Groził byłej partnerce. W samochodzie znaleziono maczetę oraz materiały wybuchowe

Kryminalni z Zielonej Góry i Sulechowa zatrzymali mężczyznę, który miał w swoim samochodzie broń palną i materiały wybuchowe. Kilka godzin wcześniej groził bronią swojej znajomej. Mężczyzna został tymczasowo aresztowany na 3 miesiące. Sprawa jest prowadzona pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Świebodzinie.

W dniu 13 maja do dyżurnego komisariatu Policji w Sulechowie zgłosiła się kobieta, która powiadomiła, że znany jej mężczyzna, 39-letni mieszkaniec tej miejscowości groził zawiadamiającej pozbawieniem życia. Z wyjaśnień pokrzywdzonej wynikało, że gdy jechała przez miasto, w pewnym momencie wyprzedził ją srebrny samochód, którego kierowca nagle zahamował, stanął w poprzek drogi uniemożliwiając jej przejazd. Gdy kobieta się zatrzymała ze srebrnego pojazdu wysiadł 39-latek, jej były chłopak, z którym nie spotykała się już od dawna, stanął przed samochodem i wymierzył w jej kierunku przedmiot przypominający broń palną wykonując gest przeładowywania broni. Pokrzywdzona była przestraszona, odruchowo schowała głowę, nerwowo włączyła bieg i uciekła. Była w szoku i ogromnym stresie, i natychmiast powiadomiła o tym incydencie Policję.

W związku z zaistniałą sytuacją, policjanci z Wydziału Kryminalnego sulechowskiego komisariatu i Komendy Miejskiej Policji w Zielonej Górze natychmiast podjęli działania, żeby ustalić gdzie może przebywać mężczyzna i go zatrzymać. Kryminalni bardzo szybko ustalili, że chodzi o samochód Volvo i rozpoczęli jego poszukiwanie. Zaledwie po 2 godzinach od informacji o zdarzeniu namierzyli pojazd i i zatrzymali kierującego.

Po zatrzymaniu okazało się, że 39-letni mężczyzna miał w pojeździe broń krótką, magazynki do pistoletu załadowane pociskami, nóż sprężynowy, maczetę, paralizator, cztery woreczki strunowe wraz ze sproszkowaną substancją koloru białego oraz dwa baniaki z benzyną. Za fotelem pasażera kryminalni znaleźli pojemnik, w którym według zatrzymanego miał znajdować się ładunek wybuchowy wypełniony prochem.

Wobec takiego stanu rzeczy policjanci natychmiast zarządzili ewakuację okolicznych budynków mieszkalnych, zabezpieczyli miejsce, wezwali karetkę Pogotowia Ratunkowego, Straż Pożarną oraz powiadomili funkcjonariuszy z Sekcji Minersko – Pirotechnicznej Samodzielnego Pododdziału Kontrterrorystycznego Policji w Gorzowie Wielkopolskim, którzy przywieźli specjalnego robota pirotechnicznego. Policjanci za pomocą robota wydostali ładunek z pojazdu, a następnie zdetonowali w bezpiecznych warunkach, co potwierdziło, że rzeczywiście w zneutralizowanym pojemniku znajdował się ładunek wybuchowy, który stwarzał zagrożenie dla życia lub zdrowia innych osób.

W trakcie prowadzonych czynności policjanci ustalili gdzie mieszka zatrzymany i pojechali przeprowadzić przeszukanie w jego mieszkaniu. Kryminalni w trakcie przeszukania znaleźli i części do budowy pistoletów, amunicję ostrą oraz różne inne przedmioty mogące być pomocnymi w konstrukcji ładunków wybuchowych, jak również znaleźli środki odurzające.

Zatrzymany 39-latek usłyszał zarzuty kierowania gróźb karalnych, podsiadania środków odurzających oraz posiadania i przetwarzania substancji wybuchowych. Za te przestępstwa według kodeksu karnego grozi kara od 6 miesięcy do nawet 8 lat pozbawienia wolności

Śledczy w toku prowadzonego postępowania ustalili, że 39-latek od pewnego czasu interesuje się bronią i sam konstruuje amunicję. Ponadto okazało się, że mężczyzna eksperymentował również w zakresie stworzenia bomby z petard i pocisków.

