Są wyniki sekcji zwłok 34-latka z Lubina. Rodzinie odmówiono wydania protokołu

Są wstępne wyniki sekcji zwłok 34-latka, który zmarł po interwencji policji w Lubinie na Dolnym Śląsku. Jego rodzinie odmówiono jednak wydania protokołu z sekcji. Te informacje potwierdza w rozmowie z dziennikarzem RMF FM Pawłem Pyclikiem pełnomocnik rodziny.

Jak powiedziała dziennikarzowi RMF FM Renata Kolerska, pełnomocnik rodziny 34-letniego Bartka z Lubina, prokuratura oznajmiła bliskim, że przyczyna zgonu mężczyzny nie jest znana. Adwokat wystąpiła do prokuratury o protokół oględzin ciała i sekcji zwłok. Pierwotnie miała dostać na to zgodę, ale kiedy dojechała do prokuratury – odmówiono wydania dokumentów.

Pełnomocniczka złożyła oficjalne pisma o udostępnienie protokołów i dopuszczenie jej do udziału w czynnościach. Renata Kolerska powiedziała też dziennikarzowi RMF FM, że w tym przypadku naruszane są prawa do rzetelnego reprezentowania jej klientów.

Mecenas będzie wnosić o ponowną sekcję, która miałaby być przeprowadzona w Poznaniu. Dodaje, że rodzinie przekazano jedynie kartę upoważniającą do wydania zwłok i pochówku. Prokuratura nadal nie udziela mediom informacji o sprawie.

Sprzeczne relacje

Wcześniej informowaliśmy, że pojawiły się rozbieżne relacje ws. czasu zgonu 34-latka. W piśmie z prokuratury, które wczoraj opublikował na Twitterze poseł KO Piotr Borys, czytamy: „Według ratownika, zgon pokrzywdzonego stwierdzono już na ul. Traugutta”. Właśnie tam miała miejsce zakończona tragicznym finałem policyjna interwencja.

Policja podała natomiast, że 34-latek zmarł w szpitalu dwie godziny po interwencji, a także, że w chwili, gdy był przekazywany załodze karetki, jego tętno i oddech były wyczuwalne.

Dokument, który opublikował poseł Borys, został podpisany przez prok. Włodzimierza Hładyka z Prokuratury Rejonowej w Lubinie, która wszczęła śledztwo ws. policyjnej interwencji i śmierci 34-latka. Dochodzenie prowadzone jest pod kątem przekroczenia przez policjantów uprawnień i niedopełnienia obowiązków oraz nieumyślnego spowodowania śmierci mężczyzny.

Wczoraj na konferencji Wojciech Jabłoński z dolnośląskiej policji zapewnił, że kiedy funkcjonariusze przekazywali 34-latka zespołowi karetki, jego funkcje życiowe były zachowane, oddech i tętno były wyczuwalne. Zaznaczył, że „są to wstępne informacje pozyskane w toku czynności”.

Policję miała wezwać matka 34-latka

Do tragedii doszło w piątek przy ul. Traugutta w Lubinie. Jak podała policja, funkcjonariuszy wezwała matka mężczyzny. Zgłosiła, że jej syn „biega po jednej z ulic miasta i rzuca kamieniami w okna zabudowań”. Stwierdziła także, że mężczyzna nadużywa narkotyków.

Na 7-minutowym filmie opublikowanym w sieci widać, jak czterech policjantów próbuje obezwładnić krzyczącego i rzucającego się mężczyznę. W końcu prowadzą go do radiowozu, ale zatrzymują się przed samochodem. Widać ujęcie, które może sugerować, że leżący na ziemi 34-latek stracił przytomność, a policjant próbował go ocucić. Ostatecznie mężczyzna został zabrany przez wezwaną karetkę na szpitalny oddział ratunkowy.

Dolnośląska komenda podała, że 34-latek zmarł w szpitalu dwie godziny po interwencji.

