Dr. Mirosław G. usłyszał ostateczny wyrok

Ostateczny wyrok dla kardiochirurga dr. Mirosława G. za przyjęcie od pacjentów i ich rodzin korzyści finansowych to grzywna i osiem miesięcy więzienia w zawieszeniu. W czwartek Sąd Najwyższy oddalił kasację prokuratury w sprawie zarzutów, od których G. uniewinniono. Uzasadniając oddalenie kasacji odnoszącej się do części zarzutów, od których dr G. ostatecznie uniewinniono, SN wskazał, że w zeznaniach świadków były „sprzeczności mające istotne znaczenie”, a więc sąd okręgowy oceniając te zeznania „nie uchybił przepisom prawa procesowego”.

Latem 2020 r. Sąd Okręgowy w Warszawie w procesie apelacyjnym zmienił wyrok pierwszej instancji i złagodził karę wymierzoną w tej sprawie lekarzowi. Sąd odwoławczy uniewinnił bowiem wtedy kardiochirurga od trzech z dziewięciu przypisanych mu zarzutów korupcyjnych.

W odniesieniu do tych trzech zarzuconych czynów SO wskazał m.in., że zeznania świadków były niespójne, a ich stosunek do lekarza negatywny – „a nawet agresywny” – gdyż np. jako bliscy zmarłych pacjentów obwiniali m.in. dr. G. o te zgony. Według sądu w oparciu o te zeznania nie dało się dokonać całkowicie pewnych ustaleń, a wszelkie wątpliwości musiały być oceniane na korzyść oskarżonego.

W czerwcu 2019 r. Sąd Rejonowy dla Warszawy-Mokotowa nieprawomocnie uznał lekarza za winnego przyjęcia w latach 2005-2006 od pacjentów i ich rodzin co najmniej 22 tys. zł korzyści finansowych. Mirosław G. został wówczas nieprawomocnie skazany na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata, a także na 50 tys. zł grzywny. Apelacje od tamtego wyroku złożyły zarówno obrona lekarza, jak i prokuratura.

W ocenie SO kara wymierzona lekarzowi w pierwszej instancji była określona w sposób prawidłowy i uwzględniający wszystkie okoliczności.

Jednak, w związku z uniewinnieniem lekarza od niektórych zarzutów, SO złagodził w 2020 r. karę do 8 miesięcy więzienia w zawieszeniu na dwa lata i 35 tys. zł grzywny, zmniejszył też przepadek korzyści majątkowej osiągniętej przez kardiochirurga z 22 tys. zł do 7,5 tys. zł. SO uzasadnił,
Źródło info i foto: interia.pl

Skazana Beata Kozidrak nie zgadza się z wyrokiem

Beata Kozidrak usłyszała wyrok w sprawie prowadzenia samochodu pod wpływem alkoholu. Gwiazda ma rozważać odwołanie, w sieci pojawiła się wypowiedź przedstawiciela artystki. Z kolei prokuratura ma uważać, że zasądzona kara jest zdecydowanie zbyt łagodna.

Beata Kozidrak to jedna z najpopularniejszych polskich wokalistek, która z grupą Bajm odniosła oszałamiający sukces, lansując takie ponadczasowe przeboje jak „Biała armia”, „Ta sama chwila” czy „Nie ma wody na pustyni” i na dobre wpisując do historii krajowej muzyki. 62-letnia wokalistka wielokrotnie była chwalona za niezwykłą energię i nieprzemijający talent, jednak 1 września 2021 roku wiele osób inaczej spojrzało na piosenkarkę. Kozidrak została zatrzymana, badanie miało wykazać, że prowadziła samochód, mając dwa promile alkoholu w wydychanym powietrzu. Choć przeprosiła za swoje nieodpowiedzialne zachowanie, musiała mierzyć się z falą krytyki, a sprawa trafiła do sądu. 4 maja 2022 roku liderka Bajmu usłyszała wyrok.

Beata Kozidrak w środę została ukarana 200 stawkami dziennymi w wysokości 250 zł każda oraz pięcioletnim zakazem prowadzenia pojazdów mechanicznych. Ma też zapłacić 20 tys. zł świadczenia na Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym oraz Pomocy Postpenitencjarnej. Przedstawiciel prokuratury nie ukrywał, że jego zdaniem kara jest niewspółmierna do winy piosenkarki.