Wobec mężczyzny sporządzono wniosek o tymczasowe aresztowanie. Decyzją Sądu Rejonowego w Świebodzinie podejrzany został tymczasowo aresztowany na okres 3 miesięcy. Sprawa jest prowadzona pod nadzorem Prokuratury Rejonowej w Świebodzinie.
Źródło info i foto: Policja.pl

Zabójstwo prezydenta Gdańska. Stefan W. chciał „wstrzymania procesu”

W poniedziałek przed Sądem Okręgowym w Gdańsku zeznawali kolejni świadkowie ws. zabójstwa Pawła Adamowicza. Jeszcze przed rozpoczęciem procesu sędzia otrzymał wniosek Stefana W. Oskarżony domagał się „wstrzymania procesu”. Jako powód podał zły stan zdrowia. W poniedziałek 16 maja odbyła się w Sądzie Okręgowym Gdańsku piąta rozprawa ws. zabójstwa Pawła Adamowicza. Zaplanowano ich kilkanaście. Na salę doprowadzono oskarżonego Stefana W.

Z przekazanych przez sędzie Sądu Okręgowego Aleksandrę Kaczmarek informacji wynika, że przed rozprawą oskarżony przesłał do sądu wniosek o „wstrzymanie procesu”. Swoją prośbę argumentował złym stanem zdrowia. We wniosku przekazał, że od dziecka ma chorą trzustkę oraz inne schorzenia i domaga się badań USG.

Sędzia dodała, że wniosek oskarżony podpisał „Honorowy obywatel RP, Stefan Franciszek W.”. Sąd zadecydował o odrzuceniu wniosku i przypomniał o tym, że oskarżony przed każdą rozprawą badany jest przez lekarzy. Co więcej, do sądu nadal nie wpłynęła opinia psychiatrów, którzy mają przebadać Stefana W. pod kątem jego zdolności psychicznej do uczestnictwa w procesie. Przypomnijmy, że biegli zawnioskowali o przedłużenie terminu sporządzenia diagnozy do 31 maja.

O opinię wniósł podczas drugiej rozprawy obrońca Stefana W., argumentując to tym, że nie ma kontaktu ze swoim klientem i od pierwszej rozprawy nie wypowiedział on żadnego słowa.
Źródło info i foto: wp.pl

Sprawa Jarosława Zientary. „Ryba” miał udawać policjanta i porwać dziennikarza

Mirosław R. ps. Ryba, który wraz z Dariuszem L. ps. Lala jest oskarżony m.in. o uprowadzenie i pomocnictwo w zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary, złożył w piątek obszerne wyjaśnienia w sprawie. Nie przyznał się do zarzucanych mu czynów i podważał zeznania kluczowych świadków.

Proces Mirosława R., ps. Ryba, i Dariusza L., ps. Lala, oskarżonych o uprowadzenie, pozbawienie wolności i pomocnictwo w zabójstwie dziennikarza Jarosława Ziętary toczy się przed Sądem Okręgowym w Poznaniu od stycznia 2019 roku. Według ustaleń prokuratury, we wrześniu 1992 roku, oskarżeni, podając się za funkcjonariuszy policji, podstępnie doprowadzili do wejścia Ziętary do samochodu przypominającego radiowóz policyjny. Następnie przekazali go osobom, które dokonały jego zabójstwa, zniszczenia zwłok i ukrycia szczątków. Oskarżeni nie przyznają się do winy.

W trakcie piątkowej rozprawy oskarżony Mirosław R. złożył dodatkowe, obszerne wyjaśnienia w sprawie. Podkreślił w nich, że nie ma ze sprawą nic wspólnego. Jestem niewinny, nigdy nie widziałem pana Jarosława Ziętary, nie znalem go. Jestem byłem policjantem i nigdy nie popełniłem żadnego przestępstwa, a nawet wykroczenia – zaznaczył. Dodał, że w dniu i w czasie, w którym Ziętara został porwany sprzed domu – był na drugim końcu Poznania odprowadzając syna na uroczystość rozpoczęcia roku szkolnego.

Oskarżony w bardzo szczegółowy sposób odniósł się w swoich wyjaśnieniach do zeznań dwóch kluczowych świadków w tej sprawie – Jerzego U., który miał widzieć moment porwania Ziętary, oraz zeznań Macieja B. ps. „Baryła”, poznańskiego gangstera, odsiadującego obecnie wyrok dożywocia, według prokuratury miał być naocznym świadkiem podżegania do zabójstwa dziennikarza.

