44-latek skazany na 9 lat więzienia. Zmuszał żonę do jedzenia odchodów dzieci. Dzieciom kazał znęcać się nad matką

W poniedziałek sąd w Utrechcie skazał 44-letniego mężczyznę na karę dziewięciu lat pozbawienia wolności za wyjątkowo bestialskie znęcanie się nad rodziną. Mężczyzna między innymi zmuszał dzieci do bicia swojej matki. Z informacji niderlandzkich mediów wynika, że mieszkająca w Utrechcie w Holandii rodzina była terroryzowana od 2007 r., jednak dopiero po tym jak w czerwcu ubiegłego roku żona została ugodzona nożem w udo, sprawa została zgłoszona na policję.

Z sądowego protokołu wyłania się makabryczny obraz życia ze zwyrodnialcem. Mężczyzna nie tylko bił żonę i dzieci, ale także zmuszał te ostatnie, aby znęcały się nad matką. Ta z kolei musiała pić i jeść odchody własnych dzieci.

Zasądzony wyrok był wyższy o rok od kary, jakiej domagał się prokurator.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

USA: Podpalił komisariat w Minneapolis. 23-latek musi zapłacić 12 mln dolarów

Cztery lata więzienia i 12 milionów dolarów kary – tak brzmi wyrok, który usłyszał 23-latek skazany za podpalenie komisariatu w Minneapolis. Budynek stanął w ogniu w trakcie gwałtownych protestów po zabiciu w tym mieście przez policjanta Afroamerykanina George’a Floyda. Dylan Shakespeare Robinson przyznał się do winy w grudniu. Jego prawnik William Mauzy stwierdził, że „nie ma żadnych szans”, by 23-latek był w stanie zapłacić tak wysoką karę.

Do podpalenia komisariatu przyznali się także trzej inni mężczyźni. Swoje wyroki usłyszą w późniejszych terminach. W trakcie zamieszek Robinson podpalił koktajl Mołotowa, który inna osoba rzuciła następnie w komisariat.

„Dostał wyrok za tysiące osób, które brały w nich udział”

– Zdecydował się zrezygnować z pokojowego protestu, zamiast tego wybrał przemoc i zniszczenie – powiedział prokurator Anders Folk. Podpalenie – jak dodał – „przyczyniło się do powszechnego bezprawia w Minneapolis” i mogło doprowadzić do utraty przez kogoś życia.

Mauzy stoi na stanowisku, że 23-latek nie ponosi większej winny niż inni uczestnicy demonstracji. – Dostał wyrok za tysiące osób, które brały w nich udział. (…) Wielu innych, znacznie bardziej winnych niż Robinson, nie zostało zidentyfikowanych – stwierdził.

Po zabójstwie Floyda pod koniec maja ubiegłego roku w amerykańskich miastach dochodziło do gwałtownych protestów, które po zmroku przeradzały się niekiedy w grabieże i starcia z policją. Jedne z największych miały miejsce w Minneapolis.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Sąd w Białej Podlaskiej odrzucił wniosek lekarza Macieja T. o odroczenie kary pozbawienia wolności

Sąd Rejonowy w Białej Podlaskiej nie uwzględnił kolejnego wniosku bialskiego lekarza Macieja T. o odroczenie wykonania kary pozbawienia wolności.

We wtorek sąd nie podzielił argumentu lekarza jakoby osadzenie jego w więzieniu miało przynieść zbyt ciężkie skutki dla neonatologa oraz jego rodziny. Sędzia Barbara Markowska, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Lublinie, poinformowała nas, że to postanowienie nie jest prawomocne.

W lutym 2020 r. Sąd Rejonowy w Białej Podlaskiej uznał lekarza neonatologa winnego tego, że w lipcu 2018 roku „w krótkich odstępach czasu w wykonaniu z góry powziętego zamiaru wielokrotnie kontaktował się z małoletnią za pośrednictwem portalu internetowego i składał jej propozycje obcowania płciowego, poddania się i wykonania innych czynności seksualnych oraz zmierzał do ich realizacji. ” Ponadto sąd uznał Macieja T. winnym tego, że także wtedy doprowadził 14-letnią dziewczynę do poddania się innym czynnościom seksualnym oraz doprowadził do wykonania przez nią „innych czynności seksualnych”. Obrońcy doktora wnieśli apelację, ale w październiku 2020 r. Sąd Okręgowy w Lublinie zaskarżony wyrok utrzymał w mocy
Źródło info i foto: bialasiedzieje.pl

