Grzegorz Bierecki wezwany w sprawie brutalnego pobicia byłego wiceszefa KNF

Senator Prawa i Sprawiedliwości i twórca SKOK Grzegorz Bierecki zostanie wezwany jako świadek przez sąd, który bada sprawę brutalnego pobicia byłego wiceszefa Komisji Nadzoru Finansowego Wojciecha Kwaśniaka – ustalił Onet. Według śledczych zleceniodawcą pobicia był Piotr P. – były oficer Wojskowych Służb Informacyjnych i członek rady nadzorczej SKOK-u Wołomin. Wojciech Kwaśniak, który jako wiceszef KNF nadzorował kontrolę w SKOK Wołomin, padł ofiarą brutalnego ataku w maju 2014 roku. Został pobity przed swoim domem w warszawskim Wilanowie. Jak przypomina Onet, w wyniku ataku Kwaśniak na głowie 40 szwów. Lekarze stwierdzili cztery rany tłuczone, złamanie kości ciemieniowej oraz kości śródręcza. Urzędnik spędził potem 2 miesiące w szpitalu.

Impulsem do wezwania Biereckiego na świadka miała być jego wypowiedź dla mediów, dotycząca pobicia Wojciecha Kwaśniaka. Stwierdził on: Nie wiem, jakie były przyczyny pobicia, na pewno były związane z działalnością nadzorczą, ale czy chodziło o zablokowanie skutecznej działalności, czy też chodziło o inne okoliczności. To już prokuratura jest w stanie wyjaśnić. Osoby, które zlecały i wykonały pobicie, są w rękach wymiaru sprawiedliwości. Nie jest tak, że bandyta zawsze bije tego dobrego.

Zdaniem prokuratury zleceniodawcą pobicia Wojciech Kwaśniaka był Piotr P. – były oficer Wojskowych Służb Informacyjnych i członek rady nadzorczej SKOK-u Wołomin. To on miał wynająć – poprzez Krzysztofa A. ps. Brzydki Krzysiek – Krzysztofa A. ps. „Twardy”.

Akt oskarżenia ws. pobicia byłego wiceszefa KNF wpłynął do sądu w 2015 roku. Kiedy wydawało się, że sprawa jest już na finiszu, pod koniec 2017 r. sędzia poszła na długie zwolnienie związane z urlopem macierzyńskim. Proces zaczął się od początku w 2019 r. Przed Sądem Rejonowym dla Warszawy Mokotowa dziś odbyła się kolejna rozprawa w sprawie oskarżonego o zlecenia pobicia Piotra P. (mężczyzna od stycznia 2021 r. przebywa na wolności) – pisze Onet.

Policja od początku zakładała, że atak na Kwaśniaka miał związek z jego działalnością w KNF – to on doprowadził do kontroli w SKOK Wołomin, z którego wyprowadzono miliony złotych. Jak podkreśla portal, „mózgiem operacji” miał być wspomniany Piotr P. Zarzuty w sprawie SKOK Wołomin usłyszał jednak w 2018 roku… były wiceszef KNF Wojciech Kwaśniak. Miał on nie dopełnić obowiązków przy badaniu nieprawidłowości w SKOK Wołomin. Zatrzymanie zostało jednak uznane za bezzasadne i nakazano wypłatę zadośćuczynienia w wysokości 15 tys. złotych.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Szwajcaria: Cała rodzina skoczyła razem z balkonu

Na ulicy obok kasyna w Montreux w Szwajcarii znaleziono cztery martwe osoby i jedną ciężko ranną. Wszyscy należeli do tej samej rodziny. Z zeznań świadków wynika, że wspólnie wyskoczyli z balkonu. Do tragicznego zdarzenia doszło około godziny 6 rano w Montreux w Szwajcarii. Na ulicy w pobliżu budynku kasyna znaleziono cztery martwe osoby i jedną ciężką ranną. Chociaż oficjalnie identyfikacja wciąż trwa policja z kantonu Vaud ustaliła już, że wszyscy należeli do tej samej rodziny.