Pragnę podkreślić, że oni obaj kłamią przed sądem i wprowadzą wysoki sąd w błąd – zaznaczył oskarżony.

Mirosław R. przez kilka godzin odnosił się do zeznań tych świadków wskazując na liczne – jak podkreślał – nieścisłości i kłamstwa. Oskarżony wskazał, że „Jerzy U. w swoich zeznaniach twierdzi, że był związany z firmą Elektromis i ma pełną wiedzę na ten temat. Jest to nieprawda, pokazują to jego zeznania, w których opowiadał o wydarzeniach, jakie nie miały miejsca i na które nie ma żadnych dowodów”.

Oskarżony wskazywał też m.in., że wersja momentu porwania dziennikarza, jaką podawał Jerzy U. również „zmieniała się”. Jerzy U. mówił, że raz Ziętara wsiadł do samochodu dobrowolnie, bo został zaproszony. W kolejnych, że został wciągnięty. Potem, że został wrzucony do samochodu. W ostatnich zeznaniach ponownie mówił, że wsiadł dobrowolnie – wskazał.

Dodał również, że Jerzy U. sam zeznawał, że porywaczy „widział przez chwilę, z pewnej odległości – a miał rozpoznać ich potem, po kilku latach, w tym nawet tego nieżyjącego (…) U. powiedział, że rozpoznał nas po łysych głowach. Ja w tamtym czasie nie miałem łysej głowy, nosiłem czuprynę i wąsy. U. nie znał nas i nie wiedział jak wyglądaliśmy w tamtym czasie, gdyż poznał mnie dużo później” – zaznaczył oskarżony.

Mirosław R. powiedział także, że Jerzy U. nie mógł widzieć momentu porwania dziennikarza, bo – jak wskazał – w tamtym czasie nie prowadził już „obserwacji Ziętary”.

U. to kolejny świadek, który składa fałszywe zeznania za przysługę, którą prokuratura obiecuje mu spełnić – mówił. W opinii oskarżonego, świadek Jerzy U. to „mściwy, zdeprawowany oszust bez skrupułów”. Dodał, że jest przekonany, że Jerzy U. mści się na nim za to, że pod koniec lat 90. dowiedział się o oszustwach, jakich miał się dopuszczać U.

Każdy, kto wczyta się w akta tej sprawy zauważy, że sprawa jest mocno naciągana; bez żadnych dowodów oskarża się niewinne osoby. Główni świadkowie oskarżenia Jerzy U. i Maciej B. to kryminaliści, którzy dla własnych korzyści zaczęli zeznawać przed prokuratorem wymyślając swoje wersje – powiedział.

Wersje te nie pokrywały się, wiec wycofywano się z zeznań, później je zmieniano, albo modyfikowano tak, by były spójne – ale spójności między tymi zeznaniami nie ma w dalszym ciągu, ponieważ nowe wersje różnią się od siebie znacznie – dodał.

Oskarżony odnosząc się do zeznań Macieja B., wskazał, że „zaczął współpracę z prokuraturą, bo chciał poprawić swoje warunki w zakładzie karnym”, liczył na pomoc prokuratury. Dodał, że „Maciej B. sam twierdzi, że za akt łaski będzie zeznawał to, co chcą”.

Mirosław R. wskazał, że Maciej B. wycofywał się z zeznań, później znów zmienił zdanie. Jak mówił, B. zmieniał też podawane przez siebie wersje zdarzeń, w tym szczegóły dotyczące spotkania, podczas którego miało dojść – jak wynika z ustaleń prokuratury – do podżegania do zabójstwa dziennikarza.

Mowy końcowe we wrześniu
Oskarżony będzie kontynuował składanie wyjaśnień na kolejnej rozprawie, którą zaplanowano we wrześniu. Wtedy też strony mają wygłosić mowy końcowe.

24 lutego przed poznańskim sądem okręgowym zakończył się drugi z procesów dotyczących sprawy Ziętary. Proces byłego senatora Aleksandra Gawronika (zgodził się na publikację pełnego nazwiska) toczył się przed poznańskim Sądem Okręgowym od stycznia 2016 roku.

