Kanada: Wjechał ciężarówką w muzułmańską rodzinę. Zginęły 4 osoby

W Kanadzie zginęło czterech członków muzułmańskiej rodziny, po tym jak wjechała w nią rozpędzona ciężarówka. Atak był zamierzony – informuje kanadyjska policja. Do ataku doszło w mieście London w prowincji Ontario. Dziewięcioletni chłopiec, który jako jedyny ocalał z wypadku, znajduje się w szpitalu. Jego obrażenia są poważne – podaje BBC.

W niedzielny wieczór, przy dobrej widoczności, ciężarówka nagle wjechała na chodnik, taranując rodzinę. Zginęły cztery osoby: dwie kobiety w wieku 77 i 44 lat, 46-letni mężczyzna oraz 15-latka. Świadkowie zdarzenia mówią o strasznym widoku i chaosie, który powstał tuż po zdarzeniu. – Musiałem zasłaniać swojej córce oczy – powiedział CTV News mężczyzna, który widział tragiczne sceny.

Policja schwytała 20-letniego napastnika, któremu postawiono zarzuty zabójstwa czterech osób i usiłowania zabójstwa piątej.

– Uważa się, że ofiary stały się celem, ponieważ były muzułmanami – powiedział na konferencji prasowej detektyw Paul Waight. Jak dodał, policja rozważa oskarżenie 20-latka także o terroryzm. Czyn uznawany jest jako przestępstwo z nienawiści.

Niedzielny atak był najgorszym atakiem na społeczność muzułmańską w Kanadzie od czasu 2017 roku, kiedy to w meczecie w Quebec City zginęło sześć osób.

Premier Kanady Justin Trudeau napisał na Twitterze, że był przerażony wiadomościami o tragedii, która rozegrała się w Ontario. Zdarzenie nazwał aktem terroryzmu, zapewniając bliskich ofiar o wsparciu. Zwrócił się także do społeczności muzułmańskiej w Londynie i muzułmanów w całym kraju. „Jesteśmy z wami” – napisał, zapewniając, że na islamofobię nie ma w Kanadzie miejsca. „To podstępna i godna pogardy nienawiść – i musi się skończyć” – zaznaczył Justin Trudeau.
Źródło info i foto: interia.pl

Szczecin: Jest śledztwo po wypadku na placu zabaw. Dziewczynki są w ciężkim stanie

Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie wypadku na placu zabaw w Szczecinie, w którym ucierpiały dwie siedmioletnie dziewczynki. Poszkodowane są w ciężkim stanie. W związku ze zdarzeniem w poniedziałek rano ruszyły kontrole we wszystkich miejskich przedszkolach.

– Prokuratura wszczęła śledztwo pod kątem narażenia małoletnich pokrzywdzonych na bezpośrednie niebezpieczeństwo utarty życia przez osoby bezpośrednio zobowiązane do opieki nad nimi – poinformowała w portalu gs24.pl Ewa Obarek z Prokuratury Okręgowej w Szczecinie.

Grozi za to do pięciu lat więzienia. Portal informuje, że policja pod nadzorem prokuratury ma przesłuchać personel przedszkola i rodziców. Monitoring placówki prawdopodobnie nie zarejestrował całego zdarzenia.

Do wypadku doszło w piątek w przedszkolu przy ul. Hożej w Szczecinie. W trakcie zabawy skakanką doszło do podduszenia dwóch siedmioletnich dziewczynek. Przedszkolanki miały zareagować błyskawicznie. TVN24 podaje, że u jednej siedmiolatki doszło do zatrzymania akcji serca. Stan obu jest ciężki, zostały wprowadzone w śpiączkę farmakologiczną.

Szczecin. Kontrole po poważnym wypadku na placu zabaw

W poniedziałek ruszyły kontrole we wszystkich miejskich przedszkolach w Szczecinie, związane z bezpieczeństwem na placach zabaw. – Rekomendujemy także, by przeprowadzić w ramach zajęć wychowawczych rozmowy z dziećmi na temat bezpiecznej zabawy – mówi w TVN24 Krzysztof Soska, wiceprezydent Szczecina.

