Napad przed bankiem w stolicy

Konwojent wychodził właśnie z banku, kiedy podbiegło do niego kilku mężczyzn. Na początku chcieli go zaatakować nożem, on bronił się przed tym. Uderzyli go bardzo mocno w głowę. Konwojent upadł, a oni zabrali mu wtedy walizkę. Leżąc strzelił do nich 7 razy” – powiedział reporterowi PAP świadek zdarzenia. Świadek widział, że kule trafiły w dwie opony samochodu złodziei.

– Widziałem, jak uciekali samochodem, przytarli też przypadkowe auto – powiedział świadek napadu. Dodał, ze konwojent to „były komandos”.

Do zdarzenia doszło we wtorek około godziny 10:15 przy Wołoskiej w okolicach skrzyżowania z ul. Domaniewską w Warszawie.

– Ze wstępnych ustaleń wynika, że do mężczyzny wychodzącego z banku podbiegło kilku mężczyzn, którzy wyrwali mu torbę, a następnie oddalili się z miejsca – poinformował Polską Agencję Prasową rzecznik mokotowskiej policji podkom. Robert Koniuszy.

– W tej chwili trwają intensywne działania policji zmierzające do zatrzymania sprawców – dodał policjant.
Źródło info i foto: wp.pl

Zatrzymany 35-latek katował psa siekierą

35-latek znęcał się nad psem zamkniętym w kojcu. Śledczy ustalili, że mężczyzna kilkukrotnie uderzył niewinne zwierzę siekierą. Policję zaalarmował przypadkowy świadek, który usłyszał wycie rannego i przerażonego psa. 35-letni właściciel zwierzęcia został zatrzymany i na wniosek prokuratury aresztowany. Do bestialskiego ataku na psa doszło 13 czerwca. W poniedziałek rano dyżurny mławskiej Policji został zaalarmowany przez anonimową osobę, która usłyszała skowyt psa, zauważyła też mężczyznę uderzającego zwierzę w kojcu jakimś narzędziem.

Policjanci, którzy przyjechali na miejsce szybko ustalili, że 35-letni właściciel psa zaatakował zwierzę siekierą.

– Pies przeżył atak, nie reagował jednak na żadne bodźce. Wezwany na miejsce lekarz weterynarii określił stan zwierzęcia jako ciężki. W momencie zatrzymania 35-latek miał w organizmie ponad 3 promile alkoholu. Został osadzony w policyjnym areszcie – informuje asp. szt. Anna Pawłowska z komendy powiatowej policji w Mławie.

Po wytrzeźwieniu, mężczyzna, został przesłuchany przez prokuratora. Zatrzymany usłyszał zarzut znęcania się nad zwierzęciem ze szczególnym okrucieństwem. W środę, na wniosek prokuratury i zgodnie z decyzją Sądu Rejonowego w Mławie został aresztowany na miesiąc. 35-latkowi z gminy Radzanów w powiecie mławskim grozi do 5 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: wp.pl

Sprawa Stefana W. Świadek: Po ataku na prezydenta trafił do szpitala z obrażeniami twarzy

Świadek w sprawie zabójstwa Pawła Adamowicza, lekarz, który przyjmował Stefana W. na oddział gdańskiego szpitala, zeznał w poniedziałek, że po ataku na prezydenta, oskarżony trafił do gdańskiego szpitala z obrażeniami twarzoczaszki i dłoni. W poniedziałek do Sądu Okręgowego w Gdańsku po raz siódmy został doprowadzony z aresztu oskarżony Stefan W. Pilnowany przez dwóch funkcjonariuszy był zamknięty w specjalnym pomieszczeniu oddzielonym grubą szybą od pozostałej części sali. Nadal nie wypowiedział żadnego słowa.

W trakcie poniedziałkowej rozprawy zostało przesłuchanych troje świadków: kobieta, która widziała, jak Stefan W. 13 stycznia 2019 r. przeskoczył przez barierki; lekarz, który po ataku przyjął Stefana W. na oddziale ratunkowym Szpitala im. Mikołaja Kopernika w Gdańsku oraz policjant, który wiózł oskarżonego do komisariatu.

