Są wyniki sekcji zwłok 34-latka z Lubina. Rodzinie odmówiono wydania protokołu

Są wstępne wyniki sekcji zwłok 34-latka, który zmarł po interwencji policji w Lubinie na Dolnym Śląsku. Jego rodzinie odmówiono jednak wydania protokołu z sekcji. Te informacje potwierdza w rozmowie z dziennikarzem RMF FM Pawłem Pyclikiem pełnomocnik rodziny.

Jak powiedziała dziennikarzowi RMF FM Renata Kolerska, pełnomocnik rodziny 34-letniego Bartka z Lubina, prokuratura oznajmiła bliskim, że przyczyna zgonu mężczyzny nie jest znana. Adwokat wystąpiła do prokuratury o protokół oględzin ciała i sekcji zwłok. Pierwotnie miała dostać na to zgodę, ale kiedy dojechała do prokuratury – odmówiono wydania dokumentów.

Pełnomocniczka złożyła oficjalne pisma o udostępnienie protokołów i dopuszczenie jej do udziału w czynnościach. Renata Kolerska powiedziała też dziennikarzowi RMF FM, że w tym przypadku naruszane są prawa do rzetelnego reprezentowania jej klientów.

Mecenas będzie wnosić o ponowną sekcję, która miałaby być przeprowadzona w Poznaniu. Dodaje, że rodzinie przekazano jedynie kartę upoważniającą do wydania zwłok i pochówku. Prokuratura nadal nie udziela mediom informacji o sprawie.

Sprzeczne relacje

Wcześniej informowaliśmy, że pojawiły się rozbieżne relacje ws. czasu zgonu 34-latka. W piśmie z prokuratury, które wczoraj opublikował na Twitterze poseł KO Piotr Borys, czytamy: „Według ratownika, zgon pokrzywdzonego stwierdzono już na ul. Traugutta”. Właśnie tam miała miejsce zakończona tragicznym finałem policyjna interwencja.

Policja podała natomiast, że 34-latek zmarł w szpitalu dwie godziny po interwencji, a także, że w chwili, gdy był przekazywany załodze karetki, jego tętno i oddech były wyczuwalne.

Dokument, który opublikował poseł Borys, został podpisany przez prok. Włodzimierza Hładyka z Prokuratury Rejonowej w Lubinie, która wszczęła śledztwo ws. policyjnej interwencji i śmierci 34-latka. Dochodzenie prowadzone jest pod kątem przekroczenia przez policjantów uprawnień i niedopełnienia obowiązków oraz nieumyślnego spowodowania śmierci mężczyzny.

Wczoraj na konferencji Wojciech Jabłoński z dolnośląskiej policji zapewnił, że kiedy funkcjonariusze przekazywali 34-latka zespołowi karetki, jego funkcje życiowe były zachowane, oddech i tętno były wyczuwalne. Zaznaczył, że „są to wstępne informacje pozyskane w toku czynności”.

Policję miała wezwać matka 34-latka

Do tragedii doszło w piątek przy ul. Traugutta w Lubinie. Jak podała policja, funkcjonariuszy wezwała matka mężczyzny. Zgłosiła, że jej syn „biega po jednej z ulic miasta i rzuca kamieniami w okna zabudowań”. Stwierdziła także, że mężczyzna nadużywa narkotyków.

Na 7-minutowym filmie opublikowanym w sieci widać, jak czterech policjantów próbuje obezwładnić krzyczącego i rzucającego się mężczyznę. W końcu prowadzą go do radiowozu, ale zatrzymują się przed samochodem. Widać ujęcie, które może sugerować, że leżący na ziemi 34-latek stracił przytomność, a policjant próbował go ocucić. Ostatecznie mężczyzna został zabrany przez wezwaną karetkę na szpitalny oddział ratunkowy.

Dolnośląska komenda podała, że 34-latek zmarł w szpitalu dwie godziny po interwencji.

Komenda zaznaczyła ponadto w komunikacie, że 34-latek „nie reagował na polecenia (funkcjonariuszy – przyp. RMF), był bardzo agresywny i niezwykle pobudzony (…) szarpał się i wyrywał”.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Jacek Jaworek oddał do ofiar 10 strzałów

Rany postrzałowe były przyczyną śmierci członków rodziny poszukiwanego od 10 lipca Jacka Jaworka, podejrzanego o ich zabójstwo – wskazały wstępne wyniki sekcji zwłok, przeprowadzonej w Zakładzie Medycyny Sądowej Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu.

