Skandaliczny wyrok w Niemczech. Neonaziści napadli na dziennikarzy

Sąd w Muehlhausen skazał dwóch neonazistów, którzy napadli na dziennikarzy, na kary znacznie niższe, niż żądała tego prokuratura. Oskarżeni rozbili kluczem głowę dziennikarza, ugodzili nożem w nogę jego kolegę, ukradli aparat fotograficzny wraz z kartą pamięci i zdemolowali samochód reporterów. Niemiecka prasa pisze o skandalicznym wyroku. Dwóch dziennikarzy z Getyngi zostało poważnie rannych w ataku w 2018 roku w regionie Fretterode na północy Turyngii. Sędzia przewodnicząca orzekła w czwartek, że izba nie była w stanie stwierdzić, czy był to celowy atak na dziennikarzy.

Młodszy z dwóch mężczyzn został skazany na 200 godzin prac społecznych, starszy oskarżony na rok pozbawienia wolności w zawieszeniu. Wyrok ten wywołał powszechną krytykę. Prokurator domagał się dla młodszego z dwóch oskarżonych kary roku i dziewięciu miesięcy w zawieszeniu. Dla starszego wnosił o wymierzenie kary pozbawienia wolności w wysokości trzech lat i czterech miesięcy.

Jeden z dziennikarzy opuścił salę sądową w proteście przeciwko wyrokowi i jego uzasadnieniu podczas wypowiedzi sędziego przewodniczącego – pisze portal dziennika „Sueddeutsche Zeitung”.

– Moje zaufanie do państwa prawa zostało zachwiane do głębi – powiedział później. Jego zdaniem wyrok jest dla prawicowych ekstremistów przepustką do dalszych ataków na dziennikarzy.

Pościg i napad

Dziennik „Frankfurter Allgemeine Zeitung” w komentarzu zauważa, że „dziennikarze powinni uważać na słowo skandal, bowiem ono szybko się zużywa. Ale to, co wydarzyło się w czwartek w Sądzie Okręgowym w Muehlhausen, trudno opisać inaczej”.

W 2018 roku „po pościgu samochodowym we Fretterode w północnej Turyngii oskarżeni, dwaj znani neonaziści, rozbili kluczem (do śrub) głowę dziennikarza, ugodzili nożem w nogę jego kolegę, ukradli aparat fotograficzny wraz z kartą pamięci i zdemolowali samochód reporterów” – przypomina FAZ. Trudno się dziwić, że jedna z ofiar oświadczyła po ogłoszeniu wyroku, że jej zaufanie do państwa prawa zostało „zachwiane do głębi”.

Przeciwko wyrokowi natychmiast zaprotestowały również partie, związki zawodowe i stowarzyszenia dziennikarzy, ponieważ chodzi o zasadę: czy ofiary przemocy prawicowych ekstremistów mogą liczyć na ochronę ze strony państwa prawa? – pisze FAZ.
Źródło info i foto: interia.pl

8-letni Mateusz wyszedł z domu i nie wrócił. Dwaj mężczyźni skazani

Twarz 8-letniego Mateusza Domaradzkiego obiegła w 2006 r. ogólnopolskie media. Chłopiec z Rybnika nagle zaginął, a szeroko zakrojone poszukiwania nie przyniosły rezultatu. I choć ciała nie znaleziono, prokuratura i sądy doszły do wniosku, że dziecko nie żyje, a za jego śmierć odpowiada dwóch dwudziestokilkulatków. „Sprawa niewątpliwie należy do wyjątkowych” – przyznał kilka lat po zaginięciu chłopca Sąd Apelacyjny w Katowicach.

Poniedziałek, 6 lutego 2006 r. Rybnik. Trwają właśnie zimowe ferie. 8-letni Mateusz Domaradzki ok. godz. 14 wychodzi z domu i idzie na pobliską górkę, tzw. „deptę”, by pojeździć na plastikowej desce. Jest zimno, chłopiec ma na sobie dwie pary spodni, czarne kozaki, kurtkę.