Według relacji lekarza Roberta G., oskarżony po przyjeździe na SOR podawał podstawowe dane, był małomówny i niechętnie odpowiadał na pytania. W naszym slangu lekarskim oskarżony był +mało współpracujący+ – powiedział.

Lekarz zeznał również, że zauważył u Stefana W. obrażenia twarzoczaszki i prawej dłoni, a do szpitala oskarżony został przywieziony z podejrzeniem napadu drgawek.

W poniedziałek przed Sądem Okręgowym zeznawała również Aleksandra W., która przed finałem WOŚP wraz z narzeczonym stała za sceną niedaleko oskarżonego. W swoich zeznaniach stwierdziła, że miejsce, przez które później przeskoczył Stefan W. nie było przez nikogo pilnowane. Według mnie, to miejsce było wygodne, żeby tam wbiec na schody i scenę – oceniła.

W protokołach ze śledztwa, które w poniedziałek odczytała sędzia, kobieta podawała, że 13 stycznia 2019 r., Stefan W. ubrany był w czarną kurtkę sportową, jasne dżinsy i miał na głowie kaptur. Nie potrafiła natomiast opisać rysów jego twarzy.

Świadkiem podczas poniedziałkowej rozprawy był również 35-letni funkcjonariusz policji Grzegorz E., który w trakcie tragicznego wieczora był kierowcą radiowozu i przewoził Stefana W. z okolicy sceny na komisariat.

Zeznał, że w trakcie jazdy usłyszał krzyk. Wydaje mi się, że były to podniesione głosy zatrzymanego i jednego z policjantów, ale trwało to chwilę – tłumaczył i dodał, że nie widział, aby ktoś uderzył Stefana W. Kiedy mężczyzna był prowadzony do pojazdu zauważyłem, że ma zakrwawioną twarz – zeznawał świadek.

Prokuratura oskarża Stefana W. o dokonanie zabójstwa w zamiarze bezpośrednim w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie, a także o popełnienie przestępstwa zmuszania innej osoby do określonego zachowania. Obu przestępstw oskarżony miał dopuścić się w warunkach powrotu do przestępstwa. Stefanowi W. grozi od 12 lat do dożywotniej kary więzienia.

W opinii biegłych, gdy Stefan W. 13 stycznia 2019 r. wszedł na scenę WOŚP i zaatakował nożem Pawła Adamowicza miał ograniczoną poczytalność. Może to wpłynąć na wysokość kary więzienia. Sąd może zastosować nadzwyczajne złagodzenie kary.

Kolejna rozprawa odbędzie się 2 czerwca br.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Odbyła się druga rozprawa Stefana W.

W Sądzie Okręgowym w Gdańsku odbyła się druga rozprawa, z kilkunastu zaplanowanych, w sprawie zabójstwa Pawła Adamowicza. W SO zeznawał świadek, który w chwili zabójstwa znajdował się na scenie WOŚP oraz właściciel sklepu z militariami, w którym Stefan W. kupił nóż. Obrońca chce, by jego klienta przebadali psychiatrzy.

Rozprawa toczyła się w największej sali SO w Gdańsku, do której z pobliskiego aresztu został doprowadzony oskarżony Stefan W. Na czwartkową rozprawę zostało wezwanych troje świadków: Magdalena Adamowicz, konferansjer, który w chwili zabójstwa przebywał na scenie oraz właściciel sklepu z militariami, w którym dokonano zakupu noża, którym śmiertelnie został ugodzony były prezydent Gdańska.

Przed przesłuchaniem świadków sędzia Sądu Okręgowego Aleksandra Kaczmarek poinformowała, że sąd zlecił badania ambulatoryjne stanu zdrowia Stefana W., z którego wynikało, że może on uczestniczyć w rozprawie. Sędzia zaznaczyła, że badania stanu zdrowia oskarżonego będą powtarzane przed każdą rozprawą.

