Terroryści z Katalonii planowali spory atak przy użyciu ciężarówki

Dżihadyści, którzy w sierpniu 2017 r. przeprowadzili zamachy w Katalonii, planowali jeden duży zamach przy użyciu ciężarówki – wynika ze śledztwa. Pojazd miał zostać wypełniony licznymi ładunkami wybuchowymi oraz butlami z gazem. Jak poinformowała w sobotę „La Vanguardia”, ubiegłoroczny zamach w Katalonii miał zostać przeprowadzony według innego scenariusza. Gazeta ustaliła, że grupa pochodzących z Ripoll dżihadystów o marokańskich korzeniach miała dokonać jednej dużej eksplozji w Barcelonie lub na jej przedmieściach.

Wydawana w Katalonii gazeta ustaliła, że dzień przed dokonaniem zamachu grupa dżihadystów udała się do miasta Sabadell, aby od lokalnej firmy wypożyczyć samochód ciężarowy. Wynajęcie pojazdu nie powiodło się, gdyż terroryści nie mieli odpowiednich dokumentów.

– Kiedy rankiem 16 sierpnia dżihadyści udali się do siedziby firmy Telefurgo, okazało się, że mając prawo jazdy kategorii B, nie mogą wynająć ciężarówki. Potrzebowali dokumentu kategorii C – ustaliła „La Vanguardia” na podstawie śledztwa.

„Interesowali się szczegółami meczu FC Barcelona”

Inspektorzy potwierdzili, że tego samego dnia po południu terroryści wrócili do spółki transportowej, aby wypożyczyć furgonetkę Fiat Talento. Pojazdem tym 17 sierpnia jeden z dżihadystów staranował przechodniów na barcelońskiej La Rambla.

Po dziesięciu miesiącach dochodzenia śledczy ustalili, że pierwotny plan zamachowców przewidywał umieszczenie w ciężarówce ponad 200 kg ładunków wybuchowych, tzw. TATP, i obłożenie ich butlami gazowymi dla zintensyfikowania eksplozji.

Śledczy w dalszym ciągu nie mają pewności, przy jakim obiekcie terroryści planowali wysadzić ciężarówkę. Potwierdzili, że kilka dni przed zamachami dżihadyści z Ripollu poszukiwali w internecie informacji dotyczących popularnych wśród turystów miejsc w Katalonii, m.in. bazyliki Sagrada Familia, dyskotek w Barcelonie i w oddalonym od niej o 60 km Lloret de Mar, a także stadionu Camp Nou. – Interesowali się szczegółami dotyczącymi najbliższego meczu FC Barcelona – ustaliła gazeta.

W zamachu zginęło 16 osób

Z dotychczasowego dochodzenia wynika, że marokański imam Abdelbaki As-Satty miał zradykalizować członków grupy terrorystycznej poprzez spotkania w małym gronie. Często odbywały się one wewnątrz wynajętej przez muzułmańskiego duchownego furgonetki. Imam parkował pojazd w różnych częściach Ripollu.

Według ustaleń policji As-Satty był powiązany z Państwem Islamskim i mógł kontaktować się z jego członkami podczas swoich licznych wyjazdów do Maroka, Francji i Belgii.

Katalonia stała się 17 i 18 sierpnia ub.r. celem ataków terrorystycznych, w których śmierć poniosło 16 osób, a ponad 120 zostało rannych. Terroryści zaatakowali w Barcelonie i Cambrils przy użyciu samochodów oraz noży. Do zmiany planów przyczynił się wybuch w bazie terrorystów w Alcanar 16 sierpnia, w efekcie którego śmierć poniósł 45-letni imam Abdelbaki As-Satty oraz inny członek grupy.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Jakie były dalsze plany zamachowców z Barcelony?

Hiszpańskie media, powołując się na źródła policyjne donoszą, że sprawcy czwartkowego ataku na Las Ramblas w Barcelonie na początku planowali użyć ładunku TATP, zwanego „matką szatana”. Ich celem miała być między innymi słynna katedra Sagrada Familia.

