Nowy świadek ws. zabójstwa Ziętary opowiedział o zbrodni po 28 latach milczenia

– Jarosław Ziętara, który zniknął 1 września 1992 r., interesował się przekrętami Elektromisu. Sądziłem, że firma go przekupi, ale sprawy wymknęły się spod kontroli. Został zabity, a ciało wrzucono do kwasu – zeznał w czwartek w sądzie nowy świadek, Zdzisław K. ws. zabójstwa poznańskiego dziennikarza śledczego. Mężczyzna milczał przez 28 lat.

Jak poinformował Onet, latem 2020 roku, po niemal 28 latach od zaginięcia dziennikarza Jarosława Ziętary, do redakcji „Głosu Wielkopolskiego” miał zgłosić się Zdzisław K., który chciał dowiedzieć się, kiedy odbędzie się najbliższa sprawa ws. zabójstwa poznańskiego dziennikarza. Zdecydował się złożyć zeznania, które miały wzmocnić akt oskarżenia przeciwko Aleksandrowi G. Choć mężczyzna złożył wniosek do sądu blisko rok temu, został przesłuchany dopiero teraz – w czwartek 20 maja 2021 r.

Jak poinformował Onet, latem 2020 roku, po niemal 28 latach od zaginięcia dziennikarza Jarosława Ziętary, do redakcji „Głosu Wielkopolskiego” miał zgłosić się Zdzisław K., który chciał dowiedzieć się, kiedy odbędzie się najbliższa sprawa ws. zabójstwa poznańskiego dziennikarza. Zdecydował się złożyć zeznania, które miały wzmocnić akt oskarżenia przeciwko Aleksandrowi G. Choć mężczyzna złożył wniosek do sądu blisko rok temu, został przesłuchany dopiero teraz – w czwartek 20 maja 2021 r.

Proces ws. podżegania o zabójstwo Ziętary. „To miał być taki przekręt ”

Aleksander G., poznański biznesmen, jest oskarżany o podżeganie do zabójstwa Jarosława Ziętary. Prokuratura utrzymuje, że mężczyzna miał zlecić zabójstwo dziennikarza w trakcie jednej z narad w firmie Elektromis w 1992 roku. Zdzisław K., nowy świadek w sprawie, był kolegą Mariusza Ś. (twórcy Elektromisu) z domu dziecka, a następnie z więzienia, obaj panowie później współpracowali ze sobą.

– W 1991 r., wspólnie z moim kolegą Mariuszem Ś., przejęliśmy poznańską spółkę Strefa Wolnocłowa. Zostałem jej prezesem. Wiedziałem od Mariusza, że dostaje informacje od Aleksandra G., mającego wtedy dobre kontakty i wiedzę o zmieniających się przepisach, że mamy szybko sprowadzić do Polski papierosy. To miał być taki przekręt „w białych kołnierzykach” – zeznał w czwartek w Sądzie Okręgowym w Poznaniu, rozprawę relacjonował Łukasz Cieśla z Onetu.

Papierosy sprzedawano wprost do Elektromisu bez odprowadzania podatku. Sprawą zainteresowała się prokuratura, jednak finalnie śledztwo zostało umorzone. Jarosław Ziętara nadal interesował się jednak tym procederem i prawdopodobnie posiadał już wiele informacji. Jak twierdził Zdzisław K., szef Elektromisu miał mówić, że „trzeba będzie uciszyć dziennikarza”. Mężczyzna miał odebrać to jednak jako zapowiedź przekupienia Ziętary. O samym zaginięciu miał dowiedzieć się dopiero kilka miesięcy po fakcie.

Świadek tłumaczył, że dwóch znajomych z firmy Mariusza Ś. opowiedziało mu o szczegółach zbrodni. Obaj mieli być zatrudnieni tam do „brudnej roboty”.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Indianapolis: Strzelanina w placówce firmy FedEx

W amerykańskim Indianapolis doszło do masowej strzelaniny. Służby informują o wielu ofiarach znalezionych w placówce firmy FedEx. Doniesienia o strzelaninie pojawiły się w czwartek późnym wieczorem czasu lokalnego (piątek rano w Polsce). Służby informują o „licznych ofiarach” – podaje NBC.

Policja poinformowała dziennikarzy, że funkcjonariusze odpowiedzieli na zgłoszenie o strzałach z broni palnej. Jak podano, sprawca zastrzelił się. Służby mówią o „licznych ofiarach”, ale nie podano oficjalnie, ile osób zostało postrzelonych i w jakim są stanie.

Cytowany przez lokalne media świadek powiedział, ze widział mężczyznę z bronią automatyczną, który strzelał na otwartej przestrzeni.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Polak zeznawał ws. molestowania seksualnego w watykańskim preseminarium

Dwie godziny trwało przesłuchanie 25-letniego Polaka Kamila J., który zeznawał przed trybunałem watykańskim jako świadek w procesie dwóch włoskich księży. Mężczyzna kilka lat temu odegrał kluczową rolę w ujawnieniu wykorzystywania seksualnego w preseminarium św. Piusa X w Watykanie. Podczas trwającego dwie godziny przesłuchania, Polak opowiedział o przypadkach molestowania seksualnego w watykańskim preseminarium, które przygotowuje młodych chłopców do przyjęcia święceń. Polak opisał nadużycia, do jakich dochodziło w organizacji.

Watykan: trwa proces dwóch księży w sprawie molestowania seksualnego dzieci

W trybunale watykańskim trwa proces dwóch księży oskarżonych o molestowanie seksualne w preseminarium św. Piusa X w Watykanie. Sprawa toczy się od października 2020 r. Głównym oskarżonym w sprawie jest włoski ksiądz Gabrielle Martinelli. Wedle zeznań świadków mężczyzna miał gwałcić nastolatka w mieszkaniu dla młodzieży w Watykanie.

Incydenty zaczęły się w 2007 r. i trwały 5 lat. Martinelli był wówczas 14-nastolatkiem, pełniącym rolę starszego koordynatora działań rezydentów. Nie był jeszcze wyświęcony na kapłana, gdy zaczął wykorzystywać seksualnie o rok młodszego ucznia. Wedle zeznań świadków, w tym Kamila J., molestował seksualnie innego chłopca przez pięć lat, aż do 2012 r., kiedy to Gabriele Martinelli skończył 19 lat i opuścił preseminarium.

Drugim oskarżonym w sprawie jest 71-letni ks. Ernesto Radice, były rektor prezbiterium, który pełnił tę funkcję przez 12 lat. 71-latkowi zarzuca się ukrywanie czynów Martinelliego oraz dyskredytowanie relacji ofiary jako bezpodstawnych, by nie dopuścić do śledztwa.

Kamil J. jako 13-latek mieszkał w preseminarium watykańskim, uczęszczał do szkoły oraz pełnił służbę liturgiczną w Bazylice św. Piotra jako ministrant. Przeniósł się do prezbiterium w 2009 r., gdzie pozostał do 2014 r. Kilka lat temu odegrał kluczową rolę w ujawnieniu skandalu w preseminarium św. Piusa X. W piątek (26 marca) mężczyzna był przesłuchiwany przed trybunałem watykańskim, gdzie opowiadał m.in. o wykorzystywaniu seksualnym jego kolegi.

Mężczyzna zeznawał, że kilkukrotnie informował przełożonych o tym, że był świadkiem prześladowań seksualnych swojego kolegi. Opowiedział ze szczegółami, jak Martinelli zmuszał innego nastolatka do kontaktów cielesnych. Jak powiedział w trakcie zeznań, dwukrotnie kontaktował się z ówczesnym arcykapłanem św. Piotra, Angelo Comastri w 2014 r.

„Zostałem wyrzucony [z preseminarium – red.] po mojej drugiej rozmowie z Comastri” – zeznał w piątek Kamil J. Początkowo nikt nie chciał mu uwierzyć w kwestii prześladowań w watykańskim preseminarium. O tym, co się działo w prezbiterium, opowiedział dopiero autorowi książki „Grzech pierworodny”, poświęconej molestowaniu seksualnemu, jakiego dopuszczali się księża we Włoszech. Kamil J. wziął także udział w programie telewizyjnym w RAI TV w 2017 r. Dopiero te wydarzenia skłoniły Watykan do zainteresowania się nadużyciami.

Vittorio Lanazni, wikariusz obecnego kardynała Angelo Comastriego, zeznał w trakcie procesu, że ówczesny arcykapłan dzwonił w przeszłości do Sekretariatu Stanu Stolicy Apostolskiej i informował o „poważnych nadużyciach” w prezbiterium.

W trakcie zeznań w trybunale watykańskim Kamil J. opowiedział także o tym, że wcześniej sam doświadczył szykan oraz silnej presji psychicznej w internacie. Z tego powodu miał myśli samobójcze.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Białystok: Próba porwania dziecka

Osiedle Leśna Dolina w Białymstoku, poniedziałek, kilka minut po godzinie osiemnastej. Z samochodu wyszedł mężczyzna ubrany na czarno. Złapał 9-latka, gdy ten wracał do swojego domu z treningu, który się nie odbył. Według relacji matki dziecka, mężczyzna chciał siłą wciągnąć chłopca do swojego auta. Na szczęście porywacza powstrzymał przypadkowy świadek, który uderzył napastnika w głowę. Przerażony chłopiec zdołał uciec do swojego domu. Po tym, co się stało na Leśnej Dolinie, mieszkańcy Białegostoku są przerażeni. Matka chłopca zgłosiła zdarzenie na policję. We wtorek o godz. 11 odbyła się wizja lokalna w miejscu zdarzenia.

Na mieszkańców Białegostoku padł blady strach. W poniedziałek około godz. 18 przy ul. Armii Krajowej miała miejsce próba porwania dziecka. Pierwsza informacja o tym zdarzeniu pojawiła się na facebookowej grupie zrzeszającej mieszkańców trzech dużych osiedli Słonecznego Stoku, Leśnej Doliny i Zielonych Wzgórz. Post opublikowała matka dziecka, pani Beata. Informacja błyskawicznie rozeszła się w mediach społecznościowych. Białostoczanie są przerażeni i obawiają się o bezpieczeństwo swoich dzieci. Co się dokładnie wydarzyło? Pani Beata napisała, że zaprowadziła swojego syna na trening do szkoły podstawowej, a potem poszła na zakupy. Było już po zmroku. W międzyczasie okazało się, że do treningu nie doszło, a 9-letni chłopiec nie mógł o tym poinformować swojej mamy, bo nie wziął ze sobą telefonu.

– Postanowił wrócić do domu, bo to bardzo blisko – napisała na Facebooku pani Beata. – W drodze minął go ciemny samochód i zaparkował na parkingu przy przystanku. Syn zdążył dojść prawie do przejścia jak z tyłu jakiś mężczyzna, ubrany na czarno w masce i ciemnych okularach, chwycił go mocno za rękę i zaczął go ciągnąć w stronę auta.
Źródło info i foto: se.pl

Samochód uderzył w bramę biura kanclerz Angeli Merkel. Kierowca w areszcie

A car stand in front of the chancellery after it crashed into the front gate of the building housing German Chancellors Angela Merkel???s offices in Berlin, Germany, Wednesday, Nov. 25, 2020. The slogan on the car reads: ‚you damned murderers of children and old people’. (Michael Kappeler/dpa via AP)

Samochód uderzył w środę w bramę urzędu kanclerz Niemiec Angeli Merkel w Berlinie – poinformowała agencja Reutera, powołując się na świadka zdarzenia. Berlińska policja poinformowała na Twitterze, że kierowca został aresztowany. Samochód uderzył w bramę siedziby Angeli Merkel. O wydarzeniu w stolicy Niemiec miał donieść w środę po godz. 10 świadek – informuje agencja Reutera. Berlińska policja poinformowała na Twitterze, że aresztowała kierowcę. Policja federalna bada, czy wjechał on w bramę urzędu celowo. Nie podejrzewa natomiast, by wydarzenie stanowiło atak ekstremistów.

W sieci pojawiło się nagranie, na którym widać pojazd, który uderzył w bramę biura kanclerz Niemiec. Auto pomalowane jest białymi napisami: „Stop Polityce Globalizacji” oraz „Wy cholerni zabójcy dzieci i starców”, co może sugerować, że zdarzenie nie było przypadkowe – informuje Reuters. 

Rzecznik niemieckiego rządu Steffen Seibert poinformował, że kanclerz Angela Merkel, członkowie jej gabinetu ani inne osoby pracujące w urzędzie nie były zagrożone w związku z incydentem przy bramie. Nie jest jasne, czy szefowa rządu przebywała w urzędzie kanclerskim w chwili zdarzenia – pisze Reuters. Z kolei agencja dpa zauważa, że trwało wówczas posiedzenie rządu. Seibert dodał, że uderzenie w bramę skutkowało jedynie zniszczeniem mienia na niedużą skalę. Według dziennika „Bild” wygięło się kilka prętów ogrodzenia.

Straż pożarna usunęła sprzed bramy samochód, który miał tablicę rejestracyjną miasta Lippe na północnym zachodzie kraju. Według agencji Reutera nie było widać, by auto zostało w znaczący sposób uszkodzone.

Na razie nie jest jasne, czy incydent miał związek z najnowszymi protestami przeciw ograniczeniom wprowadzonym przez rząd w walce z epidemią COVID-1 – pisze agencja dpa. „Bild” przypomina na stronie internetowej, że we wtorek Merkel i premierzy niemieckich krajów związkowych wstępnie ustalili zalecenia epidemiczne na najbliższe tygodnie, a w kraju od miesięcy dochodzi do protestów przeciw polityce rządu w obliczu epidemii.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Zaginięcie Madeleine McCann. Świadek przerywa milczenie

48-letni Helge Busching jest przekonany, że Christian B. stoi za porwaniem Madeleine McCann. Mężczyźni znali się z portugalskiego Praia da Luz, gdzie w 2007 r. ostatni raz była widziana dziewczynka. „Mam nadzieję, że zostanie w więzieniu na długie lata” – powiedział Busching, do którego dotarła redakcja brytyjskiego dziennika „The Sun”.

Z informacji ujawnionych przez „The Sun” wynika, że to Helge Busching był pierwszą osobą, która wskazała policjantom możliwy związek Christiana B. ze sprawą zaginięcia Maddie. Bushing, Christian B. oraz ich wspólny znajomy Manfred Seyferth mieszkali razem w Praia da Luz. Według relacji mediów, mężczyźni mieli regularnie włamywać się do domów i apartamentów zamieszkiwanych przez turystów.

Pierwszy powiedział o Christianie B.

Christian B. miał przyznać się znajomym do porwania Maddie w 2008 r. – rok po jej zaginięciu. Z raportu z policyjnego przesłuchania Buschinga wynika, że B. miał ze „szczegółami opowiadać o jej uprowadzeniu”. W pewnym momencie drogi obu mężczyzn rozeszły się. W 2011 r. Busching został skazany za napaść na bezdomną kobietę we włoskim Brindisi. A kilka lat później wpadł w Atenach, gdy próbował przemycać migrantów z Grecji do Włoch.

W więzieniu Busching postanowił wyjawić prawdę o Christianie B. W 2017 r. przedstawiciele brytyjskiej policji prowadzącej poszukiwania dziewczynki przylecieli do Aten na przesłuchanie mężczyzny. To wtedy po raz pierwszy usłyszeli o Christianie B. Za głównego podejrzanego uznano go jednak dopiero w roku 2019. To wtedy znaleziono dwa samochody należące do mężczyzny, które były widziane w Praia da Luz, gdy porwano Maddie.

Świadek: „Jedno słowo: winny”

Busching wyszedł z więzienia w 2019 r. Do mieszkającego aktualnie na Korsyce mężczyzny dotarli dziennikarze „The Sun”. Zapytany, co sądzi o Christianie B. odpowiedział: „jedno słowo – winny”.

– Mam nadzieję, że zostanie w więzieniu na długo – zapewnił. Pytany, czy podejrzewany pokazywał mu zdjęcia Maddie odpowiedział, że „nie wolno mu wyjawiać takich szczegółów”.

Z informacji policji wynika, że Busching i Seyferth w znacznym stopniu przyczynili się do uznania Christana B. za winnego gwałtu na 73-letniej kobiecie w Praia da Luz w 2005 r. Mężczyźni mieli ukraść nagranie, na którym B. zarejestrował napaść i przekazać je policji.

– Sprawa mojego klienta badana jest w związku z twierdzeniami dwóch niewiarygodnych świadków. To skazani przestępcy mający problemy z alkoholem i narkotykami – skomentował obrońca Christiana B. Friedrich Fulscher.

Madeleine McCann zniknęła 3 maja 2007 roku z wakacyjnego apartamentu w Praia da Luz, gdy jej rodzice udali się do restauracji na kolację. Śledczy zakładali, że dziewczynkę porwano. Przez pewien czas nie wykluczano nawet, że sprawcami byli jej rodzice, którzy twierdzili, że co jakiś czas zaglądali do pokoju córki.

Przełom w sprawie tajemniczego zaginięcia

Przełom w sprawie nastąpił na początku czerwca tego roku. Niemieckie służby uważają, że uprowadzenia dziewczynki dokonał Christian B. Na trop mężczyzny śledczy wpadli po odnalezieniu dwóch należących do niego samochodów – osobowego oraz kampera. Oba auta były widziane w Praia da Luz w czasie, kiedy porwano Maddie. Mężczyzna mieszkał w okolicy przez 12 lat. Miał okradać domy wczasowe i handlować narkotykami. Aktualnie odbywa karę więzienia za gwałt i posiadanie narkotyków.

Prowadzący sprawę prokurator Hans Wolters z Brunszwiku w Niemczech przekazał w sierpniu, że w dniu zaginięcia Madeleine Christian B. wykonał połączenie w pobliżu pokoju hotelowego jej rodziców w Praia da Luz. Dodatkowo, w 2013 r., sześć lat po zaginięciu dziewczynki, B. miał udzielać się na czatach dla pedofilów. Pisał o tym, że chce odbyć stosunek seksualny z małą dziewczynką.

W 2016 r. roku niemieccy policjanci przeszukali teren opuszczonej fabryki skrzynek należącej do Christiana B. Śledczy odnaleźli zakopane kości psa, a pod nimi nośniki danych USB z dziecięcą pornografią. Przechwycono łącznie 8 tys. zdjęć i nagrań. Śledczy nie wykluczają, że autorem części z nich jest sam B.

Prokuratura twierdzi, że dziewczynka nie żyje. Wolters osobiście napisał list do rodziców Maddie, jednak nie ujawniał jego treści. Państwo McCann przekazali w oświadczeniu, że czekają na namacalne dowody w sprawie.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Policyjny pościg i zarekwirowane narkotyki

Sceny niczym z filmów akcji rozegrały się na wolskich ulicach. Policjanci ruszyli w pościg za kierowcą Infinity, który nie zatrzymał się do kontroli. Gdy w końcu go osaczyli, przez okno od strony pasażera został wyrzucony plecak pełen marihuany.

Późnym popołudniem wolskie ulice stały się świadkiem spektakularnego pościgu. Po dzielnicowych zaułkach z piskiem opon pędziło Infinity a za nim goniące go radiowozy. Cała akcja zaczęła się gdy policyjny wywiadowcy zobaczyli auto, które nie zatrzymało się na czerwonym świetle. Natychmiast włączyli sygnały i chcieli aby kierowca zatrzymał samochód na pobliskim parkingu. Jednak ten zrobił coś innego. Wcisnął gaz w podłogę i zaczął uciekać. Policyjny pościg zakończył się gdy uciekinier wjechał w ślepą uliczkę. Wtedy przez okno, pasażer auta wyrzucił plecak, w którym jak się potem okazało było 200 gram marihuany o szacowanej, czarnorynkowej wartości około 8 tysięcy złotych. 28 letni kierowca i 30 letni pasażer trafili na komisariat. Okazało się, że nie jest to ich pierwsza wizyta w tym miejscu. Mężczyźni w ubiegłych latach byli już gośćmi zakładów karnych. Ostatecznie, obydwaj usłyszeli zarzuty. 28 letni kierowca został w areszcie na kolejne trzy miesiące. Za przestępstwo, które popełnili grozi kara do 10 lat za kratami.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Australia: Ojciec oblał benzyną rodzinę siedzącą w aucie

W pożarze auta zginęli były rugbysta i troje jego dzieci w wieku 3, 4 i 6 lat. Ich matka zdołała wydostać się z płonącego auta krzycząc „oblał mnie benzyną”. Kobieta została ciężko ranna, lekarze nie zdołali uratować jej życia. O tym, że auto mogło zostać celowo podpalone, donoszą australijskie media. Ogień wybuchł w środę rano w samochodzie na przedmieściach Brisbane we wschodniej Australii.

Jak podają australijskie media, ofiary to ojciec i trójka jego dzieci. Cytowani świadkowie wspominają o kilku silnych eksplozjach, których dźwięk przypominał wybuch butli z gazem. Okoliczni mieszkańcy i przybyłe na miejsce służby ratunkowe zastali samochód całkowicie zajęty przez płomienie, nie byli w stanie pomóc czwórce uwięzionych w nim osób.

Jeden ze świadków ruszył na pomoc. Ma poparzoną twarz

Dziennik „The Australian” przytacza wypowiedź świadka zdarzenia, który widział jak z płonącego samochodu wyskoczyła kobieta krzycząca „on oblał mnie benzyną”. Według publicznej telewizji SBS była to 31-letnia żona i matka ofiar. Doznała rozległych poparzeń i trafiła do szpitala w stanie krytycznym. Po kilku godzinach służby poinformowały, że kobieta zmarła.

Ratownicy medyczni udzielili także pomocy przechodniowi, który próbował ratować ludzi w płonącym samochodzie. Ma on poparzoną twarz i został przewieziony do szpitala.

Media spekulują, że tragedia mogła być spowodowana problemami rodzinnymi pary, która od niedawna żyła w separacji i spierała się o prawa do opieki nad dziećmi. 42-latek to były zawodnik drużyny New Zealand Warrior (z australijskiej ligi rugby – National Rugby League).

„Jedno z najbardziej przerażających wydarzeń jakie widziałem”

Nie jest na razie jasne, co było przyczyną śmierci mężczyzny. Australijskie media informują, że jego ciało znajdowało się na zewnątrz auta i miało na sobie ślady dźgnięć po nożu. Również świadkowie zdarzenia informują, że widzieli w dłoni mężczyzny nóż, miał on również odpędzać nim osoby, który usiłowały gasić stojącej w ogniu auto.

Władze na razie nie potwierdziły tej wersji.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Berlin: Zwłoki Polki w śpiworze. Chcieli je zakopać w piaskownicy

Niemiecka policja znalazła zwłoki 53-letniej Polki zawinięte w śpiwór leżący na chodniku w Berlinie. Informacje o podejrzanym pakunku, który wcześniej dźwigali dwaj mężczyźni w wieku 35 i 42 lata, przekazał funkcjonariuszom anonimowy świadek. – Prokuratura jest bardzo oszczędna w udzielaniu informacji w tej sprawie – informuje z Berlina korespondent Polsat News Tomasz Lejman.

Anonimowe zgłoszenie o dwóch mężczyznach niosących śpiwór, w który najprawdopodobniej owinięto ciało, wpłynęło na komisariat policji w dzielnicy Berlina – Mitte 10 lutego 2020 roku, około godziny 22:00. Funkcjonariusze, którzy udali się we wskazane miejsce, znaleźli leżący na chodniku śpiwór, a w nim rzeczywiście znajdowały się zwłoki. Śledczy ustalili, że to 53-letnia bezdomna Polka. Kobieta nocowała ostatnio w opuszczonej szopie.

Obrażenia, jakie znaleziono na ciele denatki wskazują, że została ona brutalne zamordowana.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Wrocław: Barbara J. przed sądem. Rzuciła dzieckiem o asfalt, potem kopnęła. Grozi jej dożywocie

Do wrocławskiego sądu trafił akt oskarżenia przeciwko Barbarze J., podejrzanej o usiłowanie zabójstwa jej miesięcznego dziecka. 34-letnia kobieta, będąc pod wpływem alkoholu, rzuciła dziecko na ulicę i je kopnęła. Niemowlaka odebrali jej przechodnie.

Rzecznik Prokuratury Okręgowej we Wrocławiu prok. Justyna Pilarczyk poinformowała, że do zdarzenia doszło w lutym tego roku na jednej z ulic Wrocławia. Jak ustaliła prokuratura, kobieta, czekając na konkubenta, wyciągnęła dziecko z wózka, uniosła je w górę i rzuciła nim o asfalt. – Następnie podeszwą kozaka uderzała z impetem w jego główkę, wdeptując ją w podłoże. Kobieta uderzyła chłopca sześć razy, po czym spłoszona przez świadka zdarzenia, podniosła dziecko, przerzuciła przez ramię i oddaliła się – powiedziała prokurator.

Miała promil alkoholu

Kobietę zatrzymali przypadkowi przechodnie, którzy odebrali jej dziecko i wezwali policję i pogotowie. 34-latka została zatrzymana na miejscu zdarzenia. Po badaniu okazało się, że miała promil alkoholu w organizmie. Została przewieziona do Wrocławskiego Ośrodka Pomocy Osobom Nietrzeźwym.

Jak przekazała prok. Pilarczyk, z opinii biegłych wynika, że obrażenia, których doznało dziecko, mogą w przyszłości skutkować „trwałym uszczerbkiem na zdrowiu w postaci zaburzeń neurologicznych stanowiących ciężkie kalectwo, ciężką chorobę nieuleczalną lub długotrwałą”. – Sam ciężki uszczerbek na zdrowiu może się realizować w odległym czasie pod postacią późnych powikłań urazu, takich jak zaburzenia rozwoju, zaburzenia neurologiczne, głuchota – wskazała prokurator.

Grozi jej dożywocie

Biegli potwierdzili też, że rozległy uraz czaszkowo-mózgowy z licznymi wieloodłamowymi złamaniami kości czaszki powstał z powodu rzucenia dzieckiem z wysokości około 1,5 metra na twarde podłoże, a następnie kilkukrotne kopanie po głowie i świadczy o wysokiej energii działającej na ciało niemowlęcia. „Charakter urazu, jakiego doznało dziecko i powstałe w jego wyniku obrażenia świadczą o tym, że doszło do narażenia dziecka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu” – tłumaczyła prokurator.

Prokuratura postawiła kobiecie zarzut usiłowania zabójstwa. Jak poinformowała prok. Pilarczyk, Barbara J. przyznała się do stawianych jej zarzutów, jednak podkreśliła, że nie chciała zabić syna. W lutym wrocławski sąd uwzględnił wniosek prokuratury i zadecydował o aresztowaniu Barbary J. Kobiecie grozi nawet dożywocie.
Źródło info i foto: polsatnews.pl