Jak przekazuje szwajcarski dziennik Le Temps, ofiary to: 40-letni mężczyzna, jego 41-letnia żona, ich 8-letnia córka i 41-letnia siostra bliźniaczka kobiety. Jedynym ocalałym jest 15-letni chłopiec, który w krytycznym stanie trafił do szpitala. Cała piątka to obywatele Francji.
Źródło info i foto: o2.pl

Pół miliona złotych za płatną protekcję? Wśród zatrzymanych były mąż Marty Kaczyńskiej

Pół miliona złotych łapówki mieli przyjąć od jednego z biznesmenów znany adwokat Marcin D. oraz były wiceminister skarbu Przemysław M. – dowiedział się nieoficjalnie reporter RMF FM. W poniedziałek wszyscy trzej mężczyźni zostali zatrzymani przez CBA w śledztwie dotyczącym nieprawidłowości w nadzorze nad SKOK Wołomin. W zamian za łapówkę adwokat oraz były urzędnik rządowy mieli – zapewniając o swoich wpływach w różnych instytucjach państwowych – załatwiać, żeby do władz SKOK Wołomin trafiła wskazana przez biznesmena osoba.

Miała ona gwarantować dalsze udzielanie kredytów na „słupy”, w czasie gdy było już wiadomo o kłopotach finansowych SKOK-u. Po południu będzie wiadomo, czy prokuratura złoży wnioski o areszt dla podejrzanych.
Źródło info i foto: RMF24.pl

ABW w spółce senatora PiS Grzegorza Biereckiego

Funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego na zlecenie Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku zabezpieczyli dokumenty finansowo-księgowe Spółdzielczego Instytutu Naukowego w Sopocie, którego prezesem jest senator PiS Grzegorz Bierecki. Ma to związek z prowadzonym od kwietnia przez gdańską prokuraturę apelacyjną śledztwem, w którym badane jest, czy nie doszło do nieprawidłowości w związku z likwidacją Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych, będącej głównym udziałowcem Krajowej Spółdzielczej Kasy Oszczędnościowo-Kredytowej.

Rzecznik prasowy Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku Mariusz Marciniak potwierdził w czwartek, że ABW zwróciła się do przedstawicieli Spółdzielczego Instytutu Naukowego G. Bierecki Spółka Jawna z siedzibą w Sopocie o wydanie dokumentów o charakterze finansowo-księgowym. Miało to miejsce we wtorek.

– Dokumenty te zostały dobrowolnie udostępnione, przy pełnej współpracy pracowników Instytutu, bez potrzeby wykonywania przeszukania pomieszczeń – wyjaśnił Marciniak.

Przypomniał, że prowadzone przez prokuraturę śledztwo dotyczy „podejrzenia zaistnienia w okresie od 04 grudnia 2010 r. do 31 października 2012 r. w Sopocie, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, nadużycia uprawnień w zakresie zarządzania majątkiem Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych, z siedzibą w Sopocie i wyrządzenia tej Fundacji szkody majątkowej w wielkich rozmiarach, w kwocie nie mniejszej niż 77 mln 350 tys. zł przez likwidację i przekazanie aktywów Fundacji, kolejno na rzecz różnych podmiotów gospodarczych, a finalnie na rzecz SIN”.

Śledztwo wszczęto po przeprowadzeniu czynności sprawdzających, w tym analizie treści pisma, jakie przewodniczący Komisji Nadzoru Finansowego wystosował do szefa Centralnego Biura Antykorupcyjnego.

– W sprawie rozpoczęto przesłuchania świadków. Nie ujawniamy tożsamości osób przesłuchanych i planowanych do przesłuchania – wyjaśnił Marciniak.

Jak podkreślił, do tej pory nikomu nie przedstawiono żadnych zarzutów.