Chcieli uderzyć w symbol Barcelony

„Matka szatana” to substancja wyjątkowo niebezpieczna, a samo jej pozyskanie jest pracochłonne i skomplikowane. Zdaniem hiszpańskich śledczych, to właśnie zgubiło zamachowców odpowiedzialnych za ataki w Barcelonie i atak w Cambrils. W domu w Alcanar, w którym wcześniej doszło do wybuchu, terroryści składowali ładunki, których planowali użyć w zamachach.

Jak informują hiszpańskie media, zamachowcy początkowo planowali atak przy użyciu trzech samochodów wypełnionych butlami z gazem, a celem miały stać się kultowe miejsca w Barcelonie. Aby zdetonować gaz, terroryści chcieli wykorzystać właśnie TATP, często używany jako materiał zapalny.

W domu, gdzie przygotowywała się grupa 12 terrorystów doszło jednak do przypadkowej eksplozji, wskutek której zniszczonych zostało około 20 znajdujących się tam butli z gazem. W ruinach budynku znaleziono także ślady „matki szatana”.

Według policji, nieoczekiwany wybuch w domu w Alcanar doprowadził do zmiany planów komórki dżihadystów i skłonił jej członków do przeprowadzenia zamachów w inny sposób, a także szybciej niż pierwotnie planowano.
Źródło info i foto: wp.pl

Kiedy i w jakich okolicznościach policja może użyć paralizatora?

Nie jest określone, ile razy można użyć paralizatora – powiedział PAP rzecznik Komendanta Głównego Policji Mariusz Ciarka, odnosząc się do śmierci 25-latka, wobec którego policja użyła tasera. RPO podkreśla, że ta sprawa musi być wyjaśniona i przypomina podobną sprawę – Roberta Dziekańskiego w Kanadzie.

W połowie maja 2016 r. na wrocławskim rynku policja zatrzymała 25-letniego Igora Stachowiaka. Według funkcjonariuszy, mężczyzna był agresywny i dlatego musieli użyć paralizatora. Po przewiezieniu na komisariat stracił przytomność i pomimo reanimacji zmarł. Sprawa wróciła po wyemitowaniu sobotniego reportażu w TVN24, gdzie m.in. pokazano zapis z kamery paralizatora, którego kilkakrotnie użyto wobec mężczyzny.

Komenda Główna Policji zapewnia, że użycie przez interweniujących policjantów środków przymusu bezpośredniego w postaci siły fizycznej i tasera przeznaczonego do obezwładniania osób za pomocą energii elektrycznej, a następnie kajdanek było adekwatne do sytuacji oraz do zachowania się mężczyzny.

Rzecznik KGP mł. insp. Mariusz Ciarka powiedział w niedzielę PAP, że użycie paralizatora regulują przepisy określone w ustawie o środkach przymusu bezpośredniego.

– Policjanci użyli na rynku paralizatora zgodnie z przepisami, oczywiście cały materiał będzie podlegał ocenie prokuratury – powiedział Ciarka.

Pytany, ile razy można porażać, rzecznik powiedział: Nie ma określonej ilości jeżeli chodzi o użycie paralizatora, natomiast trzeba pamiętać, że jest to jeden z tych łagodniejszych środków, w porównaniu chociażby z bronią palną.

– My, jako policja, wręcz dążymy do tego, aby policjanci byli wyposażeni w tasery, tak, aby użycie broni palnej, gdzie skutki są już nieodwracalne, było ostatecznością – wyjaśnił rzecznik.
RPO przypomina sprawę Roberta Dziekańskiego

Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar przypomina, że przed laty głośna była inna sprawa śmierci po użyciu tasera. W 2007 r. Polak, Robert Dziekański zmarł po tym, jak policja użyła wobec niego tego urządzenia na lotnisku w Vancouver. Jak powiedział Bodnar – w niedzielę w TVN24 – policjant, który użył wówczas tasera został skazany na karę 2,5 roku pozbawienia wolności.

