Marcin K. ps. „Belmondziak” ścigany listem gończym

W styczniu 2018 r. Marcin K. ps. „Belmondziak” odzyskał wolność, kiedy sędzia mimo skazania go na trzy lata odsiadki ulitował się nad prośbą podsądnego. Przyrodni brat „Szkatuły”, prosił bowiem o uchylenie aresztu, aby mógł się uczyć. Jak przebiegała jego edukacja, dowiemy się pewnie dopiero wtedy, gdy schwyta go policja. „Belmondziak” nie stawił się bowiem w 2020 r. do odbycia kary, a od 11 miesięcy jest ścigany listem gończym.

47-letni Marcin K. ps. „Belmondziak” vel „Wściekły” to jedna z barwniejszych postaci kryminalnego podziemia stolicy. Choć przyćmiewa go niesława jego przyrodniego brata Rafała S. ps. „Szkatuła”, bossa jednej z największych grup przestępczych w Warszawie, to jednak i on sam dołożył co nieco do kronik policyjnych.

„Szkatuła” ukrywał się przez blisko dekadę (wpadł w 2011 r.) i to „Belmondziak” był jednym z kilku członków bandy, który mógł mieć z nim osobisty kontakt.

– Rafał był bardziej od kombinowania, a Marcin stawiał na argumenty siły. Jest charakterny. Potrafił się postawić grupie mokotowskiej, a z mniejszymi, choć równie znanymi gangami Warszawy i okolic szedł zdecydowanie na konfrontację – mówi jeden ze stołecznych policjantów, który przez lata rozpracowywał bandę „Szkatuły” i „Belmondziaka”.

– To on doprowadził do zrzeszenia mniejszych grup w sprawny organizm – wyjaśnia funkcjonariusz.

Biorąc pod uwagę rangę Marcina K. w półświatku, nie ma chyba wątpliwości, że to stoi na czele przetrzebionej bandy. Sam zaprzecza oczywiście, jakoby miał cokolwiek wspólnego z przestępczością. Siebie zaś widzi jako ofiarę nierzetelnych mediów, w tym piszącego te słowa.

Bez pośpiechu

Dlatego dziwić może, że musiał minąć rok, odkąd gangster nie raczył stawić się do odbycia kary, aby wydano za nim list gończy. Z informacji uzyskanej w Sądzie Okręgowym w Warszawie wynika, że „zarządzenie do policji z poleceniem niezwłocznego doprowadzenia skazanego do zakładu karnego zostało wydane 11 marca 2020 r. Sąd dał policji aż 10 miesięcy na załatwienie sprawy.

Kiedy okazało się, że „Belmondziak” zniknął, 19 stycznia 2021 r. został wydany za nim list gończy. A dopiero na początku września zdjęcie „Belmondziaka” pojawiło się na stronach stołecznej policji z informacją, że poszukują go kryminalni Komisariatu Policji Warszawa-Białołęka.

W komunikacie stróże prawa zaznaczyli, że „ważna jest każda informacja dotycząca ściganego mężczyzny i jego obecnego miejsca pobytu”. Policjanci zwracają się z prośbą do wszystkich, którzy znają miejsce pobytu poszukiwanego, o kontakt pod numerem telefonu 47 723-51-30, 47 723 52 20, za pomocą poczty elektronicznej: dyzurny.kp-bialoleka, ksp.policja.gov.pl. lub z najbliższą jednostką policji.

Droga do wolności

„Belmondziak” cieszy się wolnością od zimy 2018 r, po tym jak w styczniu Sąd Najwyższy uchylił mu areszt. Stało się to niedługo po tym, jak sąd uznał kasację od wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie, który skazał gangstera na 13 lat więzienia. Była to kara m.in. za handel znacznymi ilościami narkotyków.

Sprawa wróciła do Sądu Okręgowego w Warszawie i toczy się od początku. Sąd Najwyższy uznał, że K. musi wpłacić 150 tys. zł poręczenia majątkowego, co też szybko nastąpiło.

Co ciekawe, na tym posiedzeniu SN obrońca „Belmondziaka” złożył oświadczenie Prezesa Zarządu Fundacji Kamili Skolimowskiej potwierdzające gotowość nawiązania współpracy z Marcinem K.

To był ostatni areszt ciążący na Marcinie K., który za kratami przebywał od 2009 r. Wcześniej udało mu się przekonać sędziego Andrzeja Krasnodębskiego, aby ten też uchylił tak dolegliwy środek zapobiegawczy. Czym przekonał sędziego, znanego z surowych wyroków wobec gangsterów? Rzekomym pędem do wiedzy.

Kiedy 11 grudnia 2017 r. usłyszał wyrok trzech lat więzienia za pomoc w próbie uprowadzenia pewnego złodzieja, przekonywał, że przez areszt nie może korzystać z dobrodziejstwa edukacji za kratami. – Chcę się uczyć. Skończyć jakieś kursy albo liceum – wyjaśniał „Belmondziak”.

Sędzia uznał, że to racjonalny argument i środek zapobiegawczy uchylił. Tyle, że wtedy na gangsterze ciążył jeszcze wspomniany areszt do sprawy narkotykowej.

Gorąca głowa

Na razie niewiele wiadomo o życiu „Belmondziaka” na wolności. Do policjantów i prokuratorów docierały tylko sygnały, że nie zrezygnował z gangsterki. Tym bardziej, że wielu członków bandy było już na wolności. Ale od 2018 r. Marcin K. nie został ani razu zatrzymany za tego rodzaju przestępstwa

Portal tvp.info odkrył jednak, że „Belmondziak” zadebiutował w innej roli – stadionowego chuligana. Będąc zapalonym kibicem Legii Warszawa (wielu członków jego gangu należy Teddy Boys, bojówki drużyny z Łazienkowskiej), pojawił się 1 grudnia 2018 r. na meczu z Koroną Kielce.

Najwyraźniej jednak dał się ponieść emocjom, ponieważ w pewnym momencie wdarł na murawę. Na jego drodze znalazł się porządkowy K.T. „Belmondziak” zadał trzy ciosy pięścią w głowę.

Chwilę potem podbiegł do sektora gości i „prowokował kibiców klubu Korona Kielce do działań zagrażających bezpieczeństwu tej imprezy poprzez wykonywanie przed ich trybuną nieprzyzwoitych gestów”.

Jako że w tumulcie tym brało udział kilka innych osób, osądzenie chuligańskiej akcji zajęło blisko rok. W październiku 2019 r, Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia uznał Marcina K. za winnego wszystkich zarzucanych mu czynów.
Źródło info i foto: TVP.info

Sąd skrócił czas odsiadki dla „Szkatuły”

Aż o cztery lata złagodził Sąd Apelacyjny w Warszawie wyrok Rafała S. ps. Szkatuła w sprawie próby porwania oraz podżegania do zabójstwa. Tym samym zamiast na 15 lat więzienia, boss jednej z największych stołecznych grup przestępczych został prawomocnie skazany na 11.