Mateusz ginie bez śladu. Dosłownie zapada się pod ziemię. Po południu alarm wszczyna matka chłopca, Barbara. Zawiadamia policję.

Barbara, matka Mateusza: Jeszcze było jasno, na górce nie było żadnych dzieci. Już mnie wtedy taki lęk ogarnął. Wołałam „Mateuszek”, ale jakaś taka martwa cisza była. Jeszcze szukałam go potem na lodowisku, na świetlicy, nigdzie go nie było. Nigdy tak wcześniej nie było, żebym szukała Mateusza tak wcześnie, ale jakoś w ten dzień miałam złe przeczucia. Jakoś coraz bardziej się bałam.

Członkowie rodziny, znajomi Mateusza, funkcjonariusze rozpoczynają poszukiwania. Sprawdzane są przystanki autobusowe, nocne sklepy, recepcje hoteli, noclegownia, kawiarnie, markety.

Jeszcze przed północą do akcji wkracza pies tropiący. Temperatura -18 stopni, zmrożony śnieg. Pies nie podejmuje śladu. Matka chłopca: Wszystko żeśmy obeszli. Dzieci z nami szukały, ludzie się dołączyli. Byliśmy i na górce, i za torami, ale nigdzie Mateusza nie było. Nikt go nie widział. (…) Ja nie wiem, o której wróciłam do domu, chyba była gdzieś trzecia w nocy, jak mnie odwieźli policjanci.

Poszukiwania prowadzone są też kolejnego dnia. Dworce, restauracje typu fast-food, stacje paliw, piwnice, strychy, nabrzeże rzeki Ruda, torowisko kolejowe, łąki, tereny leśne, pustostany, szpitale. Rozmowy z dziesiątkami osób, kierowcami autobusów, kierownikami pociągów. Wciąż nic.

We wtorek o godz. 7 rano rodzice Mateusza składają na komendzie oficjalne zawiadomienie o zaginięciu syna.

Wzrost: 120 cm. Włosy krótkie, ciemny blond. Twarz podłużna, czoło niskie, oczy brązowe, mały, wąski nos, uszy średnie, przylegające, po lewej stronie górnej szczęki brak „trójki”. Blizna po zabiegu laryngologicznym na czubku nosa.

Posterunkowy w rubryce „zamiłowania, upodobania” wpisuje: „posiadał zdolności artystyczne, należał do świetlicy opiekuńczej w kole tanecznym”.

Matka Mateusza zajmuje się domem, ojciec pracuje jako operator koparki. Oprócz chłopca wychowują jeszcze trójkę dzieci. Ojciec zeznaje, że w trakcie ferii Mateusz z własnej woli wstawał o 5.30 rano i przygotowywał tacie kanapki i kawę do pracy.

Jan, ojciec Mateusza: W naszym domu panuje taki zwyczaj, że każde dziecko przed wyjściem z domu zapyta się, czy może gdzieś wyjść, powie, gdzie chce wychodzić i na jak długo. Dzieci stosują się do tych naszych pozwoleń. Barbara: Mateusz jest dzieckiem raczej spokojnym, w szkole nie ma z nim problemów wychowawczych, na początku tego roku szkolnego miał trudności z nauką, ale na półrocze była znaczna poprawa.

Wychowawczyni chłopca zeznaje, że rzeczywiście miał problemy w szkole, nie potrafił się skupić, często nie odrabiał zadań, zapomniał o szkolnych przyborach. Nigdy natomiast nie skarżył się jej na żadne problemy w domu. Według niej Mateusz miał w rodzinie oparcie.

