Żona byłego policjanta oskarżonego o włamanie do kantoru pracuje w sądzie. Będzie kontrola

Żona byłego policjanta, który jest oskarżony o obrabowanie kantoru, pracuje w Sądzie Rejonowym w Olsztynie, w jednostce, przez którą przechodzą akta sądowe. Prezes tego sądu Maciej Nawacki zapowiedział, że zleci kontrolę, czy pracownica w nieuprawniony sposób nie zaglądała do akt sprawy męża.

Chodzi o urzędniczkę, która była protokolantką sędziego Pawła Juszczyszyna, gdy ten orzekał w wydziale cywilnym olsztyńskiego Sądu Rejonowego. Kobietę we wrześniu 2019 r. przeniesiono do innej komórki, pod zarządzeniem w tej sprawie osobiście podpisał się prezes Sądu Rejonowego w Olsztynie Maciej Nawacki. Pytany, z jakiego powodu urzędniczka zmieniła stanowisko pracy prezes Nawacki odmówił odpowiedzi argumentując, że taka kwestia „nie wchodzi w zakres informacji publicznej”.

W chwili przeniesienia mąż urzędniczki, były policjant, był oskarżony o brak nadzoru nad podwładnymi, którzy w komendzie bili zatrzymanych (sprawa jest w Olsztynie znana jako „Guantanamo” – red.). Kilka dni po przeniesieniu żony do innego wydziału były policjant z bratem i kolegą włamał się do kantoru przy ul. Dąbrowszczaków, skąd według oskarżenia, zrabowano 2,5 mln zł.

Jednostka, do której we wrześniu 2019 r. została przeniesiona urzędniczka m.in. udostępnia akta, przyjmuje dokumenty, obsługuje telefony interesantów. Według pracowników sądu, praca ta w czasie przeniesienia urzędniczki była lepiej wynagradzana, niż praca protokolanta. Prezes Nawacki pytany o zarobki urzędniczki po przeniesieniu na inne stanowisko powiedział, że „siatka płac jest w sądzie ściśle regulowana” i zapewnił, że „na pewno ta pani nie dostała nic ekstra”.

Kobieta była przesłuchiwana

Kilka miesięcy przed przeniesieniem, w kwietniu 2019 roku, kobieta była przesłuchiwana przez zastępcę rzecznika dyscyplinarnego sędziów sądów powszechnych Michała Lasotę. Powodem był fakt, że sędzia Juszczyszyn trzy razy odmawiał sądzenia sprawy „Guantanamo”. Argumentował, że nie powinien sądzić sprawy, w której jednym z oskarżonych jest mąż sekretarki, z którą pracuje.

Kilka miesięcy po zeznaniach pracownicy sądu rzecznik Lasota przedstawił Juszczyszynowi zarzut dyscyplinarny „dwukrotnego podania nieprawdy co do okoliczności faktycznych, którym uzasadnił swoje wnioski o wyłączenie go od rozpoznania sprawy karnej”.

– Nie ujawniłem protokolantce niczego z akt sprawy, zarzuty wiążą się wyłącznie z tym, że chciałem się wyłączyć od jej sądzenia z powodów formalnych – podkreślił Juszczyszyn i dodał, że nie wie, co zeznała w jego sprawie protokolantka.

– Wątek tej pani przewijał się we wnioskach sędziego Juszczyszyna o wyłącznie go ze sprawy „Guantanamo” – potwierdził  prezes Nawacki, ale zastrzegł, że nie wie, czy zarzuty sędziego-rzecznika co do tej kwestii są wynikiem zeznań protokolantki, czy opierają się na innych dowodach. Sędzia Nawacki podkreślił, że ten zarzut jest mniej ważny. „Kluczowe jest to, że sędzia Juszczyszyn kwestionował prawo innych sędziów (wybranych przez KRS w nowym składzie – red. ) o pracy”.

„Dokonali włamania do kantoru”

Po 9 miesiącach pracy w innej komórce sądu prokuratura zatrzymała męża urzędniczki w związku z włamaniem do kantoru. – Mężczyźni, działając wspólnie i w porozumieniu, dokonali włamania do kantoru. Użyli podrobionych kluczy i dezaktywowali kody do alarmu oraz do sejfu – mówił po skierowaniu aktu oskarżenia w tej sprawie rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Olsztynie Krzysztof Stodolny.

Gdy prokuratura wnioskowała do sądu o działania w tej sprawie, np. aresztowanie zatrzymanych, czy przedłużenie aresztów, akta przechodziły przez komórkę, w której pracowała opisywana urzędniczka. Ponieważ sprawa była szeroko komentowana w sądzie, doszło do interwencji prokuratury, która skierowała pismo do kierownictwa sądu z prośbą, by uniemożliwić urzędniczce kontakt z aktami sprawy męża.