Komenda zaznaczyła ponadto w komunikacie, że 34-latek „nie reagował na polecenia (funkcjonariuszy – przyp. RMF), był bardzo agresywny i niezwykle pobudzony (…) szarpał się i wyrywał”.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Ostateczna jest kara dożywocia dla Dariusza P., który podpalił dom i zabił rodzinę

Ostateczna jest już kara dożywocia dla Dariusza P. skazanego za podpalenie domu w Jastrzębiu-Zdroju i zabicie w ten sposób żony i czworga dzieci. W środę Sąd Najwyższy oddalił kasację wniesioną w tej sprawie przez obrońcę skazanego. Sprawa nie należała do typowych, łatwych i oczywistych, była sprawą o charakterze poszlakowym. Niemniej jednak należy podzielić stanowiska sądów obu instancji, że te poszlaki ustalone w sposób respektujący przepisy, w pełni uprawniały do stwierdzenia, że skazany rzeczywiście dopuścił się sprawstwa tej zbrodni – mówiła w uzasadnieniu oddalenia kasacji sędzia SN Małgorzata Gierszon.

Na mocy prawomocnego wyroku Sądu Apelacyjnego w Katowicach sprzed roku o warunkowe zwolnienie skazany będzie mógł ubiegać się najwcześniej po 35 latach, czyli wyjdzie na wolność najwcześniej w marcu 2049 r. Będzie miał wtedy 77 lat.

Obrona w kasacji wskazywała m.in. na konieczność przeprowadzenia w sprawie dodatkowej opinii biegłych z zakresu pożarnictwa i zbadanie – należycie nie rozważanej dotychczas zdaniem obrony – hipotezy pożaru w wyniku zwarcia instalacji elektrycznej. Nie można podzielić poglądu, że sąd apelacyjny ocenił zarzuty w sprawie w sposób dowolny i pobieżny” – zaznaczyła jednak sędzia Gierszon.

Dodała, że już przy pierwszych oględzinach miejsca tragedii dokonanych jeszcze w dniu pożaru, przeprowadzający te oględziny specjaliści nie mieli wątpliwości, że pożar spowodowało podpalenie – z ich zeznań wynika bowiem, że „było dla nich oczywiste, że doszło do podpalenia”. Jak dodała sędzia, nie było np. śladów przejścia ognia z miejsc w salonie do szafy stojącej na pierwszym piętrze, gdzie było największe źródło ognia. Zastając taki, a nie inny, stan faktyczny i czyniąc takie, a nie inne spostrzeżenia, trudno jest racjonalnie przypisywać biegłemu to, że nie zajął się hipotetyczną kwestią powstania pożaru od instalacji elektrycznej – wskazała sędzia Gierszon.

Do pożaru doszło w nocy 10 maja 2013 r. Zginęła w nim żona i czworo dzieci P., ocalał jedynie najstarszy syn. Według sądu, P. zabił, bo chciał uzyskać pieniądze z ubezpieczenia i uwolnić się od rodziny. Został zatrzymany i aresztowany w marcu 2014 r. Gliwicka prokuratura zarzuciła mu zabójstwo pięciu osób oraz usiłowanie zabójstwa szóstej.

Powierzchnia pożaru była niewielka – ok. 15 m kw. Jego ognisko znajdowało się na piętrze domu jednorodzinnego, paliły się część schodów i szafa. Na miejscu zginęła 18-letnia najstarsza córka P., a czterolatka – w trakcie udzielania pomocy. Potem w szpitalach w Jastrzębiu Zdroju i Cieszynie zmarli kolejno: 10-letni chłopiec i 40-letnia matka dzieci oraz 13-letnia dziewczynka. Cała piątka spoczęła w jednym grobie na cmentarzu w Jastrzębiu Zdroju.