Pedofil Mariusz T. skazany na sześć lat więzienia za posiadanie pornografii z udziałem dzieci

Jak poinformowała Polska Agencja Prasowa, Mariusz T. został we wtorek skazany na sześć lat pozbawienia wolności za posiadanie pornografii dziecięcej. Mężczyzna popełnił przestępstwo w trakcie pobytu w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie. W 2014 r. Mariusz T., po odbyciu kary 25 lat więzienia za zabójstwo czterech chłopców z Piotrkowa Trybunalskiego, trafił do Krajowego Ośrodka Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie.

Dwa lata później, w trakcie jednego z przeszukań, znaleziono u niego nośniki cyfrowe z dziecięcą pornografią. Akt oskarżenia przeciwko Mariuszowi T. oraz Mirosławowi S. – ówczesnemu współlokatorowi T. – prokuratura skierowała do Sądu Rejonowego w Gostyninie w 2018 r., a proces rozpoczął się w kwietniu 2019 r.

We wtorek Sąd Rejonowy w Gostyninie skazał Mariusza T. na sześć lat pozbawienia wolności. Wobec Mirosława S. wymierzono karę roku więzienia. Sędzia Iwona Wiśniewska-Bartoszewska, rzeczniczka płockiego Sądu Okręgowego, któremu podlega gostyniński Sąd Rejonowy, poinformowała w rozmowie z Polską Agencją Prasową, że wyrok nie jest prawomocny.

– Za posiadanie treści pornograficznych z udziałem dzieci oraz posiadanie wytworzonego wizerunku osoby małoletniej sąd wymierzył Mariuszowi T. karę łączną sześciu lat pozbawienia wolności, natomiast wobec drugiego oskarżonego, który stanął pod zarzutem posiadania wytworzonego wizerunku osoby małoletniej, sąd orzekł rok pozbawienia wolności – przekazała sędzia Wiśniewska-Bartoszewska.

Od września 2019 r. T. przebywa w jednym z zakładów karnych, gdzie odbywa karę pięciu lat i sześciu miesięcy pozbawienia wolności za posiadanie pornografii dziecięcej w latach 2006-14 (w tym czasie przebywał w zakładzie karnym w Strzelcach Opolskich).
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Lizbona: Mafijny boss zatrzymany w szpitalu zakaźnym

– W 2019 roku uciekł z Mediolanu po tym, jak skazano go na dożywocie. Od tamtej pory był nieuchwytny – relacjonuje Marco Guerrini, komendant karabinierów z Kalabrii. Mowa o Francescu P., winnym zlecenia zabójstwa, handlu narkotykami i kierowania zorganizowaną grupą przestępczą. W marcu przestępca zakaził się koronawirusem i trafił na oddział szpitala w Lizbonie. To tam w poniedziałek zatrzymali go uzbrojeni funkcjonariusze.

W kręgach przestępczych znany jako „Ciccio Pakistan” (w języku włoskim „ciccio” to potoczne określenie pulchnej lub otyłej osoby) Francesco P. był jednym z „mózgów” narkotykowego biznesu mafii z południa Włoch, ‚Ndranghety. Odpowiadał też za kontakty z organizacjami przestępczymi z sąsiednich krajów.

Zniknął w czerwcu, dwa lata temu. – W 2019 uciekł z Mediolanu po tym, jak uprawomocnił się wyrok sądu skazującego go na dożywocie. Sędzia uznał, że to on zlecił zamach, który miał miejsce 24 grudnia 2006 roku. Zmarła wtedy żona jego przeciwnika, który kierował odrębnym gangiem – informuje Marco Guerrini, komendant karabinierów z Kalabrii.

W ubiegłym roku włoska policja wdrożyła projekt ‚I Can” skupiający się szczególnie na wyłapywaniu przestępców związanych z ‚Ndranghetą. Listę poszukiwanych przekazano do Interpolu, zapoznali się z nią również śledczy z Portugalii. I to właśnie dzięki alarmowi ze strony Portugalczyków udało się ustalić, że Francesco P. najprawdopodobniej znajduje się w sercu Lizbony.

