Zatrzymana organizowała seksimprezy dla nastolatków

47-latka z Kalifornii organizowała tajne seksimprezy dla nastolatków – twierdzą śledczy. Kobieta miała dawać 14- i 15-latkom alkohol i prezerwatywy oraz patrzeć, jak uprawiają seks. Shannon O’Connor w tajemnicy przed innymi rodzicami, a także przed własnym mężem, organizowała seksimprezy dla nastolatków. 14- i 15-latkowie mieli być na nich „tak pijani, że wymiotowali, nie byli w stanie utrzymać równowagi oraz tracili przytomność”.

„Potrzeba było wielu odważnych, by ujawnić tę sprawę. Jako rodzic jestem w szoku. Jako prokurator, jestem zdeterminowany, by dorośli zagrażający dzieciom ponosili odpowiedzialność” – napisał w oświadczeniu prokurator Jeff Rosen.

47-latka na co dzień mieszka w Idaho. Planowana jest jej ekstradycja do Kalifornii, by tam stanęła przed sądem. Kobiecie postawiono 39 zarzutów.

Jak podał „New York Post”, w ciągu ośmiu miesięcy – od 2020 roku do początku bieżącego – 47-latka miała zorganizować kilka imprez dla swojego syna i jego przyjaciół. Miała również naciskać na obecnych, by zachowali wszystko w tajemnicy. Podczas jednej domówki wręczyła nastolatkowi prezerwatywę i wepchnęła go do pokoju, w którym na łóżku leżała pijana 14-latka.

Na innej odprowadziła młodego chłopaka do pokoju, gdzie również była pijana dziewczyna, po czym wyszła. Według śledczych nastolatkę napadnięto. Skonfrontowała się ona później z O’Connor, gdzie zarzuciła jej, że zostawiła ją samą, skrajnie pijaną. W październiku 2020 roku 47-latka wynajęła domek w Santa Clara za 9 tys. dolarów. Nastolatków – wymiotujących i potykających się – uchwyciły kamery monitoringu.

Podczas jeszcze jednej z imprez Shannon O’Connor obserwowała, jak pijany nastolatek w sypialni obmacywał dziewczynę – koleżankę jej 15-letniego syna – wynika z dokumentów sądowych.

Uczestniczka doznała wstrząsu mózgu

Na tajnych schadzkach jej uczestniczka złamała palec, a nastolatek doznał wstrząsu mózgu. Niektórzy z nastolatków mieli też jeździć na parkingu samochodem 47-latki.
Źródło info i foto: interia.pl

Puck: Mężczyzna próbował zwabić 8-latki słodyczami i zabawkami

Starszy mężczyzna oferował 8-latkom słodycze i zabawki i prosił, żeby poszły z nim. Gdy odmówiły, doszło do rękoczynów. Mimo że Policja z Pucka namierzyła sprawcę po rysopisie, to mężczyznę został wypuszczony. Zmartwieni rodzice boją się o swoje dzieci.

Był wczesny piątkowy wieczór 13 sierpnia, gdy grupa dzieci bawiła się w podchody w okolicach ul. Majkowskiego w Pucku. W pewnym momencie do dwóch dziewczynek podszedł wysoki, szczupły, opalony, siwowłosy mężczyzna i zaoferował im słodycze. Aby dostać łakocie, dzieci miały się z nim oddalić w nieznanym kierunku.

Jak donosi Dziennik Bałtycki, mężczyzna ubrany był w czarny podkoszulek, spodnie jeansowe podwinięte do kolan, białe skarpety i białe buty sportowe. Na plecach miał mały czerwony plecak, a na obu przedramionach opatrunki przypominające pobieranie krwi.

Dziewczynki odmówiły, ale mężczyzna się nie poddawał i próbował skusić zabawkami. 8-latki powiedziały stanowczo „nie” i wtedy nieznajomy złapał jedną z nich za rękę. Szczęśliwie dziewczynka wyrwała się i razem z koleżanką odbiegła w stronę innych dzieci.

Grupa stanęła, jak umiała, w obronie dziewczynki. Spłoszony nagabywacz poszedł do pobliskiego sklepu, pod pozorem uzyskania od ekspedientki numeru telefonu na taksówkę. Wystraszone i zapłakane dziewczynki pobiegły do domów, gdzie opowiedziały rodzicom o niebezpiecznym zajściu.