Nigdy wcześniej nie zdarzyło się też, by Mateusz nie wrócił na noc. Tylko kilka miesięcy temu pojawił się w domu późno, ok. godz. 21, bo poszedł odwiedzić kolegów.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Dwaj Brytyjczycy i Marokańczyk skazani na śmierć przez sąd samozwańczych władz w tzw. Donieckiej Republice Ludowej

Dwóch Brytyjczyków i Marokańczyk, którzy walczyli po stronie Ukrainy, zostali skazani na karę śmierci przez sąd samozwańczych władz w tzw. Donieckiej Republice Ludowej. Rodzina jednego z Brytyjczyków opublikowała oświadczenie, w którym przekazuje, że jest „zdruzgotana wynikiem nielegalnego, pokazowego procesu”. Narzeczona drugiego z mężczyzn przybyła do Londynu, gdzie podejmuje wysiłki mające zmobilizować urzędników do podjęcia działań w sprawie uwolnienia skazanych. Skazani to dwaj Brytyjczycy Shaun Pinner i Aiden Aslin oraz obywatel Maroka Brahim Saadoun. „Sąd” powołany przez władze tzw. Donieckiej Republiki Ludowej (utworzonej przez Rosję po nielegalnej aneksji części terenów Ukrainy) uznał ich za winnych i orzekł karę śmierci. Mężczyźni zdaniem separatystów są winni „walki jako najemnicy, a także popełnienia czynów mających na celu przejęcie władzy i obalenie porządku konstytucyjnego Donieckiej Republiki Ludowej”.

Mężczyźni zeznali, że służyli w regularnych jednostkach wojskowych w Mariupolu, w związku z czym przysługuje im ochrona jako jeńcom wojennym na podstawie Konwencji Genewskiej. O ich uwolnienie apelował także premier Wielkiej Brytanii Boris Johnson, który nakazał ministrom zrobić „wszystko, co w ich mocy, aby zapewnić skazanym wolność”.

Shaun Pinner od 2018 roku mieszkał w Ukrainie i walczył w regularnych siłach zbrojnych kraju. Jego żona jest Ukrainką. Najbliżsi mężczyzny opublikowali w mediach społecznościowych oświadczenie, w którym przekazują, że są „zdruzgotani wynikiem nielegalnego, pokazowego procesu zorganizowanego przez tak zwaną Doniecką Republikę Ludową” – relacjonuje Sky News.

„Shaun mieszkał w Ukrainie od ponad czterech lat i był zakontraktowanym żołnierzem w 36. Brygadzie (…). Był ze swojej służby bardzo dumny. W związku z tym należy mu przyznać wszystkie prawa jeńców wojennych, w tym pełną niezależną reprezentację prawną” – pisze rodzina.

„Cała rodzina, w tym jego syn i żona, bardzo za nim tęsknią. Dziękujemy wszystkim zaangażowanym w rozwiązanie tej okropnej sytuacji” – kończą bliscy skazanego żołnierza.

Dwa dni temu do Londynu przybyła z kolei narzeczona drugiego ze skazanych Brytyjczyków, 28-letniego Aidena Aslina. Kobieta rozpoczęła kampanię, mającą na celu nagłośnienie jego losu i doprowadzenie do jego uwolnienia. W poście w mediach społecznościowych zapewniła swojego partnera, że nie został sam. „Wierzę, że już niedługo w gazetach zobaczymy zdjęcia, na których się uśmiechasz i żadne kraty nie będą Ci już zasłaniać twarzy” – napisała. W innym, obszernym wpisie opisała:
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Zapadł wyrok ws. zabójstwa miesięcznego Victora. Rodzice skazani

Przed Sądem Okręgowym w Gliwicach zapadł wyrok w procesie małżeństwa z Rudy Śląskiej, oskarżonego w sprawie zabójstwa ich miesięcznego syna Victora i znęcania się nad starszą córką Victorią. Mariusz Sz. został skazany na dożywocie, natomiast wobec jego żony Aleksandry sąd zmienił kwalifikację czynu i wymierzył jej karę łagodniejszą niż tę, której domagała się prokuratura. Wyrok jest nieprawomocny.