W grudniu 2017 roku Sąd Okręgowy w Warszawie skazał Rafała S. na karę 15 lat więzienia za próbę porwania złodzieja samochodów Ireneusza T. w 2002 roku, podżeganie do zabójstwa Piotra D. ps. Pietia w 2010 i 2011 roku oraz nielegalne posiadanie broni. Sędzia Andrzej Krasnodębski uznał, że za pierwsze przestępstwo „Szkatuła” zasłużył na 8 lat, za drugie również na 8, a za trzecie na 3 lata pozbawienia wolności.

Sąd Apelacyjny, który rozpatrywał sprawę, uznał w przypadku dwóch ostatnich przestępstw, sąd I instancji wydał słuszny werdykt. Oceniono jednak, że w sprawie próby porwania trzeba wziąć pod uwagę fakt, że 8 lat to zbyt surowy wyrok, tym bardziej, że za udział w tym samym zdarzeniu brat przyrodni bossa – Marcin K. ps. Belmondziak został skazany na 3 lata. Obniżono więc karę o trzy lata.

Ku zaskoczeniu prokuratury Sąd Apelacyjny złagodził też wyrok łączny. I to aż o cztery lata. Wyrok jest już prawomocny.

„Zrobienie Irka”

Ireneusz T. ps. Irek był dawnym znajomym „Szkatuły”, z czasów, gdy ten kradł jeszcze samochody. Stąd Rafał S. miał wiedzieć, że „Irek” jest wyjątkowy oszczędny jak na przestępcę i zgromadził małą fortunę. W 2002 roku Rafał S. miał wpaść na pomysł „zrobienia Irka”, czyli uprowadzenia go i zwolnienia po zapłacie 100 tysięcy złotych.

Ustalono, że Ireneusz T. zostanie „zawinięty” spod ośrodka Gwardii, gdzie trenował. Pierwsza próba porwania nie udała się, bo „Irek”, zapewne dobrze znając gangsterskie obyczaje, bardzo się pilnował.

Podczas drugiej próby napastnicy próbowali wciągnąć T. do samochodu, ale ten stawił opór. Wówczas jeden z porywaczy zadał mu dwa ciosy nożem w nogi. I ta próba zakończyła się fiaskiem, gdyż w pewnym momencie zrejterować miał „Belmondziak”. Reszta kompanii też musiała zrezygnować.

Ireneusz T. w czasie śledztwa oraz przed sądem zaprzeczał, aby ktokolwiek chciałby go uprowadzić. Nie potrafił jednak przekonująco wyjaśnić skąd ma dwie blizny na nogach w miejscach wskazanych przez jednego ze skruszonych bandytów.

Zdrada

Rafała S. pogrążyli przede wszystkim dwaj gangsterzy z Konstancina: Rafał B. ps. Bukaciak i Łukasz A. ps. Łuki. Ta „zdrada” musiała być wyjątkowo bolesna dla „Szkatuły”, gdyż ten w czasie ukrywania się przed policją namaścił pierwszego na swojego zastępcę, a nawet sukcesora w razie zatrzymania.

„Bukaciak” i „Łuki” opisali, jak w okresie od końca 2010 roku do 11 maja 2011 roku (dnia zatrzymania „Szkatuły”) na polecenie bossa mieli złożyć Piotrowi D. ps. Pietia „propozycję nie do odrzucenia”. Gangsterzy pojechali na umówione spotkanie i przekazali „Pieti”, „aby się określił, czy jest z nimi na śmierć i życie”. Ten zaś przekonywał posłańców, że szanuje Rafała S., ale – jak to ujął – „nie spieszy się do więzienia”. Odmowa ponoć rozeźliła „Szkatułę”, który wedle skruszonych przestępców miał stwierdzić: „Rusek musi się przewrócić”. Życie „Pieti” wycenił na 60 tysięcy złotych.

Do realizacji zlecenia jednak nie doszło, choć dwaj gangsterzy obserwowali już dom, w którym miał mieszkać „Pietia”. Piotr D. przekonywał przed sądem, że nie zna Rafała S. i nie sądzi, aby ktokolwiek miałby mu zagrażać.
Źródło info i foto: TVP.info

Marcin K. ps. „Wściekły”skazany

„Wściekły” – brat „Szkatuły” z dwuletnim zakazem stadionowym i grzywną za awanturę podczas meczu Legii Warszawa z Koroną Kielce w 2018 r. – dowiedział się portal tvp.info. Marcin K., znany także jako „Belmondziak”, został skazany przez Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia za wtargnięcie na murawę, uderzenie porządkowego i prowokowanie kibiców z Kielc.

42-letni Marcin K. ps. „Belmondziak” vel „Wściekły”, jest od lat bohaterem kronik kryminalnych i sądowych. Według policji i prokuratury jest numerem dwa w gangu swojego brata przyrodniego Rafała S. ps. „Szkatuła”.

Z ustaleń prokuratury i CBŚP wynika, że w latach 2008-11 gang „Szkatuły” brał udział w przemycie narkotyków na terenie państw Unii Europejskiej, w tym Polski, i wprowadzaniu ich do obrotu. Chodzi o 3,7 tony marihuany, ponad 500 kg amfetaminy, 300 kg kokainy i blisko 250 kg heroiny.

Jako że „Szkatuła” siedzi w więzieniu, a „Belmondziak” cieszy się wolnością, czekając na rozstrzygnięcia w kolejnych procesach, to on zdaniem śledczych jest bossem. Czemu sam zdecydowanie zaprzecza. Okazało się, że Marcin K. dał się poznać policji i prokuraturze z zupełnie innej strony. Będąc zapalonym kibicem Legii Warszawa (wielu członków jego gangu należy do bojówek tej drużyny), pojawił się 1 grudnia 2018 r. na meczu z Koroną Kielce. Najwyraźniej jednak dał się ponieść emocjom, ponieważ w pewnym momencie miał się wedrzeć na murawę.

