Ciało noworodka na śmietniku. Policja prosi o pomoc odnalezieniu matki dziecka

Zwłoki noworodka owinięte w reklamówkę i porzucone w kontenerze na śmieci na osiedlu Retkinia w Łodzi, zostały odnalezione w sobotę przez przypadkową osobę. Pierwsze próby odnalezienia sprawcy tragedii nie przyniosły rezultatu, dlatego policja prosi o pomoc.

– Owinięte w żółtą reklamówkę zwłoki noworodka, porzucone w jednym z kontenerów w pergoli śmietnikowej przy ul. Maratońskiej 39 w Łodzi, znalazła w sobotę około godz. 12 przypadkowa osoba, która przeszukiwała śmieci – przekazała w niedzielę rzeczniczka Komendy Wojewódzkiej Policji w Łodzi Joanna Kącka. Jak dodała, wstępnie oszacowano, że chłopiec urodził się około 8-9 miesiąca ciąży i prawdopodobnie był zdolny do samodzielnego podjęcia czynności życiowych

Jak dodała, policja początkowo nie nagłaśniała tej sprawy dla dobra postępowania, jednak mimo m.in. użycia psa tropiącego i sprawdzenia, czy do żadnego ze szpitali nie trafiła kobieta po porodzie, dotychczasowe próby odnalezienia matki noworodka oraz innych osób zamieszanych w tę zbrodnię nie powiodły się. Dlatego policja opublikowała komunikat skierowany do wszystkich osób, które mogą pomóc w odnalezieniu matki chłopca.

Jak podał rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi Krzysztof Kopania, zwłoki dziecka znajdowały się w czarnym worku i żółtej reklamówce jednego z dyskontów. Chłopiec miał odciętą pępowinę i najprawdopodobniej uraz głowy, jednak szczegóły jego stanu poznamy dopiero po sekcji. Wyjaśnieniem jego zgonu zajmuje się Prokuratura Łódź-Polesie, do której mogą zgłaszać się osoby, których informacje mogłyby pomóc w śledztwie.

– Prosimy też o kontakt z III Komisariatem w Łodzi – tel. 47 841 23 50 lub 49. Pomocne może okazać się, jeśli ktoś zapamiętał osobę kręcącą się z żółtą reklamówką w okolicy śmietników przy ul. Maratońskiej. Nadal monitorujemy szpitale, czekamy też na sygnały od osób, które mogą podejrzewać kogoś o popełnienie tego przestępstwa – przypominam, że była to zaawansowana ciąża, najprawdopodobniej widoczna dla otoczenia. Wszystkim zapewniamy anonimowość – podkreśliła Kącka.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Przemyśl: Ciało mężczyzny znalezione przy śmietniku

Ciało 61-letniego mężczyzny zostało znalezione przy śmietniku w Przemyślu (Podkarpackie). Wstępnie wykluczono udział osób trzecich. Podkom. Dominika Kopeć z zespołu prasowego podkarpackiej policji poinformowała, że zawiadomienie o zwłokach pochodzi z telefonu alarmowego.

„Zwłoki zostały znalezione przy ulicy Kopernika w Przemyślu. To 61-letni mężczyzna. Ciało zastało zabezpieczone do badań. Jednak na tym etapie wykluczono już udział osób trzecich w śmierci mężczyzny” – PRZEKAZAŁA PODKOM. KOPEĆ

Nieoficjalnie wiadomo, że zwłoki leżały przy śmietniku, a zmarły to bezdomny. Policja pod nadzorem prokuratora prowadzi czynności wyjaśniające przyczynę śmierci mężczyzny.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Ciało noworodka znalezione w sortowni śmieci. Jest akt oskarżenia dla 27-letniej matki

Gdańska prokuratura oskarżyła o zabójstwo 27-letnią kobietę. W kwietniu 2017 roku urodziła ona w domu dziecko i – zdaniem śledczych – nie udzieliła mu pomocy, doprowadzając do jego śmierci. Martwe niemowlę kobieta porzuciła na śmietniku, znaleziono je w sortowni odpadów.

O skierowaniu do Sądu Okręgowego w Gdańsku aktu oskarżenia przeciwko 27-latce poinformowała w środę Grażyna Wawryniuk, rzeczniczka prasowa Prokuratury Okręgowej w Gdańsku. Jak przypomniała, martwego noworodka znaleźli 20 kwietnia 2017 roku pracownicy sortowni odpadów będącej częścią Zakładu Utylizacyjnego w Gdańsku.

