Cypr: Policjanci znaleźli ciało 8-latki w walizce. To kolejna ofiara seryjnego mordercy

Ekipy policyjnych nurków znalazły w jeziorze Mitsero na Cyprze walizkę z ciałem 8-letniej dziewczynki. To kolejna ofiara „pierwszego seryjnego mordercy” w historii wyspy. 35-letni kapitan cypryjskiej Gwardii Narodowej Nicos Metax poznawał swoje ofiary przez aplikacje randkowe. Zamordował 5 kobiet i 2 dziewczynki pochodzące z zagranicy.

Śledczy podejrzewają, że ciało dziecka znalezione w w walizce zatopionej w toksycznym jeziorze Mitsero to zaginiona w 2016 roku 8-letnia Elena Natalia Bunea. Przypuszczenia te mają potwierdzić badania DNA.

Wcześniej znaleziono ciało matki dziewczynki, 36-letniej Livii Florentiny Bunea. Nurkowie nadal przeczesują dno czerwonego jeziora w byłej kopalni. Spodziewają się odnaleźć trzecią walizkę. Trzecią ofiarą Metaxa, zatopioną w jeziorze, ma być 31-letnia Filipinka.

Seryjny morderca zabił 7 kobiet-imigrantek

35-letni grecki Cypryjczyk Nicos Metax, oficer Gwardii Narodowej został zatrzymany pod zarzutem zabójstwa trzech osób – dwóch kobiet i jednej dziewczynki. Przyznał się do winy. Co więcej – zeznał, że zamordował w sumie siedem osób i złożył pisemne zeznanie na 10 stronach. Zawiera ono szczegóły zabójstw. Mężczyzna zeznał policji, że w jeziorze zatopił trzy walizki z ciałami swoich ofiar.

Cypryjskie media nazywają Metaxa „pierwszym seryjnym mordercą w historii Cypru”. Po ujawnieniu sprawy szef policji i minister sprawiedliwości stracili stanowiska. Cypryjczycy obwiniają policję o brak reakcji na doniesienie o zniknięciu kobiet-imigrantek.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Wielka Brytania: Polak skazany za handel ludźmi

Policja z brytyjskiego Nottingham opublikowała nagranie z uwolnienia jednego z dwóch niewolników Edwarda Z. Byli zmuszani do pracy po 20 godzin dziennie i przetrzymywani w skandalicznych warunkach. Ich oprawca, 42-letni Polak, właśnie został skazany za handel ludźmi. Edward Z. został skazany na 40 miesięcy więzienia za handel ludźmi. Wyrok w tej sprawie zapadł w poniedziałek w sądzie w Nottingham. Śledczy dowiedli, że mężczyzna w latach 2013-2017 wykorzystywał dwóch Polaków do niewolniczej pracy.

„Wykorzystał ich trudną sytuację życiową”

– Wykorzystał ich trudną sytuację życiową: bezdomność, uzależnienie od alkoholu i brak znajomości języka angielskiego. To zrobiło z nich doskonałe ofiary – poinformował Mike Ebbins z policji w Nottingham, która prowadziła śledztwo.

Pierwszy mężczyzna przyjechał do Wielkiej Brytanii w 2008 roku. Z powodu długu trafił do kuzyna swojego wierzyciela, Edwarda Z. Miał u niego odpracować 800 funtów.

– Tam był wykorzystany do niewolniczej pracy przy produkcji kartek okolicznościowych. Pracował 20 godzin dziennie, od 8 rano do 4 w nocy. Choć miał zarabiać 300 funtów tygodniowo, za swoją pracę otrzymywał jedynie papierosy, alkohol i 10 funtów – poinformował Ebbins.
Kazał oddawać mocz do butelki

Policja z Nottingham poinformowała, że Edward Z. zamykał swoich pracowników na noc. Musieli oddawać mocz do plastikowej butelki, by nie obudzić jego i jego żony.