– W ocenie prokuratury orzeczona przez Sąd Rejonowy dla Mokotowa kara jest rażąco łagodna, a jako taka nie spełni stawianych jej celów – poinformowała rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie Aleksandra Skrzyniarz.

Tymczasem „Super Express”, powołując się na wypowiedź mecenasa reprezentującego Kozidrak, poinformował, że gwiazda ma rozważać odwołanie się od wyroku.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Zapadł wyrok ws. zabójstwa Ahmauda Arbery’ego

Travis McMichael, Gregory McMichael i William Bryan zostali uznani przez ławę przysięgłych w sądzie w Brunswick w stanie Georgia za winnych zabójstwa Afroamerykanina Ahmauda Arbery’ego. Mężczyźni twierdzili, że usiłowali przeprowadzić ujęcie obywatelskie. Do wyroku w tym głośnym procesie dotyczącym zbrodni z ubiegłego roku odniósł się prezydent USA Joe Biden. Ława przysięgłych w sądzie w Brunswick w stanie Georgia w USA uznała trzech oskarżonych mężczyzn winnych zabójstwa Afroamerykanina Ahmauda Arbery’ego w głośnym procesie dotyczącym zbrodni z ubiegłego roku. Mężczyźni twierdzili, że usiłowali przeprowadzić ujęcie obywatelskie.

Ławnicy jednogłośnie uznali oskarżonego Travisa McMichaela winnego wszystkich dziewięciu zarzutów, wraz z najcięższym, celowym zabójstwem. Skazani za większość z zarzutów, w tym współuczestnictwa w zabójstwie zostali też ojciec głównego oskarżonego Gregory McMichael oraz inny uczestnik zdarzenia William Bryan.

O wymiarze kary dla oskarżonych zdecyduje sąd w późniejszym terminie. Prawo stanu Georgia stanowi, że karą za najpoważniejszy z zarzutów może być dożywocie z możliwością przedterminowego zwolnienia, absolutne dożywocie lub kara śmierci.

Tłumaczyli, że chcieli przeprowadzić obywatelskie ujęcie Arbery’ego

To jedna z najgłośniejszych spraw ubiegłego roku, do której doszło na tle fali ogólnokrajowych antyrasistowskich protestów po śmierci George’a Floyda. 25-letni Arbery wyszedł pobiegać na przedmieściach Brunswick. Trzej oskarżeni, którzy podejrzewali go o serię wtargnięć i kradzieży na terenach budów, ruszyli za nim w pościg, podążając za nim dwoma samochodami. Na filmie wideo nagranym przez Bryana widać, jak uzbrojony w strzelbę Travis McMichael próbuje zatrzymać Afroamerykanina i w trakcie szarpaniny oddaje kilka strzałów w klatkę piersiową, zadając mu śmiertelne rany.

Mężczyźni oraz ich obrońcy tłumaczyli w sądzie, że usiłowali przeprowadzić obywatelskie ujęcie w oczekiwaniu na przyjazd policji i mieli wystarczające powody, by podejrzewać Arbery’ego o przestępstwo. Travis McMichael zeznał też, że działał w obronie własnej, bo bał się, że Arbery zabierze mu broń i go zastrzeli.

Prokuratura argumentowała, że podchodząc do nieuzbrojonej ofiary z bronią McMichael stracił prawo do powołania się na obronę własną. Oskarżyciele twierdzili też, że McMichaelowie nie mogli mieć pewności, czy Arbery jest sprawcą włamań, wobec czego nie mieli prawa go zatrzymać.

Rodzina zabitego Ahmauda Arbery’ego komentuje wyrok

-To była ciężka walka, długa walka. Nigdy nie myślałam, że ten dzień nadejdzie, ale Bóg jest dobry. Dziękuję wszystkim, którzy brali udział w protestach i którzy się modlili – powiedziała Wanda Cooper-Jones, matka Arbery’ego.

– Rodzice Ahmauda są dowodem, że jeśli będziesz zdeterminowany, sprawiedliwość przyjdzie – oznajmił po ogłoszeniu wyroku wielebny Al Sharpton, znany pastor i działacz na rzecz praw Afroamerykanów. – Mamy przed sobą jeszcze wiele bitew, ale to była ważna batalia (…) razem możemy pokonać linczujący tłum – dodał przy wiwatach zgromadzonego tłumu demonstrantów przed sądem w Brunswick.
Źródło info i foto: tvn24.pl

15 lat więzienia za zabójstwo 16-letniej Ani spod Siedlec

Wyrok 15 lat więzienia za zabójstwo 16-letniej Ani spod Siedlec (woj. mazowieckie) usłyszał w sądzie Jakub B. Mężczyzna udusił swoją ofiarę paskiem. Jak podaje „Super Express”, bliscy ofiary nie zgadzają się z wyrokiem, uznając go za niewspółmiernie niską karę. Zapowiadają zażalenie.