Już następnego dnia gdańska policja ustaliła personalia i zatrzymała matkę dziecka – 27-letnią mieszkankę Gdańska. Kobieta twierdziła, że nie zdawała sobie sprawy, iż jest w ciąży, a gdy w nocy z 14 na 15 kwietnia 2017 roku poczuła się źle, uznała, iż bóle, które odczuwała, związane były z zaparciem. Z zeznań kobiety wynikało, że dziecko urodziła w łazience, a noworodek nie oddychał i nie dawał oznak życia. 27-latka włożyła martwe dziecko do pudełka i porzuciła na śmietniku.

Po zmianie zarzutów kobiecie grozi dożywocie

Początkowo kobiecie postawiono zarzut dzieciobójstwa popełnionego podczas porodu, pod wpływem jego przebiegu. Grozi za to do pięciu lat więzienia. Na wniosek prokuratury sąd aresztował kobietę. Wawryniuk poinformowała, że w toku śledztwa prokuratura zdecydowała o zmianie zarzutu postawionego kobiecie. Zarzucono jej popełnienie zabójstwa z zamiarem ewentualnym, za popełnienie którego to czynu grozi co najmniej osiem lat więzienia, a maksymalnie nawet dożywocie. Kobieta nie przyznała się do popełnienia przestępstwa i odmówiła złożenia wyjaśnień.

Dziecko miało szanse na przeżycie

Zmiana zarzutu związana była z treścią opinii wydanej przez biegłych, którzy badali martwe niemowlę. Jak poinformowała Wawryniuk, z opinii tej wynikało, że dziecko urodziło się w 8. miesiącu ciąży. Przyszło na świat żywe i samodzielnie oddychało, nie miało wad rozwojowych, które uniemożliwiałyby mu życie poza organizmem matki, urodziło się jednak w zamartwicy i wymagało natychmiastowej pomocy lekarskiej.

– Jej udzielenie z dużym prawdopodobieństwem dałoby szanse na przeżycie dziecka – poinformowała rzecznik. Wyjaśniła też, że z ustaleń śledztwa wynika, iż od początku akcji porodowej do urodzenia minęło około dwóch godzin.

– Według biegłych, był to wystarczający czas, by podejrzana mogła podjąć decyzję o wezwaniu pogotowia bądź innej pomocy – poinformowała Wawryniuk. Dodała, że 27-latka została poddana obserwacji sądowo–psychiatrycznej.

– Biegli nie stwierdzili u niej zaburzeń psychicznych związanych z przebiegiem porodu – wyjaśniła rzecznik.
)Źródło info i foto: tvn24.pl

45-letni Francisco Sanchez zażył tabletki i zastrzelił kobietę

Deportowano go ze Stanów Zjednoczonych pięć razy, ale uparcie wracał z Meksyku. Ponad tydzień temu 45-letni Francisco Sanchez zastrzelił 32-letnią kobietę. We wtorek mężczyzna stanął przed sądem. Sprawa wzbudza kolejną debatę na temat polityki imigracyjnej. 45-letni Meksykanin Francisco Sanchez został oskarżony o zamordowanie w zeszły poniedziałek 32-letniej Kathryn Steinle. Steinle spacerowała z ojcem po ulicach San Francisco, kiedy została zastrzelona. Sancheza aresztowano godzinę później. Mężczyzna przyznaje się do zabójstwa. Twierdzi, że znalazł w śmietniku pigułki nasenne i pistolet. Zażył tabletki i ruszył przed siebie.

Mężczyzna był deportowany z USA do Meksyku pięciokrotnie, począwszy od 1994 roku. 3 miesiące temu Sanchez został wypuszczony z więzienia w San Francisco, gdzie odsiadywał wyrok za posiadanie narkotyków. Trafił wówczas w ręce biura lokalnego szeryfa, ale nie został ponownie deportowany.

