Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze: Zbrodniarz z Darfuru oskarżony

Międzynarodowy Trybunał Karny w Hadze (MTK) postawił 31 zarzutów związanych z popełnieniem zbrodni przeciwko ludzkości jednemu z przywódców milicji urządzających naloty na wsie i miasta w Darfurze, zachodniej części Sudanu. Jest to przygotowanie do pierwszego w historii MTK procesu związanego z przemocą w konflikcie w Darfurze.

Ali Muhammad Ali Abd-Ar-Rahman, znany jako Ali Kuszajb został oskarżony między innymi o morderstwa, stosowanie tortur i gwałty.

Prokuratorzy MTK wskazali go jako „budzącego postrach oraz czczonego” przywódcę milicji dżandżawidzkiej, zbrojnej muzułmańskiej bojówki działającej w Darfurze oraz we wschodniej części Czadu, popełniającego zbrodnie w latach 2003-2004, czyli w momencie największego nasilenia konfliktu.

Zbrodnie przeciw ludzkości

Agencja Associated Press podała, że oskarżony nie odniósł się do zarzutów, ale zespół jego obrońców argumentował, że Abd-Ar-Rahman to nie Ali Kuszajb. Fatou Bansouda, wiceprokurator MTK, powiedziała, że wykaże, że Abd-Ar-Rahman przeprowadził ataki na miasta i wsie i był odpowiedzialny za ponad 300 morderstw oraz grabieże, które zmusiły 40 tys. cywilów do opuszczenia swoich domów.
Źródło info i foto: TVP.info

Nawalny rozpoczął głodówkę w kolonii karnej

Rosyjski opozycjonista Aleksiej Nawalny poinformował, że ogłosił głodówkę w kolonii karnej. Wiadomość pojawiła się na Instagramie polityka. „Zamiast pomocy medycznej mam tortury poprzez pozbawianie mnie snu. Leżę głodny, ale na razie z dwiema nogami” – napisał.

Rosyjski opozycjonista jest osadzony w kolonii karnej w miejscowości Pokrow w obwodzie włodzimierskim, około 100 kilometrów od Moskwy. Ma spędzić w zakładzie karnym około dwóch i pół roku. „Ogłosiłem głodówkę z żądaniem respektowania prawa i dopuszczenia do mnie zaproszonego lekarza” – oświadczył Aleksiej Nawalny. Napisał, że więźniowie ogłaszają głodówki, bo nie mają innych metod walki.

„Kto leży na łóżku w stroju więziennym, łysy, w okularach i z Biblią w ręku? Ja. Z Biblią, bo to jedyna książka, którą mogłem dostać w ciągu trzech tygodni. A na łóżku – co jest superskandalicznym naruszeniem regulaminu – bo ogłosiłem głodówkę” – oznajmił opozycjonista.

„A co mam zrobić? Mam prawo do zaproszenia lekarza i otrzymania lekarstw. Ale ani na jedno, ani na drugie uparcie mi nie pozwalają” – wyjaśnił.

Nawalny, który ostatnio skarżył się na ból kręgosłupa i niesprawność prawej nogi, dodał, że teraz również w niektórych miejscach lewej nogi stracił czucie.

„Leżę głodny, ale na razie z dwiema nogami”

„Zamiast pomocy medycznej mam tortury poprzez pozbawianie mnie snu, jestem budzony osiem razy w ciągu nocy” – dodał. Poinformował również, że więźniowie współpracujący z administracją więzienną naciskają na zwykłych więźniów, by ci nie sprzątali przy jego łóżku. Zwykli więźniowie – relacjonował – przepraszają go i tłumaczą, że się boją, bo „to jest obwód włodzimierski i życie więźnia jest warte mniej niż paczka papierosów”.

„Leżę głodny, ale na razie z dwiema nogami” – podsumował Nawalny.
Źródło info i foto: interia.pl

Brutalne zabójstwo starszego małżeństwa na Grochowie. „Sprawa rozwiązana”

Stołeczni policjanci zatrzymali osiem osób związanych bezpośrednio lub pośrednio z zabójstwem pary emerytów na warszawskim Grochowie. Z ustaleń PAP wynika, że małżeństwo przed śmiercią było torturowane, a następnie oboje uduszono. Zwłoki 84-letniej Jadwigi i 85-letniego Ryszarda ujawniono w połowie lutego 2020 roku, w mieszkaniu przy ulicy Osowskiej. Zaniepokojeni brakiem kontaktu ich bliscy powiadomili policję, która dostała się do mieszkania i odnalazła ciała emerytów. Jak podawały wówczas media, zwłoki przykryte były stertą ubrań.

