

– W momencie zdarzenia byli oni pod opieką matki. Kobieta trafiła do szpitala w stanie zagrażającym jej życiu – relacjonuje Chlebicz. Jak powiedziała, wykluczono, by przyczyną śmierci było zatrucie tlenkiem węgla, ale ze względu na dobro śledztwa, nie chciała podawać więcej szczegółów.

Śledczy badają, czy do zgonów przyczyniły się osoby trzecie. Z nieoficjalnych informacji Fakt24 wynika, że na ciele matki nie było widocznych ran. Pojawiły się również niepotwierdzone doniesienia, iż kobieta była wcześniej pod opieką lekarza-psychiatry.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Zbrodnia w Turku. 19-letni Maciej J. usłyszy zarzuty zabójstwa 9-letniego brata

Zarzut zabójstwa usłyszy zatrzymany wczoraj w wielkopolskim Turku 19-letni Maciej J. Mężczyzna miał zadać kilka ciosów nożem swojemu dziesięć lat młodszemu bratu. Według nieoficjalnych ustaleń reportera RMF FM Mateusza Chłystuna, rodzeństwo miało pokłócić się o dostęp do komputera. Starszy brat w trakcie awantury sięgnął po nóż i pchnął nim kilka razy chłopca. Mimo próby reanimacji dziecko zmarło. W chwili tragedii w mieszkaniu, w którym doszło do zabójstwa miały przebywać matka i babcia rodzeństwa.

19-latek ma zostać przesłuchany w ciągu kilku lub kilkunastu najbliższych godzin. Po odebraniu tych wyjaśnień prokurator podejmie decyzję co do rodzaju i zasadności zastosowanego środka zapobiegawczego – mówi prokurator Aleksandra Marańda z prokuratury okręgowej w Koninie.

Badanie alkomatem chwilę po zatrzymaniu wykazało, że 19-latek był trzeźwy. Do badań pobrano też jego krew, by wykluczyć ewentualną obecność w jego organizmie np. narkotyków.

Policję na miejsce wezwał wczoraj jeden z sąsiadów, który informował o awanturze domowej. Po dotarciu na miejsce policjanci znaleźli ciało dziecka z widocznymi ranami kłutymi. Śledczym udało się zabezpieczyć potencjalne narzędzie zbrodni.

W czasie tych wszystkich czynności doszło do odnalezienia i zabezpieczenia noża kuchennego z rękojeścią, na którym znajdowały się krwawe ślady – dodaje prokurator Marańda.

Maciejowi J. za zabójstwo brata może grozić od 8 lat więzienia do dożywocia.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Śledztwo ws. reanimacji Pawła Adamowicza umorzone

Prokuratura umorzyła śledztwo, w którym sprawdzała, czy lekarze i ratownicy popełnili błędy podczas reanimacji prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza – poinformował w środę rano portal Onet, który dotarł do uzasadnienia decyzji prokuratury.

Jak podał Onet, w uzasadnieniu decyzji szczegółowo opisano, co się stało 13 stycznia wieczorem na scenie finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy w Gdańsku. „Opis obrażeń prezydenta po ugodzeniu 14,5-centymetrowym nożem przez Stefana W. jest wstrząsający. I nie pozostawia złudzeń: szans na przeżycie praktycznie nie było. Dokument zawiera bardzo szczegółowy opis odniesionych przez Adamowicza ran” – wskazał Onet.

Portal przypomniał też, że kilka dni po zamachu do prokuratury zgłosił się specjalista patomorfolog, biegły sądowy Leonard Gross. „Zarzucił on lekarzom i ratownikom m.in., że popełnili błąd reanimując Adamowicza na scenie przez 40 min., a nie przewieźli go z miejsca do szpitala. Dowodził, że tak długa reanimacja przekreśliła szanse Adamowicza na przeżycie, nawet po późniejszych operacjach w szpitalu (…) Prokuratura potraktowała to zgłoszenie bardzo poważnie” – czytamy na stronie Onetu.

Zwrócono uwagę, że prokuratura powołała także biegłego – krajowego konsultanta w dziedzinie medycyny ratunkowej prof. Jerzego Roberta Ładnego. „Biegły ocenił, że medycy postąpili słusznie, decydując się na zastosowanie sprzętu do mechanicznego ucisku klatki piersiowej. Adamowiczowi podawano też adrenalinę, co biegły także uznał za prawidłowe” – napisał portal.

Z informacji Onetu wynika też, że biegły „podobnie ocenił inną decyzję medyków: że Adamowicza nie przewieziono do najbliższego szpitala, tylko do Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego”.

„Biegły uznał podjęte podczas operacji czynności za prawidłowe. Jego zdaniem rany zadane przez Stefana W. były śmiertelne. Wskazał też, że obrażenia jakich doznał Paweł Adamowicz niemal zawsze kończą się śmiercią na miejscu. Zdaniem biegłego, Adamowicza udało się podtrzymać przy życiu i przetransportować do szpitala tylko dlatego, że prawidłowo udzielono mu pomocy zaraz po ataku nożownika. „Jednak to i tak było tylko kupowanie czasu” – podał Onet powołując się na ocenę biegłego.

„Dlatego prokuratura umorzyła ten wątek śledztwa. Uznała przy tym, że ‚czynności były prowadzone właściwie, przy narażeniu zdrowia i życia załogi medycznej udzielającej pomocy na scenie, podczas przebywania na niej napastnika Stefana W.'” – wskazał Onet.
Źródło info i foto: interia.pl

Zabójstwo ucznia w jednej z warszawskich szkół. Trwa śledztwo

Między uczniami Szkoły Podstawowej nr 195 im. Króla Maciusia I doszło do awantury z użyciem ostrego narzędzia. Według nieoficjalnych informacji Polsat News wcześniej doszło do kłótni o pieniądze. Mimo reanimacji, poszkodowany uczeń zmarł. Szkoła została zamknięta. Na miejsce przyjechał prezydent Warszawy, przekazał, że miasto zrobi wszystko, żeby pomóc w tej sytuacji.