W piątek po zdarzeniu do sprawy odniósł się prezydent miasta Piotr Krzystek. „Dziś w naszym przedszkolu przy ul. Hożej zdarzył się wypadek, w wyniku którego poszkodowane są dwie dziewczynki. Jestem zszokowany tą sytuacją. Dzieci są pod opieką lekarzy. Czekam na wiadomości o ich stanie zdrowia. Jednocześnie zleciłem drobiazgową kontrolę, by wyjaśnić wszystkie okoliczności zdarzenia. Obejmie ona także urządzenia na placach zabaw wszystkich pozostałych placówek” – napisał na Facebooku.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Wypadek z udziałem byłej premier Beaty Szydło. Sąd ponownie przesłuchał tych samych świadków

Krakowski sąd okręgowy ponownie przesłuchał trzech z kilkunastu świadków w sprawie wypadku kolumny rządowej. W jednej z limuzyn jechała ówczesna premier Beata Szydło. Tym razem przesłuchania odbyły się z udziałem biegłego psychologa, o co wnioskowała wcześniej prokuratura. Zdarzenie miało miejsce w lutym 2017 roku.

Sąd Okręgowy w Krakowie, przed którym trwa proces odwoławczy w sprawie wypadku z udziałem byłej premier, po raz kolejny przesłuchał świadków zdarzenia wypadku z 2017 roku. To uczestnicy terapii odwykowej, którzy zeznawali podczas śledztwa oraz w pierwszym procesie. Jak wówczas wskazywali, limuzyny rządowe nie miały włączonych sygnałów dźwiękowych, lecz jedynie świetlne. Oznaczałoby to, że nie mogły zostać uznane za uprzywilejowaną kolumnę.

Ponowne przesłuchania odbyły się po apelacji prokuratury, która twierdziła, że poprzednie odbyły się bez obecności biegłego psychologa. Tym samym nie zweryfikowano zdolności świadków do rekonstrukcji zdarzenia. Prokurator Rafał Babiński zaznaczył, że celem podjęcia takich kroków jest sprawdzenie, co faktycznie udało im się zapamiętać ze zdarzenia, a co mogło być jedynie informacją zasłyszaną np. z mediów.

Świadkowie byli wcześniej badani przez biegłego psychologa, jednak prokuratura zakwestionowała sposób badania oraz przeprowadzone testy. Zażądano więc weryfikacji ich oraz opinii, którą wydał biegły na podstawie wyników.

Po środowej rozprawie prokurator Babiński w rozmowie z dziennikarzami wskazywał, że takie zeznania powinny odbyć się już wcześniej, na etapie postępowania prowadzonego przed sądem w Oświęcimiu. – Sąd tak naprawdę w tym momencie naprawia pewien błąd proceduralny popełniony przez sąd pierwszej instancji, na który prokuratura zwróciła uwagę w apelacji, i który to błąd przez sąd okręgowy został uznany za na tyle istotny, że te czynności dowodowe są powtarzane – mówił oskarżyciel cytowany przez Onet za PAP.

Sąd Okręgowy w Krakowie wyraził zgodę na to, by świadkowie zostali przesłuchani ponownie, tym razem w obecności psychologa. Pierwsze trzy osoby stanęły przed sądem w środę 31 marca. Kilkugodzinne przesłuchania odbyły się bez udziału mediów w obawie o możliwość ujawnienia wrażliwych danych dotyczących stanu zdrowia osób składających zeznania. W środę przesłuchanych zostało trzech z sześciu świadków, trójka wezwanych nie pojawiła się na rozprawie. Jak wskazywała „Wyborcza Kraków”, dwie z trzech nieobecnych osób prawdopodobnie są kluczowymi świadkami w sprawie.

– Moim zdaniem nie ma potrzeby przeprowadzania tych przesłuchań, bo materiał dowodowy w tym zakresie, zgromadzony w śledztwie i przed sądem pierwszej instancji, w zupełności wystarcza do prawidłowej oceny – mówił mec. Władysław Pociej, obrońca Sebastiana Kościelnika, cytowany przez portal.