– Nie informujemy, na tym etapie postępowania, o tym, czy zebrane dowody potwierdzają lub nie, podejrzenia wyprowadzenia pieniędzy lub nadużycia uprawnień w zakresie zarządzania majątkiem Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych i wyrządzenia tej Fundacji szkody majątkowej w wielkich rozmiarach – zaznaczył rzecznik prokuratury.

Dodał, że w toku postępowania przeanalizowano dokumenty rejestrowe Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych i następców prawnych tego podmiotu, zgromadzone w aktach Wydziału VIII Rejestrowego Sądu Rejonowego Gdańsk-Północ; udostępnione na wniosek prokuratora przez Spółdzielczy Instytut Naukowy oraz uzyskane z innych źródeł, w tym przede wszystkim z ministerstwa finansów, które nadzorowało działalność Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych oraz z Komisji Nadzoru Finansowego.

Prokuratura wystąpiła też do USA z wnioskiem o udzielenie międzynarodowej pomocy prawnej i o pozyskanie dokumentów ze Światowej Rady Związków Kredytowych.

Według doniesień mediów, z materiałów zgromadzonych przez KNF wynika, że majątek zlikwidowanej Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych, która kontrolowała system SKOK-ów i której prezesem był Grzegorz Bierecki (dziś senator), przekazany został do spółki będącej własnością kilku osób, w tym Biereckiego, mającego w niej najwięcej udziałów, nie zaś do instytucji w systemie SKOK, np. do Kasy Krajowej.

W kwietniu, kiedy prokuratura wszczęła śledztwo, Bierecki oświadczył, że z „z zadowoleniem przyjął decyzję o wszczęciu postępowania w sprawie rzekomych nieprawidłowości podczas likwidacji Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych”. „Wierzę, że prokuratura rzetelnie i szybko wyjaśni wszystkie kwestie budzące w ostatnich tygodniach zainteresowanie opinii publicznej” – napisał dodając, że „zainteresowanie to jest w sposób sztuczny podsycane przez polityków koalicji rządzącej oraz część przychylnych obecnej władzy mediów”.

– Jestem przekonany, że efektem pracy prokuratorów będzie zakończenie wreszcie opartej na pomówieniach medialnej nagonki na mnie, moich współpracowników oraz sektor spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych, który miałem zaszczyt współtworzyć – napisał w kwietniu senator PiS.

Bierecki zapewniał, że „majątkiem Fundacji na rzecz Polskich Związków Kredytowych dysponowano zgodnie z wolą Fundatora, zgodnie z polskim prawem oraz statutem Fundacji, zgodnie wreszcie z dobrymi praktykami i normami etycznymi”. – Proces ten był jawny, przeprowadzony w formie aktów notarialnych i odbywał się pod nadzorem sądu i ministerstwa finansów – napisał też Bierecki dodając, że „wobec osób i instytucji, które powielają spreparowane na potrzeby walki politycznej bezpodstawne zarzuty i kłamstwa dochodzi i będę dochodził swoich praw w sądzie”.

Z kolei w oświadczeniu wydanym na początku marca Bierecki, nawiązując do medialnych doniesień pisał, że „wszystkie zarzuty podnoszone w tych artykułach to kłamstwa”. – Kłamią na mój temat również politycy PO, z premier Ewą Kopacz na czele, prowadząc w ten sposób brudną kampanię wyborczą – oświadczył Bierecki.

SKOK-i działają w Polsce od 1992 r. System kas oszczędnościowo-kredytowych jest częścią światowego ruchu związków kredytowych; ideą takich związków jest to, że grupa ludzi wspólnie gromadzi oszczędności i udziela sobie wzajemnie pożyczek. W rozumieniu prawa SKOK nie jest bankiem. Działa w oparciu o ustawę o spółdzielczych kasach oszczędnościowo-kredytowych. Od października 2012 roku SKOK-i objęte zostały nadzorem KNF.
Żródło info i foto: wp.pl

Napadali na salony gier

Policja zatrzymała trzech mężczyzn z Oświęcimia i Chrzanowa którzy napadli na jeden z oświęcimskich salonów gier. To nie był pierwszy taki skok dobrze zorganizowanej przestępczej szajki.