Wyrok I instancji zapadł w grudniu 2016 r. przed rybnickim wydziałem Sądu Okręgowego w Gliwicach. Sąd nie miał wątpliwości, że P. podłożył nocą ogień w kilku miejscach. Aby ogień mógł się łatwo rozprzestrzeniać, ułożył rząd poduszek z mebli ogrodowych. Aby zasugerować przypadkowy pożar, przeciął kabel zasilający, obok przewodu ułożył truchło myszy. Tuż przed ceremonią pogrzebową najbliższych wysyłał do siebie sms-y, sugerując, że pochodzą od rzekomego podpalacza. Biegli rozpoznali u P. osobowość psychopatyczną, wskazali m.in. na płytkość uczuć i wymuszony płacz, łatwość wysławiania się, powierzchowny urok, egocentryzm i brak wyrzutów sumienia.

Ustalenia sądu I instancji zasadniczo podtrzymał katowicki sąd apelacyjny.

Rodzina P. była stawiana za wzór, była bardzo wierząca i blisko związana z Kościołem; P. przez wiele lat był szafarzem w miejscowej parafii. Według oskarżenia, P. zabił, bo chciał uzyskać pieniądze z ubezpieczenia. Oskarżony, który miał poważne długi, zawarł liczne umowy ubezpieczeń majątkowych i osobistych. Sąd wskazał także na inny motyw – P. chciał się też uwolnić od rodziny, a pieniądze, które uzyskałby z odszkodowań, byłyby jedynie środkiem do realizacji i korzystania z tej wolności.

W trakcie śledztwa u P. znaleziono książkę pt. „Psychiatria kliniczna i pielęgniarstwo psychiatryczne”, która prawdopodobnie pomagała mu symulować chorobę i uniknąć kary w dwóch wcześniejszych gospodarczych sprawach karnych – biegli uznali go wtedy za niepoczytalnego.

Oskarżony konsekwentnie nie przyznawał się do zabójstwa, choć przyznał, że próbował skierować śledztwo na fałszywe tory. Wskazywał, że ewentualne odszkodowanie tylko w niewielkiej części pokryłoby jego długi. Twierdził, że w jego domu doszło do przypadkowego pożaru, a on sam w tym czasie był w innym miejscu, w oddalonym o ok. 10 km zakładzie w Pawłowicach, w którym montował meble. Dla większości świadków znających skazanego, nawet dla jego rodziny, to że skazany w nocy pracował, było wielkim zaskoczeniem – odniosła się do tych wyjaśnień sędzia Gierszon.

Obrońca P. mec. Eugeniusz Krajcer powiedział dziennikarzom po orzeczeniu SN, że nie udało się przekonać sądu, iż w sprawie trzeba przeprowadzić wszystkie dowody, aby mieć pewność, co było przyczyną pożaru. Być może przez jakąś opinię prywatną będzie można zasugerować, aby mogła być ona podstawą wznowienia postępowania. Będzie rozważana też skarga nadzwyczajna” – dodał.

Prokuratura wnosiła przed SN o uznanie kasacji za „oczywiście bezzasadną” i jej oddalenie, tego samego chciał pełnomocnik oskarżycieli posiłkowych – i to ich zdanie podzielił SN.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Irak: Bojownicy Państwa Islamskiego zabili 12 osobową rodzinę

Dwanaście osób, które należały do tej samej rodziny, zginęło dzisiaj w ataku dżihadystycznej organizacji Państwo Islamskie (IS) na wioskę położoną na północy Iraku – poinformowały lokalne władze. Wśród ofiar są kobiety i dzieci. Wicegubernator prowincji Salah ad-Din, Ammar Hekmat, potwierdził atak na miejscowość Al-Farahatija. Dotychczas nie ustalono, dlaczego rodzina była celem ataku.

Armia iracka oczyściła z bojowników Państwa Islamskiego praktycznie całe terytorium kraju, jednak dżihadyści nadal przeprowadzają sporadyczne ataki, wymierzone najczęściej w przedstawicieli sił bezpieczeństwa.