Proces ruszył w marcu ubiegłego roku i toczył się z wyłączeniem jawności, co sąd uzasadniał dobrem Victorii. Wniosek w tej sprawie złożyła reprezentująca dziewczynkę kuratorka. Poparły go wszystkie strony procesu. O nieprawomocnym orzeczeniu, które ogłosił gliwicki sąd, poinformowała w poniedziałek jego rzeczniczka Agata Dybek-Zdyń. – Sąd wymierzył ojcu karę łączną dożywocia, a matce – pięciu lat pozbawienia wolności. W jej przypadku doszło do zmiany opisu kwalifikacji prawnej – powiedziała sędzia.

Nie wiadomo, czy oskarżenie odwoła się od wyroku wobec matki. Karina Spruś z Prokuratury Okręgowej w Gliwicach powiedziała, że został złożony wniosek o sporządzenie pisemnego uzasadnienia wyroku, decyzja w sprawie ewentualnej apelacji jednak jeszcze nie zapadła.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Polacy organizowali pseudoszamańskie rytuały z psychodelicznym napojem. Zostali skazani

Sąd w Ostrawie wymierzył w piątek kary 8,5 i 5,5 roku więzienia oraz deportacji polskiemu małżeństwu za odprawianie pseudoszamańskich rytuałów z użyciem peruwiańskiego psychodelicznego napoju ayahuasca. Ich wspólnik otrzymał wyrok 1,5 roku w zawieszeniu i trzyletnią deportację.

Wyrok nie jest prawomocny, a skazani, którzy nie przyznali się do winy, stracą też dom w Herzmanicach koło Odr w kraju (województwie) morawsko-śląskim, który służył im za bazę.

Trójkę Polaków oskarżono o to, że w Peru kupili prawie 200 litrów psychodelicznego napoju ayahuasca i odpłatnie przeprowadzali pseudoszamańskie rytuały w różnych miejscach w Czechach. Według prokuratora nielegalną działalność prowadzili od 2015 roku do października ubiegłego roku, kiedy zostali zatrzymani przez oddział celników w domu w Herzmanicach koło Odr.

Sąd w Ostrawie stwierdził, że nie ma żadnej wątpliwości co do używania podczas seansów substancji psychodelicznych. Seanse miały być połączone z konsumpcją rytualnego napoju ayahuasca, używanego przez południowoamerykańskich szamanów do celów ceremonialnych.

Rytuały za 400 euro

Napój zawiera DMT, substancję psychodeliczną zakazaną w Czechach. Po jego wypiciu ludzie wpadają w trans. Twierdzą, że osiągają inny wymiar i mogą rozmawiać z duchami. Jarosław K. występował jako szaman a Karolina K. jako jego asystentka. Uczestnikami sesji byli klienci z Polski, Austrii, Niemiec, Norwegii, Holandii i Wielkiej Brytanii. Każdy z uczestników płacił 10 tys. koron, czyli około 400 euro. Rytuałom poddało się blisko 1500 osób, niektóre z nich wielokrotnie.

Podczas postępowania na korzyść oskarżonych zeznawali świadkowie, którzy uczestniczyli w rytuałach. Potwierdzali, że chodziło jedynie o oczyszczenie umysłu i relaksację. Wskazywali na pozytywny wpływ seansów.

Wspólnik małżeństwa K., Piotr K. pomógł zakupić dom, wiedział co się w nim działo i czerpał z tego zyski, uznał sąd w Ostrawie. Nad wyjaśnieniem przypadku współpracowały służby celne z Niemiec i ze Stanów Zjednoczonych. W Lipsku i Frankfurcie oraz w Miami natrafiono na przesyłki koncentratu napoju ayahuasca z nielegalną substancją, których adres odbiorcy znajdował się w Czechach w Herzmanicach.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Pierwsze wyroki dla uczestników zamieszek w Rotterdamie

W środę zapadły pierwsze wyroki dla uczestników zamieszek, które wybuchły w piątek w Rotterdamie. Sąd w tym mieście skazał na karę pięciu miesięcy więzienia 26-letnią kobietę i 29-letniego mężczyznę. Nielegalny protest przeciwników obostrzeń wprowadzonych w związku z pandemią koronawirusa przerodził się w uliczną walkę protestujących z policją. Kilka osób trafiło do szpitala, aresztowano ponad pięćdziesięciu demonstrantów.

