Zwłoki 20-letniej kobiety na balkonie akademika AWF. Są nowe ustalenia w sprawie

Na jednym z balkonów akademika warszawskiej Akademii Wychowania Fizycznego odnalezione zostało ciało młodej kobiety. Pracownik uczelni natychmiast poinformował o tym policję, która wciąż prowadzi dochodzenie. W sprawie pojawiły się już nowe ustalenia. Pracownik uczelni odnalazł ciało młodej kobiety na jednym z balkonów akademika warszawskiej uczelni AWF. Mężczyzna natychmiast powiadomił policję.

W czwartek 14 października przed godziną 8, jeden z pracowników Akademii Wychowania Fizycznego znalazł zwłoki kobiety. Ciało znajdowało się na balkonie budynku nr 21, należącego do żeńskiego domu studenckiego przy ul. Marymonckiej. Na miejsce natychmiast wezwano policję i karetkę pogotowia.

– Służby podjęły próbę reanimacji, ale niestety bezskuteczną. Lekarz orzekł zgon. Teraz trwają czynności pod nadzorem prokuratury. Ustalamy przebieg, okoliczności oraz świadków i przeprowadzamy oględziny – powiedziała w rozmowie z portalem Warszawa Nasze Miasto podinsp. Elwira Kozłowska, rzeczniczka Komendanta Rejonowego Policji Warszawa V.

Zmarła kobieta miała przy sobie kartę, która okazała się pomocna w ustaleniu jej tożsamości. Okazało się, że to 20-letnia obywatelka Portugalii, która nie była studentką tej uczelni. Policja wciąż bada, co w takim razie robiła na balkonie akademika AWF-u i czy była studentką innej warszawskiej uczelni.

Akademia Wychowania Fizycznego na razie nie chce komentować tego zdarzenia. Dochodzenie w sprawie prowadzi warszawska policja pod nadzorem prokuratury.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Auto pełne cudzoziemców zatrzymane w stolicy

Policja zatrzymała w czwartek na trasie S8 w Warszawie auto, którym jechali obywatele Syrii, Iraku i Jemenu. Osoby te w Polsce są nielegalnie. Mają białoruskie wizy. Kierowcą auta był przebywający w Polsce legalnie obywatel Tadżykistanu. Cudzoziemców zatrzymała Straż Graniczna – podaje SG.

Rzeczniczka prasowa komendanta Nadwiślańskiego Oddziału Straży Granicznej por. SG Dagmara Bielec-Janas poinformowała, że strażnicy na telefon interwencyjny otrzymali informacje, że trasą S8 może jechać samochód z grupą migrantów. – Jak najszybciej udaliśmy się w tamtym kierunku, prosząc po drodze o wsparcie patrol policji – poinformowała rzeczniczka.

Policja zatrzymała auto ok. godz. 10:00 na ul. Toruńskiej. Jego pasażerami było pięcioro cudzoziemców. Jak podał mjr SG Krzysztof Grzech z Referatu Prasowego Nadwiślańskiego Oddziału SG, to dwoje obywateli Syrii, dwóch Irakijczyków i jeden obywatel Jemenu. Wszyscy są pełnoletni. Funkcjonariusz zaznaczył, że osoby te mają białoruskie wizy.

„Przebywają nielegalnie”

Jak wyjaśniła Dagmara Bielec-Janas, po wstępnej kontroli legalności pobytu wiadomo, że osoby te w Polsce przebywają nielegalnie. Strażnicy graniczni weryfikują, czy posiadane przez nie dokumenty są autentyczne. Tożsamość cudzoziemców będzie dalej sprawdzana. Cudzoziemcy obecnie przewożeni są do Placówki SG w Warszawie, gdzie podjęte zostaną czynności w kierunku zobowiązania ich do powrotu. Możliwe, że usłyszą zarzuty nielegalnego przekroczenia granicy. Por. Bielec-Janas zastrzegała przy tym, że jeszcze nie wiadomo, w jaki sposób znaleźli się w Polsce. Okoliczności tego będą wyjaśniane. Osoby te nie zostały na razie przesłuchane, SG czeka na tłumaczy.