„Nie wiemy, czy jeden z członków (zaatakowanej) rodziny był policjantem, ale Państwo Islamskie jest nadal obecne w pustynnych regionach takich jak Salh ad-Din, Mosul i Dijala”

– powiedział cytowany przez Associated Press przedstawiciel irackiego wywiadu, proszący o anonimowość.

„Atakują w wioskach położonych w pobliżu miast, by przestraszyć całe rodziny i przypominać im, że nie zniknęli”
– dodała ta osoba.

W lecie 2014 r,, podczas błyskawicznej ofensywy, Państwo Islamskie opanowało jedną trzecią Iraku, w tym drugie co do wielkości miasto Mosul, zagrażając istnieniu państwa irackiego. Na opanowanych terenach oraz na kontrolowanych obszarach Syrii islamiści ogłosili samozwańczy kalifat. Przy wsparciu międzynarodowej koalicji kierowanej przez Stany Zjednoczone siły irackie rozpoczęły kontrofensywę, aby odzyskać utracone ziemie. W grudniu 2017 r. władze w Bagdadzie ogłosiły, że Państwo Islamskie zostało w Iraku pokonane.
Źródło info i foto: niezalezna.pl

Zbrodnia w Cerekwicy Starej. Eryk J. planował zabić tylko dziecko

Szczegóły zbrodni w Cerekwicy Starej są przerażające. Eryk J. początkowo chciał zabić tylko dziecko, które nosiła jego była partnerka. Wcześniej namawiał ją do aborcji. Gdy odmówiła, postanowił zabić całą rodzinę.

Stan zdrowia noworodka jest ciężki i niestabilny. Jego matka także walczy o życie. Jak wynika z ustaleń „Super Expressu”, Eryk J. od początku nie chciał, by jego partnerka urodziła dziecko. – Mama Natalii opowiadała mi, że ten jej chłopak namawiał ją do usunięcia ciąży. Wręcz tego żądał. Ona nie chciała o tym słyszeć – mówi gazecie Zofia Andrzejczak, kuzynka Grażyny i Juliana K., zamordowanych rodziców ciężarnej Natalii.

Prokuratura ujawniła, że Eryk J. bardzo dobrze znał układ domu zaatakowanej rodziny, co ułatwiło mu dokonanie zbrodni. Wiedział, że tylne drzwi ich domu są zazwyczaj otwarte. Najpierw poszedł do sypialni Grażyny i Juliana K. i zadał im wiele ciosów nożem. Potem zaatakował Natalie, która była w dziewiątym miesiącu ciąży. Zranił ją kilkanaście razy. Lżej ranna została jej siostra Beata.

Ucierpiało też nienarodzone jeszcze dziecko. Lekarze podjęli decyzje o cesarskim cięciu i zoperowali noworodka. Chłopiec urodził się niedotleniony, z ranami kłutymi klatki piersiowej. – Noworodek jest wprowadzony w stan hipotermii, żeby zwiększyć jego szanse na przeżycie, otrzymuje krew i zastosowano leczenie przyczynowe – powiedział dyrektor ostrowskiego szpitala Dariusz Bierła. Nie wiadomo, czy dziecko przeżyje.

Eryk J. został zatrzymany w czwartek popołudniu w swoim domu. Jeszcze tego samego dnia został przesłuchany. Przyznał się do zarzucanych mu czynów, czyli zabójstwa dwóch osób i usiłowania zabójstwa kolejnych dwóch ( Natalii K. i jej dziecka). Z jego udziałem przeprowadzono już eksperyment procesowy na miejscu zbrodni. – Kara, jaka mu grozi, to minimum 12 lat pozbawienia wolności za każdy z czynów do dożywocia – mówi Wirtualnej Polsce Maciej Meler, rzecznik prokuratury w Ostrowie Wlkp.
Źródło info i foto: wp.pl