Rzecznik Komendanta Stołecznego Policji, nadkom. Sylwester Marczak poinformował w środę, że funkcjonariusze z wydziału do Walki z Terrorem Kryminalnym i Zabójstw KSP „rozwiązali sprawę zabójstwa” i zatrzymali osiem osób, w tym „zleceniodawcę i dwóch podejrzanych o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem”.

– W trakcie pracy operacyjnej policjanci ustalali, kto mógł dopuścić się zbrodni na dwóch starszych osobach. Rozważali wszelkie ewentualności, biorąc pod uwagę zarówno wątek rabunkowy, jak i powiązania rodzinne. Kilka miesięcy ustaleń i weryfikacji doprowadziło ich do rozwiązania sprawy – podał rzecznik KSP.

Do zatrzymania sprawców doszło na terenie kilku miejscowości w pobliżu Warszawy oraz województwa pomorskiego. Stołecznych policjantów wspierali antyterroryści z Gdańska oraz funkcjonariusze KWP w Gdańsku. W Ożarowie Mazowieckim zatrzymano zleceniodawcę zabójstwa, wcześniej notowanego za przestępstwa przeciwko życiu i zdrowiu, powiązanego z tzw. mafią ożarowską. W Ołtarzewie i Wejherowie wpadli mężczyźni podejrzani o dokonanie zabójstwa.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Ruszył proces 17 funkcjonariuszy policji oskarżonych o stosowanie tortur

W Sądzie Rejonowym w Ostródzie rozpoczął się proces siedemnastu policjantów z komendy miejskiej w Olsztynie oskarżonych m.in. o stosowanie tortur. Łącznie prokuratura postawiła im 72 zarzuty. Śledztwo w sprawie olsztyńskich policjantów prowadziła prokuratura w Ostrołęce. Trwało ono prawie dwa i pół roku. Siedemnastu policjantom z komendy miejskiej policji w Olsztynie postawiono łącznie 72 zarzuty dotyczące m.in. stosowania tortur, przekroczenia uprawnień czy niedopełnienia obowiązków.

Do wymuszania zeznań siłą miało dochodzić od marca 2014 roku do kwietnia 2015. Funkcjonariusze mieli dopuszczać się bicia zatrzymanych osób, razić ich paralizatorem, czy używać wobec nich gazu pierzowego. Akt oskarżenia w tej sprawie na początku trafił do Sądu Okręgowego w Olsztynie, jednak sędziowie zwrócili się do Sądu Najwyższego o wyłączenie ich ze sprawy. Dlatego proces został przeniesiony do Sądu Rejonowego w Ostródzie.

Ze względu jednak na dużą liczbę oskarżonych i ich pełnomocników, sprawa toczy się nie w budynku sądu, a w specjalnie przygotowanej sali w Centrum Użyteczności Publicznej w Ostródzie. Oskarżeni policjanci mieli różny staż pracy. Najmłodszy z nich pracował od trzech lat, najstarszy od dziewięciu. Po ujawnieniu tej sprawy do dymisji podali się wojewódzki i miejski komendant policji.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Białoruś: Już 500 ofiar tortur w aresztach?

W ciągu dwóch miesięcy centrum obrony praw człowieka Wiasna zebrało informacje o ponad 500 ofiarach tortur, do jakich dochodziło w białoruskich aresztach – powiedział portalowi Tut.by Walancin Stefanowicz, prawnik działający w tej organizacji.

Jak zaznaczył, Wiasna nie wie o ani jednym przypadku wszczęcia postępowania wobec osób odpowiedzialnych za przemoc. Prawnik podkreślił, że organizacja zaczęła rejestrować przypadki znęcania się nad zatrzymanymi zaraz po wypuszczeniu ich z aresztów.

– Opracowaliśmy ankietę, którą dana osoba mogła wypełnić sama, dołączyć zdjęcie i nagranie śladów pobicia. Jednocześnie z pomocą wolontariuszy nagrywaliśmy wywiady z ofiarami. W ten sposób udało nam się zebrać informacje o ponad 500 ofiarach tortur – oznajmił Stefanowicz.

Zwrócił uwagę, że do Komitetu Śledczego wpłynęło ok. 1,8 tys. zgłoszeń dotyczących uszkodzenia ciała.