W 2015 roku za pośrednictwem agencji pracy Z. znalazł ofierze inną pracę, a także na jej nazwisko założył konto w banku. Pieniądze, które na nie wpływały, zabierał jednak dla siebie. Mężczyźnie udało się uciec w 2016 roku po tym, jak oprawca pobił go drewnianą deską. To była jego trzecia próba ucieczki.
Na strychu znaleźli kolejną ofiarę

Od tamtego czasu żył jako bezdomny. W końcu trafił do ośrodka dla imigrantów w Gatwick. Tam opowiedział swoją historię, a pracownicy wezwali policję. Gdy przyjechali funkcjonariusze, opowiedział im o Edwardzie Z. Policja wkroczyła do domu Z. w Nottingham 31 maja. Na strychu funkcjonariusze zastali kolejnego niewolnika. Spał na podłodze, przykryty kurtką. Policja udostępniła w internecie nagranie z tej interwencji.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

U wybrzeży wyspy Bornholm znaleziono groźne substancje

U wybrzeży duńskiej wyspy Bornholm odnaleziono cztery niezidentyfikowane dotąd substancje chemiczne. Odkrycia dokonano w czasie badań środowiskowych związanych z projektem budowy drugiej nitki gazociągu Nord Stream. Zdaniem duńskich naukowców, substancje pochodzą z bomb z gazem musztardowym, które z rozkazu Rosjan zostały zatopione u wybrzeży Bornholmu. Do dzisiaj znajduje się tam około siedem i pół tysiąca ton tego rodzaju ładunków.

Naukowcy ostrzegają przed konsekwencjami wycieku. Hans Sanderson z Instytutu Badań nad Środowiskiem Uniwersytetu w Aarhus powiedział gazecie „Politiken”, że chodzi o bardzo niebezpieczne substancje chemiczne.

„Gaz musztardowy powoduje u ludzi raka i mutację kodu genetycznego. Dlatego uważam, że potrzebne jest przeprowadzenie dodatkowych szczegółowych badań” – ostrzegał Hans Sanderson.

Druga nitka gazociągu Nord Stream ma przecinać miejsce, gdzie na dnie Bałtyku znajduje się złomowisko bomb z gazem musztardowym. Duńska firma Ramboll, która na zlecenie rosyjskiego Gazpromu przygotowała raport dotyczący wpływu na środowisko budowy Nord Stream 2 twierdzi, że inwestycja jest bezpieczna.

Duńska Agencja Energetyczna, która ma ocenić wpływ Nord Stream 2 na środowisko zapowiedziała, że zwróci się do naukowców z Instytutu Badań nad Środowiskiem Uniwersytetu w Aarhus o dodatkowe informację w tej sprawie.
Źródło info i foto: interia.pl

Starcia podczas protestów przeciwko uchodźcom na greckiej wyspie Chios

Podczas demonstracji przeciwko migrantom i uchodźcom na greckiej wyspie Chios doszło do starć między policją a demonstrantami. Atakowano dziennikarzy – podała w czwartek agencja prasowa ANA. Obecnie na wyspie przebywa ok. 3,5 tys. uciekinierów z innych krajów. Protest, w którym udział wzięło ok. 800 demonstrantów, odbył się w środę wieczorem. Jego uczestnicy skrzyknęli się w mediach społecznościowych. Siły bezpieczeństwa użyły gazu łzawiącego, by uniemożliwić im zbliżenie się do dwóch obozów dla uchodźców i migrantów – poinformowało ANA źródło w policji.

Zatrzymano czterech wolontariuszy i migranta, którzy uczestniczyli w kontrmanifestacji zorganizowanej w obozie Suda, skąd obrzucano policję kamieniami. Osoby te wyszły już na wolność.

Według greckich mediów część demonstrantów śpiewała hymn narodowy i niosła greckie flagi, a ich zachowanie przypominało działania greckich działaczy skrajnej prawicy. Grupki protestujących atakowały też dziennikarzy. Szef portalu Astraparis.gr Jannis Stewis powiedział, że został uderzony przez znanego neonazistę, który zabrał mu też aparat fotograficzny. Stewis twierdzi, że policja nie interweniowała. Dziennikarz złożył skargę na napastnika, który z kolei oskarżył go o zniesławienie – potwierdziła policja.