Na pytanie o to, czy środowe zeznania wniosły coś nowego do sprawy, powiedział, iż w jego przekonaniu nie zaszła taka okoliczność. Zapowiedział również, że będzie wnosił o uniewinnienie swojego klienta. W jego przekonaniu wyłączną winę w sprawie ponosi kierowca BOR, prowadzący pojazd, którym podróżowała była premier.

Prokuratura domaga się uznania Sebastiana Kościelnika za winnego spowodowania wypadku kolumny rządowej i w konsekwencji wymierzenia mu kary ograniczenia wolności i nakazu wykonywania prac społecznych.

Przypomnijmy: do wypadku z udziałem byłej premier doszło w lutym 2017 roku. Beata Szydło podróżowała wówczas w kolumnie rządowej, która zderzyła się z pojazdem marki seicento, prowadzonym przez Sebastiana Kościelnika. Kierowca przepuścił pierwszy samochód kolumny, po czym zaczął skręcać w lewo, uderzając w kolejne auto. W konsekwencji pojazd wjechał w drzewo. W wypadku poszkodowana została była premier, a także funkcjonariusz BOR.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Michał Żewłakow o wypadku, który spowodował. Jest oświadczenie

Wczoraj w nocy wsiadłem za kierownicę samochodu po wypiciu alkoholu i spowodowałem kolizję, w której szczęśliwie nikt nie ucierpiał. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla mojego braku odpowiedzialności i wyobraźni – napisał były reprezentant Polski w piłce nożnej Michał Żewłakow. Przeprosił również wszystkich za swoje zachowanie.

Do zdarzenia z udziałem byłego reprezentanta kraju w piłce nożnej doszło w nocy z poniedziałku na wtorek. – Około godziny 0.40 na skrzyżowaniu ulicy Miodowej z Długą. W stojący na czerwonym świetle autobus wjechało osobowe bmw – powiedział podinspektor Szumiata z warszawskiej policji.

– Badanie alkomatem wykazało, że kierowca osobowego bmw miał w wydychanym powietrzu 1,6 promila alkoholu – poinformował policjant dodając, że mężczyzna został zatrzymany.

Oświadczenie byłego reprezentanta

Jak ustaliła PAP, za kierownicą osobowego bmw siedział były reprezentant Polski w piłce nożnej Michał Żewłakow, który po wytrzeźwieniu usłyszał zarzuty w sprawie kierowania w stanie nietrzeźwości. Odpowie także za spowodowanie kolizji w ruchu drogowym.

Żewłakow po usłyszeniu zarzutów został zwolniony do domu.

We wtorek wieczorem były piłkarz na swoim profilu na Twitterze opublikował oświadczenie. „Wczoraj w nocy wsiadłem za kierownicę samochodu po wypiciu alkoholu i spowodowałem kolizję, w której szczęśliwie nikt nie ucierpiał. Nie ma żadnego usprawiedliwienia dla mojego braku odpowiedzialności i wyobraźni. Przepraszam wszystkich za moje zachowanie, szczególnie najbliższych oraz tych, którzy poczuli się zawiedzeni i rozczarowani moją postawą” – napisał Żewłakow.

„Mam świadomość, że jako były kapitan reprezentacji Polski i wielokrotny reprezentant kraju, a także osoba wciąż aktywna w środowisku piłkarskim, powinienem być nie tylko źródłem dumy dla kibiców, ale także wzorem dla piłkarzy, przede wszystkim tych najmłodszych. Przepraszam całą społeczność Motor Lublin za cień, jaki swoim zachowaniem na nią rzuciłem. Postanowiłem oddać się do dyspozycji zarządu klubu – podkreślił.

Przeprosiny i deklaracje

Poinformował również, że zdaje sobie sprawę, że – jako osoba zapraszana do studia telewizyjnego w charakterze eksperta – powinien prezentować najwyższe standardy. „Przepraszam wszystkich telewidzów oraz współpracowników ze świata mediów, przede wszystkim ze stacji Canal+, za to, że zawiodłem ich zaufanie – zaznaczył.