Funkcjonariusze ustalają też rolę kierowcy – obywatela Tadżykistanu, który ma paszport tadżycki wraz z polską wizą i jego pobyt jest legalny. On również został zatrzymany.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Prokuratura w Nowym Jorku bada wizytę Rudy’ego Giulianiego w Warszawie w 2019 roku

Prokuratura federalna w Nowym Jorku bada wizytę Rudy’ego Giulianiego w Warszawie w lutym 2019 roku i jego wystąpienie na wiecu Mudżahedinów Ludowych w ramach śledztwa przeciwko byłemu prawnikowi Donalda Trumpa – wynika z opublikowanego dokumentu sądowego w sprawie. Giuliani w 2019 roku przemawiał na wiecu Ludowych Mudżahedinów podczas bliskowschodniego szczytu w Warszawie. Na zainteresowanie prokuratury wizytą Giulianiego w Polsce wskazuje odtajniony we wtorek list prawników byłego burmistrza Nowego Jorku do sądu, w którym skarżą się na ilość danych i dokumentów żądanych przez prokuraturę w dochodzeniu przeciwko niemu.

Choć byłemu osobistemu prawnikowi Donalda Trumpa nie postawiono dotąd zarzutów, federalni śledczy w ramach dochodzenia przeszukali w kwietniu jego dom. Jak podawały wówczas media, głównym obiektem zainteresowania prokuratury, która podejrzewa polityka o nielegalny lobbying, była działalność Giulianiego na Ukrainie, przede wszystkim na rzecz zwolnienia ówczesnej ambasador USA w Kijowie, Marie Yovanovich. Giuliani miał to zrobić – bez rejestrowania swojej działalności – na zlecenie byłego prokuratora generalnego Ukrainy Jurija Łucenki.

Nowo opublikowane dokumenty, pochodzące z sierpnia 2021 roku potwierdzają te doniesienia, ale wynika z nich, że prokuratura wnioskowała o przekazanie dokumentów nie tylko dotyczących sprawy ambasador, ale także jego podróży do Polski w lutym 2019 oraz „dowodów jakiejkolwiek pracy lub potencjalnej pracy dotyczącej [firmy inwestycyjnej] Franklin Templeton lub odzyskiwania aktywów wykradzionych z Ukrainy”.

Nie jest jasne, dlaczego śledczy zainteresowani są wizytą w Warszawie. Giuliani wystąpił wówczas podczas demonstracji Ludowych Mudżahedinów w Warszawie (Narodowej Rady Irańskiego Ruchu Oporu; NCRI) zorganizowanej przy okazji odbywającego się wówczas dyplomatycznego szczytu nt. Bliskiego Wschodu. Ludowi Mudżahedini to irańska grupa opozycyjna, uznawana niegdyś za organizację terrorystyczną, z którą Giuliani od dawna miał związki. Prawnik Trumpa nie chciał zdradzić, czy otrzymał wynagrodzenie za swoje przemówienie, ale zaznaczył, że prezydent Trump nie wiedział o jego obecności w Warszawie.

Według agencji Bloomberga, nie jest to jedyne dochodzenie, jakie się toczy wobec byłego burmistrza Nowego Jorku. Pod lupą jest też jego lobbing na rzecz irańsko-tureckiego biznesmena Rezy Zarraba, oskarżanego o pranie brudnych pieniędzy i omijanie antyirańskich sankcji.
Źródło info i foto: RMF24.pl

„Frog” nieuchwytny. Od stycznia powinien być w więzieniu

Pirat drogowy Robert N. ps. Frog znany z nagrywania swoich szaleńczych rajdów po ulicach Warszawy został skazany prawomocnym wyrokiem na półtora roku więzienia. W styczniu miał stawić się do odbycia kary, ale do tej pory tego nie zrobił. Za kratki nie odprowadziła go również policja.