Jak donosi ANA, na innej greckiej wyspie Lesbos, na którą także dociera wielu migrantów, w nocy ze środy na czwartek doszło do incydentów między mieszkańcami obozu Moria. Na greckich wyspach położonych blisko Turcji, skąd na łodziach przypływają migranci, co jakiś czas sytuacja staje się napięta. Porozumienie między UE a Turcją miało zamknąć szlak migracyjny przez Morze Egejskie, ale na razie na wyspach utknęło 13 tys. uchodźców i migrantów. To prawie dwukrotnie więcej, niż wynosi liczba dostępnych miejsc w tamtejszych ośrodkach dla uchodźców.

Osoby te mają zostać odesłane do Turcji, jednak cały proces, kwestionowany z powodu przepisów azylowych, się opóźnia. Wśród powodów takiego stanu rzeczy AFP wymienia brak pomocy ze strony innych krajów UE, jaką obiecano Grecji, aby zapewnić zgodność tych procedur z prawem, a także obecną sytuację w Turcji.
Żródło info i foto: Wyborcza.pl

Uchodźcy w Calais nękają polskich kierowców

Polscy kierowcy ciężarówek, którzy jeżdżą między francuskim Calais a Wlk. Brytanią są zastraszani i atakowani przez uchodźców, którzy próbują dostać się na Wyspy. Rzecznik Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych mówi, że imigranci są coraz bardziej agresywni.

– Masowo atakują i siłą próbują dostać się do pojazdu – powiedziała Anna Wrona, rzeczniczka Zrzeszenia Międzynarodowych Przewoźników Drogowych. Odniosła się do zdarzeń, do których dochodzi we francuskim Calais. Znajdujący się tam uchodźcy próbują dostać się na pokłady ciężarówek, w tym polskich przewoźników, które podróżują do Wlk. Brytanii.

Polskie firmy transportowe wykonują 20 proc. z wszystkich przewozów towarów w Calais – to ok. 400 tys. kursów rocznie. – Grożą kierowcom nożem, kijem bejsbolowym, a nawet wywlekają z kabiny i grożą pobiciem – mówi Wrona. W minionym tygodniu szef administracji w Calais zwrócił się do władz Francji o wysłanie na miejsce wojska, aby zapanowało nad sytuacją.

Rozmowy i apele

Rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Artur Dmochowski zaznacza, że wielokrotnie temat podejmowany był na arenie międzynarodowej, ale jedyne, co polskie władze mogą zrobić, to rozmawiać i apelować.

– Kontaktowaliśmy się m.in. z władzami francuskimi i brytyjskimi, również polska ambasada w Paryżu zwracała uwagę na te problemy – powiedział Dmochowski. Dodał jednak, że odpowiedzialność w tej sprawie spoczywa na władzach w Londynie i Paryżu.
Żródło info i foto: TVP.info

Wielka Brytania: policyjna baza danych może być nielegalna?

Jest bardzo możliwe, że 22 miliardy zdjęć samochodów, jakie znajdują się w bazie danych brytyjskiej policji, zostały zgromadzone nielegalnie – donoszą media na Wyspach. Dane te pochodzą z ponad 8 tysięcy zainstalowanych w radiowozach kamer, które automatycznie rozpoznają numery rejestracyjne samochodów. Podobny sprzęt pojawia się również w miejscach publicznych.

Jak obliczono, takie kamery używane są codziennie w 30 milionach różnych sytuacji. Zdaniem mianowanego przez rząd urzędnika, który czuwa nad praworządnością tego procesu, stosowanie technologii automatycznego rozpoznawania jest dopuszczalne, ale parlament nigdy nie zatwierdził przetrzymywania zgromadzonych w ten sposób informacji. Potencjalnie policja może więc zostać pozwana do sądu przez każdego kierowcę, którego numer rejestracyjny został w ten sposób na trwałe zapisany w bazie danych.