Prawnik Wiasny poinformował, że według niepełnych informacji centrum od maja w kraju wszczęto 240 postępowań karnych na podstawie takich artykułów, jak masowe zamieszki, sprzeciw wobec poleceń milicjanta czy fałszywe oskarżenie.

Stefanowicz był pytany, czy według niego przemoc wobec protestujących już się zakończyła. Wskazał, że kilka dni temu do organizacji zwróciła się kobieta, której niepełnoletni syn był pobity podczas zatrzymania, a następnie w więźniarce. – Tak, takie fakty nie są masowe, ale przemoc całkowicie nie zniknęła – ocenił.

W wywiadzie dla Tut.by zaznaczono, że sądy i zatrzymania dotknęły latem i jesienią już ok. 12 tys. osób.

– Skala represji tego roku jest bezprecedensowa, a działania służb specjalnych mają bezczelny charakter. Mogą człowieka porwać, założyć na głowę worek, zastraszać i wyrzucić z kraju. To powrót do starej sowieckiej praktyki, kiedy tak pozbywano się dysydentów w latach 70. i 80. – podkreślił prawnik.
Źródło info i foto: TVP.info

Szwecja: Nastolatkowie godzinami torturowani i pogrzebani żywcem

Sceny jak z filmu grozy rozegrały się na cmentarzu w miejscowości Solna w Szwecji. Dwaj nastolatkowie byli godzinami torturowani, a na koniec pogrzebani żywcem. Prawdopodobnie tak mieli zginąć. Życie uratował im przechodzień, który zaalarmował policję. Dwaj chłopcy, których nazwisk i wieku szwedzkie media nie ujawniają, zostali w sobotę późnym wieczorem zaczepieni na ulicy Solny przez 21- i 18-latka. Ci chcieli sprzedać im narkotyki.

Ponieważ chłopcy odmówili kupna, zostali zaciągnięci przez swoich oprawców na pobliski cmentarz. Tam zaczęła się ich gehenna, która została przerwana dopiero następnego dnia rano przez osobę odwiedzającą groby bliskich. Przechodzień zobaczył, co się dzieje i zawiadomił policję. 21- i 18-latek zostali zatrzymani. Jak pisze gazeta „Aftonbladet”, bandyci najpierw swoje ofiary zgwałcili. Ponadto chłopcy zostali poddani trwającym 10 godzin torturom. Byli bici i cięci po nogach nożami. Na koniec oprawcy kazali im się rozebrać do naga i położyć w wykopanym grobie, który zaczęli już zasypywać.

Na szczęście na cmentarzu pojawiła się przypadkowa osoba, która widząc, co się dzieje, zadzwoniła na numer alarmowy policji. Kiedy służby przyjechały na miejsce, chłopcy byli przytomni. Do dziś są w szpitalu. Bandyci zostali zatrzymani. Jak się okazało, są znani z policyjnych kartotek za kradzieże, posiadanie narkotyków i podpalenie.

Starszy z nich, 21-latek w lipcu został skazany z to, że w grudniu zeszłego roku rzucił koktajlem mołotowa w budynek pewnej firmy. Został zatrzymany i osadzony w areszcie, który opuścił po procesie. Miesiące spędzone w areszcie zaliczono mu bowiem na poczet kary, ponieważ w chwili popełnianie przestępstwa miał 20 lat. Zgodnie ze szwedzkim prawem dziś jako 21-latek trafiłby na dwa lata do więzienia.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Polak o zatrzymaniu w Mińsku. „Słyszałem krzyki torturowanych”

– Początkowo byłem przekonany, że zaraz mnie wypuszczą, bo przecież zatrzymali mnie przez pomyłkę – powiedział Patryk Jaracz, zatrzymany podczas protestów powyborczych w Mińsku polski fotograf. Spędził w areszcie 85 godzin. Był tam bity i upokarzany.

– OMON-owiec wziął mnie za fraki i pociągnął do ciężarówki. Tam tłukli nas pałami, jednych bardziej, innych mniej. Wydaje mi się, że z czasem funkcjonariusze byli coraz bardziej agresywni – opowiada 30-letni Jaracz.

Mężczyzna został zatrzymany 10 sierpnia w centrum miasta, przy najnowocześniejszym na Białorusi centrum handlowym Galeria Mińsk. Było po godz. 20, na ulicy jeszcze jasno. Jak mówi, nie uciekał przed funkcjonariuszami, ponieważ „jest przecież fotografem i nie spodziewał się, że będą zatrzymywani dziennikarze”.