„Frog” znany jest przede wszystkim z niebezpiecznych rajdów po stolicy i na trasie między Jędrzejowem a Kielcami. Nagrania pokazujące popisy kierowcy, były udostępniane w sieci. Pirat drogowy ma już kilka wyroków na koncie. Na początku tego roku powinien stawić się w zakładzie karnym do odbycia kary więzienia, ale do tej pory mężczyzna pozostaje na wolności. Sprawę nagłośnili kilka dni temu dziennikarze Polsat News.

„Nakazem doprowadzenia zajmuje się policja”

Jak przekazała nam sekcja prasowa Sądu Okręgowego w Warszawie, chodzi o wyrok z 28 stycznia 2020 roku. Wtedy sąd uznał Roberta N., „za winnego tego, że w dniu 19 września 2018 r. w Warszawie na drodze publicznej prowadził pojazd osobowy pomimo zakazu prowadzenia pojazdów orzeczonego wyrokami”. Sąd skazał Roberta N. na karę półtora roku więzienia. Wobec „Froga” zasądzono również zakaz prowadzenia pojazdów na okres ośmiu lat. Obrońca „Froga” złożył jeszcze apelację od tego wyroku, ale Sąd Okręgowy w Warszawie podtrzymał orzeczenie sądu niższej instancji.

„Skazany nie stawił się dobrowolnie do Aresztu Śledczego celem odbycia kary. W dniu 22.01.2021 r. wystawiono nakaz doprowadzenia skazanego do zakładu karnego wraz z zarządzeniem o wszczęciu poszukiwań ogólnokrajowych. Do dnia dzisiejszego nie zdołano ustalić miejsca pobytu skazanego i doprowadzić do Aresztu Śledczego celem odbycia kary. Realizacją nakazu doprowadzenia zajmuje się Policja” – poinformowała sekcja prasowa Sądu Okręgowego w Warszawie.

Jak się okazuje, nieskutecznie. Dziennikarze Polsatu ustalili, że Robert N. jest widywany przez znajomych, którzy biorą udział w nielegalnych wyścigach. Jak twierdzą, „Frog” nie bierze w nich udziału, ale przyjeżdża na miejsce samochodem. Reporterom udało się również dotrzeć do matki N., która stwierdziła, że jej syn „w ogóle się nie ukrywa”.

Komendę Stołeczną Policji zapytaliśmy dlaczego od stycznia, czyli od momentu wydania zarządzenia o doprowadzeniu skazanego do zakładu karnego, Robert N. tam nie trafił? A także, jak wyglądają jego poszukiwania? Czekamy na odpowiedź.

Wyroki „Froga”

Wyrok, który powinien odbywać teraz „Frog”, dotyczy wydarzeń z września 2018 roku. Na ulicy Dywizjonu 303 policjanci zatrzymali do kontroli porsche – okazało się, że kierujący prowadził pojazd pomimo sądowego zakazu. Za kierownicą siedział właśnie Robert N. Porsche zostało odholowane na parking, a mężczyzna dostał wezwanie do prokuratury.

W 2016 roku uprawomocniło się pięć wyroków związanych z łamaniem przez niego przepisów drogowych. Sąd zadecydował wówczas między innymi o trzyletnim zakazie prowadzenia pojazdów. Wtedy N. sądzony był za wykroczenia, jakie popełnił podczas jazdy ulicami Warszawy.

W marcu 2019 roku pisaliśmy, że Robert N. usłyszał też inny wyrok. Mężczyzna, pomimo obowiązującego go zakazu prowadzenia samochodów, urządził sobie w marcu 2018 roku przed warszawskim centrum handlowym rajd sportowym mercedesem. Wówczas został skazany na karę grzywny.

Na uprawomocnienie czeka również wyrok Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa, który skazał „Froga” na 2,5 roku bezwzględnego pozbawienia wolności za sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym pod Kielcami.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Wokalistka Beata K. wydała oficjalne oświadczenie ws. jazdy po alkoholu

Beata K. została zatrzymana przez policję za jazdę pod wpływem alkoholu. Liderka zespołu Bajm przecięła na czerwonym świetle przez jedno z najbardziej ruchliwych skrzyżowań w Warszawie. Policja poinformowała, że Beata K. w momencie zatrzymania miała 2 promile alkoholu we krwi. 2 września, tuż po godzinie 17:00 liderka Bajmu wydała oficjalne oświadczenie w tej sprawie.

