Bójka pod klubem w Warszawie. 4 osoby ranne

W nocy z piątku na sobotę doszło w centrum Warszawy do bójki kilku osób z użyciem „niebezpiecznego narzędzia”. Czterech mężczyzn trafiło do szpitala. Policja poszukuje świadków zdarzenia. W sprawę zaangażował się prokurator. Z nieoficjalnych ustaleń polsatnews.pl wynika, że do bójki doszło po północy w sobotę przed jednym z klubów przy ul. Jasnej w Warszawie. Poszkodowanych zostało czterech mężczyzn w wieku od 30 do 34 lat. Zostali przewiezieni karetkami do szpitala. Jeden z nich samowolnie opuścił szpital.

Nie chcą współpracować z policją

Z naszych informacji wynika, że mężczyźni nie chcą współpracować z policją, nie przekazują żadnych informacji o zajściu. Uczestników zdarzenia mogło być więcej, dlatego policja apeluje do świadków o zgłaszanie się do Komendy Warszawa Śródmieście przy ulicy Wilczej 21. Jak powiedział w rozmowie z polsatnews.pl kom. Rafał Retmaniak, do bójki doszło z użyciem niebezpiecznego narzędzia, które dotychczas nie zostało znalezione. 

Trwa śledztwo, w sprawę zaangażował się prokurator. 
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Katowice: Świadek o tragedii. Kierowca autobusu jechał agresywnie

– Jeśli się obawiał, dlaczego zabił człowieka? Nie chodzi o to, że się bał, ale może był wściekły lub coś w tym rodzaju. On jechał bardzo agresywnie – mówi w rozmowie z Radiem ZET jeden ze świadków wypadku w Katowicach, w którym zginęła 19-latka. Dziewczynę śmiertelnie potrącił autobus, którego kierowca wjechał w grupę ludzi awanturujących się na ulicy. 

Katowice. W sobotę rano w centrum miasta – przy ul. Stawowej, obok pawilonów handlowych – autobus wjechał w grupę osób, które uczestniczyły w awanturze na środku ulicy. Jedną z osób potrąconych przez pojazd była 19-latka, która nie przeżyła wypadku. 

Jeden ze świadków zdarzenia – pracownik budki z kebabem, który jest obcokrajowcem – twierdzi, że wszystko rozegrało się na jego oczach. Jego zdaniem bardzo agresywnie zachował się kierowca autobusu. – Jeśli się obawiał, dlaczego zabił człowieka? Nie chodzi o to, że się bał, ale może był wściekły lub coś w tym rodzaju. On jechał bardzo agresywnie – mówi mężczyzna w rozmowie z Radiem ZET. 

Według niego 19-latka nie brała udziału w bójce. Weszła na ulicę, ponieważ chciała uspokoić bijących się w tym miejscu mężczyzn. Świadek wypadku, zapytany o bójkę, odpowiada, że nie wie, dlaczego mężczyźni bili się na środku ulicy. Jak ocenia, byli pod wpływem alkoholu.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Szwecja: W strzelaninie postrzelono dwójkę małych dzieci. Zatrzymano 9 osób

Dziewięciu mężczyzn zostało w niedzielę aresztowanych w związku z najpewniej przypadkowym postrzeleniem 5-letniej dziewczynki i jej 6-letniego brata w miejscowości Flemingsberg na przedmieściach Sztokholmu. Dzieci zostały ranne w nogi, ich życiu nie grozi niebezpieczeństwo – podała policja. Według mediów strzelanina mogła mieć związek z porachunkami gangów. Jak poinformowała miejscowa policja, do postrzelenia rodzeństwa doszło w sobotę wieczorem w pobliżu placu zabaw.

Według świadków cytowanych przez gazetę „Expressen” zanim padły strzały, na jednym z wiaduktów doszło do kłótni między kilkoma mężczyznami. „Dzieci najprawdopodobniej nie były celem, a zostały trafione przez pomyłkę” – stwierdziła rzeczniczka policji Helena Bostroem Thomas.