Miliarder prowokuje debatę

Sprawa wzbudziła w USA wielkie emocje, także w związku z wystąpieniem miliardera Donalda Trumpa, który ogłosił, że chce wystartować w wyborach prezydenckich w 2016 r. i będzie ubiegał się o nominację z ramienia Partii Republikańskiej. Przy okazji wypowiedział się na temat imigracji i ocenił, że „Meksyk wysyła (do Stanów Zjednoczonych) ludzi, którzy mają wiele problemów i przywożą je ze sobą. Przywożą narkotyki. Sprowadzają przestępczość. Są gwałcicielami”.
Żródło info i foto: tvn24.pl

Tajne dokumenty policji znalezione na śmietniku

W Warszawie na Targówku znaleziono tajne dokumenty policyjne. Kartki były oznaczone klauzulą „poufne”. O sprawie informuje „Fakt”. Gazeta podała, że jest w posiadaniu takich dokumentów. Zostały one znalezione w altanie śmietnikowej.

„Fakt” donosi, że w papierach są informacje dotyczące między innymi kryptonimów akcji i procedur ich wdrażania. Są także decyzje komendanta stołecznego policji na temat gotowości obronnej Komendy Stołecznej. Na dokumentach, które zostały podpisane w czerwcu, są pieczątki służbowe. Rzecznik stołecznej policji poinformował, że w związku ze sprawą została wszczęta kontrola. Jak mówi Mariusz Mrozek, mogło być to działanie celowe. Istnieje podejrzenie, że jeden z policjantów chciał zdyskredytować swojego kolegę.
Żródło info i foto: interia.pl

Wracają do zabójstwa sprzed lat

Ta zbrodnia wstrząsnęła Gdańskiem przed 21 laty: do śmietnika w centrum miasta ktoś wyrzucił nadpalone zwłoki noworodka, dziewczynki. Policjanci nie znaleźli sprawcy, po drodze gubiąc i niszcząc dowody. Czy dziś są jeszcze choć minimalne szanse, by wyjaśnić zbrodnię sprzed lat? Poniedziałek 1 marca 1993 r. zaczynał się szaro i mroźnie. Na trawnikach miejscami zalegał kilkudniowy śnieg.

Mieczysław Widernik, profesor historii UG, szedł do Archiwum Państwowego w Gdańsku przy Wałach Jagiellońskich. Była godz. 8.40. W pewnym momencie jego uwagę zwrócił kloszard nachylony nad śmietnikiem w rogu podwórka za gmachem „Solidarności”, tuż przy bramie wjazdowej do archiwum.

– Co pan tak tu grzebie? – rzucił profesor.

Bezdomny powoli odwrócił się w jego stronę. W rękach trzymał brunatno-czerwony pakunek, owinięty foliową reklamówką i gazetami. – Tu jest martwe dziecko…

Profesor natychmiast wbiegł do budynku Archiwum, prosto do gabinetu dyrekcji. O tym, co przed chwilą zobaczył, powiedział sekretarce, a ta zaalarmowała dyrektorkę, Alinę Przywuską. W trójkę ruszyli przed budynek. Niepewnie podeszli pod kubły ze śmieciami. Kloszard zdążył już zniknąć. Widok był makabryczny – na chodniku, w nienaturalnej pozycji, leżał skulony noworodek. Nadpalone i zdeformowane ciało częściowo przykrywała poplamione krwią gazeta. Widać było niezwiązaną pępowinę.

Wieść o znalezisku błyskawicznie rozeszła się po gmachu Archiwum. Na podwórzu zebrał się spory tłumek – pracownicy archiwalni, sprzątaczki, dozorca. Dyrektorka wróciła do budynku, chwyciła za telefon w swoim gabinecie i wykręciła na tarczy 997. Po kilkunastu minutach na sygnałach przyjechały policja i pogotowie.

– Nie chcę sobie przypominać tego zdarzenia – mówi po latach prof. Mieczysław Widernik, dziś na emeryturze. – Przybyłemu wtedy policjantowi opowiedziałem krok po kroku, jak trafiłem na ciało. Pamiętam, że wypytywali wszystkich, czy ktoś coś widział. Ciało zabrali, wywieźli. Tego samego dnia stawiłem się na komisariacie, gdzie mnie przesłuchano. Po tym już się sprawą nie interesowałem.

Nagłówki krzyczały: „Zabójstwo noworodka”

Już po wstępnych oględzinach ciała lekarz stwierdził, że dziecko zostało zamordowane. W oczy rzucało się kilka głębokich ran na brzuchu niemowlęcia. Policjanci i prokuratorzy przyjęli, że sprawcą jest ktoś z Gdańska. Poczynając od miejsca zbrodni, podwórka przy Wałach Jagiellońskich 5, śledczy zakreślali coraz szersze kręgi poszukiwań, nie przekraczając jednak granic miasta.