„Sprawdzę, by nie było pola do spekulacji”

– Przychyliłem się do tego, zawsze tak robimy, gdy pojawia się taka prośba prokuratury. Nie zdarza się to często, ale się zdarza. (…) Dostęp do wszelkich akt karnych tej osobie został wyłączony – powiedział prezes sądu Maciej Nawacki i dodał, że nikt go nie informował o próbach nieuprawnionych działań urzędniczki. Prezes sądu zapowiedział, że sprawdzi w systemie komputerowym, czy ta pracownica sądu logowała się do wglądu w akta sprawy włamania do kantoru.

Sprawa włamania do kantoru wciąż jest rozpoznawana przed olsztyńskim sądem rejonowym – kolejne rozprawy zaplanowano w maju. Urzędniczka jest w tej sprawie świadkiem.

Sędzia Nawacki zapewnił, że „nie ma żadnych podstaw, ani formalnych, ani nieformalnych, by nie ufać urzędniczce”. Podkreślił, że pracownicy sądu nie mają obowiązku zgłaszania, że ich najbliższa rodzina jest postawiona w stan oskarżenia i przyznał, że „o tym, że mąż tej pani jest zamieszany w sprawę kantoru sam dowiedział się z mediów”.

– Ta pani jest urzędnikiem publicznym, nie mam żadnych podstaw do wysnuwania wobec niej jakichkolwiek zarzutów, a nieoficjalne informacje krążące wśród pracowników sprawdzę, by nie było pola do spekulacji w tym zakresie – zapewnił Nawacki. 
Źródło info i foto: polsatnews.pl

44-latek skazany na 9 lat więzienia. Zmuszał żonę do jedzenia odchodów dzieci. Dzieciom kazał znęcać się nad matką

W poniedziałek sąd w Utrechcie skazał 44-letniego mężczyznę na karę dziewięciu lat pozbawienia wolności za wyjątkowo bestialskie znęcanie się nad rodziną. Mężczyzna między innymi zmuszał dzieci do bicia swojej matki. Z informacji niderlandzkich mediów wynika, że mieszkająca w Utrechcie w Holandii rodzina była terroryzowana od 2007 r., jednak dopiero po tym jak w czerwcu ubiegłego roku żona została ugodzona nożem w udo, sprawa została zgłoszona na policję.

Z sądowego protokołu wyłania się makabryczny obraz życia ze zwyrodnialcem. Mężczyzna nie tylko bił żonę i dzieci, ale także zmuszał te ostatnie, aby znęcały się nad matką. Ta z kolei musiała pić i jeść odchody własnych dzieci.

Zasądzony wyrok był wyższy o rok od kary, jakiej domagał się prokurator.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Tadeusz Rydzyk składał zeznania w sądzie. Wyjścia pilnowało kilkunastu funkcjonariuszy policji

08.12.2020 Bydgoszcz 29. urodziny Radia Maryja Msza celebrowana przez biskupa Jana Tyrawe w kosciele sw. Jadwigi Krolowej w Bydgoszczy, N/z Tadeusz Rydzyk fot Adam Juszkiewicz/REPORTER

Po dwóch rozprawach wciąż nie ruszył proces ws. nieudostępnienia informacji publicznej przez Fundację Lux Veritatis, na której czele stoi o. Tadeusz Rydzyk. W czwartek sąd oddalił wniosek jednego z obrońców o zawieszenie sprawy w związku z postępowaniem, które toczy się przed TK. Podczas pobytu zakonnika w sądzie w Toruniu – gdzie składał zeznania w formie online – wjazdu do budynku pilnowało kilkunastu policjantów i kilka radiowozów. 

Sprawa, którą Sieć Obywatelska Watchdog wytoczyła trzyosobowemu zarządowi Fundacji Lux Veritatis – w jego skład wchodzi o. Tadeusz Rydzyk, o. Jan Król i Lidia Kochanowicz-Mańk – dotyczy nieujawnienia wydatków fundacji z publicznych pieniędzy. Jak podkreślało stowarzyszenie, odpowiedzi ostatecznie udzielono, jednak była ona spóźniona i niepełna. Prokuratura najpierw odmówiła wszczęcia postępowania w tej sprawie, a potem dwukrotnie je umorzyła. Stowarzyszenie złożyło więc do sądu subsydiarny akt oskarżenia.