– Jesteśmy w ciężkim szoku, że taka sytuacja miała miejsce, i to tutaj, w Pucku. Naprawdę trzeba być czujnym i uświadamiać dzieci, bo kto wie, co by się stało, gdyby dziewczynki poszły za tym mężczyzną — powiedziała portalowi jedna z mieszkanek osiedla przy ul. Majkowskiego.

Dyżurny Komendy Powiatowej Policji w Pucku zgłoszenie o podejrzanym zachowaniu mężczyzny na jednej z ulic w Pucku otrzymał w sobotę i natychmiast na miejsce skierował policjantów.

– Mundurowi ustalili rysopis mężczyzny. Przeszukując ulice miasta, funkcjonariusze odnaleźli mężczyznę odpowiadającego podanemu rysopisowi — mówi sierż. Monika Mularska, oficer prasowy KPP w Pucku.

59-latek został zabrany do puckiej komendy, gdzie go wylegitymowano i przepuszczono jego dane przez systemy policyjne. Sprawdzono, czy posiada przy sobie niebezpieczne przedmioty lub rzeczy pochodzące z przestępstwa. Mimo że sprawa mężczyzny zaczepiającego 8-latki jest bulwersująca, nikt nie złożył puckiej policji zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa. Po zakończonych czynnościach mężczyzna został zwolniony.

59-latek został zabrany do puckiej komendy, gdzie go wylegitymowano i przepuszczono jego dane przez systemy policyjne. Sprawdzono, czy posiada przy sobie niebezpieczne przedmioty lub rzeczy pochodzące z przestępstwa. Mimo że sprawa mężczyzny zaczepiającego 8-latki jest bulwersująca, nikt nie złożył puckiej policji zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa. Po zakończonych czynnościach mężczyzna został zwolniony.
Źródło info i foto: wp.pl

Trzylatka boso spacerowała po ulicy z psem

W Rawie Mazowieckiej dwie kobiety przejeżdżające ulicą Skierniewicką zauważyły trzyletnią dziewczynkę spacerującą boso z psem i bez opieki dorosłych. Jak się okazało, dziecko wykorzystało moment nieuwagi babci i wybrało się na plac zabaw. Trzylatka została odwieziona przez policję do domu. We wtorek 27 lipca ok. godz. 14 policja w Rawie Mazowieckiej otrzymała zgłoszenie od roztrzęsionej kobiety. Jak się okazało, zaginęła jej trzyletnia wnuczka, którą się opiekowała. Na miejsce wysłano funkcjonariuszy policji.

Rawska policja poinformowała, że dyżurny, który odebrał telefon od babci dziewczynki, natychmiast podniósł alarm w całej jednostce. Do poszukiwań skierowano wszystkie patrole. W tym samym czasie trzylatka została zauważona przez dwie kobiety przejeżdżające ulicą Skierniewicką w Rawie Mazowieckiej. Dziewczynka nie miała butów, a zmartwione kobiety, widząc, że przy dziecku nie ma nikogo dorosłego, zatrzymały się, by jej pomóc. Chwilę później na miejsce dotarli funkcjonariusze.

„Trzylatka na widok policjantki rzuciła się jej na szyję. Radiowozem z uśmiechem na twarzy, cała i zdrowa została odwieziona do babci” – relacjonowała rawska policja. Funkcjonariuszom udało się ustalić, że dziewczynka wymknęła się z podwórka w momencie, gdy jej babcia weszła na chwilę do domu. Jej mama w tym czasie była w pracy.

„Dziewczynka powiedziała mundurowym, że pobiegła za motylkiem i chciała iść do dzieci na plac zabaw. Dzięki temu, że najbliżsi nie straszą swojej pociechy policjantami, dziecko bez obaw, szczęśliwe zostało przewiezione przez mundurowych do domu” – opisywała policja.

Funkcjonariusze pochwalili postawę dwóch kobiet z Rawy Mazowieckiej, które na widok dziecka bez opieki nie zignorowały sprawy, lecz zareagowały – zatrzymały się, by pomóc dziewczynce. Ponadto policja zaznaczyła, jak ważne jest, aby tłumaczyć dzieciom, że w każdej sytuacji mogą podejść do funkcjonariusza, który zapewni im pomoc.

„Pamiętajmy, że na rodzicach lub opiekunach ciąży obowiązek chronienia dzieci przed niebezpieczeństwem, oraz niedopuszczania do sytuacji, w których może być zagrożone życie albo zdrowie pociechy” – dodaje policja.