– Zaciskałem go coraz mocniej i mocniej. Ona, broniąc się, włożyła ręce między pętlę, a szyję. Nie zważałem na to, bo miałem dwa końce paska, więc zaciskałem go, aż przewróciliśmy się. Anka przestała oddychać. Nie pamiętam, co wtedy myślałem, ale wiedziałem, że muszę szybko pozbyć się ciała – mówił oskarżony.

Siedlce. Udusił 16-latkę, bo chciała z nim zerwać. Zapadł wyrok

Jakub B. udusił 16-latkę. We wrześniu zapadł wyrok w tej sprawie w Sądzie Okręgowym w Siedlcach. Jak podał „Super Express”, sąd wymierzył zabójcy dziewczyny karę 15 lat więzienia. Prokurator miał domagać się kary 25 lat więzienia. Wyrok nie jest prawomocny. Tabloid podał we wtorek, że bliscy ofiary nie zgadzają się z wyrokiem, uznając go za nieadekwatną karę. Zapowiadają apelację.

Jeszcze przed wyrokiem oskarżony był pilnowany przez służby w areszcie. „SE” podał, że B. chciał popełnić samobójstwo. Biegli psychiatrzy wydali opinię, że w chwili popełnienia czynu był w pełni świadomy tego co robi. Czytamy, że sąd zadecydował też o zadośćuczynieniu dla rodziny zamordowanej w wysokości 650 tysięcy zł.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

„Frog” nieuchwytny. Od stycznia powinien być w więzieniu

Pirat drogowy Robert N. ps. Frog znany z nagrywania swoich szaleńczych rajdów po ulicach Warszawy został skazany prawomocnym wyrokiem na półtora roku więzienia. W styczniu miał stawić się do odbycia kary, ale do tej pory tego nie zrobił. Za kratki nie odprowadziła go również policja.

„Frog” znany jest przede wszystkim z niebezpiecznych rajdów po stolicy i na trasie między Jędrzejowem a Kielcami. Nagrania pokazujące popisy kierowcy, były udostępniane w sieci. Pirat drogowy ma już kilka wyroków na koncie. Na początku tego roku powinien stawić się w zakładzie karnym do odbycia kary więzienia, ale do tej pory mężczyzna pozostaje na wolności. Sprawę nagłośnili kilka dni temu dziennikarze Polsat News.

„Nakazem doprowadzenia zajmuje się policja”

Jak przekazała nam sekcja prasowa Sądu Okręgowego w Warszawie, chodzi o wyrok z 28 stycznia 2020 roku. Wtedy sąd uznał Roberta N., „za winnego tego, że w dniu 19 września 2018 r. w Warszawie na drodze publicznej prowadził pojazd osobowy pomimo zakazu prowadzenia pojazdów orzeczonego wyrokami”. Sąd skazał Roberta N. na karę półtora roku więzienia. Wobec „Froga” zasądzono również zakaz prowadzenia pojazdów na okres ośmiu lat. Obrońca „Froga” złożył jeszcze apelację od tego wyroku, ale Sąd Okręgowy w Warszawie podtrzymał orzeczenie sądu niższej instancji.

„Skazany nie stawił się dobrowolnie do Aresztu Śledczego celem odbycia kary. W dniu 22.01.2021 r. wystawiono nakaz doprowadzenia skazanego do zakładu karnego wraz z zarządzeniem o wszczęciu poszukiwań ogólnokrajowych. Do dnia dzisiejszego nie zdołano ustalić miejsca pobytu skazanego i doprowadzić do Aresztu Śledczego celem odbycia kary. Realizacją nakazu doprowadzenia zajmuje się Policja” – poinformowała sekcja prasowa Sądu Okręgowego w Warszawie.

Jak się okazuje, nieskutecznie. Dziennikarze Polsatu ustalili, że Robert N. jest widywany przez znajomych, którzy biorą udział w nielegalnych wyścigach. Jak twierdzą, „Frog” nie bierze w nich udziału, ale przyjeżdża na miejsce samochodem. Reporterom udało się również dotrzeć do matki N., która stwierdziła, że jej syn „w ogóle się nie ukrywa”.