„Rozumiem teraz, że konsekwencje mojego karygodnego zachowania mogły być znacznie gorsze. Dlatego nie pozostaje mi nic innego, jak jeszcze raz prosić o wybaczenie oraz szansę na naprawę szkód, które wyrządziłem. Deklaruję gotowość do złożenia wyczerpujących wyjaśnień wobec organów państwa polskiego oraz instytucji, z którymi, na co dzień współpracuję. Obiecuję również, że niezależenie od czekających mnie konsekwencji prawnych, w najbliższym czasie aktywnie włączę się w działania na rzecz propagowania trzeźwości kierowców oraz pomocy ofiarom wypadków drogowych. Wiem, że nie cofnie to czasu, ale być może pozwoli choć w części zadośćuczynić mojej głupocie oraz uchronić innych od błędu, który popełniłem” – oświadczył.

„Nie jestem w stanie wyrazić jak bardzo jest mi wstyd” – zakończył swoje przeprosiny. Według Kodeksu karnego za kierowanie w stanie nietrzeźwości grozi do dwóch lat więzienia.
Źródło info i foto: TVP.info

Katastrofa busa na Śląsku. 67-letni Jerzy S. aresztowany

Gliwicki sąd podjął decyzję ws. aresztu dla 67-letniego Jerzego S., który usłyszał zarzut nieumyślnego spowodowania katastrofy w ruchu lądowym. Prokuratura zarzuca mężczyźnie, że swoim zachowaniem na drodze krajowej nr 88 doprowadził do wypadku, w którym zginęło dziewięć osób, a siedem zostało rannych. Z ustaleń śledczych wynika, że Jerzy S. w chwili wykonywanie manewru wyprzedzania miał nie zauważyć jadącego z naprzeciwka busa. To doprowadziło do tragedii.

Sędzia Szymon Markowicz z gliwickiego sądu zdecydował, że Jerzy S. nie trafi do aresztu. Wobec 67-latka nie zastosowano także żadnego innego środka zapobiegawczego. Sąd argumentował swoją decyzję tym, że kierowca volkswagena jest oskarżony o niemyślne działanie. W dodatku nie był nigdy karany, a ponieważ ma dom i pracę, nie zachodzi obawa, że będzie się ukrywał lub wpływał na świadków, ponieważ kluczowe dla sprawy osoby, zostały już przesłuchane.

– Będziemy składać zażalenie na taką decyzję sądu – powiedziała prok. Karina Spruś, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Gliwicach.

Próbował wyprzedzać. Nie widział busa?

Mieszkańcowi Cieszyna Jerzemu S. postawiono zarzut nieumyślnego spowodowania katastrofy w ruchu lądowym, w wyniku której zginęło dziewięć osób, a siedem odniosło obrażenia.

Koszmar rozegrał się w sobotę 22 sierpnia około godziny 22.30 na drodze nr 88 w pobliżu węzła Kleszczów (woj. śląskie). Z ustaleń policji i prokuratury wynika, że 67-latek próbował wyprzedzić jadący przed nim pojazd, ale nie zauważył lub nie widział, jadącego z naprzeciwka busa renault trafic. 29-letni kierowca próbował uniknąć zderzenia i wykonał manewr, który doprowadził do przewrócenia się busa.

Bus zderzył się z autokarem

Następnie renault sunąc po jezdni, zderzyło się dachem z jadącym z naprzeciwka autobusem. Zarówno kierowca busa, jak i pasażerowie zmarli na miejscu. Do szpitala trafiło siedem osób z autokaru. Najciężej ranny został kierujący pojazdem, który musiał przejść operację nogi. Szczęśliwie, rannym nie zagraża niebezpieczeństwo.

W chwili wypadku Jerzy S. również podjął manewr obronny i zjechał na pobocze, a następnie się zatrzymał. Ani jemu, ani osobie, z którą jechał, nic się nie stało. W niedzielny poranek policja postanowiła przesłuchać 67-latka, a następnie zatrzymać.