Funkcjonariusze regularnie przypominają, aby nigdy nie straszyć dzieci policją. Może to doprowadzić do poważnych konsekwencji w przyszłości, jak np. strach przed zwróceniem się do policjanta o pomoc w sytuacji zagrożenia.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Borowce: Nie żyją rodzice i ich nastoletni syn. Nieoficjalnie: Mieli rany postrzałowe

Tragedia rodzinna w miejscowości Borowce pod Częstochową. Nie żyją trzy osoby: kobieta i mężczyzna oraz ich nastoletni syn. Według nieoficjalnych ustaleń reporterki RMF FM Anny Kropaczek, wszyscy mieli rany postrzałowe. Jak dowiedziała się nasza dziennikarka, około godziny pierwszej w nocy policja dostała zgłoszenie o awanturze domowej.

Pod wskazanym adresem funkcjonariusze znaleźli niestety ciała trzech osób: kobiety i mężczyzny w wieku 44 lat oraz ich 17-letniego syna. Z nieoficjalnych informacji, do których dotarła Anna Kropaczek, wynika, że wszyscy troje mieli rany postrzałowe, a prawdopodobny zabójca odjechał z miejsca zdarzenia. Okoliczności tragedii wyjaśniają pod nadzorem prokuratury w Myszkowie policjanci.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Wypadek w Stalowej Woli. Podejrzany 37-latek nie przyznał się do winy

Prokuratura postawiła 37-letniemu mężczyźnie dwa zarzuty. Mężczyzna odpowie m.in. za spowodowanie wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym w stanie nietrzeźwości. Do zdarzenia doszło w sobotę w Stalowej Woli w województwie podkarpackim. Jak poinformował prokurator Adam Cierpiatka z Prokuratury Rejonowej w Stalowej Woli, „to przestępstwo z uwagi na stan nietrzeźwości zagrożone jest karą pozbawienia wolności do lat 12”.

Nadto ogłoszono mu drugi zarzut. Dotyczy on kierowania w stanie nietrzeźwości pojazdem mechanicznym – powiedział. W samochodzie mężczyzny znaleziono butelki po alkoholu. Prokurator dodał, że „podejrzany nie przyznał się do popełnienia zarzuconych mu przestępstw oraz odmówił składania wyjaśnień”.

Mężczyzna przebywa w szpitalu, gdzie trafił po wypadku, doznając ciężkich obrażeń. Jego stan jest stabilny, po – jak określiła prokuratura – „bardzo poważnej operacji”. Na chwilę obecną nie ma zgody lekarza na zatrzymanie – zauważył Cierpiatka.

Zginęło małżeństwo, dzieci osierocone

W wypadku zginęła 37-letnia kobieta i jej o dwa lata starszy mąż. Jadące w kierunku Tarnobrzega Audi S7 ze znaczą prędkością wyprzedziło inny samochód, po czym zderzyło się czołowo z jadącym z przeciwka Audi A4, którym podróżowała rodzina. Do szpitala trafiło 2,5-letni syn pary. Osieroconych zostało jeszcze dwóch chłopców. W internecie pojawiła się zbiórka na rzecz rodzeństwa.
Źródło info i foto: RMF24.pl

20-letni Marceli C. zabił rodziców i 7-letniego brata. Prokurator zażądał dla niego dożywotniego więzienia

Wyrok dożywotniego więzienia grozi 20-letniemu Marcelowi C., któremu prokuratura ze Świdnicy postawiła właśnie zarzut zabójstwa własnych rodziców i młodszego brata. Do zbrodni doszło w grudniu 2019 r. Całe śledztwo w sprawie trwało jednak aż do teraz.

Według ustaleń śledztwa C. zadał rodzicom i 7-letniemu bratu śmiertelne ciosy siekierą w czasie, gdy spali. – Następnie upozorował napad rabunkowy na swój dom – mówi rzecznik Prokuratury Okręgowej w Świdnicy prok. Tomasz Orepuk. – Starał się zatrzeć ślady przestępstwa, próbując spalić i ukryć ubranie, które miał na sobie podczas zdarzenia oraz siekierę. Po powrocie do domu, Marceli C. wyszedł na dach i zawiadomił policję o napadzie rabunkowym – dodaje prokurator.