Komendę Stołeczną Policji zapytaliśmy dlaczego od stycznia, czyli od momentu wydania zarządzenia o doprowadzeniu skazanego do zakładu karnego, Robert N. tam nie trafił? A także, jak wyglądają jego poszukiwania? Czekamy na odpowiedź.

Wyroki „Froga”

Wyrok, który powinien odbywać teraz „Frog”, dotyczy wydarzeń z września 2018 roku. Na ulicy Dywizjonu 303 policjanci zatrzymali do kontroli porsche – okazało się, że kierujący prowadził pojazd pomimo sądowego zakazu. Za kierownicą siedział właśnie Robert N. Porsche zostało odholowane na parking, a mężczyzna dostał wezwanie do prokuratury.

W 2016 roku uprawomocniło się pięć wyroków związanych z łamaniem przez niego przepisów drogowych. Sąd zadecydował wówczas między innymi o trzyletnim zakazie prowadzenia pojazdów. Wtedy N. sądzony był za wykroczenia, jakie popełnił podczas jazdy ulicami Warszawy.

W marcu 2019 roku pisaliśmy, że Robert N. usłyszał też inny wyrok. Mężczyzna, pomimo obowiązującego go zakazu prowadzenia samochodów, urządził sobie w marcu 2018 roku przed warszawskim centrum handlowym rajd sportowym mercedesem. Wówczas został skazany na karę grzywny.

Na uprawomocnienie czeka również wyrok Sądu Rejonowego dla Warszawy-Mokotowa, który skazał „Froga” na 2,5 roku bezwzględnego pozbawienia wolności za sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa katastrofy w ruchu lądowym pod Kielcami.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Przeleciał przez rondo w Rąbieniu. Jest wyrok

Rok pozbawienia wolności w zawieszeniu oraz 5-letni zakazu prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych – taki wyrok usłyszał mężczyzna, który w ubiegłym roku przeleciał nad rondem w Rąbieniu w woj. łódzkim. O sprawie informuje „Fakt”. Do zdarzenia doszło w kwietniu 2020 roku na rondzie w miejscowości Rąbień (woj. łódzkie). 41-letni kierowca Suzuki Swift z dużą prędkością wjechał na nasyp ronda i wzbił się autem w powietrze, przeleciał kilkadziesiąt metrów w tym nad pomnikiem Jana Pawła II.

41-letni kierowca podczas zdarzenia był pijany. Miał we krwi 1,4 promila alkoholu. Sędzia Iwona Konopka, rzecznik prasowy ds. karnych Sądu Okręgowego w Łodzi poinformowała w rozmowie z „Faktem”, że zapadł już w tej sprawie wyrok.

Nieodpowiedzialny kierowca usłyszał wyrok roku pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy. Ponadto sąd orzekł środek karny w postaci 5-letniego zakazu prowadzenia wszelkich pojazdów mechanicznych oraz nakazał zapłatę 5 tys. zł na rzecz Funduszu Pomocy Pokrzywdzonym, oraz Pomocy Postpenitencjarnej. Mężczyzna dobrowolnie poddał się karze.
Źródło info i foto: onet.pl

Były więzień rosyjskiego łagru radzi Nawalnemu, jak przetrwać

Co mógłbym doradzić Nawalnemu? Nie należy dogadywać się z klawiszami ani poddawać się ich presji. A wewnątrz siebie pozostać sobą, tak wolnym człowiekiem jak przed wyrokiem – mówi były więzień rosyjskiej kolonii karnej, Konstantin Kotow.

W środę dowiedzieliśmy się, że opozycjonista Aleksiej Nawalny trafił do aresztu w Kolczuginie w obwodzie włodzimierskim. Pan siedział w kolonii karnej numer dwa w Pokrowie w tym samym obwodzie.

Fakt, że znalazł się w Kolczuginie, świadczy o tym, że najpewniej za kilka dni trafi do tej samej kolonii, co ja.

Zacznijmy od początku. Po wyroku więźniowie jadą tzw. etapem do miejsca przeznaczenia. Jak taki etap wygląda?