Komisarz Tony Porter zwrócił się już do brytyjskiego ministerstwa spraw wewnętrznych z wnioskiem o podjęcie kroków zmierzających do wprowadzania odpowiednich regulacji prawnych. Rzecznik policji zapewnił jednocześnie, że ta nowoczesna technologia umożliwia walkę ze złodziejami samochodów i kierowcami, którzy nie ubezpieczają swoich pojazdów. Według niego, wspiera ona także prowadzenie działań antyterrorystycznych.
Żródło info i foto: RMF24.pl

Państwo Islamskie planowało sześć zamachów na Wyspach

W ubiegłym roku Państwo Islamskie podjęło próbę przeprowadzenia sześciu dużych zamachów terrorystycznych na terytorium Wielkiej Brytanii – twierdzi Andrew Parker, szef brytyjskiego wywiadu. Parker podczas wystąpienia w Londynie podkreślał, że brytyjski wywiad musi obecnie radzić sobie z zagrożeniem na trzech płaszczyznach – na terytorium Wielkiej Brytanii, za granicą i w internecie. – Takiej skali zagrożenia nie spotkałem nigdy w czasie swojej 32-letniej kariery – dodał. Podkreślił, że IS jest bardzo zdeterminowane, by przeprowadzić duży zamach terrorystyczny na Wyspach.

Parker poinformował też, że ponad 750 ekstremistów z Wielkiej Brytanii pojechało walczyć do Syrii. Szef Mi5 przypomniał też o zamachu terrorystycznym na brytyjskich turystów w Tunezji, który – jego zdaniem – powinien uświadomić wszystkim, że zagrożenie jest poważne. – Spiski przeciwko Wielkiej Brytanii są układane w Syrii – dodał.

Parker mówił też, że wciąż nie można ignorować zagrożenia ze strony Al-Kaidy.
Żródło info i foto: rp.pl

Fala niewyjaśnionych zgonów na Wyspach

Policjanci nie mają sobie nic do zarzucenia, jednak rodziny osób zmarłych w aresztach mówią wprost – okoliczności śmierci naszych bliskich muszą zostać wyjaśnione. Wtóruje im minister spraw wewnętrznych Theresa May, zapowiadając niezależne dochodzenie w tej sprawie – pisze z Londynu Piotr Gulbicki, korespondent Wirtualnej Polski.

Siedemnaście – tyle osób w ciągu ostatniego roku zmarło w czasie bądź krótko po zatrzymaniu przez policję. To najwyższy wskaźnik od pięciu lat. Dane obejmujące Anglię i Walię, opublikowane przez Independent Police Complaints Commission, wskazują, że połowa zmarłych miała zaburzenia psychiczne, a 16 spożywało alkohol bądź narkotyki. W tej grupie jest 14 mężczyzn i 3 kobiety, w wieku 22-57 lat. Niepokój budzi również liczba samobójstw. W ubiegłym roku w ciągu dwóch dni od aresztowania na własne życie targnęło się 69 osób.

Był utalentowanym muzykiem i producentem muzycznym, mimo że przez 20 lat chorował na schizofrenię. W czasie, kiedy przerywał leczenie, Sean Rigg wielokrotnie popadał w konflikt prawem – również za granicą, gdzie często podróżował. Za zakłócanie porządku trafiał za kratki w Tajlandii, Szwajcarii i Francji, ale za każdym razem szybko wypuszczano go na wolność i odsyłano do Wielkiej Brytanii.

21 sierpnia 2008 roku policja otrzymała zgłoszenie o dziwnym zachowaniu mężczyzny, który zaczepiał przechodniów na ulicy w londyńskiej dzielnicy Balham. Agresywnego 40-latka, którym okazał się Rigg, obezwładniło czterech funkcjonariuszy. Został skuty kajdankami, przewieziony na posterunek w Brixton i umieszczony w tamtejszym areszcie. Niedługo potem stracił przytomność, a po przetransportowaniu ambulansem do King’s College Hospital lekarze stwierdzili zgon, którego przyczyną było zatrzymanie akcji serca. Trwające 18 miesięcy dochodzenie nie wykazało nieprawidłowości, zdaniem śledczych policja postępowała właściwie i adekwatnie do sytuacji.

Inne zdanie na ten temat od początku miała rodzina Rigga, dzięki której w 2013 roku ponownie wzięto sprawę pod lupę. Tym razem komisja wskazała na błędy i uchybienia podczas poprzedniego postępowania, niemniej konkretnych zarzutów o przekroczenie uprawnień nikomu nie postawiono.