W sądzie nie stawiła się Magdalena Adamowicz, żona zamordowanego byłego prezydenta, która miała zeznawać w charakterze świadka. Wcześniej wysłała do sądu dokument podpisany przez lekarza sądowego, z którego wynikało, że do 25 kwietnia nie będzie zdolna do udziału w rozprawach.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Anders Breivik domaga się wcześniejszego wyjścia na wolność. Wygłosi przemowę. Świadkiem był neonazista

77 morderstw – za te zbrodnie Anders Breivik został skazany na 21 lat pozbawienia wolności. Po 10 latach odsiadki domaga się wcześniejszego wyjścia z więzienia. We wtorek ma wygłosić przemowę w tej sprawie. Do sądu okręgowego w Telemark na południu Norwegii wpłynął wniosek, w którym Anders Breivik wnosi o wcześniejsze wyjście na wolność – relacjonuje „The Independent”. We wtorek ma wygłosić mowę w tej sprawie – jego obrońca przekazał, że będzie to „długie przemówienie”. Breivik motywuje swoją prośbę zapewnieniem, że „nie stanowi już zagrożenia dla społeczeństwa”. Rozprawa odbędzie się w sali gimnastycznej więzienia Skien pod Oslo, gdzie obecnie przebywa mężczyzna.

Przedterminowemu zwolnieniu z aresztu już teraz sprzeciwiają się prokuratura, przedstawiciele służby więziennej oraz lekarz psychiatrii. – Nadal uważamy, że istnieje niebezpieczeństwo, iż popełni on nowe, poważne przestępstwo – przekazała prokuratorka Hulda Karlsdottir. Na wtorkowej rozprawie ma zeznawać szwedzki neonazista, którego Breivik powołał na swojego świadka. Chodzi o Paera Oeberga, członka Nordyckiego Ruchu Oporu, Paer Oeberg. Nie wiadomo, co jego zeznania mają wnieść do sprawy.

22 lipca 2011 roku Anders Breivik dokonał dwóch zamachów na terenie Norwegii. Pierwszy z nich – na siedzibę premiera Norwegii – w jego trakcie zginęło 8 osób. Kolejny miał miejsce tego samego dnia na wsypie niedaleko Oslo, na której odbywał się obóz młodzieży. Przebrany za policjanta dostał się na wyspę, gdzie przy użyciu broni automatycznej zabił kolejnych 69 osób, w tym większość małoletnich. W obu zamachach rannych zostało kilkaset osób.

Po zatrzymaniu przez policję Breivik przyznał się do zarzuconych mu czynów, utrzymując jednocześnie, że „nie popełnił przestępstwa”. Sąd skazał Breivika na 21 lat pozbawienia wolności, z możliwością przedłużenia wyroku. Jak wskazywano, oba zamachy terrorystyczne, których się dopuścił, miały prawdopodobnie charakter polityczny. Obecnie w Norwegii nie obowiązuje prawo dożywotniego pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Żołnierz, który zdezerterował będzie świadkiem w śledztwie białoruskich służb

Polski żołnierz, który zdezerterował na Białoruś, będzie świadkiem w śledztwie prowadzonym przez tamtejsze służby przeciwko naszemu krajowi. Chodzi o postępowanie wszczęte po starciach cudzoziemców z polskimi mundurowymi na przejściu Bruzgi-Kuźnica w połowie listopada. Powodem wezwania polskiego żołnierza na świadka przez białoruskie służby jest wywiad, którego udzielił dzień po zniknięciu z Polski. Opowiadał w nim historie o przestępstwach, których na pograniczu mieli się dopuszczać polscy mundurowi. Oskarżył ich o podwójne zabójstwo.

Teraz białoruscy prokuratorzy tłumaczą, że chcą sprawdzić fakty, które podał wojskowy, dlatego będzie wezwany do komitetu śledczego.

Dyplomaci: Polski żołnierz będzie bohaterem białoruskich mediów

Emil C. będzie jeszcze długo bohaterem białoruskich mediów i udzieli wielu wywiadów – przekonują w rozmowie z RMF FM polscy dyplomaci, pracujący na Białorusi.