Mówi, że nie pamięta, co się stało

Mężczyzna przekonywał, że nie wie, co się właściwie wydarzyło. Mówił, że nie widział jadącego z naprzeciwka busa i nie pamięta przebiegu wypadku. Miał jedynie usłyszeć huk. Wniosek o aresztowanie 67-latka prokuratura motywowała grożącą mu surową karą oraz koniecznością zapewnienia prawidłowego toku postępowania, a także weryfikacji wyjaśnień podejrzanego. Mężczyźnie grozi od 6 miesięcy do 8 lat pozbawienia wolności.

Za miesiąc mieli się pobrać, zginęli w tej samej chwili

Ofiary wypadku to w większości mieszkańcy Podkarpacia. Samochód prowadził mieszkający w Polsce, obywatel Słowenii. W wypadku zginęli m.in. narzeczeni 23-letnia Karolina i Patryk, którzy jechali do Holandii, by zarobić na wesele. Miało się ono odbyć za miesiąc.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Niemiecka policja poszukuje polskiego kierowcy tira. Jest sprawcą wypadku

Ford an der Unfallstelle

Policjanci poszukują sprawcy wypadku, do którego doszło we wtorek, 21 lipca. Kierowca ciężarówki na polskich numerach rejestracyjnych uciekł z miejsca zdarzenia. Nie udzielił on także pomocy osobie poszkodowanej. Do wypadku doszło w miniony wtorek około godziny 14:40 na drodze krajowej numer 123 między Kutenholz i Essel w Dolnej Saksonii. Mundurowi szukają świadków, którzy mogą pomóc w ustaleniu sprawcy wypadku – informuje portal auto-swiat.pl.

Sprawcą wypadku w Niemczech jest kierowca ciężarówki jadący z polską tablicą rejestracyjną. Po zderzeniu sprawca uciekł z miejsca wypadku, nie udzielił także pomocy poszkodowanemu. Ze wstępnych ustaleń śledczych wynika, że kierowca samochodu dostawczego zaczął wyprzedzać ciężarówkę. Kierowca tego pojazdu nie zwrócił uwagi na ruch za nim i także zaczął zjeżdżać na lewy pas. Kierowca z Niemiec, aby uniknąć zderzenia, zjechał na bok i uderzył w drzewo .

34-letni kierowca został ranny w wypadku. Przetransportowano go do szpitala. Jego samochód został poważnie zniszczony. Funkcjonariusze szacują szkody na około 10 tysięcy euro (około 44 tysięcy złotych). Sprawca wypadku nie zatrzymał się i nie udzielił pomocy. Kontynuował jazdę. Policjanci z Niemiec szukają kierowcy ciężarówki z polską rejestracją, a także świadków tego zdarzenia.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Potrącenie bliźniąt w Szczytnie. Szpital apeluje o oddawanie krwi dla rannych dzieci

Stan zdrowia Kuby i Bartka – bliźniaków potrąconych w sobotę przez 29-letniego kierowcę forda mustanga – nadal jest ciężki. – Walczymy o ich życie – przekazują przedstawiciele szpitala i apelują o oddawanie krwi dla nich.

Barbara Chwała, zastępca dyrektora ds. medycznych szpitala dziecięcego w Olsztynie przekazała nam, że poszkodowani chłopcy mają ciężkie urazy wielonarządowe i wciąż znajdują się na intensywnej terapii anestezjologicznej. – Rokowania są poważne, wciąż walczymy o ich życie – mówi Chwała.

Bracia bliźniacy, Kuba i Bartek, jak informuje szpital, pilnie potrzebują krwi grupy O RH -. – Apelujemy o oddawanie krwi każdej grupy. Krew jest nam bardzo potrzebna – powiedział rzecznik szpitala Grzegorz Adamowicz.