Uzbrojeni funkcjonariusze wkroczyli w poniedziałek do jednej z sal szpitala São José i zatrzymali Francesca P. Przebywał tam od kilku dni ze względu na kiepski stan zdrowia – był zakażony koronawirusem. Wobec 44-latka rozpoczęła się już procedura ekstradycji do Włoch. Obecnie cierpi z powodu powikłań po COVID-19, dlatego pozostaje w placówce. Jest pilnowany przez całą dobę.

Odwet za strzał w plecy

Jak informuje komendant kalabryjskich karabinierów, Francesco P. figurował na liście 30 najniebezpieczniejszych włoskich uciekinierów, w tym ośmiu przedstawicieli ‚Ndranghety uznawanych za najgroźniejszych, mimo że od 2006 roku porusza się na wózku inwalidzkim.

31 czerwca tamtego roku ktoś postrzelił go, kiedy siedział na tarasie swojego domu. Trzymał w rękach swojego nowo narodzonego synka. Dziecko przeżyło, ale kula trafiła P. w plecy i uszkodziła kręgosłup – od tamtej pory jest niepełnosprawny. Niespełna pół roku później postanowił się zemścić. 24 grudnia 2006 roku zlecił zamach na przywódcę lokalnego wrogiego gangu Giovanniego Lukę Nirtę. Temu udało się przeżyć, ale zmarła wtedy jego żona Maria Strangio. Dodatkowo podczas wymiany ognia zraniono cztery przypadkowe osoby. To właśnie za ten zamach P. został skazany na dożywocie.

Zemsta za wigilijny atak nadeszła ze strony brata zmarłej Marii, który zainicjował strzelaninę w sierpniu 2007 roku w niemieckim Duisburgu. Zmarło wtedy sześciu bliskich współpracowników Francesca P. Brat Marii, Giovanni S. trafił za to do więzienia, odsiaduje wyrok dożywocia – podaje włoska agencja prasowa ANSA.

Źródło dochodów: kokaina
‚Ndrangheta jest uważana za jedną z najpotężniejszych organizacji przestępczych na świecie. Według włoskiej policji kontroluje około 80 procent międzynarodowego handlu kokainą. ‚Ndrangheta ma kupować narkotyki bezpośrednio w Kolumbii i sprowadzać je do Europy zarówno poprzez pośredników w Afryce, jak i przez holenderskie porty.

Obok sycylijskiej Cosa Nostry oraz działającej w Neapolu Camorry ‚Ndrangheta to największa włoska mafia. Zyski, jakie mafijna organizacja czerpie z handlu kokainą, szacuje się na 40 miliardów euro rocznie.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Sprawa Nawalnego. Zmarł kolejny lekarz ze szpitala, w którym leczony był opozycjonista

Zmarł kolejny lekarz ze szpitala w Omsku na Syberii, w którym latem 2020 roku leczony był Aleksiej Nawalny – poinformowało Radio Swoboda. Brak informacji, by lekarz ten, Rustam Agiszew, zajmował się leczeniem opozycjonisty. 63-letni Rustam Agiszew kierował oddziałem chirurgii urazowej i ortopedii w Szpitalu nr 1 Pogotowia Ratunkowego w Omsku. Pracował w tej placówce przez 30 lat. Przyczyną śmierci był udar.

Na początku lutego zmarł na atak serca Siergiej Maksimyszyn, zastępca lekarza naczelnego omskiego szpitala. Współpracownik Nawalnego Leonid Wołkow mówił wówczas, że lekarz ten najlepiej znał stan Nawalnego.

Awans lekarza

Wcześniej inny zastępca lekarza naczelnego Anatolij Kalininczenko odszedł z pracy i zatrudnił się w klinice prywatnej. W czasie, gdy Nawalny znajdował się w Szpitalu nr 1, Kalininczenko zajmował się jego leczeniem i kontaktował się z lekarzami z Niemiec, którzy potem zabrali opozycjonistę do Berlina.

Tuż po hospitalizacji Nawalnego Kalininczenko również rozmawiał z prasą. Potem kontakty z mediami przejął szef szpitala Aleksandr Murachowski. Według Radia Swoboda to właśnie Murachowski przez dwie doby nie zezwalał na transport Nawalnego do Niemiec. W następnych miesiącach Murachowski awansował – został mianowany szefem regionalnego resortu zdrowia w obwodzie omskim.