– I to jest standard demokratycznego państwa. Ta sprawa, ta nasza sprawa Igora Stachowiaka musi być wyjaśniona do końca, ale także muszą być wprowadzone te mechanizmy, które spowodują, że do takich przypadków po prostu na komendzie policji nie będzie w przyszłości dochodziło – podkreślił RPO.

W niedzielę, rzecznik KGP poinformował, że na wniosek szefa MSWiA trwa procedura zwolnienia policjanta, który użył na komisariacie paralizatora wobec Stachowiaka. Minister zlecił też powołanie i skierowanie na miejsce zespołu kontrolnego. Sprawę wyjaśnia też prokuratura w Poznaniu – śledczy mają ustalić nie tylko przyczynę śmierci mężczyzny, ale i dokładny przebieg zdarzeń. PO w związku ze sprawą zatrzymania i śmierci 25-latka domaga się powołania komisji śledczej i dymisji wiceministra spraw wewnętrznych i administracji Jarosława Zielińskiego.

Paralizator tylko raz

W sprawie Dziekańskiego, którą przypomina Bodnar, z nagrania świadka wydarzenia wynikało, że Polak zachowywał się dość gwałtownie. Funkcjonariusze użyli paralizatora, żeby go obezwładnić. W 2011 r. Sąd Najwyższy kanadyjskiej prowincji Kolumbia Brytyjska przyznał, że taser może zabić. Sprawę wniósł do sądu producent urządzenia – Taser International. Firma uznała bowiem, że krzywdzące są dla niej i szkodzą jej reputacji wnioski z prac tzw. komisji Braidwooda, która badała sprawę śmierci Dziekańskiego.

W swoim raporcie, komisja sędziego Thomasa Braidwooda uznała m.in., że użycie paralizatora niesie ze sobą duże ryzyko śmierci osoby, wobec której używa się tej broni. Wśród rekomendacji dotyczących stosowania paralizatorów znalazło się ostrzeżenie, by nie stosować jej kilkakrotnie.

Właśnie takiej treści ustaleń sprzeciwiał się Taser International, twierdząc, że nie uwzględniają one danych naukowych i medycznych, dostarczonych przez firmę. Jednak Sąd Najwyższy Kolumbii Brytyjskiej (zachód Kanady) przyznał rację komisji Braidwooda.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Nie będzie śledztwa ws. wizyty Bartłomieja Misiewicza w Białymstoku

Po kilku tygodniach badania sprawy, Prokuratura Rejonowa Białystok-Południe odmówiła wszczęcia postępowania ws. Bartłomieja Misiewicza. Chodziło o podejrzenia, iż jako rzecznik MON przekroczył uprawnienia. Miał bowiem użyć służbowej limuzyny do celów prywatnych. – Prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania wobec braku znamion czynu zabronionego – poinformował rzecznik Prokuratury Okręgowej w Białymstoku Łukasz Janyst.

Słynna wizyta w klubie

Zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa złożył w lutym podlaski poseł Nowoczesnej Krzysztof Truskolaski. Podstawą był artykuł opublikowany dwa tygodnie wcześniej przez dziennik „Fakt”. Gazeta podała, że Misiewicz wykorzystał służbowe auto, żeby pojechać na imprezę w jednym z białostockich klubów.

Według publikacji prasowych, 19 stycznia 2017 r., rzecznik MON miał przyjechać „luksusowym BMW” przed jeden z klubów w centrum Białegostoku, w którym potem się bawił. Misiewicz miał skorzystać ze służbowego auta, mimo że hotel, w którym mieszkał, znajduje się kilkaset metrów od klubu, a pokonanie tej trasy pieszo zajmuje kilka minut.

Po tych doniesieniach Truskolaski złożył interpelację do szefa MON Antoniego Macierewicza z prośbą o wyjaśnienia. Zwrócił się też do władz Białegostoku z prośbą o udostępnienie nagrań z monitoringu miejskiego. Białostocka Straż Miejska odmówiła, tłumacząc to tym, że nagrania mogą być przekazane organom ścigania jako dowód w sprawach o przestępstwa i wykroczenia.