Do incydentu doszło w piątek około godziny 10:00. Jeden z uczniów na korytarzu szkolnym zaatakował kolegę podczas przerwy między lekcjami. Dźgnął go kilkukrotnie nożem.

Uczeń VIII klasy zaatakował gimnazjalistę z klasy III

Zaatakowany uczeń III klasy gimnazjum był reanimowany, ale jego życia nie udało się uratować. Napastnik to uczeń klasy VIII szkoły podstawowej. Według nieoficjalnych informacji Polsat News już wcześniej sprawiał problemy wychowawcze, miał wszczynać bójki.

– Potwierdzamy, że o godz. 10.30 mieliśmy zgłoszenie, że doszło do kłótni pomiędzy dwoma chłopakami. Jeden z nich miał wyciągnąć niebezpieczny przedmiot, zaatakować drugiego. Reanimacja niestety okazała się ona nieskuteczna – przyznał rzecznik stołecznej policji kom. Sylwester Marczak w rozmowie z Polsat News. Dodał, że dla policji najważniejsze w tej chwili jest to, by wyjaśnić dokładnie przebieg tego zdarzenia oraz wszystkie jego okoliczności.

Ziobro: śledztwo jest prowadzone bardzo intensywnie

– Mamy do czynienia z ogromną tragedią, która dotyka kilku rodzin – wyjaśniał brak możliwości podania szczegółów sprawy kom. Marczak.

Prokuratura Okręgowa Warszawa-Praga na razie nie udziela bliższych informacji. Potwierdza jedynie, że zdarzenie miało miejsce oraz że jego finał był tragiczny.

Podczas konferencji minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro zapewnił, że „okoliczności tej sprawy oraz wniesienia noża na teren szkoły są badane – śledztwo jest prowadzone bardzo intensywnie”. – To jest tragedia, bo zginął młody człowiek – mówił Ziobro.

Powołano sztab kryzysowy

Zajęcia w szkole zostały zawieszone, rodzice przyjeżdżają po dzieci. Burmistrz Wawra skierował do szkoły psychologów. – Powołano sztab kryzysowy. Na miejscu jest wicekurator oświaty – poinformował rzecznik warszawskiego kuratorium oświaty Andrzej Kulmatycki.

Sztab ma pomóc zapewnić właściwą opiekę psychologiczną i pedagogiczną uczniom szkoły.

– Od lat, od dziesięcioleci, nie mieliśmy tego typu wypadku w Warszawie – podkreślił prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski, który przyjechał na miejsce zdarzenia.

Dodał, że rozmawiał też z dyrektor szkoły i zapewnił, że miasto zrobi wszystko, co będzie mogło, żeby pomóc w tej sytuacji. – Oczywiście będziemy też z tej tragedii wyciągnąć wnioski – dodał.

– Przede wszystkim pomoc psychologiczna, która zostanie zapewniona przez miasto – zaznaczył prezydent miasta. – Będziemy się starali zapewnić pomoc rodzinie ofiary, jak również rodzinie sprawcy czynu – zapewnił.

Sprawę skomentował również premier. – Bardzo współczuję rodzicom, bliskim tego zamordowanego dziecka – przekazał.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Uczeń jednej z warszawskich szkół wielokrotnie dźgnięty nożem. Mimo reanimacji, chłopiec zmarł

Tragedia w jednej ze szkół podstawowych w Warszawie. Doszło tam do kłótni pomiędzy dwoma uczniami. W pewnym momencie jeden z nich prawdopodobnie wyjął nóż i kilkakrotnie dźgnął drugiego. Mimo natychmiastowej reanimacji, chłopiec zmarł. Trwa ustalanie okoliczności i przyczyn tragedii.

Policja dostała informację o zdarzeniu dziś, około godz. 10.30. Doszło do niego na terenie jednej z placówek edukacyjnych w warszawskiej dzielnicy Wawer. Jak ustaliliśmy nieoficjalnie, chodzi o Szkołę Podstawową nr 195 przy ul. Króla Maciusia.

– Pomiędzy dwoma uczniami doszło do kłótni. W pewnym momencie jeden z nich zaatakował drugiego niebezpiecznym narzędziem. Mimo natychmiastowej reanimacji nie udało się go uratować. Chłopiec zmarł – mówi Onetowi komisarz Sylwester Marczak, rzecznik Komendy Stołecznej Policji.

Wszystko wskazuje na to, że napastnik dźgnął swoją ofiarę nożem. Z nieoficjalnych informacji wynika, że zrobił to kilkukrotnie. Na miejscu funkcjonariusze ustalają okoliczności i przyczyny tej tragedii. Czynności są prowadzone pod nadzorem prokuratury.

Na razie śledczy nie udzielają więcej informacji. Do sprawy wrócimy.
Źródło info i foto: onet.pl

Atak nożownika w Krakowie. Nie żyje 22-latek

Na ulicy Miodowej w Krakowie doszło do awantury, w trakcie której 22-latek został ranny. Niestety mężczyzna zmarł w czasie reanimacji. Dokładną przyczynę śmierci określi sekcja zwłok – czytamy na stronie „Gazety Krakowskiej”. Do zdarzenia na krakowskim Kazimierzu doszło późną nocą. Dyżurny Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie w rozmowie z gazetą powiedział, że „zbierany jest materiał dowodowy, są przesłuchiwani świadkowie, a na miejscu obecna jest prokurator z Prokuratury Śródmieście-Zachód”.
Żródło info i foto: onet.pl