Proces miał ruszyć na początku kwietnia tego roku, jednak w sądzie nie stawił się żaden z trzech oskarżonych. W czwartek w Sądzie Rejonowym Warszawa-Wola, przed którym toczy się proces, pojawiła się Lidia Kochanowicz-Mańk, natomiast o. Tadeusz Rydzyk oraz o. Jan Król obecni byli w Sądzie Rejonowym w Toruniu. Rozprawa miała formę wideokonferencji. Nie doszło jednak na niej do odczytania aktu oskarżenia, co oznacza, że proces wciąż formalnie nie ruszył. Przez trzy godziny sąd zajmował się wnioskami kierowanymi przez obronę oraz prokuraturę.

Tadeusz Rydzyk przed sądem. Wejścia do budynku pilnowała policja

Miejsce, w którym o. Rydzyk miał składać zeznania, niemal do samego końca owiane było tajemnicą. Część dziennikarzy, społeczników i feministek, wiedziało jednak, że chodzi o Sąd Rejonowy w Toruniu. Na redemptorystę czekała pod  budynkiem grupa protestujących z transparentami o treści m.in. „Nigdy nie będziesz szedł sam”.

Toruńska Brygada Feministyczna opublikowała w mediach społecznościowych nagranie spod toruńskiego sądu. Widać na nim kordon policjantów oraz radiowozów, broniący dostępu do bramy budynku. – Policjanci ustawili szpaler, jakbyśmy mieli rzucać grantami w ojca Rydzyka, a przecież nie chcieliśmy zrobić mu nic złego – relacjonowała w rozmowie z Onetem Agata Chyżewska-Pawlikowska z TBF.

Wręcz przeciwnie, ja do niego nawet krzyczałam, że życzę mu wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Jesteśmy rozczarowani postawą policji, która zachowywała się tak, jakby chroniła swojego szefa. Zostaliśmy spisani i podejrzewamy, że na tym się nie skończy. Spodziewamy się mandatów albo spraw w sądzie, choć nie zrobiliśmy nic zakazanego przepisami – AGATA CHYŻEWSKA-PAWLIKOWSKA, TORUŃSKA BRYGADA FEMINISTYCZNA

Z kolei pod Sąd Rejonowym Warszawa-Wola zebrała się grupa zwolenników o. Rydzyka. Oni również trzymali transparenty, na których napisane było m.in: „dość agresji i nękania” oraz „won z Polski” (to przesłanie skierowane wobec oskarżającej szefa Radia Maryja organizacji Watchdog Polska). Osoby zgromadzone pod warszawskim sądem odmówiły również – co widać na poniższym nagraniu reportera Radia ZET Macieja Sztykiela – modlitwę w intencji toruńskiego redemptorysty.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Łukasz B. skazany na 25 lat więzienia za zabójstwo Krzysztofa Leskiego

Sąd skazał Łukasza B. na 25 lat więzienia za zabójstwo Krzysztofa Leskiego – podaje warszawska „Gazeta Wyborcza”.

Krzysztof Leski został zamordowany w styczniu ubiegłego roku. Zginął z rąk swojego współlokatora, którego przygarnął do swojego mieszkania niedługo przed śmiercią. W trakcie śledztwa Łukasz B. mówił, że to diabeł kazał mu zabić. – Byłem pięć miesięcy temu w Niemczech i wziąłem taką tabletkę, że się znalazłem po tamtej stronie. Podpisałem pakt z diabłem, że od tego roku będę co miesiąc zabijał człowieka i tak zacząłem. To mieli być przypadkowi ludzie. Pan Leski też był przypadkowym człowiekiem – powiedział. Przed końcem procesu B. zmienił swoją wersję zdarzeń. Stwierdził, że bronił się przed atakiem Leskiego.

W środę Sąd Okręgowy w Warszawie zdecydował, że Łukasz B. spędzi w więzieniu 25 lat – informuje warszawska „Gazeta Wyborcza”. Karę będzie odbywał w systemie terapeutycznym. Skazany wcześniej leczył się psychiatrycznie, jednak biegli orzekli, że w chwili zabójstwa był poczytalny. – Zabił swego dobroczyńcę, który dał mu przysłowiowy dach nad głową, pomagał mu wyjść z nałogu, znaleźć pracę, stanąć na nogi. Zabił człowieka dobrego, ufnego i życzliwego, który całe życie pracował jako dziennikarz i pomagał innym w potrzebie – uzasadniał swoją decyzję, jak podaje „Wyborcza”, sąd.

Prokuratura wnioskowała o dożywocie. Taką samą karę chciała wymierzyć Łukaszowi B. jedna sędzia – Agnieszka Domańska.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Zatrzymanie właściciela klubu Face 2 Face w Rybniku. Sąd uznał, że został zatrzymany przez policję nielegalnie

W klubie muzycznym Face 2 Face, którego właścicielem jest Marcin Koza, doszło pod koniec stycznia do interwencji policji. Funkcjonariusze w towarzystwie sanepidu chcieli zamknąć lokal działający mimo obostrzeń. Policjanci zachowywali się agresywnie wobec gości, a kiedy właściciel udał się na komendę z dowodami na ich nieodpowiednie zachowanie, został zatrzymany. Sąd uznał to za niezasadne.