Składając zawiadomienie poseł wyjaśniał, że robi to po odmowie udostępnienia nagrań, by mogła je poznać opinia publiczna. Wyraził wtedy nadzieję, że prokuratura wystąpi do Straży Miejskiej o nagranie z monitoringu.

Prokuratura nie dopatrzyła się znamion przestępstwa

Po kilku tygodniach badania sprawy prokuratura oceniła, iż do popełnienia przestępstwa jednak nie doszło. – Pan Bartłomiej Misiewicz nie przekroczył uprawnień, albowiem działał w ich ramach – powiedział prok. Janyst.

Jak wyjaśnił, z dokumentów, które prokuratura uzyskała z resortu obrony (w tym z wewnętrznych przepisów tam obowiązujących) wynika, iż Misiewicz – jako szef gabinetu politycznego ministra obrony narodowej – był wyłącznym dysponentem „pojazdu funkcyjnego” z tzw. kartą drogową A. „Bez jakiegokolwiek ograniczenia limitu kilometrów” – dodał Janyst.

Prokuratura badała również wątek dotyczący korzystania z ochrony. Ustaliła, że tego dnia nie była Bartłomiejowi Misiewiczowi przyznana ochrona, a funkcjonariusz mu towarzyszący był kierowcą. Prok. Janyst dodał, że postanowienie jest prawomocne, nikomu nie służy na nie zażalenie.

W lutym MON informowało, że Bartłomiej Misiewicz przebywa na urlopie. W czwartek premier Beata Szydło pytana o kwestię zatrudnienia w MON byłego rzecznika prasowego resortu i szefa Gabinetu Politycznego ministra, powiedziała, że sprawa Misiewicza jest zamknięta, a on sam nie pełni już żadnej funkcji kierowniczej w Ministerstwie Obrony Narodowej.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Państwo Islamskie chciało użyć 25 tysięcy cywilów z okolic Mosulu jako żywych tarczy

Bojownicy Państwa Islamskiego usiłowali przewieźć około 25 tysięcy cywilów z miejscowości leżącej na południe od Mosulu. Możliwe, że chcieli użyć ich jako żywych tarczy w walkach z irackimi siłami prowadzącymi ofensywę na to miasto – podało Biuro Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych do spraw Praw Człowieka (UNHCHR).
Rzeczniczka UNHCHR Ravina Shamdasani poinformowała, że w poniedziałek we wczesnych godzinach porannych dżihadyści ciężarówkami i minibusami transportowali ludzi z miejscowości Hammam Al-Alil, położonej około 25 km na południe od Mosulu. Większość samochodów zawrócono pod presją samolotów międzynarodowej koalicji, ale niektóre pojazdy – jak oświadczyła Shamdasani na briefingu w Genewie – dotarły w miejsca położone kilkanaście kilometrów na północ w stronę Mosulu.

Rzeczniczka UNHCHR poinformowała ponadto, że w sobotę bojownicy ISIS zamordowali w okolicach Mosulu 40 byłych członków irackich sił bezpieczeństwa, a ich ciała wrzucili do rzeki Tygrys.

Już w piątek UNHCHR informowało, że Państwo Islamskie uprowadziło „dziesiątki tysięcy” mężczyzn, kobiet i dzieci z okolic Mosulu i wykorzystuje ich jako żywe tarcze w miarę zbliżania się do miasta ofensywy irackich sił rządowych.

Irackie siły bezpieczeństwa i kurdyjscy bojownicy (peszmergowie) rozpoczęli ofensywę na Mosul, będący ostatnim bastionem ISIS w Iraku, 17 października. Są wspierani z powietrza przez międzynarodową koalicję do walki z ISIS, dowodzoną przez USA. W sobotę do walk włączyły się proirańskie szyickie milicje w Iraku, mające na celu odcięcie drogi między Mosulem a Ar-Rakką – głównym bastionem ISIS w Syrii.
Żródło info i foto: RMF24.pl

ISIS może użyć broni chemicznej?