Przede wszystkim to jest zawsze zaskoczenie. Teoretycznie mogą cię wysłać na etap w dowolnym momencie, choć formalnie powinni odczekać do uprawomocnienia się wyroku. Dostajesz wyrok, odwołujesz się i gdy sąd podtrzyma decyzję z pierwszej instancji, dopiero trafiasz na etap. Ze mną nie czekali na uprawomocnienie. Jakieś dwa tygodnie po wyroku, był piątek wieczór, przyszli do celi i powiedzieli, że za trzy godziny mnie zabiorą. Spakowałem rzeczy, jeszcze raz wszystko sprawdzili i posadzili w więźniarce. Wtedy jeszcze się nie wie, dokąd cię wywożą. Możesz pytać, ale nikt ci nie odpowie. Po jakichś trzech godzinach jazdy dotarliśmy na Dworzec Kurski w Moskwie. Wprowadzili nas do pociągu. Wagon więzienny przypomina normalny, ale nie ma okien, a zamiast drzwi są kraty. W środku jakieś siedem prycz, ale nie mogliśmy się położyć. Jeśli dobrze pamiętam, było nas 10–15 osób. Wieźli nas niedługo, sześć, może siedem godzin. Rano znaleźliśmy się we Włodzimierzu. Obwód włodzimierski w kręgach więziennych cieszy się ponurą sławą. Chodzą o nim słuchy, które w sumie się potwierdziły. Całą tę włodzimierską poetykę odczuliśmy jeszcze na stacji.

Jakie słuchy?

To tak zwany czerwony region z czerwonymi obozami. To znaczy, że zarządza nimi administracja. Są jeszcze czarne obozy, gdzie rządzą się sami więźniowie.

I to gorzej, kiedy zarządza administracja?

Niestety, jak by to dziwnie nie brzmiało. W czarnych obozach żyje się nie zgodnie z regulaminem, a zgodnie z aresztanckimi poniatijami (niepisane reguły, które stosują kryminaliści – red.). Tak jest łatwiej, chociaż w czarnych bywają i narkotyki, i przestępstwa, ale i tak żyje się tam bardziej swobodnie niż w czerwonych. W obozach, którymi zarządza administracja, więźniowie bywają torturowani i zabijani.
Wróćmy na dworzec we Włodzimierzu.

Przyjeżdżasz do miasta. Obwód włodzimierski wita cię konwojem z psami. Zakładają kajdanki, przykuwają je do sznura i każą kucnąć. Kiedy wszyscy już są przykuci do sznura, pada komenda „ruszać naprzód”. Po kilkuset metrach ładują cię do więźniarki i odwożą do aresztu we Włodzimierzu. Z Nawalnym było trochę inaczej, bo odwieźli go do Kolczugina. W areszcie spędza się kilka dni. Ja trafiłem do niego w sobotę rano, a w czwartek przewieźli mnie do Pokrowa. Tam znajduje się kolonia poprawcza numer dwa o ogólnym rygorze.

Jak wygląda pierwszy dzień w kolonii? O ile wiem, to powitania nie należą do przyjemnych.

To prawda, chociaż ja bicia nie doświadczyłem. Wychodzimy z więźniarki. Każą nam podejść do budynku administracyjnego, stanąć twarzą do ściany i kucnąć. Bagaż z naszymi rzeczami leży obok. Pracownicy kolonii chodzą z psami, potem każdego po kolei wzywają, podpisujesz dokument, że nie masz żadnych zastrzeżeń do konwoju. Potem prowadzą cię do budynku, w którym znajdują się izolatki. Tam odbywa się kontrola osobista. Odbierają wszystkie zabronione rzeczy. Rozbierasz się do naga, oddajesz ubranie, dostajesz więzienne ciuchy.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Fiakrzy z Morskiego Oka z wyrokami

Zakopiańscy fiakrzy skazani za znęcanie nad zwierzętami. To pierwszy taki wyrok w sprawie koni z Morskiego Oka. Sąd Okręgowy w Nowym Sączu argumentował, że głównym celem dwóch mężczyzn był zysk, ale ich działania były nieodłącznie związane z bólem i cierpieniem u koni.