Nasi rozmówcy przyznają, że jego wypowiedzi są przez dużą część Białorusinów przyjmowane bezkrytycznie i szeroko dyskutowane. Pewnym jest też to, że cała sprawa bardzo zaszkodziła mieszkającym tu Polakom i stosunkom polsko-białoruskim. Emil C., polski żołnierz stacjonujący na granicy, porzucił służbę i uciekł na Białoruś. Należał do 11. Mazurskiego Pułku Artylerii 16. Pomorskiej Dywizji Zmechanizowanej.

Prokuratura Rejonowa Białystok-Północ wszczęła śledztwo w sprawie jego dezercji. Śledczy ustalają obecnie, gdzie jest mężczyzna, by móc postawić mu zarzuty. Możliwy jest wniosek do sądu o areszt tymczasowy i list gończy za żołnierzem.

Białoruski Państwowy Komitet Graniczny (GPK) podał, że polski żołnierz poprosił o azyl na Białorusi. Białoruscy pogranicznicy podali, że „w związku z brakiem zgody na politykę Polski w sprawie kryzysu migracyjnego oraz praktyki nieludzkiego traktowania uchodźców, żołnierz wystąpił o azyl polityczny w Republice Białorusi”.

Starcia na przejściu Bruzgi-Kuźnica. 12 polskich mundurowych rannych

Do starć przy przejściu granicznym Bruzgi-Kuźnica doszło 17 listopada. W stronę polskich służb rzucane były m.in. kamienie. Policja użyła armatek wodnych. Działania polskich służb wobec grup agresywnych osób na przejściu granicznym, trwały ponad dwie godziny. Policja informowała, że „w wyniku ataku osób inspirowanych przez stronę białoruską jeden z policjantów został dość poważnie ranny (…) prawdopodobnie doszło do pęknięcia kości czaszki po uderzeniu przedmiotem”. Łącznie przy przejściu granicznym w Kuźnicy rannych zostało 12 osób z polskich służb – 9 funkcjonariuszy policji, dwóch strażników granicznych i jeden żołnierz.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Proces ws. zamachów w Paryżu. „Zrobiliśmy wszystko, by zapobiec atakom”

​Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy, by śledzić podejrzane osoby, ale niestety nie mieliśmy informacji, które byłyby decydujące w zapobieganiu atakom w 2015 r. – przekonywał były prezydent Francois Hollande, który zeznawał w środę w charakterze świadka podczas procesu oskarżonych o ataki terrorystyczne z 13 listopada 2015 r. w Paryżu.

Hollande wyjaśnił, że służby bezpieczeństwa nie miały „wiedzy o miejscach, które mogłyby być celem”. Osoby znaliśmy, ale nie wyobrażaliśmy sobie, że już podejmują działania – zapewnił były szef państwa.

Domagałem się od służb, policji (…)zrobienia wszystkiego, co w ich mocy, aby wykryć, zidentyfikować, zneutralizować terrorystów – podkreślił Hollande.

Były prezydent odpowiedział na stwierdzenia oskarżonego o współudział w zamachach Salaha Abdeslama, który od początku procesu podkreślał, że terroryści podjęli działania odwetowe za interwencję Francji w Syrii.

Hollande przypomniał, że decyzję o interwencji w Syrii podjął 7 września 2015 roku. Oznacza to, że oddział, który przygotowywał się do ataku na nas, przygotował się na długo przed wydaniem przeze mnie rozkazu interwencji w Syrii – podkreślił były prezydent, dodając, że Francja nie uderzyła w ludność cywilną.

Przy drugiej eksplozji nie miałem już wątpliwości, że chodzi o zamach – stwierdził Hollande, który w czasie ataków przebywał na meczu na Stade de France. Pojechał tam z uwagi na obecność „niemieckiego ministra spraw zagranicznych i przyjaciół”.

Wiedzieliśmy o zagrożeniu, ale tego dnia nie było szczególnego alertu – wyjaśnił. Ówczesny prezydent opuścił stadion kilka minut po rozpoczęciu drugiej połowy meczu.