Zaglądam w pożółkłe już strony akt śledztwa. Poza notatkami opisującymi okoliczności znalezienia zwłok natrafiam na kilka protokołów z przesłuchań. Na początku na komisariat zostali wezwani ci, którzy jako pierwsi widzieli ciało.

– Widok był okropny. Twarz dziecka okropnie powykrzywiana. Odniosłam wrażenie, że były to grymasy bólu – mówiła policjantowi Grażyna Kołodziejczyk, pomocnik archiwalny. Wiadomość o śmierci dziecka trafiła na strony lokalnej prasy. Nagłówki artykułów krzyczały: „Zwęglony noworodek”, „Zabójstwo noworodka”.

W „Gazecie Gdańskiej” czytamy: „Najwyraźniej ktoś próbował spalić ciało dziecka, bowiem główka, podobnie jak złożone na piersi dziecka rączki, była zwęglona. Brakowało jednej stópki. Dziecko zostało zabite prawdopodobnie zaraz po urodzeniu. Świadczy o tym niezwiązana pępowina”.

W melinach Biskupiej Górki

Pierwsze podejrzenia padły na lokatorów pobliskich kamienic. Śledczy przyjęli najbardziej prawdopodobną hipotezę: ktoś po morderstwie próbował pozbyć się ciała, w końcu z bezsilności wyrzucił je po prostu na śmietnik.

W jednej z pierwszych notatek służbowych policjant, który pracował przy sprawie, zapisał, że podwórko jest „miejscem, gdzie grupuje się element narkomanów”. Przesiadywali godzinami w zaułkach przy Archiwum. To był pierwszy trop. Funkcjonariusze zaczęli sprawdzać patologiczne środowiska w obrębie Głównego Miasta. Pytali o kobietę, która była w ciąży, a teraz pokazuje się bez dziecka.

„Bezdomni na dworcu, alkoholicy i ćpuny z melin przy Placu Gorkiego (Biskupia Górka), cyganie koczujący w podwórkach, pacjenci Monaru i poradni dla uzależnionych – nikt z nich nie wniósł nic istotnego do sprawy” – pisał w notatce urzędowej z 17 marca jeden z policjantów.

Policjanci przesłuchali też m.in. sprzątaczki, które pracowały tego ranka w Archiwum. Kobiety rozpoczynały pracę przed godz. 6, jednak żadna z nich, poza kilkoma narkomanami siedzącymi przy śmietnikach, nie zauważyła nikogo lub niczego podejrzanego. Najprawdopodobniej gdy wyrzucały śmieci ok. godz. 7 rano, ciało było już podrzucone do śmietnika.

Po kilku dniach od rozpoczęcia śledztwa nadeszły wyniki sekcji zwłok. Lekarze medycyny sądowej ustalili, że poród odbył się „w sposób naturalny, poza placówkami służby zdrowia”. Dziewczynka urodziła się żywa i zdrowa, a zgon nastąpił chwilę po porodzie. Bezpośrednią przyczyną śmierci były rany kłute, zadane ostrym narzędziem. Dokładny czas śmierci nie został ustalony. Utrudniła to panująca w nocy zerowa temperatura. Przy ustaleniu daty narodzin pomogła natomiast data wydania gazety, w którą sprawca owinął martwe ciało. Noworodek owinięty był w „Wieczór Wybrzeża”, wydanie weekendowe z 26-28 lutego.

Szpitalna lista

Poszukiwania nie przynosiły efektów, 25 marca w lokalnej prasie policja zaapelowała więc o pomoc.

Jednocześnie komendy rejonowe w Gdańsku sprawdzały szpitale, gabinety ginekologiczne i placówki służby zdrowia. Szukano kobiety, u której rozwiązanie ciąży nastąpiło przed 26 lutego 1993 r.

Policjanci sporządzili listę kilkudziesięciu pacjentek. Rozpytywali lekarzy i pielęgniarki. Podejrzenia wzbudziła jedna z pacjentek szpitala na Zaspie, która „modelowo” spełniała kryteria osoby poszukiwanej. Stwierdzono u niej ciążę, a mimo otrzymywanych kolejnych wezwań lekarskich na badania nie stawiała się w szpitalu. Szybko okazał się to jednak ślepy trop. Kobieta w czasie ciąży zachorowała i poroniła. Przedstawiła policjantom pełną dokumentację medyczną.

