Zwłoki 57-letniego znalezione w kamienicy w Kościerzynie

Zwłoki 57-letniego mężczyzny znaleziono w sobotę w kamienicy w Kościerzynie (woj. pomorskie). Wszystkie okoliczności wskazują na to, że doszło do morderstwa. Sprawcy szuka policja.

Do tragedii doszło prawdopodobnie w nocy z piątku na sobotę lub wczesnym rankiem w jednej z kamienic przy ul. Wybickiego w Kościerzynie. PAP dowiedziała się nieoficjalnie, że zwłoki mężczyzny znalazła nad ranem sąsiadka. Na miejscu pracują policjanci, prokurator, lekarz sądowy i specjaliści z laboratorium kryminalistycznego. Informację jako pierwsze podało Radio Gdańsk.

– Na pewno mamy do czynienia z zabójstwem. Mężczyzna miał rany w obrębie brzucha i klatki piersiowej. Trwają czynności na miejscu, mające na celu wyjaśnienie okoliczności tego zdarzenia. Na ten moment nie możemy udzielić więcej informacji – powiedziała PAP rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Gdańsku Grażyna Wawryniuk.

Jak dotąd nie ujawniono sprawcy. Śledczy nie zdradzają szczegółów zbrodni.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Będzie śledztwo ws. tragedii w Dziwnowie

Nie żyje czteroosobowa rodzina, której samochód został w niedzielę wyłowiony z wody w Dziwnowie (Zachodniopomorskie). Wśród ofiar jest dwoje małych dzieci. Prokuratura wszczęła śledztwo i sprawdza, jak doszło do tego tragicznego zdarzenia.

Śledztwo dotyczy nieumyślnego spowodowania wypadku, na skutek którego śmierć poniosły wszystkie podróżujące autem osoby, w tym dwoje dzieci – powiedziała prokurator Alicja Macugowska-Kyszka z Prokuratury Okręgowej w Szczecinie.

Do tragicznego wypadku doszło w niedzielę około godz. 12.30 w Dziwnowie. Wieczorem policja ujawniła, że w wyciągniętym na nabrzeże samochodzie znaleziono ciała 38-letniej kobiety i 41-letniego mężczyzny oraz dzieci w wieku siedmiu i trzech lat. W aucie był także pies. Zmarli to mieszkańcy województwa zachodniopomorskiego spoza powiatu kamieńskiego.

W niedzielę w miejscu, w którym doszło do wypadku, pracował prokurator. – Pojazd został zabezpieczony do dalszych badań technicznych – powiedziała Macugowska-Kyszka. – Zabezpieczono również z nabrzeża monitoring. Przesłuchano także świadków, w tym tych, którzy byli bezpośrednimi świadkami zdarzenia – dodała.

Jak kontynuowała, „zabezpieczono ciała wszystkich podróżujących pojazdem osób celem przeprowadzenia sekcji sądowo-lekarskiej, która zostanie zarządzona przez prokuratora”.

Śledczy nadal gromadzą materiał dowodowy, który pozwoli na ustalenie przyczyn i okoliczności tego tragicznego zdarzenia – dodała.

Auto osobowe wpadło do Zalewu Kamieńskiego w Dziwnowie w niedzielę około południa. W akcji ratunkowej brała udział policja, straż pożarna, pogotowie ratunkowe i Morska Służba Poszukiwania i Ratownictwa.
Źródło info i foto: interia.pl

USA: Dlaczego doszło do strzelaniny w Rochester

Dlaczego doszło do tak krwawej masakry?! Stan Nowy Jork okrył się żałobą po tragicznej strzelaninie, do której doszło na prywatnym przyjęciu w Rochester. Dwie osoby nie żyją, aż 14 jest rannych. Ofiary mają 18-20 lat. Strzelanina była równie krwawa, co tajemnicza. Nie wiadomo, co kierowało sprawcą bądź sprawcami.