Pierwszą decyzją było zwołanie Rady Ministrów w celu ogłoszenia stanu wyjątkowego, drugą – zamknięcie granic, aby uniemożliwić ucieczkę terrorystom, a trzecią – uwolnienie zakładników w Bataclan – przypomniał sekwencję zdarzeń po ataku Hollande.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Zabrze: 2-letnia dziewczynka chodziła po parapecie. Matka była pijana

Policjanci z Zabrza zatrzymali 32-letnią kobietę, która spała pijana w swoim mieszkaniu, kiedy jej dwuletnia córeczka spacerowała po parapecie otwartego okna. Groźną sytuację zauważył świadek i wezwał na miejsce mundurowych. Jak podała w czwartek zabrzańska komenda, w środę krótko po godz. 9 dyżurny Komisariatu II Policji odebrał zgłoszenie dotyczące małego dziecka, które miało chodzić po parapecie okna mieszkania przy ul. Grunwaldzkiej.

„Na miejsce skierowano dzielnicowych, którzy rzeczywiście zobaczyli otwarte okno w mieszkaniu usytuowanym na wysokim parterze. Z pomocą drabiny interweniujący policjanci weszli do środka. W mieszkaniu zastali dziewczynkę w wieku 2 lat. Jej matka spała w łóżku. Kiedy policjanci ją obudzili, jej wypowiedzi były nieskładne i nielogiczne. Kobieta nie miała świadomości, że jej dziecko stało na parapecie” – opisują policjanci.

Dziecko było głodne

Do czasu przyjazdu innych służb mundurowi zajęli się dziewczynką, która uskarżała się, że jest głodna. „Na szczęście jeden z mundurowych miał pączka, którym poczęstował dziecko” – dodali zabrzańscy policjanci.

Badanie alkomatem wykazało, że matka dwulatki miała w organizmie prawie 2,6 promila alkoholu. Decyzją pracowników Miejskiego Ośrodka Pomocy Rodzinie dziecko przekazano pod opiekę rodziny. Jeszcze w czwartek 32-latka usłyszy zarzut dotyczący narażenia na niebezpieczeństwo utraty życia lub zdrowia swojej córki. Może za to grozić to kara do 5 lat więzienia.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Pijany 23-latek strzelał z pistoletu między blokami. Został zatrzymany

Policjanci z Bielska-Białej zatrzymali 23-latka, który po pijaku wyszedł z domu z pistoletem i strzelał z niego na oczach świadków. Mężczyzna rozbił w ten sposób szklaną ścianę wiaty przystanku, a wcześniej strzelał także na skwerku pomiędzy blokami na Osiedlu Złote Łany. Za narażenie mieszkańców i swoją nieodpowiedzialność grozi mu teraz surowa kara.

W nocy z poniedziałku na wtorek (28-29 czerwca) jeden z mieszkańców Osiedla Złote Łany w Bielsku-Białej zwrócił uwagę na hałas tłuczonego szkła. Po chwili zobaczył, że na przystanku przy ulicy Jutrzenki, obok rozbitej szklanej ściany wiaty przystanku stoi mężczyzna, który zachowuje się podejrzanie. „Świadek zawiadomił o zdarzeniu dyżurnego bielskiej komendy i podał rysopis wandala. Na miejsce natychmiast został skierowany policyjny patrol. Mundurowi wylegitymowali mężczyznę, którym okazał się 23-letni bielszczanin. Przy nim stróże prawa znaleźli pistolet pneumatyczny na metalowy śrut, którym została rozbita szklana ściana przystankowej wiaty”, relacjonują mundurowi. Badanie trzeźwości wandala dało wynik prawie 2,5 promila alkoholu w organizmie. Stróże prawa zabezpieczyli pistolet, a chuligan trafił policyjnego aresztu. Okazało się, że to nie jedyne, co miał na sumieniu.