Anonimowy telefon

W połowie marca na policję zadzwonił ktoś anonimowo: – 10 marca do gabinetu jednego z lekarzy dyżurnych zgłosiła się 22-letnia kobieta z objawami poporodowymi, która urodziła w domu bez pomocy medycznej i uskarżała się na bóle brzucha. Po przeprowadzeniu badań z jej łona usunięto łożysko.

Policyjny informator zapamiętał, że do szpitala matka zgłosiła się sama.

Funkcjonariusze po uzyskaniu adresu od lekarza pojechali do mieszkania 22-latki. Dziecka nie było. Kobieta stwierdziła, że noworodek urodził się martwy, a ona ze strachu zakopała go na podwórku.
– Przypadek nie może mieć nic wspólnego z odnalezionym martwym noworodkiem, gdyż popłód [łożysko w ciele matki] przez tyle dni uległby rozkładowi i tym samym nastąpiłoby zakażenie organizmu – ustalono w szpitalu.

W sprawie wszczęto osobne postępowanie. Śledczy natrafili na zakopane ciało w miejscu wskazanym przez młodą kobietę.

„Rzeczy te wyrzuciła sprzątaczka”

Z każdym dniem szanse na odnalezienie sprawcy malały. Wciąż nie było żadnego punktu zaczepienia. Ze sporządzonych w szpitalach list policjanci wykreślali kolejne nazwiska. Sami za to dopuścili się zaniedbania, które dziś nie mieści się w głowie prokuratorom. 19 kwietnia funkcjonariusz z komisariatu w Śródmieściu skontaktował się z technikiem kryminalistyki, by zapytać o nowe ustalenia w sprawie. Oto, co napisał po rozmowie w notatce urzędowej przesłanej do prokuratury: „Powiedział, że przedmioty, które zabezpieczył podczas przeprowadzanych oględzin, tj. gazeta „Wieczór Wybrzeża” oraz worek foliowy, położył w swoim pokoju w pobliżu kaloryferów w celu ich wysuszenia. Następnego dnia rano stwierdził, że rzeczy te wyrzuciła sprzątaczka”.

Jak mówią śledczy, dziś taki „incydent” zakończyłby się postępowaniem karnym. Miesiąc później sprawę zabójstwa noworodka umorzono z powodu niewykrycia sprawcy.

Śledztwo w sprawie śledztwa

Teraz po teczkę z materiałami śledztwa, na polecenie Prokuratury Apelacyjnej, ponownie sięgnęli prokuratorzy z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku. Sprawa zabójstwa noworodka dołączyła do szeregu innych niewyjaśnionych, które ponownie są dziś analizowane. Chodzi o zbrodnie popełnione w latach 1984-2014, czyli takie, które nie uległy przedawnieniu. Na terenie prokuratur podległych Prokuraturze Apelacyjnej w Gdańsku (okręgi gdański, elbląski, toruński, włocławski, bydgoski, słupski) są 204 śledztwa, w których sprawca pozostał niewykryty. Chodzi o 218 ofiar zabójstw. Z inicjatywy prokuratora apelacyjnego analitycy kryminalni na nowo, poczynając od spraw najstarszych, analizują akta. Po co?

– Chcemy mieć pewność, że zrobiliśmy wszystko, co można było zrobić – mówi prokurator Wojciech Szelągowski, kierownik Działu Informatyzacji i Analiz Prokuratury Apelacyjnej w Gdańsku. W każdej sprawie analitycy przygotowują specjalistyczny raport, zawierający wnioski i wskazówki, mogące przyczynić się do ustalenia sprawcy.

Do tej pory najbardziej spektakularnym sukcesem PA było udowodnienie zabójstwa 10-latka z Lisewa Malborskiego Piotrowi Trojakowi. Kiedy kończył się proces Trojaka o dokonanie innego zabójstwa, na 11-letnim Sebastianie z Łęgowa, do prokuratora prowadzącego sprawę zadzwonił policjant. Bo zbrodnia z Łęgowa przypominała inne zabójstwo, do którego doszło w Lisewie Malborskim. Tam w 2002 r. od pchnięć nożem na polnej drodze zamordowany został 10-letni Marcin Skotarek. Śledztwo ruszyło na nowo. Na miejscu zbrodni po latach odnaleziono sznurek z rękojeści noża, a na nim ślady DNA Trojaka.