Beata K. i jej managerka już od samego rana mają prawdziwe urwanie głowy. Po tym, jak okazało się, że liderka Bajmu pędziła Warszawą pod wpływem alkoholu, dziennikarze nieustannie próbują się z nimi skontaktować z prośbą o komentarz. Internauci zaznaczają, że w miejscu, w którym została zatrzymana Beata K., nawet w godzinach wieczornych, panuje bardzo duży ruch. Zauważają, że gdyby nie interwencja funkcjonariuszy, mogłoby dojść do prawdziwej tragedii.

Większość komentujących nie ma litości dla pijanych kierowców. Zauważają, że stanowią oni zagrożenie zdrowia i życia nie tylko dla siebie, ale także dla niewinnych, znajdujących się na ich drodze osób. Już od samego rana w liderkę zespołu „Bajm” lecą prawdziwe gromy!

Można spodziewać się, że po medialnych doniesieniach o wydarzeniach z środowego wieczoru, internauci nie szczędzili też ostrych słów na prywatnych profilach gwiazdy. Beata K. zablokowała możliwość komentowania na swoich profilach w mediach społecznościowych. W czwartek 2 września tuż po godzinie 17:00 liderka zespołu „Bajm” wydała oficjalne oświadczenie. Nie wyłączyła jednak blokady dla komentarzy ze strony fanów.

– Kochani, przepraszam wszystkich. Wiem, że Was zawiodłam. Z całego serca żałuję tego, co się wczoraj wydarzyło. Bardzo się tego wstydzę. Wiem, że muszę ponieść konsekwencje tego, co się stało. Jestem na to gotowa – napisała Beata K.
Źródło info i foto: se.pl

Znana wokalistka Beata K. zatrzymana przez policję. Jechała pod wpływem alkoholu

Media donoszą o zatrzymaniu Beaty K., „artystki estradowej”. Gwiazda miała prowadzić samochód po spożyciu alkoholu. Jak donosi dziennik Fakt, 1 września w Warszawie koło godziny 20:05 na skrzyżowaniu ulic Batorego i Alei Niepodległości doszło do zatrzymania przez policję kierowcy naruszającego przepisy.

Osoba kierująca samochodem marki BMW miała przejechać przez skrzyżowanie na czerwonym świetle. Poddano ją badaniu alkomatem. Według relacji naocznych świadków kierowcę wpierw zbadano „standardowym urządzeniem”, po czym powtórzono cały proces na dodatkowym urządzeniu, który został dostarczony na miejsce przez patrol na sygnale.

Według nieoficjalnych ustaleń dziennikarzy Faktu kierowcą miała być Beata K., „znana piosenkarka i artystka estradowa”. W wydychanym powietrzu miała podobno aż 2 promile alkoholu. Przewieziono ją na komendę, natomiast jej samochód zabrany został przez znajomego, którego wcześniej wezwano na miejsce. Beata K. ma ponoć zostać przesłuchana przez policję jeszcze w czwartek.
Źródło info i foto: Pudelek.pl

Groził matce i 4-latkowi śmiercią za rowerek na klatce

Stołeczna policja zatrzymała 39-latka, który groził 22-letniej kobiecie i jej 4-letniemu synkowi śmiercią. Mężczyzna spryskał rower chłopczyka żrącą substancją, którą dziecko wtarło sobie w oczy. Konieczna była interwencja lekarzy. Zarzuty usłyszała także 42-letnia partnerka agresora, która podczas jego zatrzymania wyzywała policjantów, naruszała nietykalność i utrudniała wykonywanie czynności.

Policjanci z Komendy Rejonowej Policji II w Warszawie zatrzymali 39-latka, który groził 22-letniej kobiecie i jej 4-letniemu synowi śmiercią. Rzecznik mokotowskiej policji podkomisarz Robert Koniuszy powiedział, że mężczyznę zirytował pozostawiany na klatce schodowej dziecięcy rowerek.