– W związku z koronawirusem zmniejszyła się ilość dawców, a krwi potrzebujemy tyle co zwykle, a czasem więcej. Prosimy, by każdy, kto może, oddawał krew, jest to naprawdę w tym czasie potrzebne – zaapelował rzecznik szpitala dziecięcego.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Prokuratura wszczęła śledztwo ws. wypadku Piotra Woźniaka-Staraka

Prokuratura Rejonowa w Giżycku wszczęła śledztwo w sprawie niedzielnego wypadku motorówki, z której wypadł do wody producent filmowy Piotr Woźniak-Starak. W środę nad ranem służby ratownicze wznowiły poszukiwania zaginionego. O śledztwie poinformował w środę rzecznik Prokuratury Okręgowej w Olsztynie Krzysztof Stodolny. Dotyczy ono spowodowania wypadku w ruchu wodnym, na skutek którego jedna osoba prawdopodobnie poniosła śmierć. Prokurator zaznaczył, że na obecnym etapie postępowania prokuratura nie informuje o szczegółach zdarzenia, nie ujawnia żadnych dowodów znajdujących się w aktach sprawy i danych osobowych przesłuchanych świadków, ani nie odnosi się do doniesień medialnych.

Czwarty dzień przeczesywania jeziora

Od niedzieli taflę, dno i brzegi jeziora przeszukują policyjni wodniacy, strażacy, ratownicy MOPR i Pomorskiego WOPR. Do akcji wykorzystują specjalistyczny sprzęt, w tym sonary, śmigłowiec, drony i robota do prac pod wodą.

W środę rano na jezioro wypłynęli wodni policjanci z Giżycka i Mikołajek oraz strażacy z Giżycka. W akcji biorą też udział żołnierze z Wojsk Obrony Terytorialnej. Niestety pogoda nie sprzyja służbom ratunkowym. Na Warmii i Mazurach pada i jest pochmurno. Choć deszcz nie ma znaczenia w tego typu akcjach, to pogarsza komfort pracy ratowników.

– Najistotniejszy jest wiatr, który może spychać łódki i powodować falowanie, ale obecnie wiatr nie powoduje zakłóceń – zauważa kapitan Mariusz Pupek, rzecznik Państwowej Straży Pożarnej w Giżycku.

Wypadli z motorówki

Pierwsze zgłoszenie o o motorówce dryfującej na jeziorze Kisajno służby dostały w niedzielę w nocy. Żeglarze alarmowali, że po jeziorze w okolicach miejscowości Fuleda pływa motorówka, która „miała zakłócać spokój”. Gdy na miejsce przyjechali funkcjonariusze, motorówka miała wyłączony silnik i była pusta. Służby ratunkowe na brzegu odnalazły 27-letnią kobietę, mieszkankę Łodzi. Podczas przesłuchania przyznała, że pływała wraz z 39-letnim mężczyzną, mieszkańcem Warszawy, i wpadli do wody. Kobieta i mężczyzna wypadli z motorówki najprawdopodobniej w trakcie nawrotu. 27-latka sama dopłynęła do brzegu. Według jej relacji, mogła przepłynąć około 100 metrów. Badanie stanu trzeźwości wykazało u niej śladowe ilości alkoholu. 27-latka była w dobrym stanie. Nie została zabrana do szpitala. Rzecznik Prokuratury Okręgowej w Olsztynie poinformował w poniedziałek, że osobą poszukiwaną jest producent filmowy Piotr Woźniak-Starak.

Żoną Piotra Woźniaka-Staraka jest prezenterka TVN Agnieszka Woźniak-Starak.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Sąd nie umieścił Kamila Durczoka w areszcie

Kamil Durczok, który w piątek spowodował kolizję na autostradzie A1, prowadząc samochód pod wpływem alkoholu, na razie nie trafi do aresztu – informuje Wirtualna Polska. Dziennikarz zgodził się na publikację jego wizerunku.

Wniosek o tymczasowe aresztowanie Durczoka, któremu za spowodowanie bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym oraz kierowanie pojazdem w stanie nietrzeźwości grozi więzienie oraz grzywna, wpłynął do sądu rejonowego w Piotrkowie Trybunalskim w niedzielę.

W poniedziałek decyzja sądu ws. aresztu została jednak przełożona – i dziennikarz, zatrzymany po wypadku – wychodzi na wolność. Po posiedzeniu sądu Durczok przeprosił swoich bliskich za swoje zachowanie.