Kilkadziesiąt wystrzelonych pocisków, dwie ofiary śmiertelne, czternaścioro rannych – to bilans tragicznej strzelaniny, do której doszło w miniony weekend w Rochester w stanie Nowy Jork. Według czasu miejscowego była noc z piątku na sobotę, gdy podczas prywatnego przyjęcia padły strzały. Ofiary to kobieta i mężczyzna w wieku 18-20 lat, ranni mają od 17 do 23. Kiedy policja przybyła na miejsce, około setki zgromadzonych osób zaczęło uciekać, zapewne obawiając się sankcji związanych z pandemią i zakazem tak dużych zgromadzeń.

To stworzyło problemy z przesłuchaniami świadków. Nie wiadomo jeszcze, kim byli sprawcy bądź sprawca tragedii i co mogło nim kierować. Jak podaje CNN, najprawdopodobniej strzały oddawały 3-4 osoby, a nie tylko jedna. Być może sprawa ma pewien związek z innym dramatem, do jakiego doszło w mieście. W marcu zmarł tam czarnoskóry Daniel Prude, któremu podczas policyjnego zatrzymania założono worek na głowę, by go obezwładnić. Zdarzenie to wywołało protesty i demonstracje na ulicach.
Źródło info i foto: se.pl

Katastrofa busa na Śląsku. 67-letni Jerzy S. aresztowany

Gliwicki sąd podjął decyzję ws. aresztu dla 67-letniego Jerzego S., który usłyszał zarzut nieumyślnego spowodowania katastrofy w ruchu lądowym. Prokuratura zarzuca mężczyźnie, że swoim zachowaniem na drodze krajowej nr 88 doprowadził do wypadku, w którym zginęło dziewięć osób, a siedem zostało rannych. Z ustaleń śledczych wynika, że Jerzy S. w chwili wykonywanie manewru wyprzedzania miał nie zauważyć jadącego z naprzeciwka busa. To doprowadziło do tragedii.

Sędzia Szymon Markowicz z gliwickiego sądu zdecydował, że Jerzy S. nie trafi do aresztu. Wobec 67-latka nie zastosowano także żadnego innego środka zapobiegawczego. Sąd argumentował swoją decyzję tym, że kierowca volkswagena jest oskarżony o niemyślne działanie. W dodatku nie był nigdy karany, a ponieważ ma dom i pracę, nie zachodzi obawa, że będzie się ukrywał lub wpływał na świadków, ponieważ kluczowe dla sprawy osoby, zostały już przesłuchane.

– Będziemy składać zażalenie na taką decyzję sądu – powiedziała prok. Karina Spruś, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gliwicach.

Próbował wyprzedzać. Nie widział busa?

Mieszkańcowi Cieszyna Jerzemu S. postawiono zarzut nieumyślnego spowodowania katastrofy w ruchu lądowym, w wyniku której zginęło dziewięć osób, a siedem odniosło obrażenia.

Koszmar rozegrał się w sobotę 22 sierpnia około godziny 22.30 na drodze nr 88 w pobliżu węzła Kleszczów (woj. śląskie). Z ustaleń policji i prokuratury wynika, że 67-latek próbował wyprzedzić jadący przed nim pojazd, ale nie zauważył lub nie widział, jadącego z naprzeciwka busa renault trafic. 29-letni kierowca próbował uniknąć zderzenia i wykonał manewr, który doprowadził do przewrócenia się busa.

Bus zderzył się z autokarem

Następnie renault sunąc po jezdni, zderzyło się dachem z jadącym z naprzeciwka autobusem. Zarówno kierowca busa, jak i pasażerowie zmarli na miejscu. Do szpitala trafiło siedem osób z autokaru. Najciężej ranny został kierujący pojazdem, który musiał przejść operację nogi. Szczęśliwie, rannym nie zagraża niebezpieczeństwo.

W chwili wypadku Jerzy S. również podjął manewr obronny i zjechał na pobocze, a następnie się zatrzymał. Ani jemu, ani osobie, z którą jechał, nic się nie stało. W niedzielny poranek policja postanowiła przesłuchać 67-latka, a następnie zatrzymać.

Mówi, że nie pamięta, co się stało

Mężczyzna przekonywał, że nie wie, co się właściwie wydarzyło. Mówił, że nie widział jadącego z naprzeciwka busa i nie pamięta przebiegu wypadku. Miał jedynie usłyszeć huk. Wniosek o aresztowanie 67-latka prokuratura motywowała grożącą mu surową karą oraz koniecznością zapewnienia prawidłowego toku postępowania, a także weryfikacji wyjaśnień podejrzanego. Mężczyźnie grozi od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności.