– Ci, którzy skandowali hasła, wycofywali się, gdy zbliżał się OMON. Było tam jednak dużo przypadkowych ludzi, którzy wyszli ze sklepów, siedzieli na ławkach. Podobnie jak ja uważali chyba, że nic nie robią, więc ich nie będą zatrzymywać. Milicja zaczęła ich łapać – wspomina.

– W więźniarce byłem z człowiekiem, który ledwo stał, z głowy leciała mu krew. Szokujący był ten moment przebywania w klatce bez powietrza, na ścianie był pot – opowiada. Jak mówi, był to pierwszy jego kontakt z jakąkolwiek policją, chociaż pracował w wielu krajach na świecie.

„Bili mnie w miejscu, gdzie była jeszcze krew innej osoby”

Potem Jaracz trafił do aresztu mińskiego na Akrescyna, który nigdy nie miał dobrej reputacji, ale w ciągu kilku dni powyborczych protestów okrył się najczarniejszą sławą. – Za każdym razem, jak wypuszczają z samochodu, tłuką i pałują. Każą ci klęczeć i biją – po plecach, nogach, po pośladkach – opowiada.

– Potem zobaczyli mój paszport i zorientowali się, że jestem Polakiem. Naprawdę cały czas myślałem, że zaraz mnie wypuszczą. Trafiłem jednak do karceru, tam spędziłem kolejne cztery godziny, klęcząc, stojąc z rękami za plecami – mówi.

– Kazali mi się rozebrać do naga. Bili mnie w miejscu, gdzie była jeszcze krew innej osoby. Gdy się rozbierałem, dostałem kopa w genitalia, bo za długo rozwiązywałem sznurówki – wspomina.

„Zza ściany słychać było krzyki torturowanych ludzi”
Z ubraniem w rękach Jaracz trafił do celi, w której było od 19 do 23 osób, chociaż była formalnie kilkuosobowa.

– To było, można powiedzieć międzynarodowe towarzystwo: był tam Włoch, Ukraińcy, Rosjanie, ludzie z Turkmenistanu, Kirgistanu, Turcji, Tadżykistanu, Szwajcarii, Chin – mówi Jaracz. Szwajcar został zatrzymany, gdy wracał z pracy, Turek wychodził z taksówki, ktoś inny – z baru.

– W celi cały czas paliło się światło, nie dało się spać. Nie było powietrza, bo było nas tak dużo. Jak o coś pytaliśmy, to zamykali taki lufcik w drzwiach – wspomina Jaracz. Dodaje, że cały czas zatrzymania otrzymał jeden posiłek. – Byliśmy w tych samych ubraniach, śmierdzący, niektórzy spędzili tam ponad 100 godzin – mówi. – Zza ściany słychać było krzyki torturowanych ludzi – dodaje.

Mimo wszystko, jak przekonuje, panowała przyjazna atmosfera, a ludzie podtrzymywali się na duchu, „żyli nadzieją, że zaraz ich wypuszczą”.

– Zaprzyjaźniłem się z jednym mężczyzną, który był tam o dobę dłużej i on w pewnym momencie wrócił z procesu i zaczął wpadać w stan psychozy. Mówił, że czuje się jak w labiryncie, zaczął się zachowywać trochę jak obłąkana osoba. To było straszne zobaczyć kogoś podobnego do mnie, z kim się zaprzyjaźniłem, w takim stanie – mówi Jaracz.

„To się musi zmienić, rozpaść”

Pamięta, że w oczach funkcjonariuszy w areszcie „był czysty sadyzm, żadnego człowieczeństwa w głosie, w spojrzeniu, nie zostało nic ludzkiego”.

– Na sprawie sądowej byli już inni ludzie; było widać, że nie chcą krzywdzić. Według mnie to jest znak, że w tym systemie są różni ludzie, że to się musi zmienić, rozpaść – ocenia.

Jaracz został ukarany grzywną za udział w nielegalnym zgromadzeniu. Skazano go w czwartek, ale wypuszczono dopiero w piątek. W czwartek i przez noc na piątek pod aresztem dyżurowali dyplomaci z wydziału konsularnego RP w Mińsku. Podobnie jak w przypadku innych zatrzymanych nie było bowiem informacji, kiedy mężczyzna zostanie wypuszczony.