Na jego drodze znalazł się porządkowy K. T. „Belmondziak” miał mu zadać trzy ciosy pięścią w głowę. A chwilę potem podbiegł do sektora gości i jak napisano w oficjalnych dokumentach: „prowokował kibiców klubu Korona Kielce do działań zagrażających bezpieczeństwu tej imprezy poprzez wykonywanie przed ich trybuną nieprzyzwoitych gestów”,

Jako że w tumulcie tym brało udział kilka innych osób, osądzenie chuligańskiej akcji zajęło blisko rok. W październiku 2019 r, Sąd Rejonowy dla Warszawy-Śródmieścia uznał Marcina K. za winnym wszystkich zarzucanych mu czynów. Decyzją sądu „Belmondziak” ma dwuletni „zakazu wstępu na imprezy masowe obejmujący wszelkie imprezy masowe na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej oraz mecze piłki nożnej rozgrywane przez polską kadrę narodową lub polski klub sportowy poza terytorium Rzeczypospolitej Polskiej”.

Ponadto gangster musi uiścić 3,5 tys. zł grzywny i zapłacić 500 zł zadośćuczynienia pobitemu porządkowemu. Wyrok jest nieprawomocny. Smaczku sprawie dodaje fakt, że zapadł w dniu urodzin Marcina K.

Pęd do wolności i nauki

„Belmondziak” cieszy się wolnością od zimy 2018 r, po tym jak w styczniu Sąd Najwyższy uchylił mu areszt niedługo po tym, jak uznał kasację od wyroku Sądu Apelacyjnego w Warszawie, który skazał gangstera na 13 lat więzienia. Sprawa wróciła do Sąd Okręgowego w Warszawie i toczy się od początku.

Sąd Najwyższy warunkował zwolnienie K. wpłaceniem 150 tys. zł poręczenia majątkowego, co też szybko miało miejsce. Gangster nie może opuszczać kraju i musi się raz na dwa tygodnie meldować na policji.

Co ciekawe, na tym posiedzeniu SN obrońca „Belmondziaka” złożył oświadczenie Prezesa Zarządu Fundacji Kamili Skolimowskiej, potwierdzające gotowość nawiązania współpracy z Marcinem K.

Zdaniem śledczych rozpracowujących gang „Szkatuły”, Marcin K. konsekwentnie dążył do uchylenia ciążących na nim aresztów. Kiedy 11 grudnia 2017 r. usłyszał wyrok trzech lat więzienia za pomoc w próbie uprowadzenia pewnego złodzieja, swój wniosek o uchylenie wspomnianej sankcji motywował „chęcią nauki”.

– Chcę się uczyć. Skończyć jakieś kursy albo liceum – wyjaśniał „Belmondziak”; uchylenie aresztu oznaczało, że może uczyć się zakładzie karnym. Sędzia Andrzej Krasnodębski, znany z surowych wyroków wobec gangsterów, uznał, że ta argumentacja go przekonuje.

Handlarz telefonami

„Belmondziak” został zatrzymany w październiku 2009 r., po ponaddwuletnim ukrywaniu się przed policją. Schwytali go policjanci elitarnej grupy warszawskiego CBŚ, tzw. łowcy głów. To specjalna jednostka pościgowa, której jedynym zadaniem jest polowanie na ukrywających się najgroźniejszych bandziorów. Po niespełna dwóch latach działania, na jej bazie utworzono w centrali CBŚ specjalny wydział pościgowy, nazywany teraz „łowcami cieni”.

Funkcjonariusze znaleźli przy nim i w jego mieszkaniu 72 telefony komórkowe. Przy sobie miał „tylko” 12 aparatów, do najpilniejszych kontaktów. Każdy aparat był używany tylko do kontaktu z jednym konkretnym członkiem gangu. K. nie wiedział, że jego rozmowy były od kilku miesięcy nagrywane, próbował nawet przekonać śledczych, że miał tak dużo aparatów, bo zajmuje się „obwoźnym handlem telefonami”.

Według zeznań skruszonych członków gangu, w grupie obowiązywały bardzo surowe zasady bezpieczeństwa. Telefony, będące na wyposażeniu gangu, były zawsze wymieniane w przypadku zatrzymania jakiegokolwiek członka grupy. Ponadto bez względu na okoliczności telefony były zmieniane średnio co dwa tygodnie.

Z kolei inny świadek przytaczał wypowiedź Marcina Z. ps. „Misiek” o tym, co się działo na spotkaniu z Marcinem K.: „Belmondziak” jak zwykle miał przy sobie z 50 telefonów tak, że nie miał ich nawet jak w samochodzie poukładać”.

Marcin K. starał się być zawsze bardzo ostrożny. Nawet, gdy rozmawiał przez „bezpieczny”, jak mu się wydawało, telefon, nie używał nazw narkotyków. Tylko cyfr, np. trzy dla X, cztery dla Y. Chodziło o liczbę kilogramów dla konkretnego odbiorcy.

K. nie wiedział jednak, że jego wszystkie rozmowy z najbliższymi współpracownikami są podsłuchiwane przez CBŚ. Co ciekawe, funkcjonariusze inwigilujący dziesiątki bandyckich numerów, przypisali „Wściekłemu” niegodnie brzmiący kryptonim „Gucio 180”.

Potwierdzeniem zaangażowania gangstera w handel narkotykami są także jego nerwowe rozmowy z kompanami, kiedy w sierpniu 2009 r. policja zatrzymała handlarzy narkotykami z Dębicy, którzy właśnie zakupili narkotyki od „Szkatułowych”. W ciągu kilkudniowej akcji wpadło kilku członków bandy.

Na wieść o wsypie, „Wściekły” nakazał kompanom „przemeblowanie mieszkań”, „zmianę dyliżansu” i „wybicie z dokumentów”. Chodziło o usunięcie z mieszkań zakazanych przedmiotów, zmianę samochodu oraz dokumentów.

Jednocześnie K. zachował na tyle zimną krew, że kazał osobie odpowiedzialnej za zajęte narkotyki oddać pieniądze. Z nagranych rozmów wynikało, że wpadka była wynikiem „niezachowania ostrożności”.

W imieniu brata

Przez dwa lata „Belmondziak” miał być według prokuratury oficjalnym liderem grupy. Rafał S. „Szkatuła” ukrywał się wówczas tak skutecznie, że policja podejrzewała nawet, iż został dyskretnie zamordowany.

Kierowany przez niego sojusz większości stołecznych gangów oplótł siecią swych powiązań niemal całą Warszawę. Podporządkował sobie bossów i watażków grup z Pragi, Śródmieścia, Żoliborza i niedobitków dawnej mafii mokotowskiej. Aby ta niecodzienna federacja nie rozbiła się o ambicje poszczególnych liderów, mianował ich swoimi kapitanami. Tylko z nimi utrzymywał bezpośrednie kontakty.