Za miesiąc mieli się pobrać, zginęli w tej samej chwili

Ofiary wypadku to w większości mieszkańcy Podkarpacia. Samochód prowadził mieszkający w Polsce, obywatel Słowenii. W wypadku zginęli m.in. narzeczeni 23-letnia Karolina i Patryk, którzy jechali do Holandii, by zarobić na wesele. Miało się ono odbyć za miesiąc.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Zabójstwo w Wólce Czarnogłowskiej. 27-latek zabił nożem swoją matkę. Zatrzymany po obławie

Po policyjnej obławie znalazł się 27-latek, który zadźgał nożem blisko 50-letnią matkę. Do tragedii doszło w powiecie mińskim, w jednej z miejscowości w gminie Dobre. Sprawcy grozi dożywocie. Zabójstwo w Wólce Czarnogłowskiej na wschodnim Mazowszu. W poniedziałek wieczorem, 10 sierpnia, umierającą kobietę zauważyła jej córka. Mimo zaalarmowania służb, jej życia nie udało się uratować.  

Jak podaje Polsat News, na ciele kobiety były widoczne dwa dźgnięcia sztyletem. Sekcja zwłok wykazała, że zmarła wskutek tych głębokich ran kłutych.

Zabił matkę i uciekł. Wpadł w policyjnej obławie

27-letni syn uciekł na czas przybycia służb. Kryminalni wszczęli obławę, sprawca wpadł niedługo później. Na przesłuchaniu nie potrafił wyjaśnić powodów, dla których zadźgał nożem matkę. Jego stan psychiczny ocenią też biegli – od tego zależy czy będzie odpowiadał przed sądem. Jednakże pojawił się już wniosek o areszt tymczasowy.

Za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem grozi dożywocie.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Nowy Staw: Pijany 51-latek zabił dwie kobiety. Śledczy wyjaśniają okoliczności tragedii

Śledczy wyjaśniają sprawę makabrycznego zabójstwa dwóch kobiet w Nowym Stawie (woj. pomorskie). Do tragedii doszło późnym wieczorem w miniony poniedziałek. Pijany 51-latek sięgnął po nóż w trakcie awantury domowej. Mężczyzna usłyszał zarzuty, grozi mu dożywocie. Policja przybyła na miejsce zdarzenia poinformowana przez ekspedienta z pobliskiego sklepu. Jak podaje „Dziennik Bałtycki”, przekazał on, że jeden z klientów kupił wódkę i wspomniał, że zabił dwie kobiety.

Do tragedii doszło w pobliżu nowostawskich rynków. 51-latek zaatakował nożem w trakcie awantury domowej dwie kobiety – rok młodszą konkubinę i 44-letnią siostrę. Od pewnego czasu mieszkali we trójkę.

„Prokurator zarzucił podejrzanemu popełnienie dwóch przestępstw zabójstwa w zamiarze bezpośrednim, siostry poprzez uderzenie nożem w klatkę piersiową, konkubiny poprzez kilkukrotne uderzenie nożem w  klatkę piersiową” – przekazała Grażyna Wawryniuk, rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.

Śledczy wyjaśnili, że agresor dźgnął siostrę nożem w klatkę piersiową. – Bezpośrednią przyczyną jej śmieci była tamponada serca spowodowana  krwawieniem  z przeciętego  mięśnia sercowego – podaje prokuratura. Więcej ciosów nożownik zadał natomiast konkubinie. 

„Konkubina  doznała łącznie siedem ran kłutych, a bezpośrednią przyczyną  jej  śmierci był wstrząs krwotoczny, będący następstwem krwotoku wewnętrznego do jamy opłucnej z uszkodzonego płuca lewego” – podaje gdańska prokuratura.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Krzysztof I. wyszedł z więzienia i zabił swoją partnerkę

Krzysztof I. (35 l.) z Łodzi niczego się nie nauczył! Ledwo opuścił mury więzienia za pobicie swojej ukochanej Joanny (†38 l.). Wystarczyły dwa miesiące po wyjściu zza krat, by znów ją pobił. Tym razem tak dotkliwie, że zadane ciosy okazały się śmiertelne.

Prokuratura zarzuca mężczyźnie pobicie ze skutkiem śmiertelnym. – Uderzając pięściami i kopiąc obutymi stopami spowodował ciężki uszczerbek na zdrowiu pokrzywdzonej w postaci rozlanego zapalenia otrzewnej, stłuczenia i rozerwania jelita cienkiego, co stanowiło chorobę realnie zagrażającą życiu, której następstwem była śmierć pokrzywdzonej – mówiła prokurator Kamila Faliszewska podczas odczytywania aktu oskarżenia.

Do tragedii doszło 20 czerwca 2019 r. Zmaltretowana kobieta uciekła z mieszkania, które dzieliła z Krzysztofem I. i jego ciotką w kamienicy przy Limanowskiego. Obrażenia były tak duże, że po czterech dniach kobieta zmarła w szpitalu.

Jej oprawca w sądzie nie przyznał się do winy i podkreślał, że tego dnia przez większość czasu nie było go w mieszkaniu. – Powiedziałem jej: kochanie, będę wieczorem. I wychodząc klepnąłem ją w pośladek – podkreślał przed sądem.

Podczas procesu mówił też o wypadku, który jego kobieta miała mieć w domu. – Dwa tygodnie wcześniej Joanna wpadła na miskę i rozwaliła ją w drobny mak. Przez tą sytuację cały czas leżała w łóżku. Nie chciała ze mną uprawiać seksu. Mówiła, że bolał ją brzuch. Kilka dni wcześniej ktoś ją napadł w przejściu podziemnym, ale nie zgłosiła tego policji – twierdził w sądzie oskarżony.

Według relacji Krzysztofa, w dniu pobicia, kiedy nie było go w domu, Joanna spakowała część rzeczy, wzięła taksówkę i wyniosła się z domu. To miało go zszokować i próbował do niej zadzwonić, by wyjaśnić co się stało. Kobieta nie odebrała już jednak od niego telefonu.

Recydywiście grozi teraz nawet dożywocie.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Sprawcą okropnej zbrodni w Orzeszu był prawdopodobnie ojciec rodziny

Dotychczasowe ustalenia śledztwa wskazują, że sprawcą tragedii w Orzeszu był ojciec rodziny. Mężczyzna miał udusić swoją dziewięcioletnią córkę, ranić żonę, a następnie popełnić samobójstwo, zadając sobie rany w okolice serca – podała w poniedziałek prokuratura. W sobotę śledczym udało się przesłuchać żonę mężczyzny, która została przewieziona do szpitala.

Tragedia rozegrała się we wtorek rano w domu jednorodzinnym w Orzeszu (powiat mikołowski), w którym mieszkała trzyosobowa rodzina: 42-letni mężczyzna, 41-letnia kobieta oraz ich dziewięcioletnia córka. Służby przyjechały na miejsce po informacji o pożarze, który wybuchł w kuchni na poddaszu.

Po przeprowadzonych w czwartek sekcjach zwłok prokuratura przekazała, że nie pozwalają one na jednoznaczne określenie przyczyn zgonu. W śledztwie kluczowe było przesłuchanie rannej kobiety, która w poważnym stanie, z licznymi ranami kłutymi trafiła do szpitala. Jak powiedział PAP Prokurator Rejonowy w Mikołowie Tomasz Rygiel, w sobotę udało się to zrobić.

Nie mogę mówić dokładnie o treści tych zeznań, natomiast z bardzo wysokim prawdopodobieństwem jest to ofiara tego przestępstwa – powiedział prokurator. Jak dodał, znaleziona w domu dziewczynka została prawdopodobnie uduszona przy życiu miękkiego przedmiotu, np. poduszki.

Niejasne motywy

Kiedy tuż po tragedii okazało się, że ojciec rodziny miał liczne rany w okolicy serca, śledczy podejrzewali, że sprawcą zbrodni może być ktoś inny. Jednak na obecnym etapie śledztwa, zdecydowanie najbardziej prawdopodobną wersją jest ta, że mężczyzna ranił swoją żonę, udusił córkę, a później popełnił samobójstwo zadając sobie liczne rany w okolicy serca.