Szwedzkie media podkreślają, że strzelanina we Flemingsberg mogła być kolejną odsłoną wojny gangów. Na początku lipca w tej samej miejscowości na terenie szkoły podstawowej zastrzelony został 25-letni mężczyzna, przywódca lokalnej grupy przestępczej.

W związku z postrzeleniem dzieci w niedzielę prokurator zdecydował o tymczasowym aresztowaniu dziewięciu mężczyzn w wieku 17-29 lat. Ośmiu z nich było wcześniej karanych za przestępstwa narkotykowe, pranie brudnych pieniędzy oraz przemoc wobec urzędnika.

Prokuratura zarzuca podejrzanym przyczynienie się do ciężkich obrażeń ciała dwojga nieletnich osób oraz nielegalne posiadanie broni.

Kolejny taki przypadek

Zdarzenie spotkało się w Szwecji z silnymi reakcjami ze strony polityków. To już kolejny przypadek, gdy poszkodowanymi są dzieci. W sierpniu ubiegłego roku od przypadkowych kul przy stacji benzynowej pod Sztokholmem zginęła 12-letnia dziewczynka.

– Trudno to zrozumieć, ale w Szwecji przekraczane są kolejne granice – skomentował Johan Forssell z opozycyjnej centroprawicowej Umiarkowanej Partii Koalicyjnej.

W Goeteborgu na początku lipca zastrzelony został policjant. Podejrzanym jest 17-latek powiązany z przestępczością zorganizowaną.

– Morderstwo policjanta, a teraz małe dzieci. To zło nie szczędzi środków (…) Musimy jasno powiedzieć, w jakiej sytuacji znalazła się Szwecja – oznajmiła liderka opozycyjnych Chrześcijańskich Demokratów Ebba Busch.
Źródło info i foto: interia.pl

Wydano list gończy za Jackiem Jaworkiem

Jacek Jaworek, który od soboty poszukiwany jest przez setki policjantów, ma usłyszeć zarzut potrójnego morderstwa. Prokuratura Okręgowa w Częstochowie wydała postanowienie w tej sprawie – podaje Radio ZET. Sąd zgodził się na tymczasowy areszt dla mężczyzny, w związku z czym prokuratura mogła opublikować list gończy.

Jacek Jaworek zdaniem śledczych jest sprawcą potrójnego morderstwa. W nocy z piątku na sobotę w Borowcach k. Dąbrowy Zielonej w powiecie częstochowskim miał zabić 44-letniego brata i bratową oraz ich 17-letniego syna. Wszyscy zginęli od strzałów z broni palnej. Uratował się drugi, 13-letni syn zamordowanego małżeństwa, który schronił się u rodziny. Prokuratura Okręgowa w Częstochowie wydała postanowienie o postawieniu zarzutów związanych z potrójnym zabójstwem. Sąd przychylił się do wniosku o tymczasowy areszt, prokuratorzy wydali list gończy za mężczyzną. Śledczy zlecili sekcję zwłok ofiar i przesłuchują świadków.

Poszukiwania na 1500 hektarach lasu

Policjanci przeszukali ponad 1500 hektarów lasów i bagien w okolicy miejsca zbrodni. Korzystają z dronów i sprzętu mapującego teren. Śledczy mają jeszcze raz przeszukać trudno dostępne miejsca. Miejscowym funkcjonariuszom pomagają niemieccy policjanci, którzy przywieźli ze sobą wyspecjalizowane w poszukiwaniach psy.

Jak poinformował młodszy aspirant Kamil Sowiński z częstochowskiej policji, dotąd policja nie ma informacji, które mogłyby wskazywać, gdzie Jacek Jaworek może być. Sowiński uściślił, że policja musi w takich sytuacjach zakładać wszelkie możliwe scenariusze zachowania po tragedii osoby podejrzewanej. Jednym z nich jest możliwość ukrywania się w terenie pobliskim miejscu zdarzenia. Brane są również pod uwagę inne scenariusze – sprawca mógł uciec za granicę albo targnąć się na własne życie.

