Włochy: Bezdomny zabił księdza nożem

W Como na północy Włoch bezdomny cudzoziemiec z zaburzeniami psychicznymi dźgnął nożem ks. Roberto Malgesiniego (51), który był koordynatorem wolontariuszy dla bezdomnych. Morderca oddał się w ręce policji.

Ks. Roberto Malgesini został ugodzony nożem 15 września rano tuż po 7.00 na Piazza San Rocco, niedaleko parafii św. Rocha. Domniemany sprawca, cudzoziemiec, pojawił się około 8.00 rano w koszarach karabinierów i oddał się w ręce policji.

Pochodzący z prowincji Sondrio w Lombardii kapłan został ugodzony w plecy, gdy szedł drogą prowadzącą do pobliskiego kościoła. Przechodnie, którzy zauważyli ciało na ziemi, wezwali pomoc, ale niestety, nic nie można już było uczynić. Policjanci, którzy interweniowali na Piazza San Rocco, znaleźli nóż, najprawdopodobniej narzędzie zbrodni podaje KAI.

Tragicznie zmarły kapłan należał do osób najaktywniej pomagających bezdomnym, obcokrajowcom i osobom znajdującym się na marginesie. Bardzo dobrze znany w środowisku wolontariatu społecznego, aktywnie współpracował ze stowarzyszeniami zajmującymi się pomocą dla ubogich i potrzebujących. Mieszkał w parafii San Rocco, kilka kroków od miejsca, w którym został zabity nożem.

Biskup Como Oscar Cantoni dowiedziawszy się o śmierci kapłana, przybył na Piazza San Rocco zaprasza wiernych na modlitwę różańcową w intencji księdza Roberto i za tych, którzy go zabili.
Źródło info i foto: se.pl

Monachium: Dolewała truciznę do napojów w supermarketach

Domniemaną sprawczynią okazała się 56-letnia mieszkanka Monachium. Kobieta cierpi na poważne zaburzenia psychiczne. Policja zwróciła uwagę na kobietę, ponieważ ta zachowywała się w podejrzany sposób i już wcześniej była powiązana z innymi sprawami budzącymi pewne wątpliwości. Prowadzący śledztwo poinformowali, że kobiecie postawiono zarzut o usiłowanie zabójstwa. W policyjnym komunikacie opublikowanym na Twitterze znalazła się informacja o „szybkim sukcesie śledztwa” prowadzonego przez grupę operacyjną „Soko TOX” (specjalna komisja śledcza „Trucizna”, red.). Jak podano dalej, kobietę podejrzaną o zatruwanie napojów orzeźwiających aresztowano wieczorem w piątek 5 czerwca.

Niebezpieczne napoje

We wtorek 2 czerwca monachijska policja po raz pierwszy poinformowała publicznie o przypadkach znalezienia w monachijskich supermarketach napojów chłodzących zatrutych rozpuszczalnikiem.

Troje nabywców takich napojów, którzy wypili niewielką część zawartego w nich płynu, skarżyło się potem na zawroty głowy, nudności i kłopoty z układem krążenia. Cała trójka wymagała pomocy lekarskiej, która okazała się skuteczna i w tej chwili ich zdrowiu i życiu nic już nie zagraża.

W sumie wykryto cztery butelki z zatrutą zawartością. Ich nabywcami były dwie kobiety w wieku 34 i 42 lat oraz 48-letni mężczyzna. Czwartą butelkę wykryto, zanim jeszcze trafiła w ręce któregoś z klientów. Nie stwierdzono, aby osoba, która dopuściła się zatrucia napojów, usiłowała wymusić okup na sieciach handlowych, do których należały supermarkety.

Szybki sukces policji

Policja trafiła na trop 56-letniej kobiety podejrzewanej o zatrucie napojów dzięki, jak podano, „drobiazgowemu śledztwu”. Po pojawieniu się pierwszych podejrzeń, od kobiety pobrano próbki DNA i porównano je ze śladami pozostawionymi przez nią na zabezpieczonych przez prowadzących śledztwo butelkach.