Z zeznań świadków wynika, że „Wściekły”, początkowo był „tylko” jednym z ważniejszych członków gangu swojego brata przyrodniego – Rafała S. ps. „Szkatuła”. Skruszeni przestępcy twierdzą, że K. był łącznikiem między koalicją stołecznych gangów a swym krewniakiem. Według śledczych Marcin K. miał przez swoich ludzi kontrolować zbieranie haraczy w stolicy. Gang „opodatkował” właścicieli lawet i holowników, taksówkarzy z centrum stolicy, lichwiarzy z kasyn i Służewca, handlarzy z bazarów Różyckiego Wolumen, a także kilkadziesiąt agencji towarzyskich i sex-shopów.

Pieniądze z „punktów” (tak nazywano miejsca, skąd ściągano haracz) w dużej części trafiały na specjalny fundusz gangu, przeznaczony na pomoc dla uwięzionych lub ukrywających się kamratów. Co ciekawe, z notatek gangsterów wynika, że niektórzy ich kompani dostawali pieniądze nawet przez pięć do ośmiu lat pobytu za kratami.

Gangsterzy szybko rozprawiali się z dłużnikami czy handlarzami niepłacącymi haraczu. Opór właścicieli sklepu wędkarskiego i sex-shopu skończyły się „tajemniczym” spaleniem tych pomieszczeń. Równie brutalnie bandyci przejęli haracze od przydrożnych prostytutek, które znajdowały się pod „opieką” gangu markowskiego. Po prostu skatowali kobiety, aby przez kilka dni nie mogły pracować. Bili jednak tak, aby prostytutki zbyt długo się nie leczyły, tylko mogły zarabiać już dla gangu „Szkatuły”.

Królowie stołecznego podziemia kryminalnego

Gang „Szkatuły” jest uważany przez policję za najbardziej niebezpieczną warszawską grupę przestępczą nowego stulecia. W śledztwie przeciwko członkom bandy ustalono m.in., że grupa kontrolowała 90 proc. stołecznych agencji towarzyskich, tirówki pod Wyszkowem i Górą Kalwarią, handel amfetaminą i heroiną oraz haracze.

Od 2008 r. zaczęło się rozbijanie bandy. Do końca 2010 r. ponad 100 najważniejszych członków gangu Rafała S. trafiło za kraty. 28 maja 2012 r. w czasie wielkiej obławy zatrzymano 45 osób, m.in. członków gangu „Szkatuły” i bojówkarzy warszawskiej Legii, zwanych Teddy Boys 95. Z ustaleń prokuratury i Centralnego Biura Śledczego wynika, że brali oni udział w przemycie i rozprowadzaniu w sumie setek kilogramów marihuany, kokainy i heroiny wartej miliony złotych.

Czołową rolę w narkobiznesie odgrywał aresztowany Arkadiusz K. ps. „Chory”, uważany za zastępcę Rafała S. ps. „Szkatuła”. To on miał koordynować współpracę gangu z „Teddy Boysami”. W 2013 r. policja rozbiła gang Rafała B. ps. „Bukaciak”, uważanego za następcę „Szkatuły”. Na początku grudnia 2013 r. policjanci odkryli w garażu w Konstancinie przestępczy arsenał, zawierający 26 sztuk broni, w tym szturmowe kałasznikowy, skorpiony i pistolety CZ z tłumikami. Arsenał miał należeć wcześniej do grupy „Szkatuły”.

Od września 2013 r. policja i prokuratura zatrzymały blisko 100 osób związanych z tym gangiem.
Źródło info i foto: TVP.info

Sparaliżowany gangster Arkadiusz K. oskarżony o kolejne przestępstwa

Sparaliżowany warszawski gangster od kilkunastu lat „wymyka się” śledczym, którzy w tym czasie przedstawili mu kilkadziesiąt zarzutów. Chodzi o Arkadiusza K. ps. „Chory”, który zdaniem prokuratury, nawet unieruchomiony w łóżku, nadzorował handel narkotykami w gangu „Szkatuły”. Do sądu trafił kolejny akt oskarżenia przeciwko K., tym razem m.in. za udział w obrocie blisko 5 kg kokainy i 6 kg heroiny.

Arkadiusz K. to największa zmora warszawskich prokuratorów i policjantów. Na przełomie wieków miał należeć do najbardziej zaufanych kompanów Rafała S. ps. „Szkatuła”. W późniejszych latach mówiono, że jest „kapitanem u Szkatuły”. Zdaniem śledczych w tym okresie miał być bardzo aktywny i popełniać szereg przestępstw.

W listopadzie 2003 r. K. umówił się z członkami konkurencyjnego gangu na spotkanie, tzw. rozkminkę, w pobliżu Multikina na warszawskim Ursynowie. Na miejsce przyjechał z dziewczyną, licząc, że gdyby była to pułapka, potencjalni zamachowcy zrezygnowaliby z ataku. To jednak rzeczywiście była zasadzka, a zamaskowani napastnicy otworzyli ogień do K. Jedna z kul trafiła mężczyznę w kręgosłup.

Zamach mieli zorganizować członkowie gangu mokotowskiego. Początkowo wydawało się, że Arkadiusz K. będzie całkowicie sparaliżowany. Mężczyzna wykazał się jednak dużą wolą walki. Po wielomiesięcznych zabiegach mógł poruszać rękoma i jeździć na wózku.

Dwie godziny dziennie, dwa razy w tygodniu

Według śledczych inwalidztwo nie przerwało kariery K., który jakiś czas po postrzeleniu zyskał pseudonim „Chory”. Sparaliżowany gangster miał być jednym z największych handlarzy narkotyków w stolicy. Od 13 lat regularnie stawiane są mu kolejne zarzuty dotyczące jego działalności w stołecznym półświatku.

Procesy Chorego ciągną się latami, ponieważ biegli z Zakładu Medycyny Sądowej uznali, że jest on „trwale niepełnosprawny i może brać udział w czynnościach procesowych w pozycji leżącej, maksymalnie przez dwie godziny dziennie i nie częściej niż dwa razy w tygodniu”. To praktycznie wyklucza przeprowadzenie procesu przeciwko niemu.
Śledczy z Mazowieckiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu ds. Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji nie składają jednak broni i oskarżyli Chorego o popełnienie kolejnych przestępstw. W 2002 r., gdy był jeszcze w pełni sprawny, Arkadiusz K. miał m.in. razem ze swoimi szefami Rafałem S. ps. „Szkatuła” i Marcinem K. ps. „Belmondziak” brać udział w próbie porwania znanego stołecznego złodzieja samochodów Ireneusza T. Według skruszonych gangsterów to Szkatuła miał w 2002 r. wpaść na pomysł, aby „zrobić Irka”, czyli porwać go dla okupu.