„Dziennik Zachodni” podał, że prokuratorzy badają wątek, który pojawił się w mediach społecznościowych. Osoba podająca się za rodzinę zamordowanych twierdzi, że policja wiedziała o posiadaniu przez sprawcę niebezpiecznej broni i jego groźbach śmierci, kierowanych do rodziny. Rzeczniczka Śląskiej Policji Aleksandra Nowara zapewniła w rozmowie z Radiem ZET, że nie było zgłoszenia dotyczącego nielegalnego posiadania broni. – Policja nie miała takiej wiedzy – podkreśla w rozmowie z reporterką Radia ZET.

Rysopis poszukiwanego

Poszukiwany mężczyzna jest tęgiej budowy ciała, ma wzrost około 170-180 cm, włosy krótkie jasne i owalną twarz. Ubrany był prawdopodobnie w spodnie dżinsy koloru granatowego, koszulkę z krótkim rękawem koloru granatowego, może posiadać przy sobie bluzę lub kurtkę koloru jasnego.

Wszystkie osoby, które znają aktualne miejsce pobytu poszukiwanego mężczyzny, mogące pomóc w ustaleniu jego miejsca pobytu, lub które mogą mieć istotne dla śledztwa informacje, proszone są o pilny kontakt z Komendą Miejską Policji w Częstochowie pod numerem telefonu 47 858 12 55 lub numerem alarmowym 112.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Hof: Ugodził polskiego kierowcę 8-centymetrowym nożem. 43-latek twierdzi, że nie chciał zabić

43-latek, który zabił kierowcę polskiego autobusu w Hof w Niemczech, złożył zeznania. Twierdzi, że nie chciał zabić. A jednak ugodził Polaka w szyję nożem z 8-cetymetrowym ostrzem. Policja ustaliła już przebieg wczorajszej tragedii. 43-letni Niemiec z Saksonii został we wtorek po południu aresztowany za zabójstwo kierowcy z Polski.

W nocy z poniedziałku na wtorek, kilka minut po 24:00 na dworcu w Hof w Bawarii, spotkały się dwa polskie autobusy. Miał to być krótki postój na papierosa.

Z zeznań świadków wynika, że w pewnym momencie 43-letni mężczyzna, pochodzący – jak ustalono – z powiatu Vogtland w Saksonii, podszedł do 52-letniego pasażera i bez żadnej zaczepki uderzył go pięścią w twarz.

Mężczyzna ten stał z innymi podróżnymi na chodniku przed autobusem. Cios był tak silny, że 52-latek upadł na ziemię. Potem Niemiec wyciągnął nóż i zaatakował nim stojącego w pobliżu kierowcę, który ruszył na pomoc poszkodowanemu.

Rana zadana nożem była śmiertelna. Polak zmarł na miejscu. Zarządzono już sekcję zwłok, ale „Bild” już wczoraj donosił, że 63-latek został ugodzony w szyję. Policja zabezpieczyła narzędzie zbrodni. To otwierany nóż z 8-centymetrowym ostrzem. Sprawca podczas przesłuchania zapewniał, że nie chciał zabić polskiego kierowcy.

Jak podają niemieccy śledczy, ponieważ mężczyzna wykazywał zaburzenia, zostanie poddany badaniom psychiatrycznym. Zapewniają jednocześnie, że atak nie miał podłoża ksenofobicznego czy politycznego.

„Jesteśmy wstrząśnięci i zasmuceni z powodu brutalnego ataku, do którego doszło w naszym mieście” – oświadczyła burmistrz Hof Eva Döhla, przekazując wyrazy współczucia rodzinie tragicznie zmarłego kierowcy.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Pijany 23-latek strzelał z pistoletu między blokami. Został zatrzymany

Policjanci z Bielska-Białej zatrzymali 23-latka, który po pijaku wyszedł z domu z pistoletem i strzelał z niego na oczach świadków. Mężczyzna rozbił w ten sposób szklaną ścianę wiaty przystanku, a wcześniej strzelał także na skwerku pomiędzy blokami na Osiedlu Złote Łany. Za narażenie mieszkańców i swoją nieodpowiedzialność grozi mu teraz surowa kara.

W nocy z poniedziałku na wtorek (28-29 czerwca) jeden z mieszkańców Osiedla Złote Łany w Bielsku-Białej zwrócił uwagę na hałas tłuczonego szkła. Po chwili zobaczył, że na przystanku przy ulicy Jutrzenki, obok rozbitej szklanej ściany wiaty przystanku stoi mężczyzna, który zachowuje się podejrzanie. „Świadek zawiadomił o zdarzeniu dyżurnego bielskiej komendy i podał rysopis wandala. Na miejsce natychmiast został skierowany policyjny patrol. Mundurowi wylegitymowali mężczyznę, którym okazał się 23-letni bielszczanin. Przy nim stróże prawa znaleźli pistolet pneumatyczny na metalowy śrut, którym została rozbita szklana ściana przystankowej wiaty”, relacjonują mundurowi. Badanie trzeźwości wandala dało wynik prawie 2,5 promila alkoholu w organizmie. Stróże prawa zabezpieczyli pistolet, a chuligan trafił policyjnego aresztu. Okazało się, że to nie jedyne, co miał na sumieniu.

Śledczy z Komisariatu I Policji w Bielsku-Białej ustalili, że dwa tygodnie wcześniej zatrzymany mężczyzna na skwerku pomiędzy blokami na Osiedlu Złote Łany strzelał z tego samego pistoletu w powietrze, czym mógł narazić postronne osoby na niebezpieczeństwo. Po nocy spędzonej w policyjnym areszcie usłyszał zarzuty narażenia człowieka na niebezpieczeństwo oraz uszkodzenia mienia. Grozi mu za to kara nawet 5 lat więzienia. Będzie także musiał zapłacić za spowodowane straty, które oszacowano na blisko 2 tysiące złotych. Prokurator objął podejrzanego policyjnym dozorem. „Dziękujemy świadkowi, dzięki któremu udało się zatrzymać osiedlowego chuligana”, podkreślają funkcjonariusze.
Źródło info i foto: se.pl

Poznański radny dusił kelnerkę? Trwa przesłuchiwanie świadków

Duszenie kelnerki i pogryzienie ochroniarzy – tak miała zakończyć się kolacja, którą w poznańskim Starym Browarze jadł radny osiedlowy i urzędnik Krzysztof Sroczyński wraz ze swoją dziewczyną. Do awantury doszło w ubiegły czwartek w lokalu „Whiskey in the Jar”. Obsługa lokalu przekonuje, że to radny i jego dziewczyna byli agresywni. Dowodem mają być m.in. nagrania. Radny przedstawia zupełnie inną wersję wydarzeń. Twierdzi, że to on i jego dziewczyna są ofiarami i zostali potraktowani „niczym na Białorusi”. Sprawę wyjaśnia policja.

Wersja pracowników lokalu jest następująca: dziewczyna radnego była agresywna, zerwała kelnerce plakietkę z jej nazwiskiem. Po chwili Krzysztof Sroczyński z Rady Osiedla Stare Miasto dusił jedną z kelnerek. Gdy interweniowała ochrona, jego dziewczyna miała rzucić się na ochroniarza i pogryźć go. Radny też miał gryźć. Zostali obezwładnieni.

– Od obsługi lokalu dostaliśmy zawiadomienie o takiej właśnie treści. Dowodem w sprawie będzie monitoring oraz zeznania świadków. Musimy przesłuchać wiele osób. Na tym etapie nikomu nie postawiono zarzutów – podkreśla Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji.