Na wtorkowej konferencji prasowej w Rybniku właściciel klubu poinformował o decyzji sądu, który uznał, że zatrzymanie go było nielegalne. Zdanie Marcina Kozy, cała akcja miała na celu zastraszanie innych przedsiębiorców, aby nie otwierali lokali wbrew obostrzeniom – pisze portal rybnik.com.pl.

Mężczyzna będzie domagał się odszkodowania za zatrzymanie go na komendzie – pisze TVN24 za Polską Agencją Prasową.

„Sąd uznał, że moje zatrzymanie na komisariacie, w momencie gdy zanosiłem dowody przeciwko nielegalnemu wejściu policji i napaści na naszych gości, było nielegalne i niezasadne” – powiedział na konferencji prasowej Marcin Koza, właściciel klubu. Mężczyzna stwierdził, że Sąd Rejonowy w Rybniku podszedł do tematu profesjonalnie i uznał dowody dostarczone przez jego obrońcę.

Pod koniec stycznia, w nocy z soboty na niedzielę policja interweniowała w klubie muzycznym Face 2 Face, który był otwarty mimo obostrzeń. W czasie wizyty w klubie policja użyła między innymi pałek, granatów hukowych i miotaczy gazu. Wylegitymowano 213 osób, a 3 osoby zatrzymano w sprawie naruszenia nietykalności cielesnej policjantów. Kolejnego dnia wieczorem przed komendą stało już kilkadziesiąt osób protestujących przeciwko agresywnemu zachowaniu funkcjonariuszy.

„Ja uważam, że u nas nie było interwencji policji. Do nas przyszli bandyci. Panie z sanepidu, mimo że nie przeprowadziły żadnej kontroli miały nakaz zamknięcia lokalu” – mówił wtedy jeden z właścicieli lokalu Face 2 Face, Marcin Koza. Tydzień później został zatrzymany. Do Komendy Miejskiej Policji w Rybniku przyszedł sam.

Miał przekazać dowody potwierdzające nieodpowiednie działania policji w jego lokalu i agresję funkcjonariuszy podczas interwencji. Mężczyzna został jednak zatrzymany, groził mu zarzut sprowadzania niebezpieczeństwa na życie lub zdrowie wielu osób. Spędził noc w izbie zatrzymań, a następnego dnia rano prokuratur go przesłuchał i Marcin Koza został zwolniony. Wciąż ciąży na nim zarzut powodowania zagrożenia epidemiologicznego, a sanepid nałożył na niego 60 tysięcy złotych kary – pisze TVN24.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Jest zażalenie prokuratury na decyzję sądu ws. zwolnienia Sławomira Nowaka z aresztu

Prokuratura Okręgowa w Warszawie złożyła pisemne zażalenie na decyzję sądu o odmowie przedłużenia aresztu Sławomirowi Nowakowi. Według prokuratorów były minister transportu może próbować uciec z kraju.

– Pismo zostało przekazane do Sądu Apelacyjnego w Warszawie za pośrednictwem Sądu Okręgowego w Warszawie – poinformowała cytowana przez PAP rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie Aleksandra Skrzyniarz.

Pisemne zażalenie prokuratury jest zgodne z wcześniejszymi zapowiedziami. „Decyzja sądu stwarza bardzo duże zagrożenie dla prawidłowego biegu postępowania przede wszystkim poprzez stworzenie podejrzanemu możliwości ucieczki z kraju, a także umożliwienie mu mataczenia” – podkreślała w komunikacie 12 kwietnia prok. Skrzyniarz. Jak dodała, „ryzyko ucieczki jest niezwykle duże z powodu bardzo wysokiego zagrożenia karą popełnionych przez niego czynów, wynoszącego nawet do 20 lat pozbawienia wolności i jego niewątpliwych kontaktów międzynarodowych, które wynikają z treści ogłoszonych mu zarzutów”. „Wyjście z aresztu umożliwi mu również wpływanie na nowych świadków, których prokuratura będzie przesłuchiwać, a także na współpodejrzanych, z którymi Sławomir N. będzie konfrontowany” – czytamy.

Tvn24.pl nieoficjalnie podawał, że według sądu nie zachodziła obawa, iż Nowak będzie mataczył w śledztwie. Ponadto stwierdził, że w postępowaniu prokuratury i CBA były uchybienia.