Panowie znali się z czasów, gdy Rafał S. zajmował się kradzieżami samochodów. Stąd miał wiedzieć, że T. zgromadził znaczne oszczędności. Podczas zebrania bandy ustalono, że Ireneusz T. zostanie „zawinięty” spod ośrodka Gwardii, gdzie trenował, a wolność odzyska, gdy zapłaci 100 tys. dolarów.

Pierwsza próba porwania nie udała się, bo „cel” za bardzo się pilnował. Podczas drugiej napastnicy próbowali wciągnąć T. do samochodu, ale ten stawił opór. Wówczas jeden z porywaczy zadał mu dwa ciosy nożem w nogi. Do porwania nie doszło, bo w pewnym momencie zrejterować miał Belmondziak i reszta kompanii musiała odpuścić. Gdy po latach przesłuchano Ireneusza T., ten zaprzeczył, aby kiedykolwiek próbowano go porwać czy napaść.

Heroina od Bukaciaka

Kolejne zarzuty dotyczą okresu, gdy K. był już przykuty do łóżka. Według śledczych w latach 2011-12 wziął udział w obrocie około 5 kg kokainy i 6 kg heroiny. Narkotyki miał dostarczyć Rafał B. ps. „Bukaciak”. Jeden z „gadaczy” (tak często śledczy określają skruszonych przestępców) opowiadał, że kiedy był w domu u Chorego, ten w najlepsze dyrygował narkotykowymi transakcjami.

– Na tej heroinie od „Bukaciaka” zarobiliśmy tyle, że będzie na pomoce dla chłopaków – miał powiedzieć K. swoim gościom.

Arkadiusz K. nie przyznał się do zarzucanych mu czynów. Twierdzi, że jest niewinny.

W 2013 r. Arkadiusz K. został oskarżony o to, że w latach 2007-11 miał mieć związek z przemytem i sprzedażą: 806 kg marihuany, 190 kg amfetaminy, około 45 kg kokainy i 42 kg heroiny. Wartość takiej ilości środków odurzających na czarnym rynku przekracza nawet 50 mln zł. Łącznie gangster usłyszał 40 zarzutów, w tym także napadów i uprowadzeń z czasów, gdy był jeszcze pełnosprawny.

W maju 2012 r. K. trafił nawet do aresztu. Warszawscy śledczy próbowali to zrobić od 2006 r., ale opinie biegłych wskazywały, że podejrzany nie może przebywać za kratami. Prokuratorom pomogły filmy z imprez gangu Szkatuły, na których uwieczniono K. Brał on udział w przyjęciach, siedząc na wózku inwalidzkim. Wcześniej zapewniał, że niemal cały czas spędza leżąc w łóżku.

Skruszeni opowiadali, że Chory załatwiał sprawy przez dziesiątki telefonów komórkowych lub odwiedzających go kurierów. W latach 2008-11 miał zajmować się także zbieraniem haraczy od stołecznych prostytutek. Przez blisko dwa lata, od maja 2006 r. do połowy lutego 2008 r., ściągał zdaniem śledczych haracz od trzech praskich dilerów narkotyków, pobierając od każdego z nich 200 zł miesięcznie. „Pokemony”, jak gangsterzy nazywają dilerów, musieli regularnie uiszczać „koncesję”, gdyż w innym wypadku groziło im pobicie i zakaz prowadzenia interesów.
Źródło info i foto: TVP.info

„Szkatuła” skazany na 12 lat więzienia za zlecenie pięciu zabójstw

Rafał S., ps. Szkatuła, uważany za jednego z najbardziej niebezpiecznych polskich gangsterów, został właśnie skazany na 12 lat więzienia za podżeganie do zabójstw pięciu osób – dowiedział się portal tvp.info. Sąd Okręgowy, orzekając kary za poszczególne przestępstwa, zastosował wobec „Szkatuły” art. 60 Kodeksu karnego, czyli nadzwyczajne złagodzenie kary. To ciekawe, bo Rafał S. nie współpracował nigdy z organami ścigania.

Wyrok w sprawie Rafała S. zapadł we wtorek. Trzeba przyznać, że boss spodziewał się takiego rozstrzygnięcia. Gdy 22 czerwca ruszał inny proces „Szkatuły” w sprawie porwania, zlecenia zabójstwa oraz handlu narkotykami, prosząc sąd o uchylenie aresztu, stwierdził: – Mam już w sumie prawomocnych 13 lat wyroków, a odbyłem dopiero sześć lat. Także jeszcze sporo lat przede mną. Poza tym mam jeszcze inne sprawy w toku, więc być może ten czas się wydłuży. Wiem, że szybko nie wyjdę i jestem z tym pogodzony.

Rafał S. miał rację. We wtorek sąd skazał go bowiem na 12 lat więzienia za podżeganie do zabójstw pięciu osób. Wyrok jest nieprawomocny.

Wyrok złagodzony, ale surowy

– Sąd Okręgowy w Warszawie uznał Rafała S. za winnego podżegania do zabójstw: Tomasza S. i za to wymierzył mu karę pięciu lat pozbawienia wolności; Jacka S. oraz Marka C. – za co wymierzył mu karę sześciu lat pozbawienia wolności oraz mężczyzn o inicjałach A. i T. i wymierzył mu karę czterech lat pozbawienia wolności.

Sąd Okręgowy połączył orzeczone kary pozbawienia wolności i wymierzył oskarżonemu karę łączną 12 lat pozbawienia wolności – poinformowała portal tvp.info SSO Anna Ptaszek, rzecznik prasowy ds. karnych Sądu Okręgowego w Warszawie.

Śledczy z Mazowieckiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej domagali się dla „Szkatuły” 15 lat więzienia i mimo surowego orzeczenia, nie wykluczają złożenia apelacji.

Smaczku całej sprawie dodaje fakt, że sąd wymierzając wyroki za każde z przestępstw zdecydował się na zastosowanie art. 60 Kodeksu karnego, dotyczącego nadzwyczajnego złagodzenia kary.

Określeniem „sześćdziesiątka” nazywa się skruszonych przestępców, którzy poszli na współpracę z organami ścigania. I są oni najbardziej znienawidzeni w półświatku. Tymczasem „Szkatuła” nigdy nie współpracował z organami ścigania.

Polowanie na „Komandosa”

„Szkatuła” został skazany za podżeganie do zabójstwa Tomasza S., ps. Komandos, szefa jednego z żoliborskich gangów. W październiku 2013 r. został skazany za zlecenie zabójstwa „Komandosa” na cztery lata więzienia, ale wówczas odpowiadał za podżeganie do tego czynu Piotra K., ps. Kima. Tym razem, dzięki zeznaniom jednego ze swoich zastępców, był oskarżony o zlecenie zabójstwa niejakiemu Konradowi S., ps. Kocioł.