W jednym z bloków przy al. Niepodległości 39-letni Sebastian D. groził kilka dni temu 22-letniej sąsiadce, że ją pobije, jeżeli będzie stawiała rowerek dziecka na korytarzu obok drzwi do swojego mieszkania. – Spośród wszystkich sąsiadów dziecięcy jednoślad tylko jemu przeszkadzał – poinformował policjant.

– Nerwowy sąsiad nie szczędził słów wulgarnych, wykrzykując, w jaki sposób zrobi krzywdę kobiecie i jej dziecku. Po koniec ubiegłego tygodnia mężczyzna spryskał kierownicę oraz ramę dziecięcego rowerka żrącą substancją. Kiedy 4-latek wsiadł na swój mały pojazd, zaczęły go piec rączki. Odruchowo niebezpieczną substancję wtarł w oczy – powiedział Koniuszy.

Chłopczyk wymagał interwencji lekarza. – Matka pojechała z dzieckiem na pogotowie. Oczy udało się uratować, ale były bardzo podrażnione” – zaznaczył.

Groził po raz kolejny. Wezwała policję

Kiedy kobieta wróciła do domu, po raz kolejny usłyszała groźby od rozwścieczonego mężczyzny. Wtedy o pomoc poprosiła policjantów. Pokrzywdzona powiedział mundurowym, że sąsiad odgrażał się, że w okrutny sposób zabije ją i jej dziecko.

– Opowiedziała też, jak oblał rowerek jej synka żrącą substancją, narażając go na utratę zdrowia – relacjonował funkcjonariusz.

– Policjanci zapukali do drzwi agresywnego sąsiada. Mężczyzna nie przyznawał się do popełnienia przestępstwa. Mając dowody w ręku, funkcjonariusze poinformowali go, że jest zatrzymany. 39-latek powiedział, że nie da się wyprowadzić z mieszkania i sam nie wyjdzie. Wobec czego mundurowi pomogli mu, stosując kajdanki i chwyty transportowe – podał rzecznik.

Podkom. Koniuszy przekazał także , że zatrzymanie mężczyzny utrudniała jego 42-letnia partnerka, która zaczęła wyzywać policjantów oraz szarpać za mundur. – W trakcie umieszczania podejrzanego w radiowozie kobieta zdjęła zegarek i ostrą częścią bransolety porysowała powłokę lakierniczą. Została obezwładniona i zatrzymana – powiedział.

– Następnego dnia kobieta usłyszała zarzuty znieważenia policjantów, naruszenia ich nietykalności oraz umyślnego uszkodzenia mienia. Przyznała się do przestępstw, po czym wróciła do domu. W najbliższym czasie będzie musiała stanąć przed sądem, który może ją skazać nawet na 5 lat więzienia – podkreślił rzecznik.

Zatrzymany sąsiad usłyszał zarzuty stosowania gróźb karanych oraz narażenia 4-latka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Decyzją prokuratora wobec mężczyzna zastosowano dozór policji oraz zakaz zbliżania się do pokrzywdzonej.

Areszt za kolejny atak na sąsiadkę

„Szybko okazało się, gdzie mężczyzna ma nałożone na niego zakazy. Pierwsze, co zrobił po powrocie do siebie, to stanął przed drzwiami pokrzywdzonej i w akompaniamencie wulgaryzmów, wykrzyczał, że teraz to ją na pewno zabije” – przekazał.

Dodał, że po tym zdarzeniu 39-latek ponownie został zatrzymany i usłyszał kolejny zarzut. Decyzją sądu został wtedy tymczasowo aresztowany na trzy miesiące.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Zabójstwo nożem na warszawskiej Woli. Mąż „nadział się” na nóż

Podczas domowej awantury 44-letnia Monika P. dźgnęła męża nożem w klatkę piersiową. Jeden cios ostrym narzędziem pozbawił życia 43-letniego Janusza. Kobieta wyjaśniała, że mężczyzna „jej się nadział”. Przed Sądem Okręgowym w Warszawie odpowie za zabójstwo, za co grozi jej dożywocie.