– Wstępne wyniki sekcji zwłok wskazują, że wszystkie 3 osoby zginęły w wyniku ran postrzałowych oddanych we wrażliwe życiowo rejony ciała. Było to łącznie 10 strzałów z broni kalibru 7,65 – powiedział w piątek prokurator Krzysztof Budzik z zespołu prasowego Prokuratury Okręgowej w Częstochowie.

Broni, z której zginęła rodzina, dotychczas nie odnaleziono.

Wciąż jest poszukiwany

52-letni podejrzany o zabójstwo brata, jego żony i syna Jacek Jaworek wciąż jest poszukiwany. W czwartek policja zwróciła się z prośbą do mieszkańców gminy Dąbrowa Zielona w powiecie częstochowskim oraz innych osób, aby w godzinach 18.00-6.00 przez kilka kolejnych dni powstrzymali się od przebywania na terenach leśnych w tej miejscowości. Ma to związek z działaniami służb w zakresie poszukiwań Jacka Jaworka oraz użyciem w tym miejscu specjalistycznego sprzętu.

– Specyfika tych czynności wymaga, aby były prowadzone w nocy, nie mogę jednak ujawnić szczegółów – powiedział w piątek młodszy aspirant Kamil Sowiński z Komendy Miejskiej Policji w Częstochowie.

W nocy z piątku na sobotę (9-10 lipca) w Borowcach k. Dąbrowy Zielonej w powiecie częstochowskim wezwani do awantury domowej policjanci w domu jednorodzinnym znaleźli zwłoki małżeństwa 44-latków i ich 17-letniego syna z ranami postrzałowymi. Uratował się drugi, 13-letni syn zamordowanego małżeństwa, który schronił się u rodziny. Sprawca zbrodni uciekł.

List gończy

Od wtorku Jaworek poszukiwany jest listem gończym. Prokurator zdecydował o zaocznym przedstawieniu mu zarzutów potrójnego zabójstwa, co stało się podstawą wniosku o aresztowanie, zaakceptowanego we wtorek przez sąd. Wiadomo, że Jacek Jaworek w ostatnim czasie mieszkał u brata po tym, jak opuścił zakład karny, gdzie odbywał dwumiesięczną karę zastępczą w związku z niepłaceniem alimentów. Mężczyzna nie miał zezwolenia na posiadanie broni.

Policja zaznacza, że w przypadku napotkania tego mężczyzny należy zachować daleko idącą ostrożność – nie podejmować samodzielnie żadnych działań oraz powiadomić policję. Informacje o poszukiwanym mają policjanci z całego kraju oraz Straż Graniczna. Policyjne czynności nadzoruje Prokuratura Okręgowa w Częstochowie, która przejęła sprawę od śledczych z Myszkowa.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Śmierć małżeństwa lekarzy. Są wstępne ustalenia śledczych

Są już znane wstępne wyniki sekcji małżeństwa medyków, których ciała w ubiegłym tygodniu znaleziono na ich prywatnej posesji we wsi Zajezierce koło Zabłudowa (Podlaskie). Wykluczono porażenie prądem i bezpośrednie przyczynienie się osób trzecich. Ostateczna przyczyna śmierci powinna być znana po serii szczegółowych badań.

Chodzi o okoliczności śmierci 63-letniego prof. dr hab. Tadeusza Wojciecha Łapińskiego, wieloletniego pracownika Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku i pracownika naukowego miejscowego Uniwersytetu Medycznego oraz jego 53-letniej żony – dr Małgorzaty Michalewicz.

Ciała obojga znaleziono w minioną środę na ich prywatnej posesji. Z nieoficjalnych informacji podawanych wówczas w mediach wynikało, że na numer alarmowy zadzwonił mężczyzna, który miał udzielać pierwszej pomocy swojej żonie, wszystko działo się przy basenie zlokalizowanym na tej posesji. Po przyjeździe służb medycznych na miejsce okazało się, że nie żyją dwie osoby.

Śledztwo w tej sprawie prowadzi Prokuratura Rejonowa w Białymstoku. Przyjęta przez nią obecnie kwalifikacja prawna, to nieumyślne spowodowanie śmierci człowieka. Kluczowe dla ostatecznej oceny będą opinie specjalistów z Zakładu Medycyny Sądowej.