Do przestępstwa miało dojść na przełomie kwietnia i maja 2001 r. „Komandos” miał wówczas napaść na kilku dilerów związanych z gangiem „Szkatuły”. Zabrał im pieniądze i kosztowności.

W czasie gangsterskiej „rozkminki”, czyli spotkania konkurencyjnych grup w restauracji Bilbao, doszło do rozmów na szczycie. Wówczas „Komandos” miał powiedzieć, że nie zamierza niczego oddawać. – Należy go odje… Jak będzie przejmował kolejne punkty, to przejmie cały Żoliborz – tak według skruszonych przestępców, miał powiedzieć swoim ludziom „Szkatuła”.

I wówczas miał nakłaniać Konrada S., aby zlikwidował zagrożenie za 25 tys. euro. „Kocioł” jednak zlecenia nie zrealizował, a później „Komandos” i tak został zlikwidowany. Sam „Kocioł” nie dożył tego procesu. W październiku 2001 r. zginął w wypadku samochodowym.

Wojna z Ormianami

Kolejne zarzuty podżegania do zabójstwa dotyczą jesieni 2009 r. Wówczas to gang „Szkatuły” wszedł na wojenną ścieżkę z grupą Ormian. Cudzoziemcy nie chcieli się podporządkować bandzie Rafała S. Zwrócili się nawet o pomoc do grupy Marka Cz., ps. Rympałek.

Na „rozkmince” w Galerii Mokotów pojawił się wówczas zastępca „Rympałka” – Jacek S. (obecnie jest świadkiem koronnym) i powiedział, że Ormianie są pod ich parasolem ochronnym.

To rozsierdziło „Szkatułę”. Jak twierdzi Issam Z., ps. Wiktor, Rafał S. oświadczył wówczas, że należy usunąć Jacka S. i Marka Cz. Miał nawet przekazać Arkadiuszowi S., ps. Aras miniaturowy nadajnik GPS, który można podczepić do podwozia samochodu. W ten sposób gang wiedziałby, dokąd jeżdżą ich cele.

Najpierw okazało się jednak, że urządzenie jest zepsute, a później, gdy je już naprawiono, przestępcy nie mogli namierzyć pojazdów konkurentów.

Wówczas to Rafał S. miał kazać zlikwidować liderów Ormian – Tigrama i Aleksa. – Polecił więc „Wiktorowi”, aby ten nawiązał kontakt z Czeczenem Issą i zaoferował mu 20 tys. euro za wykonanie zlecenia. „Wiktor” zeznał, że nie zrobił tego, bo zarówno on sam jak i Issa mieli dobre układy z Ormianami – opowiada jeden ze śledczych.

Seria skazań

Rafał S., ps. Szkatuła został w październiku 2013 r. skazany na karę czterech lat więzienia w procesie dotyczącym podżegania do zabójstwa watażki gangu żoliborskiego Tomasza S., ps. Komandos.

Bossa pogrążyły zeznania m.in. jego najbliższych współpracowników i koalicjantów z innych gangów. Wyrok z pewnością nie był zaskoczeniem dla Rafała S., choć jego wysokość już zapewne tak.

Już po zatrzymaniu w maju 2011 r. w czasie nieformalnych rozmów z policjantami przekonywał, że będzie chciał jak najszybciej załatwić wszystkie ciążące na nim sprawy. Planował nawet dobrowolne poddanie się karze w sprawie zlecenia gangsterskiej spółdzielni zamachu na życie Tomasza S., ps. Komandos.

Według zeznań skruszonych przestępców to właśnie „Szkatuła” miał wydać wyrok na „Komandosa”. W maju 2002 r. doszło do masakry w wolskim domu handlowym Klif. Zginęło wtedy dwóch członków gangu mokotowskiego. Celem zamachowców był wówczas „Komandos”, ale cudem uciekł.

Jednak 13 sierpnia 2002 r., gdy Tomasz S. na stacji benzynowej Statoil czyścił wnętrze auta, podszedł do niego zamaskowany mężczyzna i oddał w jego kierunku kilka strzałów. S. zginął na miejscu. Rafał S. twierdzi, że nie ma nic wspólnego z tym, ani żadnym innym zabójstwem.

W październiku 2011 r. Rafał S. stanął przed sądem oskarżony m.in. o kierowanie gangiem, kilka kradzieży, rozbój i handel narkotykami. Gangster zdecydował się na dobrowolne poddanie się karze. Prokuratura przychyliła się do jego wniosku, żądając 5,5 roku więzienia, a sąd wydał taki właśnie wyrok. „Szkatuła” triumfował, podkreślając, że do niczego się przyznaje.
Źródło info i foto: TVP.info

Zapadł prawomocny wyrok w sprawie „Belmondziaka”

Koniec marzeń liderów gangu „Szkatuły” o bezkarności. Po rocznej batalii sądu apelacyjnego z plagą chorób wśród oskarżonych, zapadł prawomocny wyrok na „wiceprezesa” bandy Marcina K. ps. Belmondziak, jego „oficera” Marcina Z. ps. Misiek i kilku członków gangu. W apelacji podtrzymano 13 lat więzienia dla „Belmondziaka” i 15 lat dla „Miśka” – ustalił portal tvp.info. Przed sądem toczą się jeszcze inne procesy Marcina K., a kilka tygodni temu przedstawiono mu kolejne zarzuty.

– Mogę potwierdzić, że sąd apelacyjny w Warszawie podtrzymał wyrok sądu okręgowego, skazujący m.in. Marcina K. oraz Marcina Z. na kary 13 i 15 lat więzienia. Cieszę się, że w końcu zapadło to rozstrzygnięcie – mówi krótko prok. Dariusz Żądło, który oskarżał w sprawie „Belmondziaka” i spółki.

Prokurator jest oszczędny w słowach, bo nie wspomniał, że „rozstrzygnięcie” zapadło ponad rok po tym, gdy wyznaczono pierwszy termin rozprawy w stołecznym sądzie apelacyjnym i dwa i pół roku po wyroku wydanym przez sąd okręgowy.

Gdy próbowano rozpocząć postępowanie, oskarżeni zaczęli podupadać na zdrowiu. Kolejni podsądni, tuż przed wyznaczonymi kolejnymi terminami rozprawy, przesyłali do sądu zwolnienia lekarskie. I tak przez rok. Doszło do skandalu, który ujawnił portal tvp.info. Okazało się, że zwolnienia od psychiatry, wystawiane w związku z rzekomą depresją „Miśka”, potwierdzała stomatolog, która była na liście lekarzy sądowych. Gdy oskarżonego zbadali lekarze wskazani przez sąd, okazało się, że przypadłości Marcina Z. mogą zniknąć, jeśli sprawa będzie szybko zakończona. Biegli podważyli wcześniejsze opinie lekarzy, z których usług korzystał „Misiek”.