Szef Organizacji ds. Zakazu Broni Chemicznej (OPCW) oświadczył, że są sygnały wskazujące na to, że Państwo Islamskie (ISIS) jest w stanie produkować na własną rękę broń chemiczną w Syrii i Iraku, gdzie dżihadyści okupują znaczne tereny. – Jest możliwe, że sami ją wytworzyli, co jest skrajnie niepokojące – powiedział Ahmet Uzumcu agencji AFP. To oznacza, że „dysponują oni technologią, wiedzą i dostępem do substancji, które mogą zostać wykorzystane do produkcji broni chemicznej” – dodał.

Śledczy OPCW dysponują dowodami na użycie gazu musztardowego w sierpniu ubiegłego roku w Iraku i Syrii, zwłaszcza w mieście Marea w prowincji Aleppo. Poza tym organizacja informowała wielokrotnie o stosowaniu sarinu, gazu musztardowego czy chloru w walkach w Syrii – jednak bez wskazywania winnych.

W rozmowie z francuską agencją Uzumcu powiedział jednak o „mocnych podejrzeniach, że dżihadyści byli w stanie użyć” broni chemicznej. Nie wymienił jednak konkretnych ataków, co do których zachodzi podejrzenie, że został w nich wykorzystany ten arsenał.

W lutym szef CIA John Brennan mówił w telewizji CBS News, że bojownicy IS są w stanie wytwarzać niewielkie ilości chloru i gazu musztardowego. Rzecznik Pentagonu Peter Cook informował, że międzynarodowa koalicja od początku marca atakowała obiekty należące do Państwa Islamskiego, aby „ograniczyć potencjał produkcji broni chemicznej”.

Clapper o Państwie Islamskim w Europie

Europa nie może czuć się bezpieczna. Takiego zdania jest szef amerykańskiego wywiadu James Clapper. Pod Koniec kwietnia ostrzegał on, że Państwo Islamskie jest coraz groźniejsze w Europie.

Clapper powiedział dziennikowi „New York Times”, że w Wielkiej Brytanii, Niemczech i Włoszech działają tajne komórki muzułmańskich terrorystów, podobne do tych, jakie przeprowadziły zamachy w Paryżu i Brukseli. Szef wywiadu przyznał, że jest to powód do niepokoju dla Amerykanów i ich europejskich sojuszników.

Państwo Islamskie wzywa do przeprowadzenia zamachów w Wielkiej Brytanii, Niemczech czy Włoszech. Zdaniem zachodnich ekspertów nie można przewidzieć, gdzie dokładnie nastąpi taki atak. „New York Times” dodaje, że europejskie służby bezpieczeństwa przypuszczają, iż do zamachów może dojść także w innych krajach. Wynika to z obserwacji działań terrorystów, z monitoringu ich połączeń telefonicznych i e-mailowych, a także z zeznań zatrzymanych członków Państwa Islamskiego. Niewykluczone są też plany kolejnych zamachów we Francji i Belgii. Jeden z terrorystów aresztowanych w związku z atakami w Brukseli, Mohammed Abrini, miał zeznać, że Państwo Islamskie planuje zamachy w czasie piłkarskich mistrzostw Europy, które odbędą się w czerwcu we Francji.
Żródło info i foto: onet.pl

Legnica: atak maczetą

Policjanci z Legnicy na Dolnym Śląsku byli zmuszeni użyć broni wobec mężczyzny, który zaatakował ich maczetą. Do tego zdarzenia doszło wczoraj wieczorem. Do szpitala psychiatrycznego trafił mężczyzna, który wczoraj wieczorem w Legnicy na Dolnym Śląsku zaatakował dwóch policjantów maczetą.