Sąd w Rotterdamie skazał na karę pięciu miesięcy więzienia Sharon M., mieszkankę wioski Spijkenisse w środkowej Holandii, musi ona ponadto zapłacić 1000 euro grzywny. Sharon M. udowodniono atak na policjanta. Rzucała także kamieniami w policyjny radiowóz. Mieszkającemu niedaleko Rotterdamu Terence’owi van den B. udowodniono rzucanie kostką brukową w funkcjonariuszy.

Kolejne procesy

– Atakowanie policji to jest bardzo poważna sprawa – ocenił sędzia, który zdecydował także, że skazani przez rok nie będą mieli wstępu do centrum Amsterdamu.

W najbliższych dniach odbędą się procesy kolejnych zatrzymanych. Minister sprawiedliwości Ferd Grapperhaus poinformował, że po zamieszkach, które miały miejsce także w innych miastach, zatrzymano 173 osoby i zaznaczył, że aresztowań będzie więcej.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Ordynator szpitala psychiatrycznego brał łapówki za umieszczenie skazanych na oddziale

Poznańscy policjanci zatrzymali ordynatora z wojewódzkiego szpitala psychiatrycznego w Gnieźnie. Według wielkopolskiego oddziału Prokuratury Krajowej, lekarz miał za łapówki umożliwiać skazanym uniknięcie kary. Umieszczał ich na swoim oddziale. Według śledczych proceder trwał na pewno kilka lat. Ustalana jest liczba skazanych, którym Mariusz S. umożliwił uniknięcie odsiadki. Może być pokaźna. Od każdego ze skazanych ordynator miał brać 5 tys. zł łapówki. W jego domu natomiast w torbach policjanci natrafili na 1,2 mln zł w łapówce.

Poza lekarzem w ręce funkcjonariuszy wpadło jeszcze dwóch mężczyzn – jeden miał pośredniczyć w kontaktach psychiatry z półświatkiem, drugi został zatrzymany za wręczenie łapówki. Jak informuje prokuratura, Mariusz S. przyznał się do popełnienia zarzuconych mu przestępstw.

Trzej mężczyźni zostali tymczasowo aresztowani na 3 miesiące. Grozi im do 8 lat więzienia.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Byli właściciele huty Ilva skazani na 20 lat więzienia

Włoski sąd skazał w poniedziałek byłych właścicieli huty Ilva, Fabio i Nicolę Riva, na odpowiednio 22 i 20 lat więzienia za dopuszczenie do emisji śmiertelnych zanieczyszczeń. Huta, niegdyś największy producent stali w Europie, przez ponad pół wieku emitowała śmiertelną mieszankę rakotwórczych dioksyn i cząstek mineralnych, który według lekarzy spowodowała gwałtowny wzrost zachorowań na raka w sąsiednim mieście Taranto.

Kończąc trwający pięć lat proces, sąd w Taranto skazał na kary więzienia również innych byłych dyrektorów Ilva, a także byłego szefa regionu Puglia, Nichi Vendola, który otrzymał wyrok 3 i pół roku więzienia.

Wszyscy oskarżeni mają prawo do dwóch apelacji przed uprawomocnieniem się wyroku.

Bracia Riva, którzy wcześniej zaprzeczali jakimkolwiek zarzutom, nie skomentowali sprawy. Vendola wydał oświadczenie, w którym zaprzeczył wszelkim oskarżeniom i powiedział, że będzie się odwoływał.

– To jest jak życie w odwróconym świecie, gdzie ci, którzy pracowali dla dobra Taranto są skazani bez cienia dowodów – skomentował.