W akcie oskarżenia Gawronikowi zarzucono, iż „chcąc, aby inne osoby dokonały porwania, pozbawienia wolności, a następnie zabójstwa Jarosława Ziętary, w związku z jego zawodowym zainteresowaniem i planowanymi publikacjami dotyczącymi tzw. szarej strefy gospodarczej, nakłaniał do tego ustalonych pracowników ochrony firmy Elektromis, w szczególności w ten sposób, że podczas prowadzonej z nimi rozmowy, dotyczącej wpływu na postawę Jarosława Ziętary, stwierdził: on ma być skutecznie zlikwidowany”. Były senator nie przyznawał się do winy.

24 lutego Sąd Okręgowy w Poznaniu uniewinnił Gawronika od zarzutu podżegania do zabójstwa Ziętary. Sędzia Joanna Rucińska podkreśliła w uzasadnieniu wyroku, że „prokurator nie wykazał, aby oskarżony był sprawcą zarzucanego mu czynu, czego skutkiem musiało być wydanie wyroku uniewinniającego Aleksandra Gawronika”. Wyrok nie jest prawomocny.

Jarosław Ziętara – życie

Jarosław Ziętara urodził się w Bydgoszczy w 1968 r. Był absolwentem Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Pracował najpierw w radiu akademickim, później współpracował m.in. z „Gazetą Wyborczą”, „Kurierem Codziennym”, tygodnikiem „Wprost” i z „Gazetą Poznańską”. Ostatni raz widziano go 1 września 1992 r. Rano wyszedł z domu do pracy, ale nigdy nie dotarł do redakcji „Gazety Poznańskiej”. W 1999 r. został uznany za zmarłego. Ciała dziennikarza do dziś nie odnaleziono.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Jest wyrok ws. znęcania się nad 10-latkiem z Lubonia

O sprawie zrobiło się głośno w maju ubiegłego roku za sprawą Gazety Wyborczej. Jak podała gazeta, 10-latek napisał w domu kartkę „Mamo, żałuję, że mnie urodziłaś” i wykorzystując chwilę nieobecności opiekunów uciekł na komisariat policji w Luboniu, gdzie poprosił o pomoc. Chłopiec opowiedział policjantom, że przez lata był bity i poniżany przez partnera matki. Wydzielano mu jedzenie, kazano spać na podłodze, musiał wykonywać mnóstwo obowiązków domowych, a jeśli czegoś nie zrobił, musiał tłumaczyć się z tego na papierze.

Jesienią do sądu trafił akt oskarżenia, a 1 grudnia rozpoczął się proces. Na sali pojawił się ojczym 10-latka, który od miesięcy przebywa w areszcie. Dziennikarze nie dowiedzieli się jednak, czy złożył jakieś wyjaśnienia. Wyłączono bowiem jawność procesu ze względu na dobro chłopca i jego młodszego brata. Mężczyzna odpowiadał za psychiczne i fizyczne znęcanie się nad dzieckiem ze szczególnym okrucieństwem. Groziło mu za to 10 lat więzienia. Oskarżona była też matka chłopca, także o znęcanie się nad synem, ale już nie ze szczególnym okrucieństwem. Jej groziło 8 lat więzienia.

W czwartek zapadł wyrok w tej sprawie. Ojczym chłopca, Robert H., ma trafić do więzienia na 5 lat. Dodatkowo ma zakaz kontaktowania się i zbliżania do chłopca. Matka dziecka także została skazana – na rok więzienia w zawieszeniu na 5 lat. Ona również nie może zbliżać się do dziecka. Wyrok nie jest prawomocny.

10-latek wraz ze swoim młodszym bratem przebywają obecnie w rodzinie zastępczej. O ich dalszym losie decyduje sąd rodzinny.
Źródło info i foto: epoznan.pl

Nowe szczegóły ataku nożownika na 12-latkę

Prokurator ogłosi jeszcze w piątek zarzuty 41-latkowi, który dzień wcześniej zaatakował nożem przed szkołą w Bielsku-Białej 12-latkę – podała PAP rzecznik bielskiej prokuratury okręgowej Agnieszka Michulec. Chodzi o zarzut usiłowania zabójstwa. Sprawą zajmuje się Prokuratura Rejonowa Bielsko-Biała Południe. Zostało wydane postanowienie o wszczęciu śledztwa oraz postawieniu zarzutu usiłowania zabójstwa ze skutkiem w postaci spowodowania ciężkiego uszczerbku na zdrowiu w postaci choroby realnie zagrażającej życiu. (…) Prokurator udał się do Bielskiego Centrum Psychiatrii, gdzie przebywa mężczyzna. Tam ogłosi się mu zarzuty. Ma także przesłuchać mężczyznę, o ile będzie chciał on składać wyjaśnienia – powiedziała w rozmowie z PAP prokurator Agnieszka Michulec.