Policję o interwencję poprosiła konkubina napastnika. Po przyjeździe na miejsce policjanci zostali zaatakowani. Oddali strzał ostrzegawczy. Mężczyzna nie zareagował. Policjanci postrzelili napastnika w nogę. Sprawą zajęła się prokuratura. Mężczyzna może usłyszeć zarzut usiłowania zabójstwa.
Żródło info i foto: RMF24.pl

Austria: nie wyklucza się użycia siły wobec imigrantów

Austria nie wyklucza użycia siły, jeśli z powodu zamknięcia granicy niemieckiej sytuacja z migrantami się pogorszy, a zabraknie szybkiej odpowiedzi ze strony Europy – poinformował we wtorek rząd austriacki. Szefowa MSW Austrii Johanna Mikl-Leitner, zapytana, co będzie, jeśli Niemcy „uszczelnią granice”, odpowiedziała, że „wtedy w Austrii powstanie wielki zator” na granicy, a kraj będzie potrzebował działania państw UE. Zdaniem minister bez pomocy Unii Austria będzie miała dwie możliwości: albo będzie próbowała kontynuować swoją dotychczasową politykę, albo wprowadzi restrykcyjne kontrole na granicach. Mikl-Leitner ostrzegła jednak, że w takim wypadku „użycie siły będzie konieczne”. Choć Niemcy przywróciły kontrole na granicach i ograniczyły ruchu kolejowy z Austrią, władze austriackie wciąż pozwalają na swobodny napływ migrantów z Węgier.

Na wtorkowej konferencji prasowej austriacki kanclerz Werner Faymann pozytywnie ocenił decyzję niemieckich władz o wznowieniu kontroli i oznajmił, że Austria powinna radzić sobie z nagromadzeniem uchodźców na jej terytorium, zanim zostaną oni wpuszczeni do Niemiec.

Zdaniem Faymanna Austria musi pokazać Niemcom, że sama także przyjmuje wielu ubiegających się o azyl. „Berlin nie może mieć wrażenia, że Austria po prostu transportuje ludzi tak jak Węgry” – dodał w odniesieniu do antyimigracyjnej polityki węgierskiego rządu. „Współpracując z Niemcami, musimy im pokazać, że wypełniamy nasz obowiązek” – powiedział niemiecki kanclerz, sugerując, że zależy mu na dobrych stosunkach z Berlinem.

Faymann powiedział, że spośród ponad 167 tys. migrantów, którzy dotarli do Austrii od początku września, 90 proc. podążyło na północ do Niemiec. Kraj ten, pierwsza gospodarka UE, spodziewa się w tym roku ok. 800 tys. imigrantów. Jak informuje agencja Reutera, we wtorek niemieckie władze ogłosiły, że liczba osób, które mogą przyjąć w kraju, jest ograniczona.
Żródło info i foto: interia.pl

Państwo Islamskie użyło gazu musztardowego

Państwo Islamskie mogło użyć broni chemicznej w czasie ataku na miasto Marea oddalone o 25 km od Aleppo na północy Syrii – poinformowali Lekarze bez granic. Uratowano życie czterem członkom rodziny, na której dom spadł pocisk. Wszyscy mieli poparzenia, pęcherze i poważne problemy z oddychaniem. Inna organizacja działająca w Syrii podała, że w ataku ucierpiały dziesiątki osób. Lekarze bez granic (MSF) podali, że w piątkowy wieczór po ataku dokonanym przez dżihadystów w prowincji Aleppo do ich ośrodka trafiła czteroosobowa rodzina.

Gaz musztardowy. Pociski spadły na cywilów

– Choć nie mamy w laboratorium sprzętu, który mógłby dostarczyć pewnego dowodu na użycie broni chemicznej, rodzina, która ucierpiała, miała symptomy wskazujące na kontakt z tym rodzajem broni – wyjaśnił Pablo Marco kierujący misją MSF w Syrii.

Jego opinię potwierdzili i rozszerzyli członkowie organizacji Syryjsko-Amerykańskie Stowarzyszenie Medyczne. Podali oni, że w poniedziałek w jednym ze szpitali, w którym pracują na co dzień w Marei ich lekarze, pojawiło się 50 cywilów cierpiących od wielu dni na poparzenia, infekcje skóry i oczu oraz trudności z oddychaniem.