Jak się okazało, zatrzymana przez policję kobieta cierpi na poważne zaburzenia psychiczne, co sprawia, że jej poczytalność w chwili dokonania przestępstwa była ograniczona. Kobietę tę odstawiono tymczasowo do zakładu psychiatrycznego.

W tej chwili policja stara się ustalić, czy butelek z zatrutą zawartością nie było więcej. Nie można bowiem wykluczyć z całkowitą pewnością, że któraś lub któreś z nich nie znajdują się nadal w sprzedaży. Z tego względu policja wystosowała ostrzeżenie do mieszkańców Monachium, żeby unikali kupna butelek z napojami orzeźwiającymi, których zamknięcie wykazuje jakiekolwiek ślady wcześniejszego manipulowania przy nich.

Ostrzeżenie to zostało podyktowane także napływającymi do policji informacjami, że niektórzy nabywcy takich napojów także stwierdzili u siebie objawy chorobowe po ich wypiciu. Do tej pory nie wykryto jednak żadnych innych przykładów, wskazujących na ich celowe zatrucie.
Źródło info i foto: interia.pl

Antyterroryści zatrzymali nożownika z Monachium

Uzbrojony w nóż mężczyzna zaatakował w sobotę w Monachium sześć osób, z których cztery zranił. Po pościgu antyterroryści z oddziału SEK zatrzymali domniemanego sprawcę, który próbował uciekać. Jak poinformowała niemiecka policja podejrzany to 33-letni obywatel Niemiec, który prawdopodobnie cierpi na zaburzenia psychiczne.

Zdaniem policji wybór ofiar był przypadkowy. Poszkodowani to sześcioro Niemców, Rumun i Włoch. Początkowo policja mówiła o sześciu zaatakowanych przechodniach i czterech osobach z ranami kłutymi.
 
33-letni mężczyzna jest niemieckim obywatelem zameldowanym w Monachium. Zdaniem policji powodem ataku były zaburzenia psychiczne. Sprawca nie ustosunkował się do zarzutów. Zatrzymany jest znany policji. W przeszłości oskarżony był o niebezpieczne uszkodzenie ciała.
 
Zdaniem policji nic nie wskazuje na religijne czy terrorystyczne podłoże czynu.
 
1,75 m wzrostu, korpulentnej budowy, ciemnoblond włosy
 
Wcześniej policja podawała, że poszukiwany jest ok. 40-letni mężczyzna ubrany w zieloną kurtkę treningową.

Policja odwołała alarm po południu, informując, że istnieje uzasadnione podejrzenie o popełnieniu przez zatrzymanego przestępstwa. Wcześniej służby bezpieczeństwa apelowały do mieszkańców, by pozostali w domach i unikali okolic Rosenheimerplatz i parku Ostpark.

Jak pisze agencja dpa, incydent wywołał u wielu mieszkańców skojarzenia z tragicznym wydarzeniem z lipca ubiegłego roku. Pochodzący z Iranu 18-letni Niemiec David S. zastrzelił wówczas w centrum handlowym w Monachium dziewięć osób, a następnie popełnił samobójstwo.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Moskwa: Wielka ewakuacja po fałszywych alarmach bombowych

Ponad 10 tysięcy osób ewakuowano w stolicy Rosji w związku z fałszywymi alarmami bombowymi. Kilkadziesiąt grup antyterrorystycznych przeczesało w poszukiwaniu ładunków wybuchowych budynki administracji handlowej i centra handlowe. Informacje o bombach okazały się fałszywe. Radio Echo Moskwy poinformowało, że policja namierzyła autora fałszywych doniesień, został przez media ochrzczony mianem „telefonicznego terrorysty”. Nie wiadomo, kim jest ta osoba, ani co nim kierowało.