Próba otrucia

Nawalny w sierpniu 2020 roku stracił przytomność na pokładzie samolotu lecącego z Tomska na Syberii do Moskwy. Po awaryjnym lądowaniu w Omsku trafił do tamtejszego szpitala. Na prośbę rodziny został przetransportowany lotniczą karetką pogotowia do Niemiec. Przeszedł tam leczenie i rehabilitację. Władze niemieckie uznały, że opozycjonistę próbowano w Rosji otruć bojowym środkiem chemicznym z grupy nowiczok. Władze Rosji temu zaprzeczają.
Źródło info i foto: interia.pl

Wielka Brytania: 36-letni Polak skazany. Upozorował własne porwanie

36-letni Polak został skazany przez brytyjski sąd na karę więzienia za sfingowanie własnego porwania. Jak się okazało mężczyzna cały czas był bezpieczny we własnym domu. Informacja o rzekomym porwaniu postawiła na nogi miejscowe służby. Mariusz K. – „utalentowany kucharz z Trowbridge” – jak określają go brytyjskie media, zaalarmował SMS-em swojego szefa, że został porwany i wywieziony w bagażniku samochodu za miasto. 

Według jego relacji, porywacze chcieli odzyskać pieniądze, które był im winny – chodziło o kilka tysięcy funtów. O zdarzeniu poinformował również swoją polską przyjaciółkę, którą poprosił o pomoc. 

Po kilku godzinach mężczyzna przesłał wiadomość, że udało mu się uciec porywaczom. Spotkał się ze swoją przyjaciółką twierdząc, że jego rodzina ciągle jest w niebezpieczeństwie, a on musi przekazać porywaczom 1600 funtów. Kobieta wzięła w banku pożyczkę i przekazała całą kwotę Polakowi. 

Kłopoty finansowe

Sprawą porwania zajęła się policja. Nad rozwikłaniem zagadki pracowało 22 funkcjonariuszy. W końcu cała prawda wyszła na jaw. Okazało się, że historia z porwaniem została zmyślona przez 36-letniego Polaka. Mężczyzna miał sfingować swoje porwanie z powodu problemów finansowych. W czasie rzekomego porwania cały czas przebywał w swoim mieszkaniu. 

36-latek został oskarżony o składanie fałszywych zeznań i wprowadzenie służb w błąd. Obrońca Polaka wnioskował o łagodny wyrok, który nie skutkowałby ograniczeniem wolności. Argumentował to faktem, że 36-latek „nie chciał wpędzić innych w kłopoty”.

W lutym sąd w Salisbury uznał naszego rodaka winnym. 22 marca Polak usłyszał wyrok – 16 miesięcy pozbawienia wolności. – To niezwykły, dziwny i raczej smutny przypadek – stwierdził sędzia ogłaszający wyrok. 

36-latek musi również zwrócić wraz z nawiązką pieniądze, które wyłudził od swojej przyjaciółki.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Jest wyrok za napaść na policjantów w czasie Marszu Równości

Na rok więzienia w zawieszeniu i konieczność zapłaty na cel społeczny 3 tys. zł świadczenia pieniężnego skazał w poniedziałek Sąd Rejonowy w Białymstoku młodego mężczyznę oskarżonego m.in. o czynną napaść na policjantów w czasie Marszu Równości. Skazany był uczestnikiem kontrmanifestacji. Wyrok nie jest prawomocny.

Marsz Równości z lipca 2019 roku odbywał się pod hasłem „Białystok domem dla wszystkich”; był legalny, ale towarzyszyło mu kilka kontrmanifestacji, których uczestnicy kilkakrotnie próbowali go zablokować. W stronę uczestników marszu rzucano kamieniami, petardami, jajkami i butelkami, wykrzykiwano też obraźliwe słowa, policja musiała użyć gazu.

Rzucanie kostką brukową

Ostatecznie ustaliła ponad 140 osób, które popełniły różne wykroczenia, w kilku przypadkach były też zarzuty karne, m.in. dotyczące pobić. Białostockie sądy wciąż zajmują się tymi sprawami.

Oskarżonemu, którego sprawą sąd rejonowy zajmował się w poniedziałek, prokuratura zarzuciła udział w zbiegowisku, którego celem było zablokowanie przejścia uczestników Marszu Równości oraz czynną napaść na kilku policjantów zabezpieczających to zgromadzenie, w stronę których miał rzucać kostką brukową.