Marceli C. zdaniem śledczych, kierował się motywacją zasługującą na szczególne potępienie. -Zabójstwo rodziców zostało dodatkowo zakwalifikowane jako popełnione w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, ponieważ po dokonanych czynach, Marcel C. zabrał z domu pieniądze w kwocie 8,7 tys. zł, które planował przeznaczyć na ucieczkę z kraju – dodał prokurator Orepuk.

20-latek przyznał się do zarzutów i złożył wyjaśnienia. Mężczyzna przebywa w areszcie. W toku śledztwa przeprowadzono obserwację psychiatryczną oskarżonego. Z uzyskanej opinii biegłych lekarzy psychiatrów wynika, że C. był i jest osobą w pełni poczytalną.

Biegli psycholodzy z Instytutu Ekspertyz Sądowych im. prof. J. Sehna w Krakowie stwierdzili u C. zaburzenie osobowości polegające na braku empatii i wrażliwości, zgeneralizowaną wrogość, a nawet nienawiść wobec otoczenia. Biegli stwierdzili też, że mężczyznę cechuje silny egocentryzm i obwinianie innych, w tym członków swojej rodziny za niepowodzenia.
Źródło info i foto: onet.pl

Bartoszyce: Nie żyje 2-latek. Rodzice zatrzymani

Zmarł dwuletni Szymon z Bartoszyc, który w sobotę trafił z poważnym urazem głowy do Wojewódzkiego Szpitala Dziecięcego w Olsztynie. Policja zatrzymała już rodziców chłopca. Jak ustalił reporter RMF FM Piotr Bułakowski, dwulatek w ciężkim stanie trafił najpierw do szpitala powiatowego w Bartoszycach, a stamtąd przetransportowany został właśnie do placówki w Olsztynie.

Lekarzom nie udało się go uratować. Wczoraj chłopiec zmarł. Jego 25-letnią matkę i 28-letniego ojca policja zatrzymała po zawiadomieniu od jednego z lekarzy, który wskazał, że mogło dojść w tym przypadku do przestępstwa. Według nieoficjalnych ustaleń Piotra Bułakowskiego, wstępne śledztwo prowadzone jest w kierunku nieumyślnego spowodowania śmierci. W tym tygodniu odbędzie się sekcja zwłok chłopca.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Apel rodziców Ramana Pratasiewicza

Mieszkający we Wrocławiu rodzice Ramana Pratasiewicza, zatrzymanego w niedzielę w Mińsku przez białoruskie władze, w wywiadzie dla agencji AFP apelują do społeczności międzynarodowej o „uratowanie syna”. „On nie zrobił nic złego” – przekonuje jego matka Natalia.

Natalia Pratasiewicz mówi w wywiadzie dla francuskiej agencji, że nie spała od dwóch nocy, ściskając telefon w dłoniach, w nadziei, że dostanie wiadomość od syna. – Proszę, błagam, wzywam całą społeczność międzynarodową, aby go uratowała – apeluje.

„Oni go zabiją”

– To tylko reporter, to tylko dzieciak… Proszę, uratujcie go. Oni go zabiją – dodaje.

46-letnia Natalia i jej mąż 48-letni Dzmitry uważają, że ich syn może przebywać w areszcie białoruskich tajnych służb. „Prawnik próbował się z nim dzisiaj spotkać, ale nie mógł. Nadal nie wiemy, czy on tam jest, jaki jest jego stan, jak się czuje” – mówi Dzmitry, były wojskowy.

– Jednym ze sposobów, w jaki nasze władze stosują tortury, jest nieinformowanie rodziny o tym, gdzie przetrzymywani są krewni – podkreśla.

Rodzice Ramana Pratasiewicza pozostają w bliskim kontakcie z matką jego partnerki Sofii Sapiegi, studentki prawa w Wilnie, która została wraz z nim aresztowana w niedzielę w Mińsku.

Według rodziców białoruskiego opozycjonisty w przekazie wideo, opublikowanym w poniedziałek przez białoruskie władze, wyraźnie widać było ślady pobicia ich syna. Dzmitry zwraca uwagę, że jego syn wyglądał na wyjątkowo zdenerwowanego, miał braki w uzębieniu i siniaki po lewej stronie twarzy i szyi.

– Film był wyraźnie wyreżyserowany. Został nakręcony pod presją i nie można uwierzyć w to (co syn mówi na nagraniu – red.), ale przynajmniej pokazuje to, że nasz syn żyje – mówi.