Sprawę Nowaka komentował w Radiu Zet Paweł Jabłoński, wiceminister spraw zagranicznych. – Moim zdaniem ze zgromadzonego materiału dowodowego wynika bardzo duże prawdopodobieństwo, że Sławomir Nowak jest winny i dopuścił się korupcji. Gdyby było inaczej, sąd nie zastosowałby aresztu i miliona złotych kaucji – powiedział.

Jabłoński przyznał, że „okres dziewięciu miesięcy powinien być wystarczający do tego, aby przedstawić zarzuty, przeprowadzić czynności dowodowe i sporządzić akt oskarżenia”. – I chciałbym, żeby tak funkcjonowała prokuratura, żeby to możliwe. Czasami to nie jest możliwe z przyczyn obiektywnych. Czy tak jest w tej sprawie – nie wiem – mówił.

Sławomir Nowak, były szef gabinetu politycznego premiera Donalda Tuska i prezes ukraińskiej państwowej agencji drogowej Ukrawtodor, został zatrzymany w lipcu w związku z podejrzeniem korupcji, kierowania zorganizowaną grupą przestępczą i praniem brudnych pieniędzy. Złożył wyjaśnienia w prokuraturze i usłyszał zarzut kierowania zorganizowaną grupą przestępczą czerpiącą korzyści z korupcji od października 2016 do września 2019 roku.

Śledztwo prowadzą jednocześnie Centralne Biuro Antykorupcyjne i Prokuratura Okręgowa w Warszawie, a także Specjalna Prokuratura Antykorupcyjna w Kijowie oraz Narodowe Antykorupcyjne Biuro Ukrainy. Postępowanie jest rozwojowe, cały czas gromadzone i analizowane są w sprawie materiały dowodowe.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Sprawa śmierci George’a Floyda. Oskarżony były policjant Derek Chauvin nie chciał zeznawać

Adwokaci byłego policjanta Dereka Chauvina, oskarżonego o zabicie Afroamerykanina George’a Floyda, poinformowali, że nie będzie on zeznawał w trakcie procesu w Minneapolis. Mowy kończące prokuratorów i obrony zaczną się w poniedziałek.

Według adwokata Erica Nelsona, w czasie, kiedy na sali sądowej nie było sędziów przysięgłych, Chauvin odmówił złożenia zeznań. Powołał się na prawo przeciwko samooskarżeniu wynikające z 5. poprawki Konstytucji USA.

Jak poinformowała agencja UPI Chauvin powiedział prowadzącemu proces sędziemu sądu okręgowego hrabstwa Hennepin Peterowi Cahillowi, że wraz z Nelsonem długo dyskutowali o możliwości złożenia zeznań. Ostatecznie sam zadecydował, że tego nie zrobi.

„Na nim nie spoczywał ciężar udowodnienia niewinności”

Analityk prawny stacji CNN Laura Coates zauważyła, że odmowa zeznań przez byłego policjanta nie jest szokująca. W tym czasie mogłoby się wiele zdarzyć m. in. wyjść na jaw nowe czyny. Poza tym obrona, ani on sam, nie mają obowiązku dowodzenia niewinności Chauvina.

– Na nim nigdy nie spoczywał ciężar udowodnienia swojej niewinności. Udowodnienie winy leży po stronie oskarżenia. A teraz przysięgli zostaną poinstruowani, zgodnie z jego prośbą, że nie mają wyciągać żadnych wniosków z jego decyzji o nieskładaniu zeznań – wyjaśniła Coates.

Obrona Chauvina utrzymuje, że choroba serca Floyda i narkotyki w jego organizmie były głównymi czynnikami prowadzącymi do zgonu. W opinii ekspertów prokuratury przyczyną śmierci był sposób, w jaki mężczyzna był obezwładniony oraz „uduszenie pozycyjne”. Spowodowało to gwałtowny spadek poziomu tlenu i w efekcie nagłe zatrzymanie krążenia.

Chauvinowi grozi do 40 lat więzienia

Cahill poinformował, że obie strony rozpoczną w poniedziałek wygłaszanie mów końcowych. W piątek on, a także prawnicy udzielą sędziom przysięgłym kluczowych instrukcji. Chauvin zrzekł się prawa przysłuchiwania się dyrektywom.

Po wysłuchaniu w poniedziałek argumentów końcowych, przysięgli zostaną odizolowani na czas swych obrad w sprawie decyzji przesądzającej o winie lub oczyszczeniu oskarżonego z zarzutów. Cytowany przez amerykańskie radio NPR Cahill pytany, jak długo mogą potrwać obrady odparł: – Planuj na długo, miej nadzieję, że będzie krótko.