Tragiczny wypadek w Świdniku. Zatrzymani przyznali, że to oni prowadzili auto

Dwaj zatrzymani w niedzielę w tej sprawie mężczyźni przyznali się do tego, że jechali samochodem, który śmiertelnie potrącił trzyosobową rodzinę – informuje RMF FM. W sobotę późnym wieczorem służby ratunkowe otrzymały informację, że na poboczu drogi w Świdniku leży człowiek, który prawdopodobnie został potrącony przez samochód. Kiedy ratownicy dotarli na miejsce, okazało się że w rowie leżą trzy osoby – wszystkie martwe. Z ustaleń policji wynika, że ofiary to małżeństwo i ich 10-letnie dziecko.

Wiele wskazywało na to, że rodzina została potrącona przez samochód, a sprawca zbiegł z miejsca wypadku.

W wyniku policyjnych poszukiwań udało się odnaleźć i zatrzymać dwóch mężczyzn. Na posesji, w zamkniętym garażu policjanci znaleźli samochód, który zakryty był folią. Okazało się, że posiada poważne uszkodzenia, które mogą świadczyć o tym, że brał udział w wypadku. 17- i 21-latek przyznali, że to oni prowadzili auto, które śmiertelnie potrąciło trzyosobową rodzinę. Podczas składania zeznać mieli powiedzieć, że wieczorem, kiedy doszło do wypadku, pili alkohol. Mężczyźni prawdopodobnie jeszcze dziś usłyszą zarzuty.
Źródło info i foto: dorzeczy.pl

Nowe fakty dotyczące sprawy morderstwa rodziny w Kozienicach

W poniedziałek w domu jednorodzinnym w Kozienicach na Mazowszu znaleziono ciała rodziców i dwójki kilkuletnich dzieci. Mężczyzna, który zabił całą swoją rodzinę, a później popełnił samobójstwo był nauczycielem w gimnazjum. Motywem zabójstwa mogła być zazdrość.

Do przerażającej zbrodni doszło w poniedziałek w domu jednorodzinnym przy ulicy Leśnej w Kozienicach. Śledczy odnaleźli tam ciała czterech osób: małżeństwa Rafała i Anny L. oraz ich dwóch córek. Dzieci miały 6 i 9 lat.

– O sprawie powiadomił policję członek rodziny. Nie mógł dostać się do środka, ponieważ drzwi były zamknięte od wewnątrz – relacjonowała w rozmowie z Radiem ZET Małgorzata Chrabąszcz z Prokuratury Okręgowej w Radomiu.

Nowe informacje na temat morderstwa ujawnił ”Super Express”. W domu znajdowało się morze krwi, dzieci i kobieta miały poderżnięte gardła, na sznurze wisiało ciało mężczyzny. Według policji i prokuratury nie można wykluczyć tzw. „rozszerzonego samobójstwa”. Inne spekulacje w tej sprawie ucinają śledczy.

Dziennikarzom udało się porozmawiać z sąsiadami zamordowanej rodziny. Jak mówią, nic nie wskazywało, aby w rodzinie działo się coś niepokojącego. – To była spokojna kochająca się rodzina. Żadnych scen, żadnych awantur – dodają.
Rodzina była ze sobą bardzo zżyta. Jedna z córek była osobą niepełnosprawną.

– Ona przyszła na świat z dziecięcym porażeniem mózgowym. I to był dla tej rodziny ciężki szok. Marysia dopiero niedawno zaczęła się samodzielnie poruszać z chodzikiem. To efekt konsekwentnej i potwornie drogiej rehabilitacji. Ale Rafał i Ania nie żałowali na to pieniędzy – powiedziała „Super Expressowi” zaprzyjaźniona z rodziną osoba.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Po 5 latach niewoli bojownicy uwolnili amerykańską kobietę i jej rodzinę

Amerykańska kobieta i jej rodzina byli przetrzymywani jako zakładnicy afgańskich żołnierzy przez pięć lat. Ich zwolnienie kładzie kres długim wysiłkom FBI i dyplomacji, starającym się od dłuższego czasu o ich wypuszczenie – czytamy w „The New York Times”.

Dziś rano rodzina była już w Pakistanie, gdzie zaopiekować się nimi mieli początkowo lokalni bojownicy. Amerykanka i jej bliscy mieli zostać uwolnieni z pomocą innego kraju. Caitlan Coleman i jej pochodzący z Kanady mąż Josh Boyle, zostali pojmani w październiku 2012 roku podczas podróży przez prowincję Wardak. W momencie uprowadzenia Amerykanka była w ciąży. W trakcie niewoli urodziła jeszcze dwójkę dzieci.

Bojówka Haqquani domagała się uwolnienia jednego ze swoich dowódców Anasa Haqquani, którego afgański rząd w 2014 schwycił i skazał na śmierć. W 2016 roku bojownicy opublikowali film, na którym widać dzieci uprowadzonej. W innym materiale upublicznionym w sierpniu tego samego roku, Coleman prosiła o pomoc amerykański rząd.

Wcześniejsze próby sprowadzenia rodziny do domu nie zakończyły się sukcesem. Nie znane są powody, dla których Amerykanki i jej bliskich nie dało się sprowadzić do domu wcześniej.
Źródło info i foto: onet.pl

Rosja: Zatrzymano rodzinę kanibali

Podejrzewa się ich o zabicie i zjedzenie 30 osób. Wpadli przez własny błąd – mężczyzna zgubił telefon, w którym były zdjęcia, na których trzymał ludzką rękę w zębach.

Na terenie szkoły lotniczej w Krasnodarze odnaleziono worek z częściami ludzkiego ciała. Niedaleko leżał też telefon, na którym robotnicy znaleźli zdjęcia mężczyzny, trzymającego w zębach ludzką rękę. Od razu zawiadomili więc policję – informuje RMF FM. Funkcjonariusze błyskawicznie namierzyli właściciela komórki. Nie uwierzyli w jego tłumaczenia, że chciał zrobić sobie zdjęcia ze znalezionymi szczątkami a potem zgubił telefon i weszli do mieszkania 35-letniego Dmitrija Baksziwa. Tam czekał ich prawdziwy horror.

Jak informuje agencja Interfax, w lodówce w mieszkaniu znaleziono „dowody, które mogą być częściami ludzkiego ciała”. Są też podejrzenia, że Dmitrij i jego 42-letnia żona Natalia trzymali ludzkie mięso w słoikach i konserwach. Z kolei telewizja NTV sugeruje, że kanibale zaczęli zabijać i zjadać swoje ofiary już w 1999. Ich ofiarami mogło paść nawet 30 osób, choć mężczyzna przyznał się na razie tylko do dwóch zbrodni.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Rodzina zamachowca z Berlina prosi syna, by się poddał

– Na początku nie zdawałem sobie sprawy, że to mój brat Anis. Byliśmy w szoku tak samo, kiedy doszło do zamachów w Tunezji i Francji – mówi brat domniemanego zamachowca z Berlina. 24-letni Tunezyjczyk Anis Amri jest poszukiwany listem gończym, Niemcy oferują za jego głowę 100 tys. euro. Na jaw wychodzi coraz więcej szczegółów dotyczących tego, co działo się z Tunezyjczykiem od 2011 roku, kiedy nielegalnie przedostał się do Włoch łodzią z uchodźcami.