Rodzina przeprowadziła się do Polski

Rodzice Ramana przeprowadzili się do Polski w ubiegłym roku, po stłumieniu protestów, które miały miejsce na Białorusi po zakwestionowanych wyborach prezydenckich w sierpniu 2020 roku.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Zabójstwo 11-letniego Sebastiana. Ojciec innego dziecka: „Dwa dni wcześniej zamaskowany mężczyzna gonił moją córkę”

W czwartek zamaskowany mężczyzna gonił 11-letnią dziewczynkę w Katowicach. Udało się jej uciec. Do zdarzenia doszło mniej niż kilometr od miejsca, gdzie w sobotę mężczyzna uprowadził 11-letniego Sebastiana, którego później zamordował. Rodzice zgłosili sprawę próby ataku na dziewczynkę na policję. Teraz zastanawiają się, czy mógł tego dokonać ten sam sprawca.

11-letni Sebastian zaginął w sobotę 22 maja. W niedzielę policjanci znaleźli jego ciało i zatrzymali mężczyznę, który przyznał się do porwania i zabójstwa chłopca. Dwa dni przed jego uprowadzeniem w tej samej części Katowic zgłoszono próbę ataku na 11-letnią dziewczynkę. Udało się jej uciec, a rodzice zgłosili to na policję.

Do zdarzenia doszło w czwartek po południu – mówi w rozmowie z Gazeta.pl mieszkaniec Katowic, Krzysztof Kret. On był wtedy w pracy, a zdarzenie zrelacjonowała mu później córka. Tego dnia razem z kolegami bawiła się w okolicy domu, na pustej działce przy ul. Hallera. – Później razem poszli do sklepu, a córka zorientowała się, że zostawiła na działce portfel – powiedział. Dziewczynka wróciła po niego sama.

– „Odwróciła się, a za nią – jak mówiła – stał zamaskowany mężczyzna, sporej postury, w kominiarce, ciemnych spodniach i bluzie. Chciała odejść, zaczęła iść powoli. On zaczął iść za nią. Zaczęła biec, on zaczął biec za nią. Działka była kiedyś ogrodzona, teraz został tylko drut nad ziemią. Ona o tym wiedziała i go przeskoczyła. Ten facet nie wiedział, potknął się o drut i przewrócił. Córka uciekła, pobiegła do koleżanki i kolegi” – mówił. 11-latka najpierw nie mówiła o zdarzeniu rodzicom, ale dowiedzieli się o tym od rodziców koleżanki.

– Pytałem córki, czy może weszli na prywatną posesję, ktoś mógł chcieć ich wygonić. Pojechaliśmy zobaczyć to miejsce, ale działka jest niemal pusta: rozerwany płot, trawa, altanka – powiedział Krzysztof Kret. Był czwartek, późny wieczór. Mężczyzna zadzwonił na policję, gdzie usłyszał, żeby przyjść na komisariat w piątek rano.

– Rano zebraliśmy się z córką, na komisariacie opowiedziała, jak wyglądało zdarzenie. Policjanci spisali notatkę i powiedzieli, że przyjęli zgłoszenie. Rozmowa na tym się skończyła, nie mówili, czy wyślą tam patrol lub zrobią coś innego – opowiedział.

W sobotę wieczorem 11-letni Sebastian wyszedł na plac zabaw obok swojej szkoły przy ul. Grzegorzka. To 900 m w linii prostej od miejsca, gdzie w czwartek ktoś ścigał córkę pana Krzysztofa.

Krzysztof Kret dowiedział się o zniknięciu chłopca. – Jestem strażakiem ochotnikiem, uczestniczyłem w akcji poszukiwawczej od południa w niedzielę aż do jej zakończenia. Gdy spotkałem policjantów, wspomniałem im, że w czwartek jakiś zamaskowany facet gonił moją córkę. Ale oni się zajmowali swoją sprawą – powiedział. – Wieczorem zadzwonili do mnie policjanci z komendy z Sosnowca, z wydziału kryminalnego. Funkcjonariusz powiedział, że dowiedział się o moim zgłoszeniu, pytał o okoliczności – dodał.

Krzysztof Kret w piątek opisał na Facebooku to, co przydarzyło się jego córce. Gdy doszło go uprowadzenia i – jak się okazało – zabójstwa chłopca, pod wpisem wywiązała się dyskusja: czy sprawy mogą być powiązane. Niektórzy komentujący pytali o to na facebookowej stronie śląskiej policji. Profil policji początkowo zaprzeczał, jakoby takie zgłoszenie wypłynęło: „Zaprzeczamy, aby takie zdarzenie w ogóle miało miejsce”. „Być może Pani nie wie, ale nie wszystkie informacje, które pojawiają się w sieci, są prawdziwe. Nasze działania polegają na czymś więcej niż internetowy research” – opisano na jeden z komentarzy.