Zaczęło się od kłótni o alkohol

Więcej mówią Onetowi przedstawiciele restauracji „Whiskey in the Jar”.

– To było w ostatni czwartek. Przyszła para, zamówiła po trzy kieliszki tequili. Następnie zamówili jedzenie i poszli na krótkie zakupy. Tego dnia było bardzo gorąco, może temperatura ich rozłożyła? Bo gdy wrócili, było widać, że są pod wpływem alkoholu. Ich zachowanie wskazywało, że nie powinni już więcej pić. Dlatego obsługa powiedziała im, że dostaną jedzenie oraz napoje wyłącznie bezalkoholowe. To było przyczyną wszczęcia awantury. Najpierw dziewczyna radnego natarczywie domagała się wyjaśnień od kelnerek, dwóm zerwała plakietki i do tej pory ich nie oddała. Potem do akcji wkroczył pan radny. Chwycił za szyję jedną z kelnerek, napluł jej centralnie w twarz, co dla tej dziewczyny jest olbrzymim upokorzeniem. Krzyczał: Wiecie, kim jestem? Jutro wszyscy jesteście zwolnieni. Ochrona, pięciu chłopów, nie mogło go powstrzymać. Szarpał się, wyrywał, gryzł, nawet gdy został zakuty w kajdanki. Był gotowy do regularnej bitki – opowiadają Onetowi dwaj przedstawiciele lokalu.

Mają też zastrzeżenia do pracy policji. Dziwią się, że radny i jego dziewczyna nie zostali zbadani alkomatem, nie pobrano im krwi do badań, nie postawiono żadnych zarzutów. Mimo że – jak utrzymują przedstawiciele restauracji – sprawa jest jednoznaczna i potwierdzona przez monitoring oraz relacje świadków.

Radny twierdzi, że on i jego dziewczyna byli trzeźwi i spokojni

Tymczasem wersja radnego z Rady Osiedla Stare Miasto i pracownika Urzędu Marszałkowskiego jest zupełnie inna. Przekonuje, że to on i jego dziewczyna padli ofiarami obsługi lokalu oraz ochroniarzy.

– Nie tak powinna kończyć się kolacja, na którą zabrałem dziewczynę. Byliśmy spokojni i trzeźwi, wypiliśmy jedynie po kieliszku tequili do steków. Chcieliśmy potem uzupełnić zamówienie, już nie pamiętam o co. Moja dziewczyna poszła do kelnerki, by zapytać, kiedy dostaniemy kolejne zamówienie. Wiem, że doszło między nimi do sprzeczki. Z powodu zachowania kelnerki, która była niekulturalna i twierdziła, że ona tu rządzi. Moja dziewczyna w nerwach faktycznie zerwała jej plakietkę, by wiedzieć, z kim rozmawiała. Chciała poskarżyć się przełożonym kelnerki. Po chwili wróciła do stolika. Wtedy przybiegli ochroniarze. Rzucili się na mnie, skuli kajdankami, a wszystko działo się na oczach wielu ludzi. Była godzina 20 – relacjonuje poznański radny osiedlowy, który na co dzień pracuje jako urzędnik Urzędu Marszałkowskiego, gdzie zajmuje się kontrolą przetargów finansowanych z funduszy unijnych.

Sroczyński dodaje, że odniósł poważne obrażenia. Opowiada, że ma pękniete kości twarzoczaszki i wstrząśnienie mózgu. Za kilka dni czeka go operacja w szpitalu, na oddziale chirurgii szczękowej.

– Nie podaruję tego obsłudze lokalu, czułem się, jak na Białorusi. Złożyłem na nich zawiadomienie – zaznacza Krzysztof Sroczyński.

Także on ma zastrzeżenie do policji, a konkretnie do jednego funkcjonariusza. – Jeden z nich, podczas przeszukania, dotykał moją dziewczynę w miejsca intymne, rzucał seksistowskie uwagi w stylu, że „słabo się r…”. Ponadto prosiłem policję, by wezwali do mnie karetkę z powodu strasznego bólu głowy, ale policja tego nie zrobiła – dodaje radny.