– Zgromadzony do tej pory materiał dowodowy pozwolił na wykluczenie możliwości porażenia prądem oraz bezpośrednie przyczynienie się osób trzecich. Dalej będziemy dążyli do ustalenia, co było bezpośrednią przyczyną zgonu tych państwa, na przykład czy był to niefortunny zbieg okoliczności z fatalnym skutkiem – poinformował we wtorek szef tej prokuratury Karol Radziwonowicz. Dodał, że śledczy czekają na pełne wyniki sekcji, wciąż zbierane są inne dowody.

O tragedii poinformował uniwersytet

W specjalnym komunikacie wydanym w ubiegłym tygodniu Uniwersytet Medyczny w Białymstoku poinformował, że zmarli to prof. Tadeusz Wojciech Łapiński i jego żona dr Małgorzata Michalewicz.

„Z głębokim żalem zawiadamiam, że w dniu 2 czerwca br. zmarli tragicznie prof. dr hab. Tadeusz Wojciech Łapiński i jego żona dr Małgorzata Michalewicz, wieloletni pracownik Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego, przedstawicielka Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych. Pan Profesor był pracownikiem Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii, lekarzem, wieloletnim nauczycielem akademickim, absolwentem Wydziału Lekarskiego UMB w 1984 roku” – poinformowała na swojej stronie internetowej uczelnia.

Podpisany pod nekrologiem rektor UMB prof. Adam Krętowski złożył – w imieniu społeczności akademickiej – wyrazy współczucia bliskim zmarłych.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Śmierć profesora Tadeusza Łapińskiego. „Kluczowe wyniki sekcji zwłok”

Profesor Tadeusz Łapiński nie żyje. Ciało lekarza i jego żony znaleziono na prywatnej działce we wsi Zajezierce k. Zabłudowa na Podlasiu. Przyczyna śmierci małżeństwa wciąż nie jest znana. Kluczowe będą wyniki sekcji zwłok.

Profesor Tadeusz Łapiński i jego żona nie żyją. Informację potwierdził w czwartek Uniwersytet Medyczny w Białymstoku. „Z głębokim żalem zawiadamiamy, że w dniu 2 czerwca zmarli tragicznie prof. dr hab. Tadeusz Wojciech Łapiński i jego żona dr Małgorzata Michalewicz, wieloletni pracownik Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego, przedstawicielka Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych. Pan Profesor był pracownikiem Kliniki Chorób Zakaźnych i Hepatologii, lekarzem, wieloletnim nauczycielem akademickim, absolwentem Wydziału Lekarskiego UMB w 1984 r.” – poinformowano w sieci.

Wcześniej policja podała, że w środę wieczorem znaleziono zwłoki 53-letniej kobiety i 63-letniego mężczyzny. Z nieoficjalnych informacji podawanych w mediach wynikało, że do służb zadzwonił mężczyzna, który miał udzielać pierwszej pomocy swojej żonie na prywatnej działce pod Zabłudowem. Po przyjeździe służb medycznych na miejsce okazało się, że nie żyją dwie osoby.

Profesor Łapiński i dr Michalewicz nie żyją, prokuratura czeka na wyniki sekcji zwłok

Śledztwo prowadzi Prokuratura Rejonowa w Białymstoku. Jak powiedział w piątek Polskiej Agencji Prasowej jej szef Karol Radziwonowicz, kluczowe dla kolejnych czynności są wyniki sekcji zwłok zmarłych. Wstępna opinia zakładu medycyny sądowej powinna być znana na początku przyszłego tygodnia.

Prof. Tadeusz Łapiński przez ostatni rok był zaangażowany w walkę o życie pacjentów zakażonych koronawirusem. – Był wieloletnim pracownikiem szpitala i nauczycielem akademickim wielu pokoleń lekarzy. Przez ostatnie miesiące bardzo ciężko pracował na pierwszej linii frontu w klinice, która jako pierwsza zaczęła leczyć pacjentów covidowych. Był bardzo oddany pacjentom, empatyczny z olbrzymią wiedzą praktyczną. Po ponad roku pracy z pacjentami zakażonymi koronawirusem był autorytetem. Jego śmierć to olbrzymia strata dla naszego szpitala i całego środowiska akademickiego – powiedziała w rozmowie z Radiem Białystok rzecznik Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego w Białymstoku Katarzyna Malinowska-Olczyk.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Są już wyniki sekcji zwłok Kasi Lenhardt