W przypadku skazania Chauvinowi grozi do 40 lat więzienia za morderstwo drugiego stopnia, do 25 lat za morderstwo trzeciego stopnia i do 10 lat za zabójstwo drugiego stopnia. Może zostać skazany za wszystkie zarzuty, niektóre z nich lub żaden.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Sławomir Nowak wyjdzie z aresztu

Warszawski sąd okręgowy zdecydował, że Sławomir Nowak wyjdzie z aresztu. Oskarżyciel publiczny wnioskował, aby były szef Państwowej Agencji Drogowej Ukrainy został za kratkami do lipca. Nowak podejrzany jest o korupcję. Sąd zastosował wobec niego środki zapobiegawcze, między innymi zakaz opuszczania kraju. Obrończyni Nowaka zapowiedziała, że w sprawie ujawnione zostaną „bezprawne działania podejmowane przez organy ścigania i państwo”.

Termin dotychczas stosowanego wobec Sławomira Nowaka tymczasowego aresztowania upływa w piątek 16 kwietnia. Były minister trafił do Aresztu Śledczego Warszawa-Białołęka w lipcu 2020 roku.

W poniedziałek Sąd Okręgowy w Warszawie rozpoznawał wniosek prokuratora o przedłużenie aresztu Nowakowi. Posiedzenie rozpoczęło się po godzinie 8. Sędzia Agnieszka Domańska mimo szeroko argumentowanego wniosku prokuratora, nie przedłużyła byłemu ministrowi transportu aresztu o kolejne trzy miesiące.

Sąd zastosował wobec Nowaka wolnościowe środki zapobiegawcze: policyjny dozór, zakaz opuszczania kraju połączony z zatrzymaniem paszportu i nakaz wpłaty jednego miliona złotych poręczenia majątkowego.

Obrońca: bezprawne działania organów ścigania i państwa będą ujawnione

Decyzję sądu komentowała obrończyni Nowaka adwokat Joanna Broniszewska. – Sławomir Nowak opuści areszt w dniu dzisiejszym. Nie ukrywam ogromnej satysfakcji i radości z tego powodu – oświadczyła, zaznaczając, że nie ujawni na tym etapie szczegółów postępowania.

– Mogę zapewnić, że szczegóły z tym związane, w tym także działania bezprawne, podejmowane przez organy ścigania i państwo na pewno będą ujawnione w toku tej sprawy. Na ten temat będziemy się wypowiadać i zajmiemy stosowne stanowisko – zapowiedziała.

Mecenas wyjaśniła, że sąd skorzystał ze swojego uprawnienia i postanowił o natychmiastowym uchyleniu aresztu, mimo że dotychczas stosowany środek zapobiegawczy miał trwać do 16 kwietnia.

Prokurator: decyzja sądu stwarza bardzo duże zagrożenie
Prokuratura Okręgowa w Warszawie zapowiedziała, że odwoła się od poniedziałkowej decyzji sądu. Ma na to siedem dni.

Prokurator Aleksandra Skrzyniarz oceniła, że „decyzja sądu stwarza bardzo duże zagrożenie dla prawidłowego biegu postępowania przede wszystkim poprzez stworzenie podejrzanemu możliwości ucieczki z kraju, a także umożliwienie mu mataczenia”. Według niej „wysokie prawdopodobieństwo popełnienia przez podejrzanego zarzucanych mu czynów” jest „bezsporne”.

Prokurator oceniła, że istnieje niezwykle duże ryzyko ucieczki Nowaka z kraju „z powodu bardzo wysokiego zagrożenia karą popełnionych przez niego czynów, wynoszącego nawet do 20 lat pozbawienia wolności i jego niewątpliwych kontaktów międzynarodowych, które wynikają z treści ogłoszonych mu zarzutów”.

Skrzyniarz decyzję sądu nazwała „niezrozumiałą”.

Prokurator Jan Drelewski z warszawskiej Prokuratury Okręgowej, który prowadzi śledztwo przeciwko Sławomirowi Nowakowi i grupie przestępczej, którą – według prokuratury – były minister transportu miał kierować, wnioskował o przedłużenie podejrzanemu aresztu do lipca 2021 roku. Gdyby sąd uznał ten wniosek za zasadny, Nowak spędziłby w areszcie równo rok.

Zdaniem prokuratora dalsza izolacja Nowaka była konieczna nie tylko ze względu na grożącą mu surową karę do 15 lat pozbawienia wolności, ale także z uwagi na obawę matactwa procesowego. W sprawie prokuratura chce przesłuchać dodatkowych świadków i przeprowadzić dowody, na które Nowak mógłby próbować wpływać, będąc na wolności.