Jaracz jest już w Polsce. Z zawodu mężczyzna jest fotografem i ilustratorem. Po wyborach zamierzał zostać na Białorusi przez miesiąc i zwiedzić cały kraj.
Źródło info i foto: interia.pl

Protesty na Białorusi. Zatrzymani Polacy opowiadają o torturach

Nie milkną protesty na Białorusi. W czwartek stanęło kilka zakładów pracy – w walce o wolność Białorusinów wspierają Polacy, czasem kosztem własnego bezpieczeństwa. Z zatrzymanymi na Białorusi Witoldem Dobrowolskim i Kacprem Sienickim rozmawiał korespondent „Faktów” TVN Andrzej Zaucha. Mężczyźni powiedzieli, że po zatrzymaniu przez OMON byli torturowani.

Proces w sprawie zatrzymanego na Białorusi Witolda Dobrowolskiego nie odbył się z powodu braku tłumacza. Mężczyzna został wypuszczony na wolność w związku z upłynięciem 72 godzin od zatrzymania. Jak dodał, był bity przez funkcjonariuszy zarówno w trakcie zatrzymania, jak i potem – najprawdopodobniej na posterunku.

W rozmowie z korespondentem „Faktów” TVN w Rosji Andrzejem Zauchą opowiedział o okolicznościach, w jakich doszło do porwania przez OMON. – 15 godzin tortur na milicyjnej sali do koszykówki. Tam zebrali ze 300 osób. Bili nas, kazali klęczeć na kolanach z pięć godzin ze skutymi rękami za plecami. To był koszmar, który trwał 15 godzin. Bili pałkami, kopali – powiedział.

Oko podbito mu podczas zatrzymania. Podkreślił, że nie było żadnego powodu do zatrzymania. Polak został następnie przewieziony do aresztu w Żodzino. – Tutaj traktowali nas dużo lepiej. Tam mieliśmy ścieżki zdrowia na poważnie, a tutaj to zupełnie nieporównywalny stan. Tutaj też dali nam jeść i wodę, a tam w ogóle nie można było o tym pomyśleć – dodał.

„Tutaj odbywa się polowanie na dziennikarzy”

Zwrócił uwagę, że nie spotkał się dotąd z sytuacją, w której jest ścigany czy „porywany z ulicy”. – Nie było czegoś takiego, że człowiek nie może pracować – dodał Dobrowolski, który jest członkiem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Dodał, że obecna sytuacja na Białorusi jest trudniejsza niż na Ukrainie.

– Nawet rosyjscy dziennikarze i fotoreporterzy są porywani z ulicy i przechodzą to samo – zwrócił uwagę Witold Dobrowolski, który jest cenionym fotoreporterem i laureatem nagrody Grand Press Photo. – W Hongkongu czy Bejrucie nie ma żadnego problemu z dziennikarzami, a tutaj odbywa się polowanie na dziennikarzy. I z tego, co wiem, nawet akredytacja niewiele pomaga – stwierdził. Dziennikarz planuje powrót do Polski. – Nie wiem, czy gdybym zaczął znowu fotografować, czy spotkałoby mnie to samo. Nie wiem też, na ile jestem teraz rozpracowywany przez służby… żeby nie narażać innych dziennikarzy – podkreślił.

„Jeszcze przed wejściem do więźniarki zostaliśmy pobici”

Słowa o torturach potwierdził drugi z zatrzymanych Polaków – Kacper Sienicki. – Wrzucili nas do więźniarki. Jeszcze przed wejściem do więźniarki zostaliśmy pobici. OMON-owcy prawdopodobnie ukradli mi moją kamerę, bo gdy podpisywano protokół, to się już nie odnalazła – wspomniał.

Po przywiezieniu na salę gimnastyczną, jak zrelacjonował mężczyzna, zatrzymanym kazano się położyć na ziemi i „zaczęło się torturowanie”. – Kopanie, bicie, przesłuchiwanie i inne bardzo nieprzyjemne rzeczy – dodał i podkreślił, że pobyt w areszcie w Żodzino „to był najlepszy etap spośród trzech dni”. – 19 osób było na osiem prycz, ale wszyscy się wspieraliśmy i był dobry nastrój dzięki temu – przyznał.