Sprawa Wojciecha Ch. i Jana W. trafiła na wokandę Sądu Rejonowego w Zakopanem niejako przez przypadek, bo Tatrzański Park Narodowy zimą 2016 roku nie powiadomił organów ścigania o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania nad końmi, choć przypadki te wykryła Straż Parku. – Opinia publiczna, ani organa ścigania w 2016 roku nie dowiedziały się o tych sprawach, bo Tatrzański Park Narodowy o nich nie informował – mówi mecenas Katarzyna Topczewska – Nikt też nie powiadomił organizacji ochrony zwierząt, nie było żadnych zdjęć czy filmów, wykonanych przez turystów. Ale do akt jednego z postepowań prokuratury w sprawie systemowego znęcania się nad końmi trafiły zestawienia kontroli Straży Parku na trasie do Morskiego Oka, zawierające opis zdarzeń, wykonanych czynności i fotografie, również z monitoringu wizyjnego. Biegła sądowa lekarz weterynarii, analizując akta uznała, że w przypadku koni Max, Shann i Okaz doszło do złamania przepisów ustawy o ochronie zwierząt. To właśnie w ten sposób Fundacja Viva! dowiedziała się o tych sprawach – tłumaczy.

W ten sposób niemal dwa lata od czynu Prokuratura Rejonowa w Zakopanem wszczęła odrębne śledztwo, dotyczące znęcania nad końmi. Postawione mężczyznom zarzuty dotyczyły wykorzystywania do pracy chorego konia z pękniętym kopytem oraz trzykrotnego pokonania trasy przez tę samą parę koni, Shanna i Okaza, bez zapewnienia im odpoczynku oraz kłusem na odcinku objętym zakazem kłusowania. W wyniku tego jeden z koni przewrócił się na trasie i nie był w stanie wstać i samodzielnie wrócić na dolny parking.

Sąd Rejonowy w Zakopanem uznał obu mężczyzn za winnych znęcania się nad Maxem, Shannem i Okazem, a w wyniku apelacji sprawa trafiła do Sądu Okręgowego w Nowym Sączu. – Sąd utrzymał wyrok w mocy w całości – mówi Anna Plaszczyk z Fundacji Viva! – W uzasadnieniu ustnym sąd przyznał rację oskarżycielowi posiłkowemu, którym była Viva! i argumentował, że wiodącym zamiarem skazanych mężczyzn był zarobek, a wynikające z tego zachowania były bezsprzecznie związane z bólem i cierpieniem u wykorzystywanych do pracy koni – tłumaczy.

„Ten wyrok jest przełomowy”

Sąd Okręgowy w Nowym Sączu podnosił, że jeżeli zachowanie wyczerpuje opis któregoś z punktów art. 6 ust. 2 ustawy o ochronie zwierząt, to nie trzeba już udowadniać, że spowodowało ono ból lub cierpienie, gdyż to sam ustawodawca przesądził, że zachowania w tych punktach wymienione są znęcaniem się, czyli ból lub cierpienie powodują. W tym konkretnym przypadku do pracy wykorzystano chore zwierzę z pękniętym kopytem, dwa inne konie zostały zmuszone do pracy ponad siły, w dodatku bez przerw na odpoczynek i w zbyt szybkim tempie.

– Mieliśmy tu do czynienia z ewidentnym złamaniem przepisów ustawy, a wszystkie dowody zgromadzone w aktach postępowania, w tym zeznania pracowników parku narodowego, to potwierdzały – mówi mecenas Katarzyna Topczewska, reprezentująca Vivę! w tej sprawie – Ten wyrok jest przełomowy i jest swojego rodzaju wyłomem w murze obojętności, bo Tatrzański Park Narodowy nie miał w zwyczaju zawiadamiania prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania się nad końmi w wykrytych przez siebie sprawach, a w konsekwencji zwierzęta pracujące ponad siły na trasie przez lata były pozbawione ochrony prawnej, wynikającej z ustawy o ochronie zwierząt. Liczę na to, że po tym wyroku urzędnicy parku narodowego będą informowali organa ścigania o wszystkich podobnych wykrytych przez siebie przypadkach łamania przepisów – dodaje.

Konie same biegły kłusem, by uniknąć bicia

Sąd Okręgowy w Nowym Sączu nie dał wiary argumentacji obrońcy Jana W., że ten nie wiedział o pękniętym kopycie i o bólu, jakie to pęknięcie może powodować. W tym zakresie również przyznał rację oskarżycielom posiłkowym, Fundacji Viva! i Tatrzańskiemu Towarzystwu Opieki nad Zwierzętami, że osoby wykonujące transport konny do Morskiego Oka od lat kreują się na znawców koni, ich hodowli i pracy z nimi, a więc powinny posiadać podstawową wiedzę o ich chorobach i użytkowaniu. – W toku postępowania Wojciech Ch. twierdził, że konie samodzielnie zmieniły tempo pracy ze stępa na kłus na stromym odcinku trasy i że nie było w tym jego winy – mówi Beata Czerska, prezeska Tatrzańskiego Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami – Tymczasem to powożący powinien zareagować i uspokoić tempo jazdy. W wyniku takiej zmiany tempa ze stępa do kłusa przeciążenia, jakim poddawane są konie, wzrastają wielokrotnie.