O włamaniu do salonu gier w Oświęcimiu powiadomili policję ochroniarze lokalu. Udało im się również zatrzymać w pobliżu jednego ze sprawców. – Policjanci natychmiast pojechali na miejsce zdarzenia. Znalezienie pozostałych dwóch włamywaczy zajęło im niespełna godzinę. Wszyscy trzej mężczyźni, dwaj mieszkańcy Oświęcimia i jeden z powiatu chrzanowskiego, trafili do policyjnego aresztu – tłumaczy Mariusz Ciarka z małopolskiej policji. W trakcie śledztwa wyszło na jaw, że nie był to pierwszy skok przestępców.

– Mają oni również związek z dwoma innymi rozbojami w salonach gier oraz włamaniem do piekarni, których dokonali w październiku i listopadzie na terenie Oświęcimia – mówi Ciarka. Zatrzymani usłyszeli zarzuty rozbojów i włamania za co grozi im do 12 lat więzienia.
Żródło info i foto: Fakt.pl

Sprawa poszukiwanego konwojenta. Policja zatrzymała jego wspólników?

Policja zatrzymała pierwsze osoby zamieszane w kradzież 8 mln zł przez konwojenta z jednego z banków pod Poznaniem. Jak podaje Gazeta Wyborcza to trzy osoby z Łodzi. Mężczyzna jest policjantem w jednym z komisariatów w Łodzi. Pozostali zatrzymani to małżeństwo – były policjant i jego żona. Wszyscy mają być zamieszani we współudział w największym skoku na kasę w tym stuleciu w Polsce.

Z ustaleń policji wynika, że mężczyźni mieli wykorzystać swoje znajomości, aby zatrudnić konwojenta w poznańskiej firmie ochroniarskiej i pomóc mu przenieść się do Poznania. Obecnie nie wiadomo nadal, kim był złodziej 8 mln zł. Zatrzymani wspólnicy milczą i nie odpowiadają na zadawane pytania. Śledczy nie mają wątpliwości, że trójka łodzian była w zmowie ze złodziejem.

Policjanci posiadają dowody, że kontaktowali się wszyscy z konwojentem. Podejrzane jest też to, że kilka dni po kradzieży 8 mln zł, policjant z Łodzi wpłacił na swoje konto w banku kilkaset tysięcy złotych. Według Gazety Wyborczej poznański sąd uznał dowody za tyle mocne, aby aresztować dwóch mężczyzn. Żona jednego z nich została zwolniona, ale ma dozór policyjny.

Do spektakularnej kradzieży doszło na początku sierpnia. Grupa ochroniarzy podjechała pod bank odebrać pieniądze. Gdy dwóch z nich weszło do banku, konwojent odjechał furgonetką wypełnioną pieniędzmi. Policja znalazła auto, ale było wymyte chlorem, aby zatrzeć wszelkie ślady, Wiadomo również, że mężczyzna posługiwał się podrobionymi danymi osobowymi.
Żródło info i foto: Fakt.pl

Sylwia Ś. okradała klientów siłowni

Sylwia Ś. odwiedzała kluby fitness. Przychodziła z dużą torbą, ale zamiast stroju do ćwiczeń miała w niej zestaw do szybkiego otwierania szafek w szatni. Zabierała z nich portfele, telefony komórkowe, biżuterię, zegarki i inne gadżety. Na każdym takim skoku zarabiała kilka tysięcy złotych. Tylko w lipcu udało jej się okraść klientów sześciu klubów. Policjanci z Mokotowa ustalili w końcu, kto stoi za tajemniczymi kradzieżami, i zatrzymali przebiegłą 36-latkę. Sylwia Ś. jest funkcjonariuszom dobrze znana. Trzy lata temu usłyszała zarzuty za kradzieże na Śródmieściu.
Żródło info i foto: se.pl

Wciąż nie znaleziono konwojenta, który ukradł 8 mln złotych

– Broda tego mężczyzny jest zapuszczona specjalnie, jestem przekonany. Bardzo dokładnie analizowałem też zdjęcia jego twarzy i okularów. W 99 proc. są to szkła nielecznicze – mówił na antenie TVN24 Jerzy Dziewulski o konwojencie, który w Swarzędzu ukradł 8 mln zł. Cały czas trwają poszukiwania tego mężczyzny.