W poniedziałek 30 listopada ub.r. około godz. 16 na numer alarmowy zadzwoniła zdenerwowana kobieta i poinformowała, że na klatce schodowej bloku przy ul. Ludwiki leży 44-letni mężczyzna z raną kłutą w okolicy serca.

Na miejsce przyjechało pogotowie. Przy mężczyźnie znajdowały się dwie kobiety, jedna z nich wołała „Janek, nie umieraj!”. Ratownikom nie udało się uratować życia mężczyzny, zmarł na miejscu w wyniku bardzo głębokich obrażeń. Podczas późniejszej sekcji zwłok ustalono, że miał uszkodzone m.in. serce i lewe płuco.

Romans żony

Kobieta, która wezwała pomoc, była sąsiadką zmarłego Janusza P. O wsparcie poprosiła ją Monika P., żona pokrzywdzonego. Twierdziła, że podczas małżeńskiej awantury spowodowanej zazdrością Janusza P. o romans małżonki, mężczyzna chwycił nóż, którym wcześniej robił kanapki, i wbił go sobie w serce.

Taką samą wersję przedstawiła funkcjonariuszom policji, których przekonywała, że na chwilę przed zadaniem sobie śmiertelnego ciosu Janusz P. miał oświadczyć, że „skoro on nie może jej mieć, to żaden inny mężczyzna nie będzie jej miał”. Policjanci zapamiętali, że była roztrzęsiona i płakała. W momencie zatrzymania miała około promila alkoholu we krwi.

Konflikt trwał od miesięcy

Śledztwo w tej sprawie prowadziła Prokuratura Rejonowa Warszawa-Wola. W toku postępowania przygotowawczego przesłuchano licznych świadków, w tym rodzinę pokrzywdzonego oraz sąsiadów z bloku przy ul. Ludwiki. Z ich zeznań wynika, że konflikt pomiędzy Moniką P. i jej mężem trwał od kilkunastu miesięcy.

Zarówno sąsiedzi, jak i bliscy zmarłego, wiedzieli, że powodem licznych kłótni i przepychanek były problemy finansowe rodziny oraz pozamałżeński związek, w który zaangażowała się oskarżona. Wielokrotnie o interwencję w związku z zachowaniem rodziców prosiły ich nastoletnie córki.

W dniu zabójstwa Janusza P. jego żona wróciła do domu nad ranem. Śledczy ustalili, że weekend spędziła u nowego partnera. Monika P. nie mogła dostać się do mieszkania, bo zostały w nim wymienione drzwi. Mąż wpuścił ją i przez dwie godziny trwała między nimi awantura. Córki małżeństwa P. przebywały w tym czasie poza domem.

Chciała nastraszyć męża?

Gdy Monika P. zasnęła, mąż miał zamknąć ją w domu i wyjść. 44-latka groziła telefonicznie mężowi, że odkręci gaz i wysadzi mieszkanie w powietrze, jeżeli jej nie wypuści. Janusz P. poprosił sąsiada, by zamknął dopływ gazu na klatce schodowej i wrócił do domu wczesnym popołudniem. Małżonkowie kontynuowali kłótnię, Janusz P. nakazał żonie spakować rzeczy i wyprowadzić się.

Z relacji Moniki P. wynika, że około godz. 15 dostała sms od córki, ale mąż wyrwał jej telefon z ręki, podejrzewając korespondencję z kochankiem. Gdy Janusz P. rzucił telefonem o podłogę, a kobieta rzuciła się na niego. Została odepchnięta i upadła. W późniejszych wyjaśnieniach 44-latka zmodyfikowała wersję wydarzeń przyznając, że to ona chwyciła nóż, który leżał na ławie w salonie.

Twierdziła, że chciała nastraszyć męża, a nie zabić, jednak pokrzywdzony miał stracić równowagę i „się nadziać na ten nóż”. Janusz P. po ugodzeniu nożem wyszedł z mieszkania. Na nagraniu z monitoringu widać, jak przewraca się, a Monika P. kilkukrotnie podbiega do niego, odchodzi i wraca. Wróciła do mieszkania m.in. po koc, którym próbowała uciskać krwawiącą ranę.