– Zawsze zaczynamy od tego, czym dysponujemy. Praca analityków skupia się w pierwszej kolejności na sprawdzeniu kompletności akt. Sprawdzamy, jakie zostały zabezpieczone ślady i dowody i czy dziś można je wykorzystać w szerszy sposób. Upływ czasu od zabójstwa nie zawsze musi działać na naszą niekorzyść. Rozwój nowoczesnych technologii jest naszym orężem – tłumaczy prok. Szelągowski.

Chodzi głównie o badania DNA, które z niemal 100-proc. pewnością dowodzą związku określonej osoby ze sprawą. Kluczowe w ustaleniu nowej wersji śledczej może być też wprowadzenie zabezpieczonych śladów linii papilarnych do bazy AFIS, czyli swoistego zinformatyzowanego katalogu, w którym swój ślad zostawił każdy, kto wszedł w konflikt z prawem.

W analizach śledczy wykorzystują też nowe metodologie badawcze.

– Wykonujemy syntetyczne porównanie złożonych zeznań z innymi dowodami, jak protokoły oględzin oraz dokumentacja fotograficzna. Każda sprawa ma swoje źródła osobowe. Podczas analizy weryfikujemy spójność relacji świadków, tworzymy wizualizacje powiązań osobowych oraz zdarzeń – mówi Szelągowski.

Analiza, w zależności od badanej sprawy, może zakończyć się nową wersją śledczą, która kiedyś nie została sprawdzona, a która może okazać się istotna w wykryciu sprawcy. Sporządzona analiza razem z wnioskami trafia do tzw. Archiwum X, czyli komórki badającej sprawy niewyjaśnione w Komendzie Wojewódzkiej Policji w Gdańsku. Wtedy następuje weryfikacja, czy osoby, które mogą coś wnieść do śledztwa nadal żyją, a miejsca, w których coś mogło zostać przeoczone, nadal istnieją.

Dowody przepadły, ale…

Dziś zamordowana dziewczynka miałaby niespełna 22 lata. Śledczy przyznają, że w 1993 r. w sprawie zrobiono naprawdę wiele. Przesłuchano i zweryfikowano dziesiątki osób, sprawdzano szpitale i placówki zdrowia. Błędem było jednak ograniczenie śledztwa tylko do rejonu Gdańska.

– Dziś już to niemożliwe, ale w tamtym czasie poszukiwania zostałyby przeprowadzone też w Sopocie, Gdyni czy Wejherowie. Zwróćmy uwagę, że miejsce, gdzie przechodzień znalazł zwłoki, jest bardzo charakterystyczne. Obok mamy stację kolejową, przystanki autobusowe. Możliwe, że sprawca celowo porzucił ciało w miejscu, gdzie przechodzi dużo osób – zastanawia się prokurator Jakub Chrząszcz z prokuratury okręgowej.

Po latach dużą stratą dla śledczych jest brak dowodów, które sprzątaczka wrzuciła do kosza. Dziś trudno powiedzieć, na jaki trop naprowadziłyby śledczych zawarte tam informacje.

– Nawet jeśli mielibyśmy zabezpieczony wtedy materiał, nie można powiedzieć, że doszłoby do wykrycia sprawcy. Po pierwsze, wówczas w śledztwach wykorzystywano jedynie badania grupowe krwi. Po drugie nie wiemy, co znajdowało się na zabezpieczonej na miejscu zbrodni gazecie i folii. Czy zostały tam ślady linii papilarnych. Dowody przecież nie zostały przebadane, dopiero się suszyły – analizuje prok. Szelągowski.

Wraz z utratą dowodów przepadła także szansa na zabezpieczenie mikrośladów, które badane w kryminalistycznych laboratoriach w dzisiejszych postępowaniach prokuratorskich odgrywają istotną rolę.