Policja zaczęła przesłuchiwać świadków. I potwierdza, że nie sprawdzała trzeźwości radnego i jego dziewczyny. Rzecznik policji Andrzej Borowiak przekonuje, że udział w awanturze nie jest podstawą do takiego badania.
Źródło info i foto: onet.pl

W końcu zatrzymano „bestię z Feliksówki”

Po ponad 30 latach policjanci lubelskiego Archiwum X i Prokuratura Okręgowa w Zamościu są pewni, że dopadli „bestię z Feliksówki”. Sprawcą brutalnego zabójstwa i gwałtu na 67-letniej Mariannie J. jest według nich Waldemar Ch., który w chwili zbrodni miał 35 lat. Mężczyzna był karany za przestępstwa seksualne, w tym gwałty.

Nawet doświadczeni milicjanci byli w szoku, zabezpieczając 17 stycznia 1989 r. miejsce zabójstwa 67-letniej Marianny J. z Feliksówki na Zamojszczyźnie. Kobieta, mieszkająca samotnie w parterowym domku na skraju lasu, była zmasakrowana. Część uderzeń w głowę i tułów zadano prawdopodobnie siekierą.

W dodatku kobieta została zgwałcona. Zdaniem biegłych doszło do tego, gdy była już w agonii. Właśnie ze względu na tak okrutne potraktowanie Marianny J. sprawca jej zabójstwa został nazwany „bestią”.

Śledczy ustalili, że sprawca dostał się do domu kobiety w nocy z 16 na 17 stycznia 1989 r., wyłamując drzwi wejściowe. Najprawdopodobniej od samego początku planował zabójstwo, ponieważ przyniósł siekierę. Gdy dostał się do pokoju, zaatakował gospodynię. Uderzał ją pięścią, kopał i zadawał ciosy siekierą po całym ciele. Po zbrodni zniknął.

W mieszkaniu ofiary panował bałagan, mający wskazywać na rabunkowe tło zbrodni. Jednak w jednej z szuflad znaleziono dwie portmonetki z niewielką kwotą. Poza tym Mariana J. nie była zamożna. Nie było wątpliwości, że było to zabójstwo na tle seksualnym, o podłożu sadystycznym.

Początkowo śledztwo prowadziła Prokuratura Wojewódzka w Zamościu, ale 27 grudnia 1989 r. umorzono je z uwagi na niewykrycie sprawcy zbrodni. 10 lat temu do sprawy wrócili policjanci Archiwum X wydziału kryminalnego lubelskiej komendy wojewódzkiej.

W sprawie przesłuchano kilkudziesięciu świadków oraz zlecono szereg ekspertyz z zakresu medycyny sądowej, daktyloskopii, mechanoskopii czy traseologii. Przeszukano także miejscu zamieszkania kilkunastu osób wytypowanych w wyniku działań operacyjnych milicji obywatelskiej. Bez skutku.

Seksualny predator

Przełom w sprawie nastąpił, gdy ponownie zbadano materiał biologiczny zabezpieczony podczas sekcji zwłok ofiary. Udało się wyizolować profil DNA prawdopodobnego sprawcy. Porównano go z policyjną bazą DNA. I wtedy okazało się, że pasuje do sprawcy gwałtu z 2020 r. – Waldemara Ch.

Ten 67-letni mężczyzna był w przeszłości karany za gwałty, usiłowanie zgwałceń i znęcanie się nad rodziną. Wtedy przebywał w areszcie podejrzany o kolejny gwałt.

W miniony piątek w Prokuraturze Okręgowej w Zamościu Waldemarowi Ch. przedstawiono zarzuty zabójstwa i zgwałcenia Marianny J. Mężczyzna nie przyznał się popełnienia tych czynów. Stwierdził, że nie pamięta co się działo ponad 30 lat temu.