Proces zakończył się w ciągu jednego dnia, oskarżony złożył wniosek o wyrok bez konieczności przeprowadzania postępowania dowodowego. W śledztwie przyznał się do udziału w blokowaniu marszu, ale nie do czynnej napaści na funkcjonariuszy. „Rzucałem, ale nie w stronę policji tylko w zupełnie inną stronę. To było pod presją tłumu” – mówił wtedy. Przed sądem zapewniał, że żałuje tego co zrobił i powtórzył, że był pod presją tłumu. Prosił o łagodną karę.

– Wszystko, co było w aktach sprawy, za wyjątkiem części wyjaśnień, ewidentnie świadczyło o tym, że pan popełnił zarzucane mu przestępstwo – mówił w ustnym uzasadnieniu wyroku sędzia Piotr Markowski. Zwracając się do skazanego powiedział, że oznacza to, iż nie toleruje on „innych osób”. – A nasza przestrzeń jest dla każdego, należy się i tym, co inaczej myślą i tym, co po pana myśli myślą – mówił podkreślając, że chodzi o to, by nie naruszało to wolności innych obywateli.

Sędzia mówił, że dowody na to, iż skazany rzucał w policjantów kostką brukową „są ewidentne”. – To, co działo się w tamtym miejscu niestety z tolerancją nie ma nic wspólnego – dodał.

Jaka kara?

Sędzia Markowski wyjaśnił, że wpływ na zawieszenie wykonania kary (na trzy lata) miała dotychczasowa niekaralność sprawcy oraz to, że wyraził żal.

Świadczenie pieniężne (wpłata na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym i Pomocy Postpenitencjarnej) ma być finansową dolegliwością pokazującą, że „nie opłaca się w ten sposób postępować”. – Warunkowe zawieszenie wykonania kary ma nie oznaczać, że pan bezrefleksyjnie wyjdzie z tej sali i pomyśli sobie, że udało się. Tylko że będzie nadzór kuratora, będzie długi okres próby i ta wpłata w kwocie 3 tys. zł, która – gdy pan będzie ją uiszczał – z pewnością spowoduje myślenie, że nie opłacało się – powiedział sędzia.

Skazany ma też zapłacić 1,4 tys. zł kosztów sądowych. Sędzia powtórzył, że to również powinno dać do myślenia i świadczyć o tym, że „chyba jednak się nie opłaca”.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Ksiądz gwałcił 12-letnią Mariannę i ją okaleczał. Wciąż nie został skazany

Ksiądz gwałcił 12-letnią Mariannę i ją okaleczał. Działo się to regularnie przez półtora roku. Kapłan pozostaje na wolności i dziewczyna boi się, że może krzywdzić kolejne dziecko.

Wszystko zaczęło się w 2013 roku – podają „Fakty TVN”. – Ja miałam wtedy 12 lat, jak poszłam na kółko biblijne – tak swoją historię rozpoczyna Marianna, ofiara księdza pedofila. Po pewnym czasie prowadzący zajęcia w małopolskiej parafii ksiądz prosił, by dziewczynka zostawała, przepisywała mu kazania, a potem – żeby się rozbierała.

Musiałam się rozebrać, tak jak już wcześniej bywało, i po prostu wziął mnie i posadził jakby na sobie – opowiada Marianna. I tak co piątek, przez półtora roku, ksiądz gwałcił dziewczynkę. Mówił, że tylko do tego ona się nadaje, i groził, że ją zabije. Bała się i wstydziła powiedzieć komukolwiek, także o tym, że ciął ją po plecach i w okolicach miejsc intymnych.

Brał taki nożyk, po prostu kazał mi się położyć. I tak jeździł po ciele, dopóki nie przeciął. (…) Już wolałam ten nóż, bo to przynajmniej nie sprawiało, że czułam się taka okropnie brudna po prostu, tak strasznie się wstydziłam – wyznaje Marianna.