41-letni napastnik został umieszczony w Bielskim Centrum Psychiatrii po zatrzymaniu. Prokurator Agnieszka Michulec zastrzegła, że psychiatrzy wydali zgodę na przeprowadzenie czynności z jego udziałem. Z wnioskiem o tymczasowe aresztowanie mężczyzny do sądu wystąpiła prokuratura. Posiedzenie w tej sprawie jest zaplanowane na sobotnie przedpołudnie.

Do ataku doszło w czwartek około godziny 13. Napastnik – Arkadiusz D. przed szkołą podstawową nr 22 w ścisłym centrum Bielska-Białej z nieznanych powodów zaatakował 12-latkę, zadając jej kilka ciosów nożem. Mężczyzna bezpośrednio po zdarzeniu odszedł, ale chwilę późnej został zatrzymany przez policjantów.

12-latka z obrażeniami zagrażającymi jej życiu trafiła najpierw do szpitala pediatrycznego w Bielsku-Białej, a późnym popołudniem przetransportowano ją śmigłowcem do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka. Ma rany brzucha, klatki piersiowej i nogi. W nocy przeszła operację. W ciężkim stanie przebywa na oddziale intensywnej opieki medycznej.

Według nieoficjalnych informacji, do których dotarła w piątek PAP, 41-letni napastnik mieszkał w bloku naprzeciwko szkoły. Jak wynika z relacji jego rodziny, leczył się na schizofrenię; miał przyjmować leki. Po zatrzymaniu trafił do szpitala psychiatrycznego, gdzie jest pilnowany przez policjantów.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Zgorzelec: Zwłoki w garażu należącym do Starostwa Powiatowego

Podczas prac porządkowych w Zgorzelcu dokonano makabrycznego odkrycia. W jednym z garaży należących do Starostwa Powiatowego znaleziono zmumifikowane zwłoki. Sprawą zajmuje się prokuratura. Nieoficjalnie wiadomo, że po wewnętrznej stronie drzwi garażu znaleziono ślady drapania. Zwłoki mężczyzny znaleziono w garażu w Zgorzelcu na Dolnym Śląsku. Odkrycia dokonano w trakcie prac porządkowych w pomieszczeniach garażowych. Nie jest znana przyczyna śmierci ani tożsamość mężczyzny. Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze prok. Tomasz Czułowski poinformował, że zwłoki znaleziono w jednym z pomieszczeń garażowych należących do Starostwa Powiatowego.

– W tych pomieszczeniach odbywały się prace porządkowe. Stan odkrytych zwłok wskazuje na to, że musiały one tam pozostawać dłuższy czas. Wykonano wstępne oględziny tego miejsca. Ciało zostanie poddane sekcji zwłok, która pozwoli ustalić czas i przyczynę zgonu. Może pozwoli też ustalić tożsamość mężczyzny – powiedział prokurator.
Źródło info i foto: interia.pl

Śmierć 51-latka w Chocianowie. Małżeństwo tymczasowo aresztowane

Obie osoby zatrzymane przez polkowickich policjantów w sprawie śmierci 51-letniego mężczyzny, którego ciało odnaleziono w jednym z chocianowskich mieszkań, zostały tymczasowo aresztowane. Dotychczasowe ustalenia mundurowych pozwoliły na przedstawienie zatrzymanemu 37-latkowi zarzutu zabójstwa. Na miejscu w chwili zdarzenia była obecna jeszcze 36-letnia kobieta, która po całym zajściu nie udzieliła pokrzywdzonemu pomocy, nie powiadomiła organów ścigania, natomiast pomagała zatrzeć ślady przestępstwa, a także podjęła czynności zmierzające do zakopania zwłok.

Pod koniec minionego miesiąca polkowiccy policjanci dokonali makabrycznego odkrycia w jednym z chocianowskich mieszkań. W lokalu znajdowały się zwłoki 51-latka, które były już w stanie częściowego rozkładu, co wskazywało, że do zgonu mężczyzny doszło kilka dni wcześniej.