– Po śmierci Seana od policji usłyszeliśmy tylko, że nagle upadł i zmarł. Nic więcej. Oni zupełnie nie rozumieli naszego cierpienia, cały czas nas zbywali – mówi siostra zmarłego muzyka Marcia Rigg-Samuel, która zapoczątkowała kampanię mającą na celu wyjaśnienie okoliczności śmierci nie tylko brata, ale również innych zgonów związanych z policyjnymi zatrzymaniami.

W ataku szału

Zapowiadał się na dobrego informatyka, był świeżo upieczonym absolwentem Kingston University. Jednak, jako że rodzinę zaniepokoiło jego dziwne zachowanie, Olaseni Lewis zgłosił się na badania do londyńskiego szpitala psychiatrycznego Bethlam, gdzie rozpoczął leczenie. 4 września 2010 roku 23-latek dostał ataku szału. Ponieważ personel nie mógł sobie z nim poradzić, na pomoc wezwano policję. Funkcjonariusze użyli pałek i kajdanek, a po ich interwencji pacjent zapadł w śpiączkę i zmarł cztery dni później.

Zdarzenie było badane przez różne instytucje, które wydawały sprzeczne opinie. Ostatnio, pod koniec czerwca bieżącego roku, Crown Prosecution Service orzekł, że nie ma przesłanek by twierdzić, iż policjanci postępowali niezgodnie z prawem i nadużyli swoich uprawnień.

To jednak nie koniec sprawy. – Każda tego typu śmierć jest ciosem, który w dramatyczny sposób może nadwyrężyć zaufanie społeczeństwa do policji – stwierdziła minister spraw wewnętrznych Theresa May, ogłaszając wszczęcie niezależnego dochodzenia w kwestii zgonów, do jakich doszło w następstwie policyjnych interwencji w Anglii i Walii.

Szefowa MSW przyznała, że w ciągu ostatnich miesięcy kilkakrotnie spotkała się z rodzinami Seana Rigga i Olaseni Lewisa, które przybliżyły jej swoje doświadczenia i zaniedbania wymiaru sprawiedliwości. Jak podkreśliła, była wstrząśnięta traumą przez jaką przeszli najbliżsi zmarłych.

Dochodzenie ma również oszacować na ile policjanci potrafią postępować z osobami mającymi zaburzenia psychiczne, czy są w stanie zapewnić bezpieczeństwo zatrzymanym, a także jak radzą sobie z użyciem technik przymusu bezpośredniego. Jednocześnie chodzi o uczulenie stróżów prawa na zwiększone ryzyko samobójstw w pierwszych 48 godzinach po zatrzymaniu.

W dniu ogłoszenia przez Theresę May informacji o podjęciu powyższych działań w policyjnym areszcie w Newcastle zmarł kolejny mężczyzna. Kilka godzin wcześniej został zatrzymany, po czym źle się poczuł i stracił przytomność, której już nie odzyskał.

Pięć godzin rozruchów

Brytyjskie władze zapowiadają podjęcie zdecydowanych kroków, by maksymalnie ograniczyć problem. Ten jednak bynajmniej nie jest nowy. 13 grudnia 1995 roku w policyjnym areszcie w Brixton zmarł 26-letni Wayne Douglas, zatrzymany w związku z udziałem w napadzie rabunkowym.

Jego śmierć stała się zarzewiem zamieszek. Zaczęło się od pokojowego protestu demonstrantów przed posterunkiem policji w Brixton, który szybko przerodził się w niszczenie samochodów i okolicznych posesji. W trwających ponad pięć godzin rozruchach uczestniczyło kilkaset osób. 22 z nich aresztowano, po czym stanęły przed sądem pod zarzutem kradzieży i niszczenia publicznego mienia.
Żródło info i foto: wp.pl

Przestępcy seksualni znikają z radarów policji po wyjściu z więzienia

Setki skazanych za przestępstwa seksualne po wyjściu z więzienia znikają z policyjnych radarów – donosi BBC News, powołując się na policyjne statystyki. Brytyjska policja obecnie poszukuje niemal 400 takich przestępców, ponieważ ich miejsce pobytu nie jest znane. Nie publikuje jednak ich nazwisk z powodu ochrony danych osobowych i obawy o lincz.