– W tego typu sytuacji pozostaje liczyć na świadków, którzy mogli coś zauważyć lub zapamiętać, ale wtedy bali się powiedzieć. Być może sprawcę po tych wszystkich latach gryzie sumienie i chciałby zrzucić brzemię ukrywanej zbrodni – mówi prok. Szelągowski. – Całej sprawie na pewno nie zaszkodzi to, że znów jest wywoływana.
Żródło info i foto: Gazeta.pl

Natalia B. usłyszała wyrok

9 lat więzienia zamiast 13 lat – to kara dla matki ze Zduńskiej Woli w Łódzkiem, która tuż po urodzeniu poraniła córkę i wyrzuciła ją na śmietnik. Dziewczynka przeżyła cudem, bo płacz dziecka w koszu na śmieci usłyszeli przypadkowi przechodnie. 25-letnia Natalia B. odpowiedziała przed sądem za usiłowanie zabójstwa noworodka i porzucenie go na śmietniku. Sąd Okręgowy w Sieradzu wcześniej skazał kobietę na 13 lat więzienia. Matka odwołała się od tej decyzji i w poniedziałek Sąd Apelacyjny w Łodzi ogłosił decyzję. Sąd złagodził karę więzienia dla kobiety, a pozostałe ustalenia poprzedniego wyroku utrzymał w mocy.

Ta tragedia rozegrała się marcu 2012 roku na jednym z osiedli w Zduńskiej Woli. Natalia B. urodziła żywą córeczkę w łazience i sama przecięła pępowinę dziecka. Potem kobieta raniła noworodka nożyczkami. Dziecko w koszu na śmieci wyniósł do kontenera na podwórzu 30-letni brat kobiety – Kamil B. Dziewczynka przeżyła cudem, bo płacz dziecka w koszu na śmieci usłyszeli przypadkowi przechodnie.
Żródło info i foto: RMF24.pl

Aresztowano matkę, która porzuciła noworodka

Policja aresztowała na trzy miesiące matkę, która w Polkowicach porzuciła na śmietniku noworodka. Dziecko w śmietnikowym kontenerze znalazł mężczyzna 11 lutego rano. Noworodek został natychmiast przewieziony do szpitala, a po kilku godzinach polkowiccy policjanci zatrzymali jego matkę. To Chinka, która od ubiegłego roku przebywała legalnie na terenie kraju, mieszkała i pracowała na terenie Polkowic. Kobieta przyznała się do porzucenia noworodka. Ponieważ urodziła dziecko poza szpitalem, również została zabrana do szpitala. Zatrzymana kobieta usłyszała zarzut usiłowania zabójstwa. Grozi jej dożywocie. Żródło info i foto: Gazeta.pl

Talibowie dokonali masakry dwóch chłopców

Talibowie dokonali egzekucji chłopców w wieku 10 i 16 lat. Jako powód podali przyjmowanie przez nich pożywienia od policji w zamian za informacje. Talibowie natknęli się na swoje ofiary na śmietniku w pobliżu posterunku policji w Kandaharze – pisze „Daily Mail”. Afgańskie władze poinformowały, że chłopcy po prostu poszukiwali jedzenia na śmietniku, mając nadzieję znalezienia czegoś do jedzenia. Młodszy z nich znany był policji, bo często przychodził po resztki jedzenia, które przekazywał swojej rodzinie. – „Chłopcy już wracali do domów, kiedy dopadli ich talibowie, którzy następnie ścięli im głowy. Obaj byli niewinnymi dziećmi, które nie miały nic wspólnego ani z rządem, ani z siłami kontyngentu zagranicznego” – powiedział Jamal Agha, burmistrz dzielnicy Zhari, w której doszło do tragicznego zdarzenia. Żródło nfo i foto: Gazeta.pl

Agata M. oskarżona o zabójstwo noworodka

Agata M,. matka noworodka znalezionego w czerwcu w śmietniku na jednym z osiedli w podpoznańskim Luboniu została oskarżona o zabójstwo – poinformowała rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Poznaniu Magdalena Mazur-Prus. Czerwiec 2012 roku na jednym ze śmietników osiedlowych w Luboniu koło Poznania znaleziono, zawinięte w reklamówkę, zwłoki noworodka, chłopca. „Przeprowadzone w Zakładzie Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu oględziny i sekcja zwłok noworodka pozwoliły na stwierdzenie, iż dziecko urodziło się siłami natury, było dojrzałe i zdolne do życia. Wyniki badań histopatologicznych wskazały, że bezpośrednią przyczyną zgonu noworodka było uduszenie” – powiedziała PAP Mazur-Prus. Żródło info i foto: Dziennik.pl