W lipcu w Swarzędzu jeden z konwojentów ukradł 8 mln złotych. Odjechał samochodem, w którym znajdowały się pieniądze, zagłuszył sygnał GPS, a przed porzuceniem auta w lesie wyczyścił je chlorem. Nie wiadomo kim jest mężczyzna, bo zatrudniając się rok temu w firmie ochroniarskiej podał dane innej osoby. – On się zatrudnił tam, gdzie nie można go sprawdzić. Kierowca praktycznie rzecz biorąc nie podlega sprawdzeniu. Jeśli dokumenty, które miał przy sobie, były na tę samą osobę, za którą się podał, to wystarczyło – mówił w TVN24 Jerzy Dziewulski.

„Mam do niego szacunek”

Były antyterrorysta podkreślił, że ma szacunek do tego mężczyzny. – Dlatego, że nie użył siły. Ciekawostką jest to, że pracował nad tą sprawą przez długi czas – zaznaczył. Dodał, że konwojent dokładnie zaplanował całą akcję. – Poza tym, że jest złodziejem, zrobił to profesjonalnie. Rzadko kiedy zdarza się taka kradzież – ocenił.

Dziewulski podkreślił, że nikt nie wie, kim ten złodziej jest. – Jego broda jest zapuszczona specjalnie, jestem przekonany. Bardzo dokładnie analizowałem zdjęcia jego twarzy i okularów. W 99 proc. są to szkła nielecznicze, tylko zwykłe. On nie zostawił śladów nie tylko w samochodzie, on nie zostawił też śladów w innych miejscach. Nie ma jego zdjęć z kumplami, została wyczyszczona jego szafka – doprecyzował.

Zauważył, że mężczyzna „zatarł ślady na tyle mocno, że pobranie próbek z jego szafki np. jest dość trudne”. – Nawet gdyby się udało, to dopasowanie tych próbek do człowieka, który nie był wcześniej notowany jest niewykonalne – stwierdził. I dodał: – Policja to rozgryza, ale przysięgam, że mają niezły wrzód na tyłku.
Żródło info i foto: tvn24.pl

Wciąż trwają poszukiwania fałszywego ochroniarza, który ukradł 8 mln złotych

Policja wciąż nie może odnaleźć mężczyzny, który zatrudnił się w firmie ochroniarskiej, by jako konwojent 10 lipca ukraść 8 mln zł. Skrupulatnie przygotował się do skoku: w pracy podał fałszywe dane, zapuścił brodę i zgolił włosy. A jak ustaliła TVN24.pl, w pracy zawsze nosił rękawiczki. Złodziej przez kilka miesięcy pracował w poznańskim oddziale firmy ochroniarskiej Servo. Miesiąc temu razem z dwoma konwojentami rozwoził gotówkę do bankomatów. Podczas pierwszego postoju w Swarzędzu, gdy dwaj ochroniarze wyszli z samochodu, złodziej odjechał.

Mężczyzna długo i skrupulatnie przygotowywał się do skoku, a policja wciąż nie może go odnaleźć. Choć śledczym wydawało się, że są już na jego tropie, to gdy zatrzymali podejrzanego, okazało się, że to inna osoba. O sprawie napisał „Express Ilustrowany”.