Nie mamy jeszcze szczegółowej opinii z sekcji zwłok mężczyzny, ale według uzyskanych informacji mężczyzna mógł sobie zadać rany sam. Nie są to jednak stanowcze opinie i pewne ustalenia – zaznaczył Rygiel. Prokuratura czeka na pisemną opinię z sekcji zwłok oraz zlecone dodatkowe badania, toksykologiczne i histopatologiczne. Mają one dostarczyć pełnych informacji na temat przyczyn śmierci obojga zmarłych.

Prokuratura nie ma informacji, by 42-latek leczył się psychiatrycznie. Według doniesień mediów, miał długi. Prokurator wskazał jednak, że jest zbyt wcześnie, by mówić o motywie czy tle tragedii. Jest to sprawdzane, przesłuchujemy świadków i zapoznajemy się z dokumentami – powiedział prok. Rygiel.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Nowe informacje ws. morderstwa pod Grudziądzem

Dramat rodzinny niedaleko Grudziądza. Na jaw wychodzą nowe fakty, dotyczące śmierci dwóch osób. Głos zabrała także matka zamordowanej Anny. Do tragedii niedaleko Grudziądza doszło w sobotę. Wówczas mieszkańcy zaalarmowali policję, że niemal w szczerym polu stoi samochód z włączonymi światłami awaryjnymi. Gdy funkcjonariusze przyjechali na miejsce, okazało się, że dwie osoby nie żyją. Przed samochodem leżały zwłoki mężczyzny. W aucie policjanci znaleźli zawinięte w koc ciało kobiety.

Okazało się, że ofiary były małżeństwem. To 36-letnia Anna i 50-letni Mariusz L. Mieszkali w Szynychu. Osierocili trójkę dzieci w wieku od 8 do 14 lat. Na jaw wychodzą nowe fakty ws. tragedii, a śledczy mają już wstępną hipotezę.

Szynych. Przyczyny dramatu

Mężczyzna miał najpierw zabić żonę, a potem popełnić samobójstwo. „Każde miało po dwie rany kłute zadane w okolicach serca” – mówi „Gazecie Pomorskiej” prokurator Agnieszka Reniecka. Gazeta podaje także, że pierwsza najprawdopodobniej zginęła 36-latka. Do jej śmierci prawdopodobnie doszło w domu.

Małżeństwo od jakiegoś czasu miało nie mieszkać razem. 36-latka pod koniec grudnia 2019 roku wyprowadziła się do sąsiedniego powiatu chełmińskiego. Kobieta poprosiła także o założenie jej rodzinie Niebieskiej Karty.

Według informacji „Super Expressu” 7 stycznia pani Anna złożyła zawiadomienie o popełnionych przez męża przestępstwie. Oskarżyła go o bicie i gwałt.

Do zabójstwa miało dojść, gdy kobieta przyjechała do męża po dzieci. 50-latek miał zostawić list pożegnalny, w którym pisze, że jego życie nie ma sensu, ponieważ odeszła od niego żona. Według „Gazety Pomorskiej” jednak tej informacji nie potwierdzają śledczy.

Szynych. Głos zabrała matka kobiety

Jak czytamy na stronie se.pl, rodzina chce, by małżeństwo zostało pochowane razem. Głos zabrała matka pani Anny. Kategorycznie sprzeciwia się temu pomysłowi. „Nigdy się na to nie zgodzę. Ania nie zostanie złożona do grobu ze swoim mordercą” – powiedziała Małgorzata Chruściel.

Rozpacza także, że nie wiedziała, co działo się w domu córki. Czuła jednak, że jest źle, bo jak mówi, Mariusz ciągle krzyczał na żonę. Oba pogrzeby zaplanowano na czwartek. Anna ma być pochowana na cmentarzu w powiecie chełmińskim, a Mariusz w Szynychu.
Źródło info i foto: wp.pl

Podejrzani o spowodowanie tragicznego wybuchu gazu w Szczyrku trafili do aresztu

Bielski sąd zdecydował o zastosowaniu aresztu tymczasowego dla trzech osób podejrzanych o spowodowanie wybuchu gazu w Szczyrku. W wyniku wybuchy zawalił się trzykondygnacyjny dom i zginęło osiem osób – w tym czworo dzieci. O zastosowanie wobec zatrzymanych aresztu tymczasowego wnioskowała prokuratura, prowadząca śledztwo w sprawie tej tragedii.