Znane są już wyniki sekcji zwłok zmarłej Kasi Lenhardt, byłej partnerki Jerome’a Boatenga. Jak poinformowała Prokuratura Generalna w Berlinie, w sprawie wykluczono udział osób trzecich. Wszystko wskazuje na to, że niemieccy prokuratorzy nie mieli zamiaru dzielić się wiedzą na temat sekcji zwłok. Sytuacja zmieniła się jednak po tym, jak wznowiono śledztwo w sprawie Jerome’a Boatenga. Choć sprawa Boatenga dotyczy oskarżenia o napaść z końcówki 2019 roku, sieć zalała lawina komentarzy, sugerujących bezpośredni związek piłkarza ze śmiercią polskiej modelki. To spowodowało, że prokuratura zajęła oficjalne stanowisko w tej sprawie.

„Śledztwo w sprawie śmierci Kasi Lenhardt: Sekcja zwłok w Instytucie Medycyny Sądowej Charité w Berlinie nie wykazała żadnych dowodów na udział osób trzecich. Dalsze informacje nie zostaną udzielone” – poinformowała Prokuratura Generalna w Berlinie.

Wszystko wskazuje więc na to, że 25-letnia Polka, która na początku lutego została znaleziona martwa w swoim mieszkaniu w Berlinie, popełniła samobójstwo. Potwierdza to nagranie prof. Michaela Tsokosa, który przeprowadzał sekcję zwłok. Na udostępnionym krótkim nagraniu mówił:

– Ona nie została zabita. W ostatnich kilku dniach na portalach społecznościowych krążyły plotki, że została zabita, a sekcja zwłok i dalsze badania medycyny sądowej nie zostały przeprowadzone rzetelnie. Z tego też powodu nagrywam się tutaj w porozumieniu z prokuratorem w Berlinie, ponieważ sam przeprowadziłem sekcję zwłok – zadeklarował Tsokos.
Źródło info i foto: interia.pl

Śmierć trzech nastolatków w Nowej Białej. Są wyniki sekcji zwłok jednego z nich

Zaczadzenie było najprawdopodobniej przyczyną śmierci trzech nastolatków w szatni klubu sportowego w Nowej Białej koło Nowego Targu – nieoficjalnie dowiedział się dziennikarz RMF FM Marek Wiosło. Na taką przyczynę śmierci wskazują wyniki sekcji zwłok jednego z nastolatków. Śledczy badali m.in. poziom hemoglobiny we krwi. Ofiary nie miały żadnych śladów, które mogłyby świadczyć, że coś innego przyczyniło się od ich śmierci – wynika z nieoficjalnych informacji reportera RMF FM.

Prokuratura prowadzi śledztwo pod kątem nieumyślnego spowodowania śmierci. Przesłuchano już kilkanaście osób, w tym właściciela ośrodka sportowego, w którym doszło do tragedii.

Mężczyzna miał nie wiedzieć, że w szatni klubu w sylwestrową noc będzie odbywała się impreza. Miało w niej uczestniczyć 11 osób. Dwóch 19-latków i 18-latek zostali najdłużej. Nastolatkowie byli członkami miejscowego klubu piłkarskiego.

Rano, kiedy nie wrócili do domów, ojciec jednego z nich wybrał się do klubu, by sprawdzić, co się stało. To on znalazł w szatni nieprzytomnych chłopców. Mężczyzna zawiadomił służby, ale próby reanimacji nastolatków nie powiodły się. W budynku miał być włączony agregat prądotwórczy, który spowodował śmiertelne nagromadzenie tlenku węgla.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Są wyniki badań DNA 27-letniej Amerykanki. Nie jest zaginioną Moniką Bielawską

Są wyniki badań DNA 27-letniej Amerykanki, która myślała, że może być dzieckiem zaginionym przed laty w Legnicy. „Jest to ogromnie trudny czas dla rodziny Moniki, oni tak bardzo wierzyli w cud. W to, że dowiedzą się prawdy” – piszą przedstawiciele grupy Zaginieni Cała Polska, którzy pomagali w poszukiwaniach.