Na wolności są pozostali podejrzani w śledztwie Prokuratury Okręgowej w Warszawie, w tym przyjaciel byłego ministra Jacek P., który jest jednocześnie podejrzanym, a jego wyjaśnienia są kluczowe dla prokuratury, bowiem przyczyniły się do przedstawienia Nowakowi kolejnych zarzutów.

Zarzuty dla Nowaka

Były szef Państwowej Agencji Drogowej Ukrainy i minister transportu został zatrzymany w Trójmieście przez funkcjonariuszy Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Jest podejrzany o popełnienie kilkunastu czynów korupcyjnych, w tym przyjmowanie łapówek za przyznawanie kontraktów na budowę i remont dróg na Ukrainie, a także o pranie pieniędzy.

Chodzi o przyjmowanie korzyści majątkowych (w sumie kilkadziesiąt tysięcy złotych) od Wojciecha T., byłego wiceprezesa PGE i Energi, za pośrednictwem Leszka K. Nowak miał także – według śledczych – przyjąć blisko 200 tysięcy złotych w latach 2012-2016 od byłego prezesa PKN Orlen Dariusza K. za pośrednictwem „osoby trzeciej”. PAP dowiedziała się, że „osoba trzecia” miała przekazywać Nowakowi co miesiąc 3,5 tysiąca złotych od byłego prezesa Orlenu.

7 stycznia prokurator rozszerzył Nowakowi zarzuty o przyjmowanie kolejnych łapówek i powoływanie się na wpływy. Zarzuty przyjmowania korzyści majątkowych dotyczą przestępstw popełnionych w czasie, gdy był on szefem Państwowej Agencji Drogowej Ukrainy (Ukrawtodor).

Pozostali podejrzani bez aresztu

W tym samym czasie CBA zatrzymało trzy osoby, które miały brać udział w tych przestępstwach. Jedną z nich był Łukasz Z., były doradca Ewy Kopacz, który – według ustaleń prokuratury – „czterokrotnie wspólnie i w porozumieniu ze Sławomirem N., przyjął pieniądze w łącznej kwocie około 1,3 miliona złotych w zamian za podjęcie się pośrednictwa w załatwieniu spraw oraz zapewnienia przychylnego potraktowania spółek w postępowaniach między innymi administracyjnych, arbitrażowych oraz o charakterze międzynarodowym. Prokuratura podała, że przyjęcie korzyści majątkowych poprzedzone było faktem wywołania u osób reprezentujących spółki przekonania o posiadaniu przez Sławomira N. rozległych wpływów na arenie międzynarodowej. Pieniądze przekazywane były każdorazowo jako „opłata za fikcyjne usługi doradcze”.

„W zakresie jednego z wyżej wymienionych czynów podejrzany współdziałał z Grzegorzem W.” – dodali śledczy. Jak ustaliła PAP, Grzegorz W. to przedsiębiorca prowadzący firmę RONIN, świadczącą usługi w sektorze bezpieczeństwa biznesu dla firm i korporacji.

CBA 7 stycznia zatrzymało Pawła G., któremu prokurator Drelewski przedstawił zarzut wręczenia prezesowi spółki Europe Partners Łukaszowi Z. łapówki w wysokości 77 tysięcy złotych, którą Z. przyjął w imieniu Nowaka. Z ustaleń śledztwa wynika, że chodziło o to, by Nowak „wsparł małopolską spółkę, której wiceprezesem jest Paweł G., w postępowaniu o udzielenie zamówienia publicznego dotyczącego obsługi autostrad w obwodzie lwowskim” – podała prokuratura. Łapówka miała być przekazana w formie faktury za usługi doradcze, które nie miały miejsca.

Z ustaleń PAP wynika, że Paweł G. do popełnienia tego czynu się nie przyznał, a prokurator zdecydował 8 stycznia, że podejrzany ma siedem dni na wpłacenie jednego miliona złotych kaucji, by pozostać na wolności. G. ma także zakaz kontaktowania się z pozostałymi podejrzanymi i zakaz opuszczania kraju połączony z zatrzymaniem paszportu. Grzegorz W. został decyzją sądu wypuszczony bez stosowania jakichkolwiek środków zapobiegawczych. W śledztwie podejrzanych jest już 10 osób, a prokuratura dokonała zabezpieczeń majątkowych na łączną kwotę 7,5 miliona złotych. Postępowanie ma charakter rozwojowy, niewykluczone, że nastąpią kolejne zatrzymania.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Ciągnął psa za samochodem. Były senator PiS nie trafi do aresztu

Były senator Waldemar B., podejrzany o znęcanie się nad psem ze szczególnym okrucieństwem, nie trafi do aresztu – postanowił Sąd Rejonowy w Kościerzynie (Pomorskie). Decyzja jest nieprawomocna. Według prokuratury, mężczyzna przywiązał zwierzę do haka i wlókł za autem.