Po publikacji portalu tvp.info minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro wystąpił o objęcie nadzorem tego procesu. Sprawę działań pani stomatolog bada prokuratura.

Przyrodni boss

Marcin K. ps. Belmondziak vel Wściekły, to przyrodni brat Rafała S. ps. Szkatuła, który w latach 2001- 2011 stworzył jedną z najsilniejszych grup przestępczych w centralnej Polsce. Z zeznań świadków wynika, że „Wściekły”, początkowo był „tylko” jednym z ważniejszych członków gangu swojego brata. Odpowiadał za kontakty z innymi bandami, ponieważ „Szkatuła” ukrywał się przed policją. Na przełomie pierwszej i drugiej dekady XXI wieku stał się faktycznym bossem grupy, która siatką powiązań oplotła całą stolicę.

Podporządkował sobie bossów i watażków grup z Pragi, Śródmieścia, Żoliborza oraz niedobitków dawnej mafii pruszkowskiej, a nawet członów śmiertelnych wrogów z „Mokotowa”. Aby ta niecodzienna federacja nie rozbiła się o ambicje poszczególnych liderów, mianował ich swoimi kapitanami. Tylko z nimi utrzymywał bezpośrednie kontakty.

Według śledczych głównym źródłem zarobków „Wściekłego” był handel narkotykami. Marcin K. został skazano m.in. za to, że brał udział w sprzedaży co najmniej 12 kg kokainy, 4 kg marihuany oraz 9 kg heroiny.

Nieoficjalnie śledczy mówią, że to zaledwie niewielka część tego, co w ostatnich latach sprzedała banda „Szkatuły”. Gangster starał się być zawsze bardzo ostrożny. Nawet gdy rozmawiał przez „bezpieczny”, jak mu się wydawało, telefon nie używał nazw narkotyków. Używał tylko cyfr, np. trzy dla X, cztery dla Y. Chodziło o liczbę kilogramów dla konkretnego odbiorcy.

K. nie wiedział jednak, że jego wszystkie rozmowy z najbliższymi współpracownikami są podsłuchiwane przez CBŚ. Co ciekawe, funkcjonariusze inwigilujący dziesiątki bandyckich numerów, przypisali „Wściekłemu” mało groźny kryptonim: „Gucio 180”.

Przestępcze BHP

O tym, jak bardzo ostrożny i jednocześnie zdesperowany był „Belmondziak”, świadczy fakt, że gdy w październiku 2009 r. policyjni antyterroryści chcieli go zatrzymać, ten próbował ich rozjechać.

Przy gangsterze i w wynajmowanym przez niego domu policjanci znaleźli ponad 70 telefonów komórkowych. Każdy z nich był używany tylko do kontaktu z jednym, konkretnym członkiem gangu. K. mówił bezczelnie, że tak duża liczba aparatów wynika z tego, że zajmuje się „obwoźnym handlem telefonami”. W rzeczywistości, 42-letni obecnie murarz-tynkarz z zawodu, był bossem gangu, z którym liczyły się ważniejsze grupy przestępcze w kraju.
Żródło info i foto: TVP.info

Handel narkotykami, próba porwania, handel bronią. To przestępstwa „Szkatuły”, „Belmondziaka” i grupy Bukaciaka

5 osób związanych z tzw. grupą „Bukaciaka” zatrzymali policjanci CBŚP z Warszawy. Kolejne 6 osób, w tym „Szkatuła” i „Belmondziak”, zostało doprowadzonych z aresztów śledczych, by przedstawić im kolejne zarzuty. Wszyscy odpowiedzą za handel narkotykami, a szefowie zorganizowanych grup przestępczych za inne czyny. Śledztwo jest prowadzone pod nadzorem Mazowieckiego Wydziału Zamiejscowego Departamentu do Spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Warszawie.

Policjanci warszawskiego CBŚP od kilku miesięcy zbierali dowody na przestępczą działalność członków grup „Szkatuły”, „Belmondziaka” i „Bukaciaka”. W ostatnich dniach funkcjonariusze zatrzymali i doprowadzili w sumie 11 osób do prokuratury, a później sądu.

Najpierw funkcjonariusze CBŚP zatrzymali 4 mężczyzn i kobietę powiązanych z grupą „Bukaciaka”. Do zatrzymań doszło w powiecie pruszkowskim i pod Lublinem. W ręce policjantów wpadli: Andrzej R. ps. Andron (32 l), Dariusz P. ps. Okoń (35 l.), Paweł T. ps. Frajer (34 l), Witold B. (27 l.) i Beata W. (27 l.). Przedstawiono im zarzuty uczestnictwa w obrocie ponad 60 kilogramami kokainy, marihuany i amfetaminy. „Andron” i „Okoń” zostali tymczasowo aresztowani na 3 miesiące, a pozostali będą podpisywać dozór policji.

Następnie z aresztów śledczych policjanci dowieźli 6 kolejnych podejrzanych: Karola B. (30 l.), Krzysztofa M. ps. Mikuś (46 l.), Mariusza K. ps. Kokolino (44 l.), Marcina K. ps. Belmondziak (38 l.), Rafała S. ps. Szkatuła (42 l.) i Roberta P. (46 l.) , którym przedstawiono całe spektrum zarzutów.

Szkatuła wraz z Belmondziakiem, Kokolino i Rafałem P. odpowiadać będą za próbę uprowadzenia dla okupu mieszkańca Warszawy. Do zdarzenia miało dojść w 2002 roku, a wymienieni wraz z innymi osobami chcieli 100 tys. dolarów za uwolnienie mężczyzny, który miał zostać uprowadzony przy stadionie stołecznej Gwardii.

Oprócz tego mężczyźni usłyszeli zarzuty handlu bronią krótką i maszynową, jak również obrotu kokainą. Wszystkich czynów dopuścili się działając w zorganizowanej grupie przestępczej.

Karolowi B. przedstawiono zarzuty obrotu znacznymi ilościami marihuany i amfetaminy. W prowadzonym od 2013 r. śledztwie dotychczas rozliczono 96 podejrzanych, z których 63 zostało tymczasowo aresztowanych. Na przestrzeni tych lat prowadzący śledztwo funkcjonariusze ujawnili zwłoki 4 członków grup przestępczych zabitych przez „kolegów”, zabezpieczyli ponad 40 jednostek broni palnej krótkiej, długiej i automatycznej, zlikwidowali nielegalne laboratorium amfetaminy oraz zabezpieczyli ponad 55 kg amfetaminy i 18 kg marihuany.