Śledczy z Komisariatu I Policji w Bielsku-Białej ustalili, że dwa tygodnie wcześniej zatrzymany mężczyzna na skwerku pomiędzy blokami na Osiedlu Złote Łany strzelał z tego samego pistoletu w powietrze, czym mógł narazić postronne osoby na niebezpieczeństwo. Po nocy spędzonej w policyjnym areszcie usłyszał zarzuty narażenia człowieka na niebezpieczeństwo oraz uszkodzenia mienia. Grozi mu za to kara nawet 5 lat więzienia. Będzie także musiał zapłacić za spowodowane straty, które oszacowano na blisko 2 tysiące złotych. Prokurator objął podejrzanego policyjnym dozorem. „Dziękujemy świadkowi, dzięki któremu udało się zatrzymać osiedlowego chuligana”, podkreślają funkcjonariusze.
Źródło info i foto: se.pl

Nowy świadek ws. zabójstwa Ziętary opowiedział o zbrodni po 28 latach milczenia

– Jarosław Ziętara, który zniknął 1 września 1992 r., interesował się przekrętami Elektromisu. Sądziłem, że firma go przekupi, ale sprawy wymknęły się spod kontroli. Został zabity, a ciało wrzucono do kwasu – zeznał w czwartek w sądzie nowy świadek, Zdzisław K. ws. zabójstwa poznańskiego dziennikarza śledczego. Mężczyzna milczał przez 28 lat.

Jak poinformował Onet, latem 2020 roku, po niemal 28 latach od zaginięcia dziennikarza Jarosława Ziętary, do redakcji „Głosu Wielkopolskiego” miał zgłosić się Zdzisław K., który chciał dowiedzieć się, kiedy odbędzie się najbliższa sprawa ws. zabójstwa poznańskiego dziennikarza. Zdecydował się złożyć zeznania, które miały wzmocnić akt oskarżenia przeciwko Aleksandrowi G. Choć mężczyzna złożył wniosek do sądu blisko rok temu, został przesłuchany dopiero teraz – w czwartek 20 maja 2021 r.

Jak poinformował Onet, latem 2020 roku, po niemal 28 latach od zaginięcia dziennikarza Jarosława Ziętary, do redakcji „Głosu Wielkopolskiego” miał zgłosić się Zdzisław K., który chciał dowiedzieć się, kiedy odbędzie się najbliższa sprawa ws. zabójstwa poznańskiego dziennikarza. Zdecydował się złożyć zeznania, które miały wzmocnić akt oskarżenia przeciwko Aleksandrowi G. Choć mężczyzna złożył wniosek do sądu blisko rok temu, został przesłuchany dopiero teraz – w czwartek 20 maja 2021 r.

Proces ws. podżegania o zabójstwo Ziętary. „To miał być taki przekręt ”

Aleksander G., poznański biznesmen, jest oskarżany o podżeganie do zabójstwa Jarosława Ziętary. Prokuratura utrzymuje, że mężczyzna miał zlecić zabójstwo dziennikarza w trakcie jednej z narad w firmie Elektromis w 1992 roku. Zdzisław K., nowy świadek w sprawie, był kolegą Mariusza Ś. (twórcy Elektromisu) z domu dziecka, a następnie z więzienia, obaj panowie później współpracowali ze sobą.

– W 1991 r., wspólnie z moim kolegą Mariuszem Ś., przejęliśmy poznańską spółkę Strefa Wolnocłowa. Zostałem jej prezesem. Wiedziałem od Mariusza, że dostaje informacje od Aleksandra G., mającego wtedy dobre kontakty i wiedzę o zmieniających się przepisach, że mamy szybko sprowadzić do Polski papierosy. To miał być taki przekręt „w białych kołnierzykach” – zeznał w czwartek w Sądzie Okręgowym w Poznaniu, rozprawę relacjonował Łukasz Cieśla z Onetu.

Papierosy sprzedawano wprost do Elektromisu bez odprowadzania podatku. Sprawą zainteresowała się prokuratura, jednak finalnie śledztwo zostało umorzone. Jarosław Ziętara nadal interesował się jednak tym procederem i prawdopodobnie posiadał już wiele informacji. Jak twierdził Zdzisław K., szef Elektromisu miał mówić, że „trzeba będzie uciszyć dziennikarza”. Mężczyzna miał odebrać to jednak jako zapowiedź przekupienia Ziętary. O samym zaginięciu miał dowiedzieć się dopiero kilka miesięcy po fakcie.

Świadek tłumaczył, że dwóch znajomych z firmy Mariusza Ś. opowiedziało mu o szczegółach zbrodni. Obaj mieli być zatrudnieni tam do „brudnej roboty”.
Źródło info i foto: Gazeta.pl