– Sąd nie uwzględnił wniosku prokuratury o miesiąc tymczasowego aresztu. Uznał, że są wprawdzie przesłanki wskazujące na popełnienie przestępstwa, ale dla zabezpieczenia prawidłowego toku postępowania wystarczą środki wolnościowe – poinformowała w sobotę PAP rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej Grażyna Wawryniuk.

Sąd zastosował wobec Waldemara B. dozór policji i zakaz kontaktowania się z określonymi świadkami. Prokuratura ma siedem dni na podjęcie decyzji, czy złoży odwołanie od orzeczenia kościerskiego sądu. W piątek Wawryniuk podała, że mężczyzna nie przyznał się do postawionego mu zarzutu. – Składając wyjaśnienia przedstawił odmienne motywy swojego zachowania – dodała.

Przywiązał psa do haka 

61-letniemu Waldemarowi B. postawiono zarzut „znęcania się nad psem ze szczególnym okrucieństwem w ten sposób, że przywiązał zwierzę do haka holowniczego samochodu, ruszył i zwiększając prędkość, tak że pies nie nadążył, przewrócił się i był ciągnięty”.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Dominikanin Paweł M. trafi do aresztu. Miał zgwałcić zakonnicę

Dominikanin Paweł M. trafi na trzy miesiące do aresztu – zdecydował Sąd Okręgowy w Katowicach. Duchowny usłyszał siedem zarzutów. Jeden z nich dotyczy gwałtu na zakonnicy. Na początku marca wrocławscy dominikanie opublikowali oświadczenie, w którym napisali, że w latach 1996-2000 w ramach duszpasterstwa we Wrocławiu działał intensywny mechanizm przypominający funkcjonowanie religijnej sekty. „Zwracamy się do was z ogromnym bólem i wstydem. Stajemy przed wami w prawdzie, która mimo upływu lat coraz wyraźniej odsłania swoje przerażające oblicze” – napisali, deklarując jednocześnie pełne wyjaśnienie sprawy.

Jeden z zakonników – Paweł M. – miał stosować przemoc fizyczną, psychiczną, a także seksualną wobec uczestników duszpasterstwa akademickiego.

W ubiegłym tygodniu prowincjał dominikanów poinformował, żewszczął kanoniczny proces karny w sprawie ojca Pawła M. Świecki system sprawiedliwości nie mógł zająć się sprawą z powodu przedawnienia. Okazało się jednak, że nie wszystkie domniemane przestępstwa dominikanina, uległy przedawnieniu. 2 marca, zawiadomienie do Prokuratury Regionalnej w Katowicach złożyła zakonnica, którą Paweł M. miał gwałcić w latach 2011 i 2018. Jej historię ujawnił portal czasopisma „Więź”.

Na początku marca wrocławscy dominikanie opublikowali oświadczenie, w którym napisali, że w latach 1996-2000 w ramach duszpasterstwa we Wrocławiu działał intensywny mechanizm przypominający funkcjonowanie religijnej sekty. „Zwracamy się do was z ogromnym bólem i wstydem. Stajemy przed wami w prawdzie, która mimo upływu lat coraz wyraźniej odsłania swoje przerażające oblicze” – napisali, deklarując jednocześnie pełne wyjaśnienie sprawy.

Jeden z zakonników – Paweł M. – miał stosować przemoc fizyczną, psychiczną, a także seksualną wobec uczestników duszpasterstwa akademickiego.

W ubiegłym tygodniu prowincjał dominikanów poinformował, żewszczął kanoniczny proces karny w sprawie ojca Pawła M. Świecki system sprawiedliwości nie mógł zająć się sprawą z powodu przedawnienia.

Okazało się jednak, że nie wszystkie domniemane przestępstwa dominikanina, uległy przedawnieniu. 2 marca, zawiadomienie do Prokuratury Regionalnej w Katowicach złożyła zakonnica, którą Paweł M. miał gwałcić w latach 2011 i 2018. Jej historię ujawnił portal czasopisma „Więź”.

Sytuacja Kościoła jak problem alkoholika. Terlikowski nie ma wątpliwości

Śledczy zajęli się sprawą. Kilka dni później o. Paweł M. został zatrzymany przez policję. Przedstawiono mu zarzuty. Sąd Rejonowy Katowice-Wschód w Katowicach nie zgodził się jednak na areszt zatrzymanego. Prokurator złożył zażalenie. W środę Sąd Okręgowy w Katowicach zgodził się na zastosowanie trzymiesięcznego aresztu wobec o. Pawła M.
Źródło info i foto: wp.pl