W wyniku wybuchu Arabskiej Wiosny w 2011 roku, tysiące Tunezyjczyków zdecydowały się na ucieczkę z kraju i nielegalne przeprawienie się łodzią do Europy. Anis Amri dotarł drogą morską na włoską wyspę Lampedusa w lutym 2011 roku, trafił do ośrodka dla uchodźców. Był na Lampedusie, kiedy zbuntowani migranci podpalili swój ośrodek w proteście, bo Włosi nie chcieli puścić ich dalej na północ Europy. Choć dokumenty wskazywały, że jest dorosły, Amri powiedział władzom, że jest nieletni. Te przesiedliły go do Katanii na Sycylii, gdzie poszedł do szkoły.

Podpalenie szkoły, więzienie i droga do Niemiec

W październiku 2011 Amri został zatrzymany przez policję po tym, jak próbował podpalić szkołę. Skazano go za wandalizm, stosowanie gróźb i kradzieże. W więzieniu spędził niemal cztery lata. Wyszedł na wolność w maju 2015 roku. Włosi chcieli go deportować do Tunezji, ale ze względu na brak dokumentów nakazali mu opuścić kraj samodzielnie. Amri dołączył więc do fali uchodźców i ruszył do Niemiec latem 2015 roku. Niemieckie władze poinformowały, że mężczyzna przedostał się do Niemiec przez Austrię. Po raz pierwszy został zarejestrowany w Pasawie w sylwestra 2015 roku. Dwa miesiące później przeniósł się do Berlina.

Złożony przez niego wniosek o azyl został odrzucony w czerwcu br., jednak jego deportacja nie doszła do skutku ze względu na brak dokumentów potwierdzających jego tożsamość, a władze Tunezji początkowo zaprzeczały, by Amri był obywatelem ich kraju.

Włosi wiedzieli o radykalizacji Tunezyjczyka

W piątek włoski dziennik „Corriere della Sera” napisał, że administracja więzienna przy MSW Włoch sygnalizowała komitetowi analizy strategii antyterrorystycznej podejrzane zachowania Amriego. W latach 2011-2015 odbywał on w sumie karę w czterech więzieniach na Sycylii. Agencja Ansa poinformowała o raporcie, jaki wysłał departament administracji więziennej do komitetu analizy strategii antyterrorystycznej. W dokumencie tym mowa jest o „radykalizacji” Amriego i zanotowanych w zakładzie karnym epizodach, świadczących o jego sympatiach dla islamskiego terroryzmu. Agencja podała, że w kolejnych więzieniach w miastach Sciacca, Enna, Agrigento i Palermo Amri dopuszczał się przemocy oraz pogróżek i był karany umieszczaniem w odizolowanej celi.

Włoska agencja ujawniła ponadto powołując się na raport służby więziennej, że zagroził jednemu ze skazanych – chrześcijaninowi, że „obetnie mu głowę”. „Corriere della Sera” pisze w piątek, że uwaga włoskich służb antyterrorystycznych była od co najmniej dwóch lat zwrócona na Tunezyjczyka. Gazeta podkreśla, że „zawstydzający” dla MSW jest fakt, iż dopiero teraz odkryto sporządzoną na jego temat dokumentację dla komitetu, którego zadaniem jest stała wymiana i ocena informacji dotyczących zagrożeń terrorystycznych. Dziennik dodaje, że o tym, iż Anis Amri jest „niebezpiecznym osobnikiem” zawiadomiła komitet przy MSW także komenda policji w Katanii.

Według gazety w „nieprzyjemnej” sytuacji znaleźli się teraz także śledczy z Palermo, zajmujący się walką z terroryzmem. Dopiero teraz, jak zauważa, wszczęto tam śledztwo mające na celu rekonstrukcję kolejnych miejsc pobytu Amriego. Gdy wyszedł on z więzienia po odbyciu kary w maju 2015 roku, otrzymał nakaz opuszczenia kraju. Wkrótce potem uciekł, czym, jak zaznacza gazeta, „nikt już się nie martwił”.