Eksperci współpracujący z organizacją wysłani w miejsce ataku stwierdzili, że co najmniej połowa z kilkudziesięciu pocisków, jakie spadły na domy, zawierała gaz musztardowy. Kontakt cywilów z bronią chemiczną udało się potwierdzić po pobraniu krwi i wycinków skóry, i włosów. Na początku sierpnia Pentagon poinformował, że islamiści prawdopodobnie używają w północnej Syrii przy granicy z Turcją broni chemicznej w atakach na oddziały kurdyjskich peszmergów. W tej sprawie toczone są dwa oddzielne śledztwa.
Żródło info i foto: tvn24.pl

Nocne zamieszki pod siedzibą JSW

Wieczorna pikieta pod siedzibą Jastrzębskiej Spółki Węglowej zamieniła się w regularną bitwę. Górnicy próbowali się wedrzeć do siedziby spółki. Są osoby ranne. Około godz. 21 sytuacja została opanowana. Kilkusetosobowa grupa protestujących zebrała się we wtorek przed siedzibą spółki już o godz. 18. Tutaj odbywają się negocjacje zarządu ze stroną związkową. Tłum kilka razy próbował się wedrzeć do środka. W stronę budynku poleciały śruby, petardy i kosze na śmieci. Policjanci, którzy ochraniają budynek, użyli broni gładkolufowej.

– Przed budynkiem zebrała się grupa 500-700 osób. Najpierw w stronę policjantów poleciały butelki, race i petrady, a następnie grupa protestujących zaatakowała policjantów i próbowała się wedrzeć do środka. Dowodzący akcją podjął decyzję o użyciu broni gładkolufowej. Oddana salwa ostudziła zapał napastników. Z naszych obserwacji wynika, że wśród atakujących byli pseudokibice – mówił Andrzej Gąska, rzecznik śląskiej policji.

– Jesteśmy przez cały czas w gotowości. Kilka osób zostało już zatrzymanych. Oprócz policjantów z Jastrzębia-Zdroju na miejscu są też policjanci z Katowic, Bielska-Białej i Mikołowa – mówiła wieczorem sierżant sztabowy Magdalena Szust, rzeczniczka jastrzębskiej policji. Około godz. 20 rzeczniczka potwierdziła, że są osoby ranne.

Po godz. 21 sytuacja została opanowana. – Jest już spokojnie. Wygląda na to, że sytuacja została opanowana. Tłum jest już znacznie mniejszy, a ludzie powoli się rozchodzą. Ustały też ataki na policjantów – mówił o godz. 21 Andrzej Gąska, rzecznik śląskiej policji. Jak dodał zatrzymanych zostało już 10 osób w wieku 20-30 lat. – Ta liczba może być większa, bo przez cały czas trwają czynności i policjanci pracują nad zidentyfikowaniem kolejnych osób, które brały czynny udział w tych zajściach – powiedział. Według informacji policji rannych zostało kilka osób. Ich obrażenia są niegroźne. Tylko w przypadku jednej osoby lekarze podjęli decyzję o pozostawieniu jej w szpitalu. – Z informacji przekazanych przez policjantów z Jastrzębia-Zdroju wynika, że jeden z zatrzymanych miał mieć broń gazową. Nie wiadomo, czy próbował jej użyć. To będzie dopiero przedmiotem śledztwa – dodaje Gąska.

Przybyli na wtorkowe rozmowy związkowcy zaapelowali, by nie utożsamiać ich akcji protestacyjno-strajkowej z wieczornymi wydarzeniami przed spółką. – Nie znamy organizatorów tych zajść. Proszę tego nie identyfikować z organizacjami związkowymi. Każdą burdę należy potępić. Protestować należy w sposób (…) odpowiedzialny – mówił rzecznik Wspólnej Reprezentacji Związków Zawodowych w JSW Piotr Szereda.
Żródło info i foto: Gazeta.pl