27-letnia Amerykanka dowiedziała się, że przed laty została adoptowana. Tropy miały prowadzić do Polski lub na Ukrainę. Kobieta rozpoczęła poszukiwania w internecie i trafiła na informację o zaginionej przed laty 1,5-rocznej Monice z Legnicy. W poszukiwaniach uczestniczyła facebookowa grupa Zaginieni Cała Polska. Jej administratorzy doprowadzili do tego, że post o zaginionej dziewczynce został opublikowany na anglojęzycznej grupie Missing International, poświęconej poszukiwaniom zaginionych osób. Pod tym właśnie postem komentarz zamieściła Amerykanka, która miała podejrzenia, że to może być ona.

Zgłosiła sprawę miejscowej policji, która przekazała sygnał do Interpolu, a ten skontaktował się z policją w Legnicy. Z tego powodu polscy policjanci wrócili do sprawy zaginięcia dziecka sprzed niemal 27 lat. W ramach prowadzonych działań od Amerykanki pobrano próbki materiału genetycznego. Analiza porównawcza DNA miała wyjaśnić, czy rzeczywiście jest zaginionym dzieckiem.

Wynik badania DNA wykluczył pokrewieństwo dwóch rodzin

W środę okazało się, że kobieta nie jest zaginioną Moniką. Wyniki badania DNA w stu procentach wykluczyły pokrewieństwo rodzin. „Jest to ogromnie trudny czas dla rodziny Moniki, oni tak bardzo wierzyli w cud. W to, że dowiedzą się prawdy” – napisano na grupie Zaginieni Cała Polska.

„Jesteśmy tą wiadomością zdruzgotani. Wiedzieliśmy, że gdyby okazało się, że kobieta faktycznie jest Moniką, to byłby to cud. Ale jednak wierzyliśmy i mieliśmy nadzieję. Jedno możemy obiecać – nie zostawimy rodzin samych. Będziemy je wspierać i dalej dążyć do poznania prawdy o tym co się stało z Moniką. Będziemy również próbować dotrzeć do tego kim jest kobieta, która podejrzewała, że jest Moniką” – czytamy w komunikacie.

„Funkcjonariusze nadal prowadzą poszukiwania zaginionej Moniki Bielawskiej”

Komunikat w sprawie Moniki wydała także policja z Legnicy.

„W związku z prowadzonymi poszukiwaniami zaginionej w dniu 16 lipca 1994 r. małoletniej i zgłoszeniem się kobiety, która twierdziła, że być może jest osobą zaginioną z Legnicy, policjanci KMP w Legnicy przeprowadzili działania i czynności, które nie dały podstaw do stwierdzenia, że jest to zaginiona sprzed 26 lat. Obecnie funkcjonariusze nadal prowadzą poszukiwania zaginionej Moniki Bielawskiej” – poinformowali.

Nie zgadzał się wiek i data urodzenia

Założycielka grupy Zaginieni Cała Polska Ewelina Malinowska mówiła, że było „wiele przesłanek mówiących o tym, że dziewczyna poszukująca swojej rodziny może być zaginioną Moniką z Legnicy”.

„Jednak te przesłanki to nie wszystko. Nie zgadza się tu między innymi wiek i data urodzenia, co może wynikać ze sfałszowanych dokumentów dziecka” – podkreślała. Rozstrzygające miało być badanie genetyczne, które wykluczyło pokrewieństwo.

Amerykanka próbowała już wcześniej odnaleźć swoją biologiczną rodzinę – twierdzi Malinowska. Już w 2018 roku miała pisać komentarze pod internetowymi informacjami na temat zaginionej Moniki z Legnicy.

Ojciec skazany za uprowadzenie i sprzedaż córki

Dziewczynka zniknęła 16 lipca 1994 roku. Tego dnia dziecko gorączkowało, było wówczas pod opieką dziadków. Ci zabrali wnuczkę do lekarza. Później poszli do apteki, by zrealizować receptę. Zostawili dziewczynkę pod opieką ojca, którego spotkali na ulicy. Po wyjściu z apteki już nie zobaczyli dziewczynki. Ojciec z córką zapadli się pod ziemię.

Rodzina i policja szukali ojca i Moniki. Przez kilka lat bezskutecznie. Mężczyzna nie dawał znaku życia, jednak stał się głównym podejrzanym w sprawie zaginięcia dziewczynki. Za Robertem B. wystawiono międzynarodowy list gończy. Zatrzymano go w 1998 roku na terenie Austrii. Przewieziono do Polski i początkowo tymczasowo aresztowano. Po uchyleniu aresztu mężczyzna uciekł z kraju i przez kolejnych kilka lat ponownie – pomimo wydania za nim listów gończych i Europejskiego Nakazu Aresztowania – był nieuchwytny.