Później komentarz został jednak edytowany. „Faktycznie potwierdzamy, że w piątek rano policjanci z komisariatu Policji V w Katowicach interweniowali w związku ze zgłoszeniem w opisanej sprawie. Czynności zostały podjęte niezwłocznie. Wcześniejszy błędny przekaz wynikał z opóźnienia w komunikacji pomiędzy administratorem strony internetowej a funkcjonariuszami” – napisano.

Wydział prasowy komendy wojewódzkiej skierował nas do komendy miejskiej w Katowicach, gdzie nie udało nam się dodzwonić. Wysłaliśmy pytania o zgłoszenie i o to, czy policja podejrzewa, że sprawy mogą być powiązane. Czekamy na odpowiedź.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Zabójstwo czworga noworodków w Ciecierzynie. Sąd obniżył wyroki rodzicom

14.12.2018 CIECIERZYN PIEKLO OPOLSKIE BYCZYNA KLUCZBORK ZABOJSTWO DZIECIOBOJSTWO NOWORODEK PROKURATURA POLICJA FOT. MIROSLAW DRAGON / NOWA TRYBUNA OPOLSKA MATERIAL EKSKLUZYWNY NIE DO SPRZEDAZY DO 17.12.2018

Sąd obniżył kary dla rodziców z Ciecierzyna (woj. opolskie) za zabicie czworga noworodków. Zamiast dożywocia matka ma spędzić w więzieniu 25 lat, a ojciec 15. Prokuratura nie wyklucza złożenia kasacji do Sądu Najwyższego. To kolejny wyrok w głośnej sprawie sprzed kilku lat. Aleksandra J. i Dawid W. z Ciecierzyna pod Kluczborkiem (woj. opolskie) zostali oskarżeni o zamordowanie czworga swojego nowo narodzonego potomstwa. Kobieta ukrywała kolejne ciąże, a po urodzeniu wynosiła dzieci z domu w torbach foliowych.

Śledczy znaleźli zwłoki noworodków w 2018 roku po zgłoszeniu opieki społecznej. Aleksandra J. miała zabijać dzieci na polecenie partnera, od którego była całkowicie zależna, a który miał nie chcieć kolejnych dzieci. Dawid W. twierdzi, że o ciążach partnerki nic nie wiedział. Szczegóły zbrodni są makabryczne. Kobieta wiązała noworodkom na szyi pętle, a główki wkładała do foliowej torby.

Sąd Apelacyjny we Wrocławiu zdecydował w poniedziałek o zmianie wyroków sądu w Opolu i obniżeniu kar dla obojga rodziców. Kobieta, zamiast dożywocia, otrzymała teraz wyrok 25 lat więzienia. Z kolei mężczyzna ma spędzić za kratkami nie 25, a 15, ponieważ według sądu jednak nie wydawał polecenia zabicia dzieci, dlatego też złagodzono mu zarzuty.

– Musiał widzieć to, co widzieli wszyscy mieszkańcy Ciecierzyna: że kobieta rodzi kolejne dzieci w szpitalach i oddaje je do adopcji, oczywiście nie za darmo. Oskarżony doskonale wiedział, że tak nie było, że dzieci, krótko mówiąc, znikały – uzasadniał wyrok sędzia Janusz Godzwon. Decyzję skomentowała także w rozmowie z opolską „Gazetą Wyborczą” Małgorzata Lampaska, rzeczniczka sądu.

„Sąd wziął pod uwagę stan psychiczny oskarżonej, wpływ jej partnera, trudną sytuację życiową i obawę o to, że zostanie jej odebrane najstarsze dziecko” – MAŁGORZATA LAMPARSKA

W przypadku Dawida W. decyzja sądu była natomiast związana – jak dodała Lamparska – „ze zmianą kwalifikacji czynu z podżegania na pomocnictwo”. Z orzeczeniem nie zgadza się prokuratura, która od początku wnosiła o najwyższe kary dla rodziców. Jak dowiedziało się Radio ZET, śledczy nie wykluczają teraz wniesienia kasacji do Sądu Najwyższego.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl