Maryland: W garażu znaleziono pięć zastrzelonych osób, w tym troje dzieci

Pięć zastrzelonych osób, w tym troje dzieci, znaleziono w piątek w garażu dużego dwupiętrowego domu w Elk Mills, w stanie Maryland w USA. Dotychczas nie ujawniono szczegółów masakry. Według lokalnych władz o strzelaninie zaalarmował telefonicznie niewymieniony z nazwiska mężczyzna. Doszło do niej w odległości 97 km od Baltimore, na obszarze, gdzie ulice z domami przeplatane są terenami zalesionymi.

Szeryf hrabstwa Cecil, Scott Adams powiedział, że wśród ofiar byli mężczyzna, kobieta i troje dzieci, uczęszczających do piątej, siódmej i ósmej klasy. Nie podał ich tożsamości. To przerażający dzień, należy docenić modlitwy wszystkich. (…) Każda strata (ludzi) jest straszna, ale aż tak wielka nie jest powszechną rzeczą, a z pewnością nie tutaj, w hrabstwie Cecil. To jest tragiczne i okropne. Upłynie dużo czasu, zanim dotrze to do świadomości ludzi – ocenił Adams.

Jak poinformowała AP funkcjonariusze organów ścigania w garażu przyległym do budynku znaleźli obok martwego mężczyzny półautomatyczny pistolet. Ciała zabitych były w różnych miejscach.

Podwyższony stan gotowości

Szeryf odmówił odpowiedzi na pytania o motyw przestępstwa. Powiadomił, że nie ma zagrożenia dla społeczności. Władze zgodnie z obowiązującymi przepisami zarządziły w czterech pobliskich szkołach podwyższony stan gotowości.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Chicago: 35-latek utopił trójkę własnych dzieci w wannie

Horror na przedmieściach Chicago. 35-latek utopił trójkę swoich dzieci w wannie. Mężczyzna po popełnieniu zbrodni próbował się zabić. Żonie, z którą się rozwodził, zostawił kartkę: „Skoro ja nie mogę ich mieć, ty też nie możesz”. Kiedy mąż nie odezwał się do Debry Karels, ta zaalarmowała policję. Funkcjonariusze około 13.40 czasu lokalnego w poniedziałek odwiedzili 35-latka w jego mieszkaniu. Tam dokonali szokującego odkrycia. W sypialni znaleziono ciała pięcioletniego Bryanta, trzyletniej Cassidy i dwuletniego Gideona.

Wstępna sekcja zwłok wykazała, że dzieci zmarły na skutek utonięcia. Śledczy ustalili, że Karels utopił każde z nich pojedynczo, prawdopodobnie w wannie. Następnie napisał na kartce wiadomość dla żony: „Skoro ja nie mogę ich mieć, ty też nie możesz”. Tak miały brzmieć ostatnie słowa mieszkańca Chicago.

Według szefa policji Round Lake Beach Gilberta Rivery, cytowanego przez stację ABC 7, mężczyzna po zabiciu dzieci kilkakrotnie próbował popełnić samobójstwo, zostawiając ślady krwi w mieszkaniu. Ostatecznie 35-latek wsiadł do samochodu i uciekł. Został schwytany podczas trwającego 17 minut policyjnego pościgu. Stracił panowanie nad autem, rozbijając się na moście. Po wypadku trafił do szpitala. Mimo że para się rozwodziła, Debra nie planowała uniemożliwiać mężowi kontaktu z dziećmi. „Chciała utrzymywać z nim relacje i pozwolić mu je odwiedzać. Teraz wiemy, że to był straszny błąd” – relacjonowała serwisowi Daily Beast jej szwagierka.

Jason Karels przyznał się do trzech zabójstw i został zatrzymany. Według szwagierki Debry mężczyzna „miał poważne problemy psychiczne i odmówił uzyskania pomocy”.

„Po prostu nie wierzę. Nigdy nie pomyślisz, że coś takiego może się przytrafić właśnie tobie. Nigdy nie sądziłam, że zrobi to własnym dzieciom. Teraz już wiem, że jeśli ma się jakiekolwiek wątpliwości, nie wolno ich ignorować i trzeba obstawać przy swoim” – mówiła zrozpaczona matka ofiar, cytowana przez portal Daily Mail.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Lublin: Paulina N. udusiła troje swoich dzieci. Matka dzieciobójczyni zabrała głos

Po tym jak Paulina N. z Lublina udusiła troje swoich dzieci, głos zabrała matka 26-latki, która znalazła ciała wnuczków. To ona weszła w czwartek 30 września rano do domu przy ul. Nadbystrzyckiej i ujawniła zbrodnię. Paulina N. przyznała się już do uduszenia trojga swoich dzieci, za co grozi jej teraz kara od 8 lat do dożywotniego pozbawienia wolności.

Jak informuje program „Uwaga” emitowany na antenie TVN, o sprawie uduszenia przez Paulinę N. z Lublina trojga swoich dzieci postanowiła opowiedzieć ich babcia, a matka 26-latki. To ona w czwartkowy poranek 30 września znalazła ciała: 4-letniego Alana, 2-letniej Leny i 8-miesięcznej Nadii, po czym wezwała na miejsce służby ratownicze. Kobieta mówi, że prędzej spodziewała by się, że Paulina skrzywdzi samą siebie, ale nie swoje dzieci. Pani Dorota wspomina, że feralnego poranka otworzyła bramę prowadzącą do posesji przy ul. Nadbystrzyckiej w Lublinie, do której miała klucze. Nie mogła się natomiast dostać do domu, ale córka otworzyła w końcu drzwi do domu, który wynajmowała od czerwca tego roku, po tym jak przeprowadziła się tam z dziećmi w jednej z gmin pod Lublinem. 26-latka patrzyła najpierw długo na matkę, miała dziwne oczy.

– (…) Spytałam, czemu jest tak cicho. Odpowiedziała, że dzieci śpią. Wydało mi się to dziwne, bo nigdy nie spała cała trójka na raz. Stanęłam w progu, dzieci wyglądały jakby spały, ale zobaczyłam, że wnuk ma sine usta. Córka siedziała na dywanie. Nic nie mówiła, miała błędny wzrok, patrzyła w jedno miejsce i powtarzała, że dzieci śpią. Krzyczałam do niej, pytałam dlaczego, ale to nie była wtedy moja córka – mówi „Uwadze” babcia trojga uduszonych dzieci.

Jak informuje „Uwaga”, matka Pauliny N. z Lublina mówi, że jej córka miała w ostatnim czasie problemy psychiczne. Kobieta zauważyła u niej nawet stany depresyjne i zaproponowała, że 26-latka powinna udać się do psychiatry. „Ostatnio często mówiła mi o końcu świata, wysyłała mi jakieś zdjęcia, że diabeł nachodzi, że na ziemi trwa walka diabła z Bogiem” – wspomina babcia uduszonych dzieci, żałując jednocześnie, że sama nie zareagowała wcześniej w odpowiedni sposób. Te informacje potwierdza znajoma 26-latki.

– Skarżyła się, że słyszy głosy. Krzyczała, żeby do niej nie mówiły. To było straszne. Mówiła cały czas, że zamiast dziecka, widzi diabła. Czy chorowała, czy to były narkotyki, to i tak najgorsze było to, że ona była sama. Nie miała pomocy znikąd. Ani znajomi, ani rodzina, ani MOPS nie pomogli. Ona była po leczeniu, urodziły się dzieci i przecież ona nie wyzdrowiała nagle – mówi „Uwadze”.
Źródło info i foto: se.pl

Oświęcim: Pijani rodzice opiekowali się trójką dzieci. Grozi im do 5 lat więzienia

– Pijani rodzice opiekowali się trójką dzieci w Oświęcimiu. Najmłodsze miało dwa miesiące. Podobna sytuacja miała też miejsce w pobliskim Przeciszowie. Rodzicom grozi nawet pięć lat więzienia – podała rzecznik oświęcimskiej policji asp. szt. Małgorzata Jurecka.

– Wobec rodziców zostało wszczęte postępowanie. Istnieje podejrzenie narażenia na niebezpieczeństwo utraty życia bądź zdrowia małoletnich, nad którymi mieli obowiązek sprawowania opieki. Grozi za to kara do 5 lat więzienia – powiedziała Jurecka.

Rzecznik podała, że nad ranem w niedzielę policjanci otrzymali sygnał o zakłócaniu ciszy nocnej przez mężczyznę siedzącego na ławce. – 31-latek był nietrzeźwy. Mundurowi odprowadzili go do miejsca zamieszkania. Drzwi otworzyła im nietrzeźwa 25-letnia kobieta. Policjanci szybko zorientowali się, że oprócz niej w mieszkaniu przebywają dzieci w wieku dwóch i siedmiu lat oraz dwumiesięczny niemowlak – powiedziała Jurecka.

Policjanci zbadali stan trzeźwości u rodziców. Ojciec miał 2,7 promila alkoholu w organizmie, natomiast matka 2,2 promila. – W związku z tym dzieci trafiły pod opiekę rodziny. Wkrótce sprawą nietrzeźwych rodziców zajmie się wydział rodzinny i nieletnich oświęcimskiego sądu – dodała Małgorzata Jurecka.

Podobna sytuacja wydarzyła się także w Przeciszowie. Tam asystentka rodziny zauważyła, że 31-letnia matka, która opiekowała się dziewięcioletnią córką, była pijana. Policjanci, których wezwała, zbadali stan trzeźwości kobiety. Miała 3,5 promila alkoholu w organizmie. Dziecko zostało oddane pod opiekę rodziny.
Źródło info i foto: interia.pl

Troje dzieci zginęło w pożarze. Matka skazana na 4 lata więzienia

Na karę czterech lat więzienia bez zawieszenia skazał Sąd Okręgowy w Jeleniej Górze Magdalenę K., matkę trójki dzieci, które zginęły w ubiegłym roku w pożarze kamienicy w Piechowicach na Dolnym Śląsku. Prokuratura rozważa apelację.

Proces Magdaleny K. rozpoczął się w grudniu 2017 r. Kobieta został oskarżona o popełnienie dwóch przestępstw. Pierwsze polegało – zdaniem prokuratury – na nieumyślnym spowodowaniu pożaru, który zagrażał życiu 26 mieszkańców kamienicy przy ul. Przemysłowej w Piechowicach. W wyniku tego pożaru zginęła trójka dzieci Magdaleny K.

Drugi zarzut dotyczył wielokrotnego narażenia dzieci na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia. Zdaniem śledczych, matka często pozostawiała je same w mieszkaniu. Były, zdaniem prokuratury, zamykane w pokoju lub pozostawiane w „obecności uzależnionego i pozostającego pod wpływem alkoholu dziadka, cierpiącego na znaczną utratę słuchu”. Ten zarzut dotyczy okresu od czerwca 2015 r. do 2 grudnia 2017 r.

Kobieta od grudnia ubiegłego roku przebywała w areszcie. Nie przyznawała się do winy. Prokuratura wnioskowa o karę 6 lat więzienia, obrona domagała się uniewinnienia kobiety. W piątek Sąd Okręgowy w Jeleniej Górze skazał Magdalenę K. na cztery lata pozbawienia wolności bez zawieszenia.

– Kobieta została skazana za oba przestępstwa, które jej zarzucono. Oprócz sprowadzenia pożaru, w wyniku którego zginęła trójka dzieci, zarzucono jej również narażenie na niebezpieczeństwo poprzez niewłaściwą opiekę nad nimi w dłuższym okresie czasu wcześniej – przekazał w sobotę PAP rzecznik Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze prok. Tomasz Czułowski.

Rzecznik poinformował też, że po zapoznaniu się z pisemnym uzasadnieniem wyroku prokuratura rozważy apelację.

Do pożaru doszło w nocy z 2 na 3 grudnia 2017 r. w mieszkaniu wielorodzinnego budynku przy ul. Przemysłowej w Piechowicach. Straż otrzymała zgłoszenie przed godziną 3. Cztery zastępy straży pożarnej szybko ugasiły ogień; w mieszkaniu strażacy znaleźli ciała trojga dzieci.

Ofiary to dwóch chłopców i dziewczynka w wieku 4, 6 i 8 lat. W mieszkaniu był 62-letni dziadek dzieci, któremu udało się opuścić lokal. Matka wróciła do domu podczas akcji gaśniczej.

Tuż po tragicznym pożarze policja podała, że przyczyną mogło być zaprószenie ognia z pieca lub świeczki. Zdaniem prokuratury w nocy z 2 na 3 grudnia ubiegłego roku K. zostawiła dzieci w pokoju przy zamkniętych oknach w pobliżu źródła ognia. – W wyniku tego wybuchł pożar skutkujący ich zgonem. Uzyskano między innymi opinie biegłych z zakresu pożarnictwa oraz budownictwa – instalacji technicznych. Na podstawie tych opinii ustalono ponad wszelką wątpliwość, że przyczyną pożaru było zachowanie oskarżonej – podała prokuratura.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Berlin: Co roku podrzucany noworodek. Wyjaśniono zagadkę. są to trzy siostry

Trzy lata z rzędu znajdowano pod koniec lata w Berlinie noworodki. Okazało się, że są to trzy siostry. Zachodzi obawa, że to nie koniec porzuceń – donosi rozgłośnia RBB.

Berlińska policja zajmuje się od trzech lat niewyjaśnionym dotąd, szczególnym przypadkiem porzucania noworodków. W kolejnych latach 2015, 2016 i 2017 znaleziono niemalże w tym samym miejscu w północnej części Berlina noworodki płci żeńskiej, które okazały się być siostrami.

Rok po roku ten sam scenariusz

Maleńką Emmę odkryli przechodnie na początku września 2015 na przystanku autobusowym przy berlińskim szpitalu Helios-Klinikum. Noworodek miał na sobie tylko śpiochy i kaftanik. Rok później na początku sierpnia ten sam scenariusz: pod drzwiami domku jednorodzinnego w dzielnicy Berlin-Blankenburg znaleziona została naga Lilo, owinięta jedynie w zakrwawiony ręcznik.

Ostatnią z sióstr Hannę, również owiniętą tylko w ręcznik, podrzucono pod drzwi domu jednorodzinnego pod koniec sierpnia 2017 r., tym razem w miejscowości Schwanebeck w Brandenburgii. We wszystkich trzech przypadkach doszło u niemowląt do ciężkiego wychłodzenia, ale zdołały przeżyć i znalazły opiekę w rodzinach zastępczych.

Dziewczynki, które przyszły na świat najwidoczniej bez profesjonalnej pomocy, mają, jak wynika z trwającego dochodzenia, wspólną matkę. Jak powiedział rozgłośni RBB Jens Hoewer z brandenburskiej policji „zachodzi duże prawdopodobieństwo, że chodzi też o jednego ojca”. Troskę władz budzi fakt, że dzieci rodziły się rok po roku mniej więcej w tym samym czasie.

Co roku kolejne dziecko

Zachodzi obawa, że matka Emmy, Lilo i Hanny jest ponownie w ciąży i wkrótce powtórzy się sytuacja sprzed roku. Prowadząca śledztwo Uta Roesel powiedziała RBB, że „można stwierdzić pewną regularność. Co roku pojawia się dziecko, które niechciane zostaje gdzieś podrzucone”. Jak stwierdziła, „możliwe, że matka znajduje się w sytuacji bez wyjścia” i być może „jest w jakiejś matni, albo jest wykorzystywana i musi się dziecka pozbyć”.

Śledczy dysponują na razie niewielką ilością materiału poszlakowego. Wprawdzie przy podrzuconej Hannie zauważono kobietę, ale ani ten fakt, ani ubranie dziecka czy ręcznik, w które było zawinięte, nie dostarczyły ekipie dochodzeniowej niezbędnych wskazówek. Przed narodzinami Emmy matka zażywała Metroprolol, lek na receptę stosowany w przypadku stanów lękowych oraz nadciśnienia tętniczego. Pozostałości lekarstwa stwierdzono we krwi niemowlęcia.

Lista niewyjaśnionych kwestii jest długa. Czy ojciec dziewczynek wie o ciążach, czy żyje razem z matką? Co jest powodem pozbywania się dzieci, być może ich płeć? Kto przepisał matce Metoprolol? Czy może któremuś z lekarzy podpadła trudna sytuacja kobiety? Jeśli nic się nie zmieni, trzeba liczyć się niebawem z narodzinami i porzuceniem kolejnego dziecka.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Rodzinna tragedia w Małopolsce. „Ciało kobiety powieszone”

W wsi Zelczyna, położonej w Małopolsce, doszło do tragedii. W domu 41-letni mężczyzna zobaczył zwłoki żony, dwóch córek i syna. Przyczyną śmierci nie był czad. Kiedy 41-latek wrócił do domu z pracy, ok. godz. 6:24. zastał go straszny widok. Zobaczył 36-letnią żonę Aldonę oraz 4-letnią Nadię, 9-letnią Aleksandrę i 12-letniego Kamila. Wszyscy byli martwi.

Ze wstępnych ustaleń policji wynika, że dzieci zostały znalezione w łóżkach bez żadnych obrażeń ciała. Jak poinformował dziennikarz Radia Kraków na Twitterze, przyczyną śmierci czterech osób nie był czad.
Źródło info i foto: wp.pl

Brutalne morderstwo 36-letniej Polki w Wielkiej Brytanii

Ciało 36-letniej Polki znaleziono w jednym z domów w miejscowości Halifax w północnej Anglii. Z pierwszych ustaleń śledczych wynika, że kobieta została brutalnie zamordowana. W związku ze sprawą zatrzymano 35-letniego mężczyznę – podaje „The Sun”. Ciało kobiety miał odkryć po powrocie ze sklepu 14-letni syn. Z relacji sąsiadów wynika, że chłopiec wszczął alarm krzycząc, że jego „mama leży na podłodze we krwi”. Sąsiedzi zawiadomili policję.

Do tragedii doszło w niedzielę 26 listopada. „Było dużo krwi. Kiedy ją zobaczyłem, wiedziałem, że już nie żyje” – mówi sąsiad kobiety w rozmowie z „The Sun”. W domu ofiary policjanci znaleźli 35-letniego mężczyznę. Stwierdzono u niego niegroźne obrażenia. Został aresztowany pod zarzutem zabójstwa. Ze wstępnych ustaleń wynika, że kobieta została pchnięta nożem.

36-latka osierociła trójkę dzieci.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Zgorzelec: Kobieta została zamordowana przed wypadkiem, w którym zginął jej mąż i dzieci

Kobieta, której bliscy – mąż oraz troje dzieci – zginęli we wtorek w wypadku samochodowym, została wcześniej zamordowana w mieszkaniu w Zgorzelcu (Dolnośląskie) – poinformowała w środę rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze Violetta Niziołek. We wtorek na drodze wojewódzkiej nr 352 w miejscowości Działoszyn, na trasie Zgorzelec-Bogatynia, doszło do tragicznego wypadku. Samochód osobowy zjechał na przeciwległy pas ruchu i zderzył się czołowo z nadjeżdżającym tirem. W wypadku zginął mężczyzna – 44-letni Robert W. – oraz troje dzieci, które z nim podróżowały. Z relacji świadków wynika, że samochód kierowany przez W. jechał z bardzo dużą prędkością.

Cztery ciosy w głowę

Później w mieszkaniu mężczyzny policja znalazło ciało jego żony. – Przeprowadzono oględziny i sekcję zwłok kobiety. W ich wyniku ustalono, że Agnieszka W. zmarła w wyniku czterech ciosów zadanych w głowę – powiedziała w środę podczas konferencji prasowej rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Jeleniej Górze Violetta Niziołek. Dodała, że w mieszkaniu małżeństwa W. zabezpieczono narzędzie, którym prawdopodobnie został zamordowana kobieta. Kobieta według biegłych zginęła we wtorek rano, z kolei do wypadku samochodowego doszło około godziny 12.

Prokurator Nizołek pytana przez dziennikarzy, czy W. mógł pełnić tzw. rozszerzone samobójstwo (zabić swoich bliskich i siebie), odpowiedziała, że w prowadzonym śledztwie brane są pod uwagę różne warianty przebiegu wydarzeń. – Na chwilę obecną nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy Robert W. zabił swoją żonę i czy dokonał samobójstwa rozszerzonego, nie możemy wykluczyć, że zasłabł za kierownicą (…) Mamy nadzieję, że uda nam się ustalić, czy od momentu opuszczenia mieszkania przez Roberta W. wraz z dziećmi, ktoś mógł wejść do tego mieszkania i kiedy Robert W. naprawdę je opuścił – czy było to wczesnym rankiem, czy tuż przed tym, jak wsiadł do samochodu i udał się w kierunku Bogatyni – mówiła rzeczniczka.

„Nic nie wskazuje na śmierć dzieci przed wypadkiem”

Prokurator była pytana również o informacje pojawiające się w mediach o tym, że W. przed wypadkiem mógł zabić swoje dzieci. – Nic na to nie wskazuje. Istotne dla sprawy jest to, że starsze dzieci miały przy sobie dokumenty tożsamości – powiedziała prokurator.

Dodała, że zostaną przeprowadzone sekcje zwłok dzieci i ich ojca. Poinformowała również, że w śledztwie są przesłuchiwani sąsiedzi, rodzina oraz nauczyciele dzieci. „Z dotychczasowych informacji wynika, że była to normalna rodzina, nie była prowadzona niebieska karta, nie było interwencji policji. Mężczyzna, który zginął w wypadku, pracował zawodowo, dochody tej rodziny były w miarę wysokie. Również sąsiedzi w bardzo pozytywny sposób wypowiadali się o niej” – mówiła prokurator.
Żródło info i foto: polsatnews.pl

Wyrok za śmierć w klubie Cocomo

5 lat więzienia i 10 letni zakaz wykonywania zawodu – to wyrok dla Igora W., ochroniarza z nieistniejącego już klubu nocnego Cocomo we Wrocławiu. Mężczyzna pobił jednego z klientów klubu. Tragedia wydarzyła się we wrześniu zeszłego roku. Igor W. pobił jednego z klientów klubu. Poszkodowany mężczyzna uderzył głową o podłogę i kilka dni później zmarł w szpitalu. Wyrok nie jest prawomocny.

Prokurator i oskarżyciele posiłkowi domagali się dla mężczyzny 8 lat więzienia. Prokurator oskarżył Igora W. o spowodowanie ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, którego skutkiem była śmierć. Za to grozi do 12 lat odsiadki. Sędzia zmienił jednak klasyfikację czynu na nieumyślne spowodowanie śmierci. Wyrok jaki zapadł jest najwyższym, jaki kodeks karny przewiduje za to przestępstwo.

Żona ofiary prawdopodobnie odwoła się od wyroku. W śledztwie oskarżony mówił, że bronił się przed agresywnymi klientami. Nie spodziewał się, że może dojść do tragedii. 37-letni Mariusz H. osierocił troje dzieci.
Żródło info i foto: Radio ZET.pl