Funkcjonariusze analizując przebieg zdarzeń i zebrany materiał dowodowy ustalili, że zmarły mieszkaniec Chocianowa przyszedł do mieszkania zatrzymanej pary i wspólnie z nimi spożywał alkohol. W pewnym momencie doszło do kłótni. Gospodarz uderzył i przewrócił pokrzywdzonego, następnie zadał mu kilka ciosów i zaczął go dusić, przez co doprowadził do zgonu 51-latka. W trakcie zajścia w mieszkaniu znajdowała się również 36-letnia.

Dzięki sąsiedzkiej czujność i właściwej obywatelskiej reakcji, polkowiccy funkcjonariusze pojawili się na miejscu zdarzenia w dniu, gdy zatrzymana następnie para planowała pozbyć się zwłok.

Ostatecznie zgromadzony przez policjantów materiał dowodowy pozwolił na przedstawienie 37-letniemu mężczyźnie zarzutu zabójstwa. Jego 36-letnia żona usłyszała natomiast łącznie cztery zarzuty w tym znieważenia zwłok, zatarcia śladów przestępstwa, niepowiadomienia organów ścigania i nieudzielenia pomocy osobie narażonej na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.

Sąd Rejonowy w Lubinie w świetle zgromadzonych dowodów tymczasowo aresztował oboje podejrzanych. 37-latkowi za przestępstwo zabójstwa grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności, natomiast 36-latka za przestępstwa, o które jest podejrzana, może spędzić w więziennej celi nawet 5 lat.
Źródło info i foto: Policja.pl

Jest przełom ws. zaginięcia Madeleine McCann. Niemiec oficjalnie podejrzanym w sprawie

Niemiecki mężczyzna został formalnie uznany podejrzanym w sprawie zaginięcia brytyjskiej trzylatki Madeleine McCann w 2007 roku – poinformowała portugalska prokuratura. Brytyjskie media wskazują, że chodzi o odsiadującego wyrok w niemieckim więzieniu 44-letniego Christiana Bruecknera. Portugalskie służby wskazały podejrzanego po raz pierwszy od 2007 roku, kiedy to podejrzani byli rodzice Madeleine – Kate i Gerry McCann. Ustalono jednak, że to nie oni odpowiadają za zaginięcie dziewczynki w rejonie Algarve.

Portugalczycy nie wymienili Niemca z nazwiska, jednak powołali się ustalenia niemieckich śledczych, a ci wskazali wcześniej właśnie Christiana Bruecknera.

Obrońca Niemca reaguje

Decyzja prokuratorów ma wymiar proceduralny – muszą zdążyć z oskarżeniem przed 15. rocznicą zaginięcia Madeleine 3 maja, by móc doprowadzić do skazania mężczyzny na 10 lub więcej lat więzienia. Obrońca Bruecknera określił decyzję mianem „proceduralnego triku” i podkreślił, że jego klient nie usłyszał w tej sprawie zarzutów. Brueckner zaprzecza, by przyczynił się do zaginięcia dziewczynki.

Za sprawą nowego statusu w sprawie możliwa będzie ekstradycja 44-latka do Portugalii – informuje „Guardian”.

Skazany za gwałt

Christian Brueckner obecnie odsiaduje wyrok w niemieckim więzieniu w Brueckner za gwałt, którego dokonał w 2005 roku również na południu Portugalii. Niemiec mieszkał w Algarve od 1995 do 2007 roku. Jak ustalił Reuters, okradał tam hotele i apartamenty. Za gwałt na 72-letniej Amerykance został skazany w 2019 roku.

Madeleine McCann zaginęła kilka dni przed swoimi czwartymi urodzinami podczas rodzinnych wakacji w Algarve. Stało się to, gdy jej rodzice wyszli do baru na kolację z przyjaciółmi, a ona została w apartamencie. Śledztwo w tej sprawie prowadziły wspólnie portugalskie, brytyjskie i niemieckie służby. Niemiecka policja ustaliła w 2020 roku, że Madeleine nie żyje a sprawcą prawdopodobnie jest Brueckner. W Wielkiej Brytanii Madeleine McCann nadal ma status zaginionej.
Źródło info i foto: interia.pl

Sprawa Kaczyński kontra Wałęsa wraca na wokandę

Sąd Najwyższy rozpozna skargi kasacyjne byłego prezydenta Lecha Wałęsy i wicepremiera, prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego od wyroku Sądu Apelacyjnego w Gdańsku z 2019 r. – ustalił portal Gazeta.pl. Sprawa ma związek z procesem o ochronę dóbr osobistych, który Kaczyński wytoczył Wałęsie. Jak ustaliliśmy, nie został jeszcze wyznaczony termin posiedzenia. W grudniu 2018 r. Sąd Okręgowy w Gdańsku zdecydował, że były prezydent Lech Wałęsa ma przeprosić prezesa PiS, obecnie także wicepremiera Jarosława Kaczyńskiego za wpisy na Facebooku, w których sugerował, że Kaczyński jest odpowiedzialny za katastrofę smoleńską i to on miał nakazać lądowanie samolotu z polską delegacją.