Szykował się do skoku od miesięcy

Mężczyzna pracował w firmie ochroniarskiej od miesięcy. W tym czasie ogolił głowę i zapuścił zarost. Jako pracownik nie wzbudzał podejrzeń, choć jak wspominają teraz inne osoby z firmy, w pracy nigdy nie zdejmował rękawiczek. Dzięki temu nie pozostawił nigdzie odcisków palców. Złodziej miał też sprzęt służący do zagłuszania nadajników GPS, w które wyposażone są samochody konwojentów. Korzystał też z chloru do zatarcia śladów. Mężczyzna posługiwał się dokumentami innej osoby, dlatego policjanci nie wiedzą, jak naprawdę się nazywa.

W zeszłym tygodniu policja zdecydowała się udostępnić wizerunek mężczyzny. Nagrała go kamera w bankomacie na poznańskim Grunwaldzie. Na kilka tygodni przed tym funkcjonariusze sądzili, że są już blisko znalezienia złodzieja. Zatrzymali mężczyznę wyglądającego podobnie do niego. Okazało się jednak, że to zupełnie inna osoba.

Skok stulecia

To może być największy rabunek po 1989 r. Jak przypomina poznańska „Gazeta Wyborcza”, wcześniej nazywano tak brawurową kradzież wypłaty dla pracowników Swarzędzkich Fabryk Mebli. W 1993 r. złodzieje udający konwojentów przejęli ponad 5 mld zł.
Żródło info i foto: Gazeta.pl

Poznań: skok stulecia

Nawet 8 mln zł mogło paść łupem konwojenta, który rozwoził pieniądze do bankomatów w Poznaniu i okolicy. Kradzież pieniędzy rabuś dokładnie zaplanował. W agencji ochroniarskiej zatrudnił się pod fałszywym nazwiskiem a po wszystkim zapadł się, jak kamień w wodę.

To był perfekcyjny plan. Rabuś zatrudnił się w koncesjonowanym biurze ochrony posługując się sfałszowanymi dokumentami. Tygodniami jeździł z konwojem, a przy okazji, krok po kroku, rozpracowywał cały system. Wiedział, jak w praktyce funkcjonują procedury, ile kasetek jest do załadowania w bankomatach, ilu ochroniarzy je zanosi. Poznał wszystko od podszewki, co pozwoliło mu drobiazgowo zaplanować skok. W piątek zrealizował to, co miał w głowie od miesięcy.

Razem z dwoma kolegami podjechał pod bankomat w Swarzędzu (woj. wielkopolskie). To był ich pierwszy przystanek tego dnia. – Dwóch ochroniarzy wysiadło z samochodu i, jak zawsze, wkładali pieniądze do bankomatu. Wtedy złodziej, jakby nigdy nic, odjechał! – opowiada nasz informator. Wiedział jednak, że zaraz będzie gorąco i wszyscy będą go szukać. Był na to przygotowany. – Wyłączył zamontowany w pojeździe nadajnik GPS, albo jakoś zakłócił jego działanie, bo auto było nie do namierzenia – dodaje.

Porzucony w lesie furgon odnalazł dopiero jeden z grzybiarzy. – Rabuś wykazał się jednak sprytem, bo samochód został oblany substancją żrącą, prawdopodobnie chlorem. A to uniemożliwiło pobranie odcisków palców i zabezpieczenie innych śladów – tłumaczy nasz informator.

Policja i prokuratura nabrały wody w usta. Wiadomo jedynie, że taki napad miał miejsce, ale nikt nie chce udzielać żadnych informacji. Śledczy tłumaczą, że to ze względu na to, że chcą jak najszybciej znaleźć złodzieja ze skradzioną gotówką. Tyle, że – jak na razie – chyba nie bardzo wiedzą, kogo tak naprawdę mają szukać. Fałszywe dane okazały się ślepą uliczką.
Udało nam się ustalić, że w samochodzie została część pieniędzy. Czyżby rabusia ktoś spłoszył? Śledczy przyjmują też wersję, że więcej pieniędzy nie udało mu się zmieścić do samochodu, którym musiał uciec.
Żródło info i foto: Fakt.pl