Sprawa umorzona

Choć dziewczyna wskazała księdza jako sprawcę jednego gwałtu, prokuratura w Miechowie umorzyła sprawę. Pełnomocnik składał skargi na prokurator Wiolettę Jędrychowską-Jaros, która prowadzi śledztwo. Kilka lat temu podpisała się pod umorzeniem. – Ja się pierwszy raz spotykam z taką przewlekłością. (…) Dla mnie to jest odwrócenie po prostu pewnych ról, dlatego że prokurator powinien stać przy pokrzywdzonym – mówi pełnomocnik.

W oświadczeniu Prokuratury Okręgowej w Krakowie napisano, że konieczne było przedłużenie śledztwa do 23 maja 2021 roku. Co do agresywnego sposobu przesłuchania dziewczyny – że prokurator ma prawo zadawać pytania „niezależnie od tego, czy udzielenie na nie odpowiedzi jest dla świadka wygodne czy też nie”.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Proboszcz z Tarnobrzega skazany za molestowanie seksualne

Prokuratura w Tarnobrzegu oskarżyła, obecnie 58-letniego księdza, b. proboszcza parafii Miłosierdzia Bożego w Tarnobrzegu, o dopuszczenie się wobec małoletniego poniżej 15. roku życia tzw. innych czynności seksualnych. Kodeks karny przewiduje za to karę od 2 do 12 lat pozbawienia wolności. Ponadto ks. Józef G. odpowiadał za nakłanianie pokrzywdzonego groźbą do złożenia korzystnych dla księdza zeznań.

Sąd wymierzył mu karę trzech lat pozbawienia wolności. Skazał go też na ośmioletni zakaz pracy z dziećmi. Ponadto księdzu przez osiem lat nie wolno w żaden sposób kontaktować z pokrzywdzonym i zbliżać się do niego na odległość mniejszą niż 100 metrów. Ma mu również zapłacić 20 tys. zł nawiązki oraz pokryć koszty zastępstwa procesowego 10 tys. zł dla pełnomocnika pokrzywdzonego.

Przeniesiony do innej parafii

Do molestowania 12-letniego chłopca (później kleryka jednego z seminariów duchownych) miało dojść w latach 2005-2006. Pokrzywdzony – jak podają lokalne media – zawiadomił wówczas o tym kurię w Sandomierzu (woj. świętokrzyskie), ale zawiadomienie wraz z nagraniem, które miało być dowodem przestępstwa, „zaginęło” w kurii. Niedługo później ówczesny biskup sandomierski Andrzej Dzięga przeniósł ks. Józefa G. do innej parafii w Ostrowcu Świętokrzyskim, gdzie duchowny pełnił posługę przez wiele lat; nadal pracował z dziećmi, został wykładowcą akademickim.

Arcybiskup Dzięga, obecnie metropolita diecezji szczecińsko–kamieńskiej, był świadkiem w sprawie.

Ksiądz zmuszał do fałszywych zeznań

W 2019 roku pokrzywdzony poinformował ks. Tadeusza Isakowicza–Zaleskiego, że był molestowany. Ksiądz Isakowicz-Zaleski zawiadomił o tym prymasa Polski, a także sandomierską kurię.

W reakcji na zawiadomienie pełnomocnik biskupa sandomierskiego do spraw molestowania seksualnego nieletnich powiadomił prokuraturę. Jednak śledztwo kilka miesięcy później zakończyło się umorzeniem, ponieważ ofiara nie potwierdziła swoich oskarżeń.

Tymczasem w równolegle prowadzonym śledztwie kościelnym wyszło na jaw, że pokrzywdzony był w 2019 r. zastraszany przez ks. Józefa G. i zmuszany do składania fałszywych, korzystnych dla duchownego zeznań. Kuria przekazała te informacje do prokuratury. W efekcie śledztwo zostało we wrześniu 2020 roku ponownie wszczęte. Wówczas też ksiądz został zatrzymany i trafił do aresztu.

Prokuratura postawiła mu zarzut zmuszania ministranta do tzw. innych czynności seksualnych oraz zarzut bezprawnego wpływania na pokrzywdzonego, aby ten złożył korzystne dla duchownego zeznania.

Ksiądz w toku śledztwa nie przyznał się do zarzucanych mu czynów i złożył obszerne wyjaśnienia. Ale – jak informował wówczas rzecznik tarnobrzeskiej prokuratury prok. Andrzej Dubiel – zeznania podejrzanego były sprzeczne z zebranym w śledztwie materiałem dowodowym.
Źródło info i foto: Dziennik.pl