A ustawa o ochronie zwierząt zabrania nie tylko przeciążania koni, ale również zmuszania ich do zbyt szybkiego biegu. Trzeba tu też podkreślić, że to przyspieszenie mogło wynikać z tak zwanego warunkowania instrumentalnego, czyli takiego, w którym konie wielokrotnie na tym odcinku byłyby poddawane działaniu bodźca karzącego, na przykład popędzania batem i w wyniku świadomości nieuniknionej kary nauczyłyby się, że muszą biec kłusem, żeby jej uniknąć – tłumaczy.

Sąd Okręgowy w Nowym Sączu utrzymał w mocy również wymiar kary, zasądzony w pierwszej instancji. Zgodnie z prawomocnym już wyrokiem każdy ze skazanych musi zapłacić 1600 zł grzywny oraz 1500 zł nawiązki. Viva! w swojej apelacji argumentowała, że kara ta jest zbyt niska, bo każdy z przedsiębiorców wykonujących transport konny do Morskiego Oka może karę o takiej wysokości odpracować w ciągu 1-2 dni pracy na trasie. Sąd stwierdził jednak, że kara, jaką ponieśli skazani jest adekwatna, bo wcześniej w wyniku działań administracyjnych Tatrzańskiego Parku Narodowego utracili też możliwość zarabiania na tym transporcie, a dziś żaden z nich nie świadczy już tych usług. – Choć domagaliśmy się wyższej kary i tak jesteśmy zadowoleni, że do skazania doszło – mówi Anna Plaszczyk

– To pierwszy w historii prawomocny wyrok skazujący za znęcanie się nad końmi z Morskiego Oka. Mam nadzieję, że nie ostatni, bo w toku jest śledztwo Prokuratury Okręgowej w Kielcach w sprawie systemowego znęcania się nad końmi na trasie. I to właśnie ta sprawa może doprowadzić do ostatecznej likwidacji tej anachronicznej „rozrywki” dla turystów – dodaje.

Ogromny ból i cierpienie zwierzęcia

Jan W. został skazany za znęcanie się nad koniem poprzez wykorzystywanie do pracy chorego zwierzęcia. Koń Maks pracował na trasie od 2013 roku. Zimą 2016 roku miał 7 lat. 27 stycznia jedna z turystek zgłosiła do Tatrzańskiego Parku Narodowego, że na trasie do Morskiego Oka pracuje koń z pękniętym kopytem. Furman Jan W. kazał mu pracować, choć uraz ten powodował ogromny ból i cierpienie zwierzęcia. Później tłumaczył, że nie wiedział, że taki uraz jest dla konia bolesny.

Tatrzański Park Narodowy jeszcze tego samego dnia potwierdził uraz u konia i nakazał wycofać go z pracy oraz rozpocząć leczenie. Dwa dni później w stajni pojawili się funkcjonariusze Straży Parku TPN i lekarz weterynarii. Okazało się, że koń nie był leczony. Kopyto nie było opatrzone, a zwierzę cierpiało. Tatrzański Park Narodowy jedynie zawiesił licencję Janowi W. na wykonywanie transportu na 6 miesięcy i odsunął konia od pracy na pół roku, ale nie powiadomił organów ścigania o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania się nad zwierzętami. Furman sprzedał Maksa w maju lub czerwcu 2016 roku. Koń nigdy nie wrócił na trasę do Morskiego Oka. Jego dalsze losy pozostają nieznane.

Drugi ze skazanych to Wojciech Ch. 5 lutego 2016 roku zaprzągł on do sań konie Shanna i Okaza. Shann miał 9 lat i na trasie pracował od mniej więcej roku. Po południu Shann przewrócił się na trasie i nie był w stanie samodzielnie wstać. Został zabrany z trasy autem do przewozu koni, a sanie na dół zwiózł sam Okaz. Wojciech Ch. nie wymienił koni po kursie i nie zapewnił im dwóch godzin odpoczynku, powoził zaprzęgiem ciągniętym przez konie biegnące kłusem na odcinku objętym zakazem kłusowania, nie zapewnił koniom 20-minutowego odpoczynku na górnym postoju na Włosienicy. Kiedy koń się przewrócił – wjechał na teren parku autem i zabrał nim konia. Wojciech Ch. w dzienniku pracy koni w tym dniu wpisał tylko dwa kursy dół-góra-dół i dla każdego kursu wpisał inną parę koni.