Do śledczych zgłosił się w końcu sam. Chciał wrócić do Polski, ale pod warunkiem otrzymania listu żelaznego. Ten gwarantował mu pozostanie na wolności do zapadnięcia wyroku sądu. Mężczyzna, oskarżony o uprowadzenie i sprzedaż córki, odpowiadał z wolnej stopy. W trakcie procesu, który rozpoczął się w 2007 roku, do winy się nie przyznawał, choć wcześniej, w trakcie składania wyjaśnień w prokuraturze, oświadczył, że sprzedał dziewczynkę za 20 milionów starych złotych. Jednak wersji tego, co się stało, przedstawiał kilka. Na przykład, że pojechał z córką do Czech, a dziecko zginęło w wypadku. Ostatecznie wszystko odwołał, zapewniając, że jest niewinny. Sąd skazał go na 15 lat pozbawienia wolności. Od wyroku złożył apelację, ale przegrał. W 2010 roku Sąd Najwyższy oddalił kasację.

Do 2013 roku mężczyzna był jednak poszukiwany przez policję, gdyż po sądowym wyroku ponownie wyjechał z Polski. Zatrzymano go siedem lat temu na terenie Austrii. Stamtąd przewieziono go do kraju i tu trafił za kraty. Wciąż odbywa karę.

Do tej pory nie udało się ustalić, co tak naprawdę stało się z dziewczynką. Dziś, jeśli żyje, miałaby 27 lat.
Źródło info i foto: tvn24.pl

29-latek nie podpisał fałszowanego protokołu wyborczego na Białorusi. Znaleziono jego zwłoki

Znaleziono ciało zaginionego od kilku dni 29-letniego Konstantina Szyszmakowa. Dyrektor muzeum w Wołkowysku był członkiem lokalnej komisji wyborczej podczas białoruskich wyborów prezydenckich. Miał odmówić podpisania protokołu ze sfałszowanymi wynikami głosowania. Niespełna tydzień później wyszedł do pracy i nie wrócił do domu. 29-letni Konstantin Szyszmakow, dyrektor Wojskowego Muzeum Historycznego w Wołkowysku na zachodzie Białorusi zaginął w sobotę. Jak opisuje portal tut.by, poszedł wtedy do pracy po kilku dniach urlopu.

Na koniec dnia zadzwonił do żony i powiedział jej, że nie może już pracować w muzeum i wraca do domu. Jednak nigdy się tam już nie pojawił. Zawiadomiono policję, zaczęły się poszukiwania. Zaangażowała się w nie niezależna grupa poszukiwawcza. We wtorek poinformowała ona na Facebooku. że Szyszmakow nie żyje.

Członkowie komisji nie podpisali sfałszowanego protokołu

Jego ciało znaleziono w lesie. Mężczyzna miał się powiesić. Według oficjalnego stanowiska śledczych, które cytuje serwis onliner.by, wstępne ustalenia mają wskazywać, że jego śmierć „nie miała natury kryminalnej”.

Jednak w prawdziwość takiej wersji wątpi m.in. ukraińska organizacja Charkowska Grupa Obrony Praw Człowieka, która opisała sprawę 29-latka na swojej stronie. Wskazują przede wszystkim na informacje, że Szyszmakow jako członek komisji wyborczej w wyborach prezydenckich miał odmówić podpisania sfałszowanego protokołu. „Biorąc pod uwagę, że Szyszmakow zaginął pierwszego dnia po pojawieniu się w pracy, wydaje się mało prawdopodobne, że ta wersja (o samobójstwie – red.) będzie uznana za prawdziwą” – pisze organizacja.

Cytowany przez tut.by ojciec 29-latka, Andrei, powiedział, że „wszystko zaczęło się dziewiątego”, kiedy Szyszmakow uczestniczył w pracach komisji wyborczej. – Razem z nim był jeszcze jeden mężczyzna, nie będę mówił jego nazwiska. Obaj nie zgodzili się podpisać ostatecznego protokołu. Według syna, podpisano go za nich. Ten zadzwonił do żony i opowiedział jej o sytuacji. Do piątku był na urlopie, w sobotę poszedł do pracy pierwszy raz od wyborów i już nie wrócił.