Zatrzymani Polacy

W piątek polski wiceminister spraw zagranicznych Marcin Przydacz poinformował, że do późnego wieczora w czwartek z białoruskich aresztów zwolniono pięciu obywateli Polski. Wcześniej w czwartek wypuszczono na wolność trzech zatrzymanych w związku z protestami na Białorusi Polaków. Oprócz Sienickiego i Dobrowolskiego zwolniony został jeszcze jeden Polak, który trafił do aresztu w Mińsku. Mężczyzna przyjechał na Białoruś odwiedzić swoją dziewczynę.

Blisko 7 tysięcy osób zatrzymanych

W związku z zatrzymaniem na Białorusi w ciągu ostatnich dni blisko 7 tysięcy ludzi areszty są przepełnione i mnóstwo ludzi bezskutecznie poszukuje informacji o swoich bliskich. Wsparcia prawnego udzielają aktywiści centrum praw człowieka Wiasna, a także wolontariusze, którzy w aresztach ręcznie spisują listy zatrzymanych, a następnie umieszczają je w internecie.

Bliscy zatrzymanych koordynują swoje poszukiwania za pomocą komunikatorów i sieci społecznościowych.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Włochy: Policjanci jak mafia. Skonfiskowano posterunek

Tortury, wymuszenia, handel narkotykami, oszustwa – takie zarzuty postawiono w środę siedmiu karabinierom z posterunku w mieście Piacenza na północy Włoch. Wszyscy zostali aresztowani, a posterunek – po raz pierwszy w historii kraju – skonfiskowano.

„Styl Gomorra” – tak włoskie media określają to, co działo się na posterunku w regionie Emilia-Romania, nawiązując do głośnej powieści i filmu o mafii. Okazało się, że żołnierze kontrolowali handel narkotykami i dilerów, którzy zajmowali się nim w mieście.

– Mam kłopot z nazwaniem tych osobników karabinierami, bo zachowywali się jak przestępcy. Na tym posterunku nie działo się nic zgodnego z prawem – powiedziała szefowa prokuratury w Piacenzy Grazia Pradella na konferencji prasowej.

– Wszystkie te najcięższe przestępstwa zostały popełnione w szczytowym okresie zamknięcia kraju z powodu pandemii, przy lekceważeniu najbardziej elementarnych reguł ostrożności wprowadzonych na mocy dekretów prezesa Rady Ministrów – dodała.

– Podczas gdy w mieście liczono kolejnych zmarłych z powodu koronawirusa, ci karabinierzy dostarczali narkotyki dilerom siedzącym w domu w związku z kwarantanną w kraju – wyjaśniła prokurator. Zaznaczyła, że przestępstwa, jakich dopuścili się żołnierze, „są poruszające”.

– To zdarzenia niebywałe i nie do opisania, niedopuszczalne czyny, które grożą splamieniem wizerunku formacji karabinierów – oświadczył minister obrony Włoch Lorenzo Guerini.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Indie: Przez pięć lat torturowali i gwałcili dziewczynki z domu dziecka Balika Grih w Muzaffarpur. Sąd skazał ich na dożywocie

Sąd skazał na karę dożywocia 12 osób, które przez pięć lat miały odurzać, torturować i gwałcić 42 dziewczynki z domu dziecka. Jak podaje indyjski miesięcznik, 11 z nich zaginęło lub zostało zamordowanych. Przez pięć lat 42 dziewczynki w domu dziecka Balika Grih w Muzaffarpur na północy Indii były odurzane, a potem torturowane, molestowane i gwałcone. Ich krzyki słyszeli ludzie mieszkający w sąsiedztwie, jednak nie reagowali z obawy o własne bezpieczeństwo.

„The Caravan”: Co najmniej 11 wykorzystywanych dziewczynek zaginęło lub zostało zamordowanych
20 stycznia 19 osób zostało uznanych winnymi zarzucanych im przestępstw. Wśród nich jest Brajesh Thakur, właściciel ośrodka, w którym przebywały dziewczynki i szef siatki pedofilów.

Zgodnie z indyjskim prawem wymiar kary ogłoszono na oddzielnej rozprawie. We wtorek sąd w Delhi skazał 12 osób na dożywocie. Adwokat skazanych zapowiedział apelację do sądu wyższej instancji.

W domu dziecka, w którym rozegrał się dramat, stanowi i miejscy urzędnicy wielokrotnie przeprowadzali kontrole. Kilku z nich usłyszało zarzuty.

Jak podaje miesięcznik „The Caravan”, co najmniej 11 wykorzystywanych dziewczynek zaginęło lub zostało zamordowanych.
Źródło info i foto: Gazeta.pl