– Lech Wałęsa swoimi wypowiedziami dotyczącymi wydania polecenia lądowania samolotu granice swobody oceniania w debacie politycznej zdaniem sądu przekroczył. (…) Stwierdzenie, że oskarżenie Lecha Wałęsy jest poważne, daleko idące i dotkliwe to za mało – stwierdziła wówczas sędzia Weronika Klawonn.

Jednocześnie sąd orzekł, że Lech Wałęsa nie musi przepraszać m.in. za sugestie, że prezes PiS „nie jest zdrowy, zrównoważony psychicznie”. – Przypisanie przeciwnikowi politycznemu choroby psychicznej jest dość prostą próbą jego zdyskredytowania. Jednakże kontekst słów pozwanego, który zachowanie powoda Jarosława Kaczyńskiego odbiera jako szkodzące Polsce, usprawiedliwia użycie tego rodzaju ostrych słów – mówiła sędzia.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Psy zagryzły 12-letniego Kamila. Jest wyrok

Sąd Okręgowy w Przemyślu wydał 5 kwietnia prawomocny wyrok na właściciela dwóch amerykańskich pitbulterierów, które zagryzły 12-letniego Kamila. Wymiar kary jest taki sam, jaki wydał sąd pierwszej instancji – trzy lata bezwzględnego więzienia. Do dramatu doszło 28 września 2020 roku w mieszkaniu przy ul. Joachima Lelewela w Przemyślu. 12-letni Kamil T. przyszedł tam do swojego kolegi Szymona P. Chłopcy byli w mieszkaniu bez opieki dorosłych. Jednak razem z nimi były tam jeszcze dwa pitbulteriery – jeden z nich rzucił się na Kamila T. W wyniku poniesionych obrażeń chłopiec zmarł trzy dni później. Jego kolega odniósł mniejsze obrażenia.

Mariusz S., który jest właścicielem zwierząt, był wcześniej karany za przestępstwa przeciwko zdrowiu i życiu – przekazuje WP. Akt oskarżenia przeciwko mężczyźnie trafił do sądu 18 czerwca 2021 r. We wrześniu w Sądzie Rejonowym w Przemyślu rozpoczął się proces przeciwko Mariuszowi S. Na pierwszej rozprawie oskarżony tłumaczył, że nie zdawał sobie sprawy, że niezbędne jest pozwolenie na posiadanie psów rasy niebezpiecznej.

Według oceny biegłych zwierzęta nie powinny zostać same z Szymonem P. w mieszkaniu. 29 października 2021 roku w Sądzie Rejonowym w Przemyślu zapadł wyrok w tej sprawie. Mariusz S. został skazany na trzy lata bezwzględnego więzienia. Miał też zapłacić nawiązkę w wysokości 50 tys. zł na rzecz matki zmarłego Kamila T. oraz przekazać 3 tys. zł na rzecz Szymona P. Od wyroku odwołały się obie strony.

Sędzia Mariusz Fołta ogłosił 5 kwietnia br. wyrok, który pokrył się z wyrokiem, jaki zasądził sąd pierwszej instancji. Oskarżony trafi do więzienia na trzy lata.

– To, co przeżywamy my, jako rodzice, rodzeństwo, cała rodzina, ciężko opisać słowami. Nie spocznę i będę walczyć do końca, żeby oskarżony poniósł odpowiednią karę za ten czyn. Żebym miała życie poświęcić tej sprawie – nie odpuszczę. Nie wybaczę. To nie jest rzecz, którą można odkupić, naprawić. Moje dziecko miało przed sobą całe życie. Takich rzeczy się nie wybacza – mówiła matka zagryzionego przez psy Kamila.

Oskarżony nie był obecny na rozprawie.
Źródło info i foto: Gazeta.pl