Ilva w szczytowym okresie produkowała ponad 10 milionów ton stali rocznie, ale sędziowie interweniowali w 2012 roku i orzekli, że musi zostać uporządkowana lub zamknięta, zarzucając rodzinie Riva, że pozwoliła na rozwój katastrofy ekologicznej.

Raport z 2016 r. sporządzony przez regionalny urząd zdrowia podkreślił wpływ Ilvy na Taranto.

Wykazał on, że wskaźniki zgonów z powodu raka płuc były o około 30 proc. wyższe niż normalnie w dzielnicach w pobliżu zakładu, podczas gdy zgony z powodu chorób układu oddechowego były aż o 50 proc. wyższe od średniej. Pracownicy Ilva byli o 41 proc. bardziej narażeni na zachorowanie na raka żołądka i o 72% bardziej narażeni na raka opłucnej.

Rząd przejął kontrolę nad hutą w 2015 roku, aby zabezpieczyć około 16 000 miejsc pracy i osiągnął porozumienie w sprawie sprzedaży zakładu firmie ArcelorMittal w 2018 roku.
Źródło info i foto: rp.pl

USA: Dwóm mężczyznom skazanym śmierć sąd przyznał 75 mln dolarów odszkodowania

Sąd w Północnej Karolinie przyznał 75 milionów dolarów dwóm czarnoskórym, niepełnosprawnym intelektualnie przyrodnim braciom, którzy spędzili dziesięciolecia za kratkami po tym, jak zostali niesłusznie skazani za gwałt i morderstwo 11-letniej dziewczynki w 1983 roku.

Ośmioosobowa ława przysięgłych w piątek zdecydowała, że Henry McCollum i Leon Brown powinni otrzymać po 31 milionów dolarów odszkodowania, 1 milion dolarów za każdy rok spędzony w więzieniu, podał The News & Observer. Przyznano im również 13 milionów dolarów rekompensaty.

Ława przysięgłych, która wysłuchała wszystkich dowodów – w tym ukrywanych dowodów – uznała Henry’ego i Leona za niewinnych, uznała, że zostali oni ewidentnie i potwornie pokrzywdzeni i zrobiła wszystko, co może zrobić prawo, aby to naprawić – powiedział po rozprawie adwokat Raleigh Elliot Abrams, członek zespołu prawnego braci.

Byli nastolatkami, gdy zostali oskarżeni o zbrodnię

Obaj zostali zwolnieni z więzienia w 2014 roku po tym, gdy dowody testu DNA wskazujące na rzeczywistego mordercę doprowadziły do ich uniewinnienia. Byli nastolatkami, gdy zostali oskarżeni o zbrodnię, która wydarzyła się w Red Springs w hrabstwie Robeson w 1983 roku.

Adwokaci braci powiedzieli, że byli to przestraszeni nastolatkowie, przesłuchiwani przez policję i zmuszeni do przyznania się. McCollum miał wtedy 19 lat, a Brown 15. Obaj, na podstawie fałszywych dowodów, zostali uznani za winnych i skazani na karę śmierci.

McCollum spędził większość swoich 31 lat w celi śmierci, stając się najdłużej czekającym na jej wykonanie w Karolinie Północnej. Brownowi – który według doniesień gazety cierpi na schorzenia psychiczne związane z pobytem w więzieniu i wymaga opieki w pełnym wymiarze godzin – wyrok z czasem został zmieniony na dożywocie.

Piątkowy wyrok wskazał także na rolę byłych funkcjonariuszy policji Leroy Allen i Kenneth Snead, którzy brali udział w pierwotnym dochodzeniu. Scott MacLatchie, ich główny obrońca podczas swojej końcowej argumentacji próbował podważyć niewinność braci, podała gazeta, pomimo faktu, że zostali w pełni uznanych za niewinnych.