Osoby powiązane z grupą, które nie rozliczyły się jeszcze ze swojej przestępczej działalności nie mogą spać spokojnie, gdyż prokuratura i policja zapowiadają kolejne zatrzymania.
Żródło info i foto: Policja.pl

Andrzej H. zatrzymany przez CBŚP

„Łowcy cieni”, policjanci z Centralnego Biura Śledczego Policji, tworzący elitarną, tajną komórkę zatrzymali Andrzeja G. pseud. Waciak, jednego z liderów grupy mokotowskiej i prawą ręką domniemanego szefa gangu Andrzeja H. pseud. Korek. W ostatnim czasie zatrzymali też Łukasza P. pseud. Szpon, członka grupy Rafała S. „Szkatuły”.

Jak poinformowała rzeczniczka CBŚP Katarzyna Balcer, policjanci z grupy poszukiwawczej zatrzymali Waciaka na terenie Trójmiasta. – Mężczyzna w grupie mokotowskiej odpowiadał za dystrybucję narkotyków. Ściśle współpracował m.in. z Arturem B. pseud. Artuś, zwanym królem kokainy, którego policjanci z – wówczas CBŚ – zatrzymali w 2012 r. w Hiszpanii – dodała Balcer. „Waciak” był poszukiwany listami gończymi wydanymi przez Prokuratury Apelacyjne w Lublinie i Krakowie. Zarzuca się mu kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą oraz wprowadzenie do obiegu znacznej ilości narkotyków.

– Ciąży nad nim też kara 12 lat więzienia, orzeczona przez Sąd Rejonowy w Ostrołęce. Nie wykonano jej bo uciekł i się ukrywał – dodała Balcer. Z ustaleń policjantów wynika, że Andrzej G. ukrywał się na terenie Francji. Do Polski przyleciał w grudniu 2014 r.; posługiwał się bułgarskimi dokumentami tożsamości.

Tzw. grupa mokotowska została rozbita pod koniec grudnia 2005 r. Funkcjonariusze ówczesnego CBŚ zatrzymali wtedy 17 osób. Gang – według śledczych – przez 10 lat napadał na tiry, handlował bronią i narkotykami (także na skalę międzynarodową), prał brudne pieniądze. Według policji grupa „Korka” systematycznie zawłaszczała strefy wpływów po tzw. grupie pruszkowskiej, wyrastając na najgroźniejszą w kraju. Gang zajmował się narkobiznesem, a zbrojne ramię grupy czerpało zyski ze ściągania haraczy i uprowadzeń.

Domniemany szef grupy – Andrzej H. pseud. Korek został m.in. skazany przez Sąd Okręgowy w Gdańsku za przemyt – wraz z pięcioma innymi osobami – 325 kg kokainy w styczniu 2003 roku. Kontrabanda wartości ok. 80 mln zł przypłynęła z Ameryki Południowej na holenderskim statku do portu w Gdyni. Andrzej H. nie przyznał się do winy i zeznał, że o przechwyceniu narkotyków dowiedział się z telewizji.

Zatrzymanie „Waciaka” to nie jedyny sukces „łowców cieni” w ostatnim czasie. Policjanci zatrzymali też Łukasza P. pseud. Szpon, członka grupy Rafała S. „Szkatuły”. „Szpon” należał także do czołówki pseudokibiców jednego z warszawskich klubów piłkarskich, był członkiem grupy „Teddy Boys 95”, odpowiedzialny za uprowadzanie członków „wrogich klubów” i – jak wynika ze śledztwa – łamanie im kości.

– Odpowie za udział w zorganizowanej grupie przestępczej oraz obrót narkotykami. Mógł wprowadzić do obrotu – jak wynika z ustaleń śledczych – ok. 300 kilogramów różnego rodzaju narkotyków – dodała Balcer. „Łowcy cieni” to policjanci z Centralnego Biura Śledczego Policji, tworzący elitarną, tajną komórkę. Na co dzień zatrzymują lub odnajdują tych przestępców, którzy na listach poszukiwawczych zajmują najwyższe miejsca i poszukiwani są często od wielu lat.
Żródło info i foto: wp.pl

Nowe oblicze polskiej mafii

Od kilkunastu do nawet blisko 30 osób mogło zginąć z rąk członków gangu „Szkatuły” w ostatnich 12 latach ustalili dziennikarze „Wiadomości” TVP 1 i portalu tvp.info. To członkowie konkurencyjnych grup ze stolicy, ale także dilerzy czy ofiary porwań z Warszawy i okolic. Znaczna część zabójstw może być po latach wyjaśniona, bo po uderzeniu w grupę Rafała B. ps. Bukaciak pod koniec 2013 r. , uważanego za wspólnika „Szkatuły”, kilka osób przerwało zmowę milczenia i wskazało miejsca ukrycia zwłok. Od kilku tygodni policjanci z Centralnego Biura Śledczego oraz prokuratorzy wydziału do walki z przestępczością zorganizowaną i korupcją Prokuratury Apelacyjnej w Warszawie weryfikują wstrząsające wyjaśnienia skruszonych członków grupy „Bukaciaka”, która należała do gangsterskiej koalicji skupionej w gangu „Szkatuły”. Żródło info i foto: TVP.info

„Belmondziak” skazany na 13 lat więzienia

Na 13 lat więzienia za handel narkotykami i wymuszanie haraczy skazał warszawski sąd okręgowy Mariusza K., ps. „Belmondziak”, uważanego za jednego z liderów gangu kierowanego przez jego przyrodniego brata Rafała S., ps. „Szkatuła” – dowiedział się portal tvp.info. Jego dwaj kamraci – Marcin Z. ps. „Misiek” i Robert Z. ps. „Robercik” – usłyszeli wyroki 15 i 12 lat więzienia. – „Sprawiedliwości stało się zadość, oczywiście jeżeli wyrok się uprawomocni” – skomentował decyzję sądu prok. Dariusz Żądło, który od lat rozpracowuje gang „Szkatuły”. – „Wyroki są niemal zgodne życzeniem oskarżyciela. Oskarżeni tworzyli jedną z najniebezpieczniejszych grup przestępczych w Polsce. Wydając wyrok sąd oparł się na zeznaniach skruszonych członków tej grupy m.in.: Issama Z. ps. „Wiktor” i Marka H. ps. „Hanior”, których słowa zostały uznane za wiarygodne, co jest dobrym prognostykiem w innych procesach członków tej organizacji” – powiedział tvp.info prok. Dariusz Żądło, który od lat rozpracowuje gang „Szkatuły”. Żródło info i foto: TVP.info