„Jest możliwe, że w tym przypadku młody mężczyzna został popchnięty do odebrania sobie życia, a nie zamordowany. Ale są bardzo małe szanse, że będzie można uwierzyć w oficjalną wersję wydarzeń” – pisze Charkowska Grupa Obrony Praw Człowieka.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Wyniki autopsji George’a Floyda. Wskazano na „stały nacisk” na szyję

Niezależna autopsja wykazała, że przyczyną śmierci George’a Floyda było uduszenie wywołane przez „stały nacisk” – przekazał prawnik rodziny zmarłego mężczyzny. Jak dodał, mężczyzna był „w dobrym zdrowiu”, a jego śmierci nie spowodował żaden inny problem medyczny.

W poniedziałek prawnik George’a Floyda, od którego śmierci zaczęły się protesty w USA, przekazał wyniki niezależnej autopsji. – Autopsja wykazała, że przyczyną śmierci Floyda było uduszenie wywołane przez „stały nacisk” – powiedział Ben Crump.

Jak podaje CNN, obecna na konferencji doktor Allecia Wilson nazywała śmierć Floyda „zabójstwem”. Jak wskazała, żaden inny problem medyczny nie przyczynił się do śmierci mężczyzny. – Był w dobrym zdrowiu. (…) Gdyby Departament Policji w Minnesocie wprowadził obiecane reformy, George by żył – przekazał prawnik Floyda.

Protesty w USA. Rodzina zmarłego zaapelowała do manifestujących

W USA wciąż trwają protesty po śmierci 46-letniego George’a Floyda. W całych Stanach Zjednoczonych w stan gotowości postawiono około 66 700 żołnierzy i lotników Gwardii Narodowej – podaje CNN. W poniedziałek po południu w miejscu jego śmierci pojawił się jego brat, Terrence. Zwrócił się on z apelem do protestujących i w ostrych słowach potępił osoby, które plądrują sklepy i pod pretekstem protestów dewastują otoczenie. – Co robicie?! To wcale nie przywróci życia mojego brata. On by nie chciał, żebyście to robili – mówił, wzywając protestujących, by protestowali w pokojowy sposób. Zachęcił też, by w odpowiedni sposób zagłosowali w nadchodzących wyborach. – Wyciągnijcie wnioski i wiedzcie, na kogo głosujecie. W ten sposób w nich uderzymy, zmienimy to – mówił.

W niedzielę sprawa śmierci George’a Floyda została przekazana przez gubernatora Minnesoty innemu prokuratorowi. Wcześniej dochodzeniem miał się zajmować lokalny prokurator Mike Freeman – pojawiły się jednak wątpliwości, czy będzie bezstronny w sprawie. „Niestety, nasi wyborcy, zwłaszcza kolorowi, stracili wiarę w zdolność prokuratora hrabstwa Hennepin” – przekazała w liście Stanowa Izba Reprezentantów.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Śmierć 18-latka na komisariacie. Są wyniki sekcji zwłok

Ujawniono wyniki sekcji zwłok 18-latka, który zmarł na komisariacie w Poznaniu. Prokuratura poinformowała, że nie stwierdzono u niego obrażeń powstałych przy użyciu tasera czy paralizatora.

„Są wstępne wyniki sekcji zwłok 18-latka, który wczoraj zmarł na policyjnym komisariacie. Prokuratura informuje, że nie stwierdzono obrażeń wskazujących na udział osób trzecich ani obrażeń powstałych przy użyciu tasera czy paralizatora” – napisała na Twitterze dziennikarka Radia ZET.

Wcześniej rzecznik wielkopolskiej policji Andrzej Borowiak podawał, że mężczyzna chorował na serce i zażywał substancje psychoaktywne. Policja zatrzymała 18-latka po tym, jak mężczyzna zdemolował swoje mieszkanie. Policję wezwała jego matka. Kobieta stwierdziła, że jej syn jest agresywny. Miał się z nią szarpać i bić. Na miejsce wezwano drugi patrol.

18-latek został przewieziony na komisariat. Tam stracił przytomność. Podjęto reanimację, po przyjeździe karetki kontynuowały ją służby medyczne. Mężczyzny nie udało się uratować. Sprawę bada prokuratura. Na polecenie szefa wielkopolskiej policji przebieg zdarzenia jest weryfikowany również przez funkcjonariuszy z Wydziału Kontroli KWP.
Źródło info i foto: wp.pl