Brytyjskie prawo nakłada na przestępców seksualnych obowiązek informowania władz o swoim miejscu zamieszkania, by można ich było monitorować. W Wielkiej Brytanii prowadzony jest rejestr skazanych za takie przestępstwa, m.in. gwałty czy pedofilię.

Poszukiwani od lat

W Wielkiej Brytanii poszukiwanych jest 396 przestępców seksualnych, którzy zniknęli z radarów policji. Wśród nich są poszukiwani m.in. od ponad dekady. W hrabstwie Gloucestershire jeden z poszukiwanych zniknął z policyjnych radarów w 2000 roku, inny w Nortumbrii zaginął w maju 2002 roku.

Zgodnie z policyjnymi statystykami, najwięcej poszukiwanych jest w Londynie, bo aż 167. Policja West Midlands i Greater Manchester poszukują odpowiednio 39 i 25 osób. Rzeczniczka Scotland Yard powiedziała, że ze względu na „zróżnicowaną kulturowo populację” stolicy „wiadomo lub podejrzewa się”, że duży odsetek przestępców seksualnych „żyje za granicą, wracając do kraju swojego pochodzenia”. Policja w Irlandii Północnej poszukuje obecnie trzech przestępców seksualnych. Z kolei w bazie szkockiej policji jest z kolei 4,775 tys. zarejestrowanych skazanych i – jak twierdzą służby – wszyscy meldują swoje miejsce pobytu.

Gwałciciele i pedofile

Sara Payne, której córka Sarah w 2000 roku została napadnięta i zabita przez skazanego wcześniej pedofila Roya Whitinga, powiedziała BBC News, że takie statystyki są nie do zaakceptowania. – Najwyższy czas powziąć poważne działania, aby przestępcy z powrotem wrócili na policyjny radar – oświadczyła. Walcząca z przestępstwami seksualnymi wobec dzieci organizacja charytatywna NSPCC stwierdziła, że liczby są „alarmujące”. Z jej własnych badań wynika, że jeden policjant odpowiedzialny jest za ponad 50 zarejestrowanych w bazie przestępców, w tym groźnych pedofilów i gwałcicieli.

Jon Brown z tej organizacji zwraca uwagę, że ponad połowa z zarejestrowanych to przestępcy skazani za gwałt popełniony na dzieciach, molestowanie seksualne nieletnich lub dziecięcą pornografię. – Większości z nich policja musi jedynie raz w roku złożyć wizytę po ich wyjściu z więzienia – wyjaśnił. BBC News pytał wszystkie z regionalnych policji w Wielkiej Brytanii. Żadna ze względu na ochronę danych osobowych i w obawie o lincz nie chce podać nazwisk poszukiwanych przestępców.
Żródło info i foto: tvn24.pl

Szkocja: 14-letnia Polka brutalnie pobita

W sieci zawrzało po tym, jak pojawiło się nagranie kilkunastoletniej dziewczyny brutalnie pobitej na ulicy w Szkocji. Okazało się, że ofiarą jest 14-letnia Polka! Według Scottish Daily Record oraz Edinburgh News do ataku doszło w zeszły piątek w okolicach West Pilton Avenue w Edynburgu. – Dla dobra sprawy nie możemy w tym momencie zdradzać szczegółów śledztwa, ani danych osobowych ofiary – mówią policjanci.

Jak donosi portal Polemi.co.uk, w godzinach wieczornych do domu samotnie wracała młoda dziewczyna. Na jej drodze stanęła grupa złożona z 12-,14-latek. W pewnym momencie nastolatki postanowiły poznęcać się nad swoją rówieśniczką. Na nagraniu widać, jak Polka stoi skulona, gdy agresywna dziewczyna kopie ją co chwilę w głowę. Podczas całego zajścia kilka innych młodych dziewczyn przygląda się, śmiejąc się i nagrywając wszystko swoimi telefonami. Według Scottish Daily Record oraz Edinburgh News do ataku doszło w zeszły piątek w okolicach West Pilton Avenue w Edynburgu. – Dla dobra sprawy nie możemy w tym momencie zdradzać szczegółów śledztwa, ani danych osobowych ofiary – mówią policjanci. – Obiecujemy, że zrobimy wszystko, żeby złapać napastniczki – mówią policjanci ze Scotland Police.
Żródło info i foto: Fakt.pl