Sąd aresztował go na trzy miesiące. Za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem grozi nawet dożywotnie więzienie.
Źródło info i foto: TVP.info

Zabójstwo w pralni na Gocławiu. Syn ofiary wciąż w śpiączce

Dziś zostanie wszczęte śledztwo w sprawie piątkowego zabójstwa w pralni na warszawskim Gocławiu. Od uderzeń nożem zmarł 73-letni mężczyzna. Policjanci zatrzymali jego 37-letniego syna. Mężczyzna w ciężkim stanie trafił do szpitala. Na razie nie wiadomo, kiedy 37-latek zostanie przesłuchany. Mężczyzna – pilnowany w szpitalu przez policjantów – jest w śpiączce. Lekarze określili stan jego zdrowia jako ciężki, ale stabilny – informuje dziennikarz RMF FM Krzysztof Zasada.

Na jutro zaplanowano sekcję zwłok ofiary. Trwają też przesłuchania świadków. Prokuratura nie chce ujawniać ich zeznań. Podstawą wszczętego śledztwa będą przepisy kodeksu karnego o zabójstwie, ale także o czynnej napaści na funkcjonariuszy. 37-latek podczas zatrzymania miał zaatakować policjantów i strażaków.

„Miał zakrwawione ręce, cały tors zakrwawiony i z nożem zaczął biec za mundurowym”

W piątek po godz. 13 funkcjonariusze otrzymali zgłoszenie, że zakrwawiony mężczyzna w pralni przy ulicy Bora Komorowskiego w Warszawie potrzebuje pomocy. Zastali tam też 37-latka stojącego nad ciałem ojca. Napastnik z nożem rzucił się na funkcjonariuszy.

Zaczęli wyskakiwać biegiem z tej pralni. Pomyślałam sobie, że może pali się coś, może grozi nam jakiś wybuch. Ale za policjantem, który jako ostatni wyskoczył zaczął biec młody człowiek. Miał zakrwawione ręce, cały tors zakrwawiony i z nożem zaczął biec za mundurowym – mówiła w piątek w rozmowie z reporterem RMF FM Mariuszem Piekarskim kobieta, która obserwowała całe zdarzenie.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Napad na bank w Błoniu. Policja szuka świadków

Wciąż trwają poszukiwania sprawców piątkowego napadu na bank w Błoniu w woj. mazowieckim. Policja apeluje o pomoc do wszystkich osób, które mogły być świadkami zdarzenia. Funkcjonariuszom zależy również na nagraniach z kamer samochodowych, które mogły zarejestrować moment napadu.

Do zdarzenia doszło w południe w piątek. Policjanci dostali zgłoszenie o wtargnięciu dwóch mężczyzn do jednej z placówek bankowych w Błoniu.

Grożąc przedmiotem przypominającym broń, dokonali kradzieży pieniędzy, po czym oddalili się prawdopodobnie czarnym peugeotem – relacjonowała podinsp. Ewelina Gromek-Oćwieja z KPP dla powiatu warszawskiego zachodniego. Mężczyźni mieli maseczki, jeden z nich był szczupły, a drugi krępy.

Podczas napadu nikt nie ucierpiał. Jak dowiedział się reporter RMF FM Krzysztof Zasada, jeden z napastników oddał strzał wewnątrz budynku w sufit. Pytana o to policjantka zastrzegła, że na obecnym etapie nie może udzielić szczegółowych informacji w tym zakresie.

Podinsp. Gromek-Oćwieja apelowała do wszystkich osób, które mogły być świadkami bądź też mają jakąkolwiek wiedzę na temat tego zdarzenia, o kontakt z Komisariatem Policji w Błoniu. Zaznaczyła, że policji zależy również na nagraniach z kamer samochodowych, które mogły zarejestrować moment zdarzenia.
Źródło info i foto: RMF24.pl