Kolizja z udziałem samochodu Durczoka miała miejsce ok. 13 na autostradzie A1, w pobliżu Piotrkowa Trybunalskiego. Samochód prowadzony przez Durczoka, który w wydychanym powietrzu miał 2,6 promila alkoholu (takie informacje przekazała policja), w pewnym momencie wypadł z pasa ruchu i staranował barierki na autostradzie.

Kamil Durczok to były dziennikarz TVP, wieloletni prowadzący „Faktów” w TVN, w ostatnim czasie prowadził program publicystyczny w Polsat News.
Źródło info i foto: rp.pl

Świadkowie wypadku z udziałem Beaty Szydło przed sądem

Trwa proces w sprawie wypadku byłej premier Beaty Szydło w Oświęcimiu. Przed sądem zeznawało dziś sześciu świadków. Trzech z nich zgodziło się, aby dziennikarze wysłuchali ich odpowiedzi. Dwaj mężczyźni i kobieta stwierdzili zgodnie, że podczas przejazdu rządowej limuzyny nie słyszeli sygnałów dźwiękowych, a jedynie widzieli sygnały świetlne.

Posiedzenie sądu w sprawie wypadku z udziałem rządowej kolumny i fiata seicento odbyło się przed sądem w Oświęcimiu. Przed sądem zeznawało sześciu uczestników terapii uzależnień. Wcześniej sąd pytał każdego ze świadków, czy zgadzają się na składanie zeznań w obecności dziennikarzy i czy obecność mediów nie będzie dla nich problemem ze względu m.in. na poruszanie prywatnych problemów, takich jak problemy zdrowotne.

Trzy osoby zgodziły się odpowiadać w obecności dziennikarzy na pytania dotyczące wypadku z 10 lutego 2017 roku, w którym ranna została premier Beata Szydło i funkcjonariusz BOR. Każdy z tych świadków zeznał, że widział sygnały świetlne rządowej kolumny. Żadna z tych osób nie słyszała jednak sygnałów dźwiękowych.

– Widziałam niebieskie światła. Kilka sekund później usłyszałam huk. Sygnałów dźwiękowych nie słyszałam ani przed hukiem, ani po nim. Gdyby pojazdy miały włączone sygnały dźwiękowe, to bym je słyszała – zapewniła przed sądem Ewa S. cytowana przez portal „Fakty Oświęcim”.

Kobieta zeznała także, że niedługo po wypadku pojechała do domu, jednak jak tylko usłyszała w „Wiadomościach”, że rzekomo kolumna rządowa miała włączone zarówno sygnały świetlne, jak i dźwiękowe, postanowiła zeznawać. Kolejny świadek – Waldemar H., podobnie jak poprzedniczka, widział sygnały świetlne, ale słyszał tylko huk wypadku. Trzeci świadek, Marek W. odpowiedział podobnie, jak poprzednicy.

Jak relacjonuje portal „Fakty Oświęcim”, prokurator Rafał Babiński wnioskował, aby świadkowie zostali poddani badaniom psychologicznym, psychiatrycznym i internistycznym. Na ten wniosek zareagował adwokat Władysław Pociej – pełnomocnik kierowcy seicento, który stwierdził, że byli oni już zbadani przez biegłych lekarzy.

Podobnie jak trzej świadkowie kierowca seicento – Sebastian Kościelnik, który jest oskarżony o spowodowanie wypadku, w wywiadach twierdził, że nie słyszał sygnałów dźwiękowych. Poruszana podczas rozprawy kwestia jest kluczowa do rozstrzygnięcia, ponieważ zdaniem obrońcy 22-latka, zgodnie z przepisami, aby pojazd był uznany za uprzywilejowany, musi mieć włączone zarówno sygnały świetlne, jak i dźwiękowe. Kolejna rozprawa w sprawie wypadku z udziałem premier Beaty Szydło w Oświęcimiu odbędzie się w maju.
Źródło info i foto: Fakt.pl