Odpowie za dwa przestępstwa

Monika P. odpowie przed Sądem Okręgowym w Warszawie za dwa przestępstwa. Pierwszym jest postawiony jej przez prokuratora zarzut dokonania zabójstwa męża „w zamiarze ewentualnym”. Oskarżyciel publiczny stwierdził, że kobieta nie chciała pozbawić życia Janusza P., ale godząc go nożem w okolice serca musiała się z takim skutkiem liczyć.

Drugi czyn zarzucany Monice P. dotyczy wydarzeń z nocy z 30 na 31 sierpnia 2019 roku. Pomiędzy małżonkami doszło do awantury w kuchni, gdy kobieta przygotowywała kanapki. W dłoni trzymała długi kuchenny nóż. Z jej relacji wynika, że mocno i nerwowo gestykulowała, a mąż próbował jej wyrwać nóż i złapał dłonią za jego ostrze, powodując obrażenia.

Prokuratura uznała, że kobieta działała w zamiarze bezpośredniego spowodowania obrażeń u męża i świadomie zadała mu cios, przed którym mężczyzna się obronił dłonią. Interweniowała policja i pogotowie, ale wówczas po namowach żony Janusz P. miał odstąpić od złożenia zeznań obciążających Monikę P.

44-latce grozi kara dożywotniego pozbawienia wolności. Obecnie przebywa w areszcie śledczym.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Bójka pod klubem w Warszawie. 4 osoby ranne

W nocy z piątku na sobotę doszło w centrum Warszawy do bójki kilku osób z użyciem „niebezpiecznego narzędzia”. Czterech mężczyzn trafiło do szpitala. Policja poszukuje świadków zdarzenia. W sprawę zaangażował się prokurator. Z nieoficjalnych ustaleń polsatnews.pl wynika, że do bójki doszło po północy w sobotę przed jednym z klubów przy ul. Jasnej w Warszawie. Poszkodowanych zostało czterech mężczyzn w wieku od 30 do 34 lat. Zostali przewiezieni karetkami do szpitala. Jeden z nich samowolnie opuścił szpital.

Nie chcą współpracować z policją

Z naszych informacji wynika, że mężczyźni nie chcą współpracować z policją, nie przekazują żadnych informacji o zajściu. Uczestników zdarzenia mogło być więcej, dlatego policja apeluje do świadków o zgłaszanie się do Komendy Warszawa Śródmieście przy ulicy Wilczej 21. Jak powiedział w rozmowie z polsatnews.pl kom. Rafał Retmaniak, do bójki doszło z użyciem niebezpiecznego narzędzia, które dotychczas nie zostało znalezione. 

Trwa śledztwo, w sprawę zaangażował się prokurator. 
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Warszawa: Potrącił go na pasach, a później zaatakował nożem

W sobotę doszło do krwawej awantury w samym centrum Warszawy. Pieszy miał wejść na przejście dla pieszych na czerwonym świetle. Nie spodobało się to kierowcy, który dojechał do zebry. Mężczyzna wysiadł z auta z nożem w ręku i rzucił się na swoją ofiarę. Krwawe starcie zakończyło się poważnymi ranami kłutymi.

Do tej wstrząsającej bijatyki doszło w sobotę około godziny 21.20. Według świadków 43-letni mężczyzna wszedł na przejście dla pieszych na skrzyżowaniu ul. Nowogrodzkiej i Kruczej na czerwonym świetle. Do zebry dojechało wtedy osobowe audi. Zachowanie pieszego bardzo nie spodobało się kierowcy auta. Jak podaje portal tvnwarszawa.pl audi potrąciło nawet przechodzącego pieszego. – Mężczyzna wysiadł ze swojego samochodu i skierował się w kierunku pokrzywdzonego. Doszło między nimi do awantury. Kierowca ugodził mężczyznę niebezpiecznym narzędziem – wytłumaczyła Małgorzata Wersocka z sekcji prasowej Komendy Stołecznej Policji.
Źródło info i foto: se.pl