O decyzji sądu poinformował rzecznik Sądu Okręgowego w Bielsku-Białej sędzia Jarosław Sablik. Jak powiedział, dwaj podejrzani zostali aresztowani na trzy miesiące, trzeci – na miesiąc.

Decydując o aresztowaniu wszystkich trzech mężczyzn sąd kierował się chęcią zabezpieczenia prawidłowego toku postępowania.

Przesłankami zastosowania aresztu, oprócz prawdopodobieństwa popełnienia przez podejrzanych zarzucanych im czynów, były m.in. obawa matactwa oraz zagrożenie wysoką karą. Podejrzanym grozi do 12 lat więzienia. Mężczyźni są podejrzani o sprowadzenie pożaru i zawalenia się budynku, w wyniku czego śmierć poniosło osiem osób – to zarzuty z art. 163 Kodeksu karnego.

Prokuratura wnioskowała o trzymiesięczny areszt dla wszystkich mężczyzn

Podejrzani to: Roman D. – prezes firmy budowlanej, która zleciła przewiert pod ul. Leszczynową w Szczyrku, oraz Marcin S. i Józef D. – pracownicy firmy budowlanej specjalizującej się w przewiertach podziemnych i wykonujący to zlecenie. Sędzia Sablik nie sprecyzował, którzy podejrzani zostali aresztowani na trzy miesiące, a który na miesiąc. Prokuratura wnioskowała o trzymiesięczny areszt dla każdego z trzech podejrzanych.

Na decyzję sądu w sprawie zastosowania aresztu przysługuje odwołanie do sądu okręgowego.

Podejrzani zostali zatrzymani w środę. Po przedstawieniu im zarzutów przedstawiciele prokuratury poinformowali, że treść wyjaśnień złożonych przez zatrzymanych wymaga zweryfikowania, na co potrzeba czasu – stąd m.in. wniosek o areszt.

Kwalifikacja prawna zarzucanego podejrzanym czynu jest dla wszystkich taka sama. Treść zarzutów różni się w zależności od roli, jaką mężczyźni odgrywali w sprawie. Śledczy nie udzielają informacji na temat wyjaśnień podejrzanych.

Wybuch było słychać wiele kilometrów dalej

Do tragedii doszło 4 grudnia wieczorem. Wybuch gazu zniszczył całkowicie trzykondygnacyjny dom. Ratownicy znaleźli w gruzach ciała ośmiu ofiar, w tym czworga dzieci. Eksplozja była tak silna, że słychać ja było wiele kilometrów dalej, trzykondygnacyjny dom zawalił się całkowicie. Doszło również do pożaru. Jedna z mieszkanek domu w czasie wybuchu przebywała w pracy, to ona poinformowała służby, że w budynku mogło znajdować się osiem osób.

Po wybuchu bielska prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie sprowadzenia zdarzenia zagrażającego życiu i zdrowiu wielu osób oraz mieniu w wielkich rozmiarach. Śledczy zlecili pisemne opinie powołanych w tej sprawie biegłych z zakresu fizykochemii, budownictwa, gazownictwa, geodezji i geologii.

Przed ponad tygodniem prokuratorzy potwierdzili, że istniał związek między wybuchem gazu w Szczyrku a pracami budowlanymi prowadzonymi pod ulicą, przy której stał zniszczony dom. Podczas badania z wykorzystaniem georadaru znaleziono miejsce uszkodzenia gazociągu, które później zostało odsłonięte i poddane szczegółowym oględzinom.

W poniedziałek bielska prokuratura poinformowała o zakończeniu identyfikacji wszystkich ofiar wybuchu gazu. Zostały one pochowane na cmentarzu parafialnym w Szczyrku.
Źródło info i foto: RMF24.pl