Tymczasem z zapisu monitoringu wynikało, że trasę pokonał w tym dniu trzy razy – za każdym razem tą samą parą koni. Mężczyzna nie zgłosił TPN faktu upadku konia Shann na trasie, a wręcz usiłował ten fakt zataić, wjechał na teren TPN samochodem do tego nieuprawnionym i zwiózł nim konia na dolny parking. Tatrzański Park Narodowy chciał zawiesić licencję Wojciecha Ch. do czasu wyjaśnienia sytuacji. Jednak zanim do tego doszło mężczyzna zrezygnował z dalszego wykonywania przewozów turystów na trasie do Morskiego Oka. Ani Okaz ani Shann po wypadku nie wróciły na trasę do Morskiego Oka. Ich los pozostaje nieznany.
Źródło info i foto: interia.pl

Pakistan: Złagodzono wyrok ws. morderstwa dziennikarza

Pakistański sąd zdecydował o złagodzeniu wyroku śmierci, jaki ciążył na głównym oskarżonym w sprawie porwania i morderstwa dziennikarza Wall Street Journal Daniela Pearla, do którego doszło w 2002 roku – informuje Reuters. Sąd zadecydował także o uwolnieniu trzech innych współoskarżonych. O tych zmianach poinformował Reutersa Khawaja Naveeda, adwokat obrony zaangażowany w sprawę.

W sprawie Pearla w 2002 roku skazane zostały cztery osoby, w tym urodzony w Wielkiej Brytanii Ahmed Omar Said Szejk, który za kierowanie morderstwem dostał wyrok śmierci. Jak informuje Reuters, 18 lat czekał on na wynik apelacji. Sąd Apelacyjny uznał, że zarzut morderstwa nie został udowodniony i skazał go tylko za porwanie, zasądzając karę siedmiu lat więzienia. Mężczyzna, który spędził w celi blisko 20 lat wyjdzie na wolność w najbliższych dniach – poinformował Naveed w czwartek.

Daniel Pearl został uprowadzony 23 stycznia 2002 roku w Pakistanie. Dziennikarz prowadził w Karaczi śledztwo związane z islamskimi bojownikami, po atakach z 11 września 2001 roku. Terroryści z Al-Kaidy wyciągnęli go z jego samochodu. 1 lutego pomysłodawca ataków na World Trade Center Chalid Szejk Muhammad ogłuszył dziennikarza, a następnie ściął mu głowę. Brutalne morderstwo zostało nagrane przez kamerę. Następnego dnia morderca pokazał głowę Pearla w programie telewizyjnym.

3 lutego pakistańska policja znalazła bezgłowe ciało, porzucone w pobliżu autostrady Karaczi. Zostało ono zidentyfikowane jako zwłoki Daniela Pearla. Kilka tygodni później pojawiło się nagranie przedstawiające moment jego morderstwa.
Źródło info i foto: interia.pl

Sprawa 10-letniego Ibrahima. „Nie możemy mówić o uprowadzeniu”

Ojciec 10-letniego Ibrahima ma prawo do sprawowania władzy rodzicielskiej. Sąd w październiku 2018 r. wydał w tej sprawie wyrok. – Nie możemy mówić, że ojciec mógł popełnić przestępstwo uprowadzenia dziecka – uważa rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.

– Ojciec Ibrahima złożył w kwietniu 2018 r. wniosek o orzeczenie wspólnego wykonywania władzy rodzicielskiej – powiedziała w rozmowie z Polsat News rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Gdańsku Grażyna Wawryniuk.

Miesiąc później rodzice dziecka zawarli umowę regulującą tymczasowo kwestię pobytu dziecka. Matka Ibrahima twierdzi, że nie wiedziała nic o apelacji mieszkającego w Belgii mężczyzny. W październiku 2018 r. sąd orzekł wspólne wykonywanie władzy rodzicielskiej przez oboje rodziców. – Wskazał również, że miejsce pobytu, miejsce zameldowania dziecka jest przy ojcu – dodała Wawryniuk.

Dlatego w jej ocenie „nie można mówić, że ojciec mógł popełnić przestępstwo uprowadzenia dziecka”.
Źródło info i foto: wp.pl