Mam swoją wolność – powiedział McCollum. Dziś w więzieniu jest jeszcze wielu niewinnych ludzi. I nie zasługują na to, żeby tam być.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Hongkong: Medialny magnat i „ojciec demokracji” skazani

Jimmy Lai, hongkoński magnat medialny znany z krytykowania komunistycznych władz Chin, został skazany na rok więzienia za udział w nielegalnym zgromadzeniu podczas prodemokratycznych protestów w 2019 roku. Zasiadający razem z nim na ławie oskarżonych pionier ruchu demokratycznego w Hongkongu Martin Lee został skazany na 11 miesięcy pozbawienia wolności w zawieszeniu. Wyroki w tej samej sprawie otrzymało także siedmiu innych działaczy.

Proces dotyczył marszu przeciwko władzom z sierpnia 2019 roku – jednej z największych demonstracji w historii miasta. W sprawie oskarżonych było dziewięć osób. Wśród nich znaleźli się m.in. Jimmy Lai, założyciel krytycznego wobec władz tabloidu „Pinggwo Yatbou” („Apple Daily”) oraz Martin Lee, wpływowy prawnik, były poseł, założyciel pierwszej partii demokratycznej w Hongkongu i współautor hongkońskiej konstytucji. Na ławie oskarżonych zasiadał także szereg innych wpływowych postaci ruchu demokratycznego, w tym byli posłowie Lee Cheuk-yan i Margaret Ng.

Na początku kwietnia sąd uznał już wszystkich oskarżonych za winnych zwołania lub udziału w zgromadzeniu, w którym przeszło – według organizatorów – 1,7 miliona ludzi, czyli blisko jedna czwarta wszystkich mieszkańców Hongkongu. Manifestacja miała generalnie pokojowy charakter, zwłaszcza na tle trwających wtedy gwałtownych protestów, ale odbyła się bez zgody policji.

Dwie dekady walki o demokrację

Lee zaangażował się w ruch demokratyczny już w latach 80. ubiegłego wieku, gdy Wielka Brytania negocjowała z Chinami przekazanie Hongkongu pod władzę Pekinu. – Ogień demokracji został rozpalony i pali się w sercach naszych ludzi. Nie zostanie ugaszony – mówił swoim zwolennikom i dziennikarzom, gdy nad Hongkongiem zawisła chińska flaga.

W 2017 roku, po 20 latach bezskutecznej walki o pełną demokrację, oceniał w rozmowie z Polską Agencją Prasową, że Pekin powinien „zachować się właściwie” i spełnić złożoną Hongkongowi obietnicę. Martwił się o praworządność w mieście, ale zapał i osiągnięcia młodych liderów demokratycznych, takich jak Joshua Wong i Nathan Law, napawały go optymizmem.

Dziś Wong siedzi w więzieniu, skazany na ponad półtora roku za protesty, a Law mieszka w Wielkiej Brytanii, gdzie otrzymał azyl polityczny. Podobnie jak szereg innych działaczy demokratycznych, wyjechał z Hongkongu po narzuceniu mu przez Pekin kontrowersyjnych przepisów bezpieczeństwa państwowego.

Łącznik między Wschodem a Zachodem

Martin Lee nigdy nie nawoływał do niepodległości i zawsze uważał się za Chińczyka. Chciał jednak chronić prawa Hongkończyków i wyegzekwować złożoną im obietnicę demokracji. Zabiegał o poparcie dla tej idei za granicą, za co Pekin nazywał go zdrajcą – podkreśla dziennik „New York Times”.

Według gazety Lee jest taki, jakim chciał być postrzegany Hongkong: wyrafinowany, odnoszący sukcesy i bez wysiłku łączący Wschód z Zachodem. Praktykujący katolik, urodzony w Hongkongu, wykształcony w Wielkiej Brytanii, mówi płynnie po angielsku, mandaryńsku i kantońsku.

Jego podejście do walki o demokrację określane bywa jako pragmatyczne, ale przesycone idealizmem i pełne nadziei. Skłonność do kompromisu z władzami sprawiała, że w ostatnich latach narażał się radykalnej części opozycjonistów.
Źródło info i foto: tvn24.pl