„Kiedy wyszedł z więzienia, był zupełnie inny”

Tunezyjskie media odwiedziły rodzinę i przyjaciół Amriego w jego mieście rodzinnym, Oueslatia, w północnej Tunezji. Ci, którzy go znają, nie wierzą, że to on jest zamachowcem z Berlina, który z zimną krwią zabił 12 osób. – Mam czterech synów, ale obawiam się, że nie będę do nich zaliczać Anisa. Wszystko wygląda bardzo źle. Chcemy znać prawdę. Jeśli doniesienia o jego winie potwierdzą się, to nigdy więcej nie nazwę go synem – oświadczyła matka domniemanego zamachowcy, Nour El Houda Hassani. – Na początku nie zdawałem sobie sprawy, że to mój brat Anis. Byliśmy w szoku tak samo, kiedy doszło do zamachów w Tunezji i Francji – powiedział Walid Amri telewizji Sky Arabia News. Jego zdaniem brata zmienił pobyt w więzieniu we Włoszech, gdzie mógł się zradykalizować.

– Trafił do więzienia z dobrym usposobieniem, a kiedy wyszedł był zupełnie inny – powiedział Abdelkader Amri, drugi brat domniemanego zamachowca. Abdelkader Amri w rozmowie z innymi tunezyjskimi mediami zaapelował do brata, by oddał się w ręce policji. – Jeśli mój brat mnie słyszy, chcę mu powiedzieć, by się poddał dla dobra naszej rodziny – powiedział, dodając, że nie wierzy, że jego brat jest zamachowcem. – Wiem, czemu opuścił dom, wyjechał z powodów ekonomicznych, wyjechał do pracy, by pomóc rodzinie. – Mamy nadzieję, że mój brat jest niewinny. Jednak jeśli nie jest, to zdecydowanie potępiamy to co zrobił. Jesteśmy tradycyjną rodziną. Sprzeciwiamy się terroryzmowi – powiedział Walid Amri.
Żródło info i foto: tvn24.pl

Dariusz P. spędzi resztę życia w więzieniu. Mężczyzna zabił rodzinę, żeby uzyskać pieniądze z ubezpieczenia

Karę dożywocia wymierzył dziś gliwicki sąd Dariuszowi P., któremu prokuratura zarzuciła, że dla uzyskania pieniędzy z ubezpieczenia podpalił swój dom w Jastrzębiu-Zdroju, zabijając żonę i czworo dzieci. Zgodnie z nieprawomocnym wyrokiem, P. będzie mógł wyjść na wolność najwcześniej po 35 latach. Do pożaru w jednorodzinnym domu w Jastrzębiu-Zdroju doszło w maju 2013 r. Dariusz P. został zatrzymany i aresztowany pod koniec marca 2014 r.

Gliwicka prokuratura zarzuciła mu zabójstwo pięciu osób, a także usiłowanie zabójstwa szóstej – najstarszego syna, który ocalał z pożaru. Według oskarżenia, motywem zbrodni była chęć uzyskania pieniędzy z ubezpieczenia. Oskarżony, który miał poważne długi, zawarł szereg umów ubezpieczeń majątkowych i osobistych. To psychopata, który dla realizacji swoich potrzeb zaplanował i zrealizował ohydną zbrodnię – uważa prokuratura. Według oskarżenia, nie ma wątpliwości, że to P. podpalił dom – z logowań jego telefonu wynika, że w czasie wybuchu pożaru był w pobliżu.

Z opinii pożarniczej wynika, że zarzewia ognia w domu były w sześciu miejscach. Oskarżony nie przyznał się do winy – twierdzi, że w jego domu doszło do przypadkowego pożaru, a on sam w tym czasie był w innym miejscu, w oddalonym o ok. 10 km zakładzie w Pawłowicach, w którym montował meble. Podawany przez prokuraturę motyw obrona uważa za absurdalny, a opinie biegłych – za nierzetelne i niewiarygodne. Obrona domagała się uniewinnienia.
Żródło info i foto: onet.pl