Fałszywe alarmy doprowadziły do ewakuacji pracowników części budynków administracji prezydenta Rosji, domu towarowego GUM, znajdującego się przy Placu Czerwonym, kilku centrów handlowych oraz wszystkich sklepów jednej z zachodnich sieci supermarketów. Media wskazują, że to jedna z największych takich operacji w Moskwie w ostatnich latach.

Obawy przed zamachami

W związku z wysokim stopniem zagrożenia terrorystycznego rosyjskie służby poważnie traktują każdą informację o potencjalnym zamachu, nawet jeśli stwierdzi się, że informator ma zaburzenia psychiczne. Od początku roku Federalnej Służbie Bezpieczeństwa udało się zapobiec kilku atakom terrorystycznym. Funkcjonariusze FSB zlikwidowali bojówki zamachowców, związanych z samozwańczym Państwem Islamskim.
Żródło info i foto: TVP.info

Nie działająca „ustawa o bestiach”

„Ustawa o bestiach nie działa” – alarmują media. Pojawiają się już głosy, że duża w tym „zasługa” biegłych, którzy nie chcą opiniować trudnych spraw seryjnych gwałcicieli i morderców lub nie nadążają z wydawaniem orzeczeń. Pytanie tylko, czy właściwie powinno nas dziwić, że tak się dzieje. I kto tak naprawdę jest tu winny? „Bestie na wolności. Sąd nierychliwy, biegłym nie opłaca się pracować” – alarmowała trójmiejska „GW”, zwracając uwagę na poważne problemy z funkcjonowaniem tzw. „ustawy o bestiach”. Wedle doniesień dziennika z powodu opieszałości gdańskiego sądu osiem osób, które powinny być objęte tymi przepisami, jest na wolności.

„GW” zwraca uwagę, że chodzi m.in. o „sprawców dwóch zabójstw, gwałtów i przestępstw na tle seksualnym”, którzy odsiadywali wieloletnie wyroki, a u których stwierdzono zaburzenia psychiczne, stwarzające zagrożenie dla życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych ludzi. Wśród nich jest m.in. Henryk Z., którego sprawa była ostatnio szeroko komentowana w mediach. Zgodnie z „ustawą o bestiach” w takich właśnie przypadkach skazani mogą po wyjściu na wolność zostać (decyzją sądu) skierowani do Krajowego Ośrodka Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie lub trafić pod policyjny nadzór. Wszystko po to, by nie popełnili po raz kolejny zbrodni, za które zostali ukarani już w przeszłości. Jak jednak pokazuje opisany przypadek Sądu Okręgowego w Gdańsku, w praktyce cały mechanizm nie działa tak jak powinien.

Problemem jest przede wszystkim czas: wniosek do sądu o objęcie danego więźnia „ustawą o bestiach” dyrektorzy więzień złożyć mogą dopiero na pół roku przed końcem wyroku. Zdarza się, że zanim decyzja zostanie podjęta, więzień jest już na wolności – tak właśnie było z Henrykiem Z. A sygnały o tym, że sześć miesięcy to czasem zbyt mało na przeprowadzenie całej procedury, płyną nie tylko z Pomorza.

„Problemem w stosowaniu ustawy może być tempo, w jakim sądy rozpatrują wnioski dyrektorów zakładów karnych. Sędziowie wraz z wnioskiem otrzymują także szereg innych dokumentów, m.in. opinie psychologa i psychiatry. Tłumaczą, że na przestudiowanie tego potrzeba czasu” – pisze „Dziennik Łódzki „.

„Trudności w zakresie czynności dowodowych”

Ministerstwo Sprawiedliwości twierdzi, że monitoruje sprawy sądowe wszczynane na podstawie „ustawy o bestiach” (oficjalna nazwa: Ustawa o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzających zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób). – Prezesi sądów apelacyjnych nadsyłają w terminach miesięcznych i kwartalnych informacje dotyczące stanu zaawansowania konkretnych postępowań – mówi w rozmowie z portalem Gazeta.pl rzeczniczka resortu Patrycja Loose. Czy raporty potwierdzają kłopoty, o których piszą media?

Rzeczniczka przyznaje, że w ostatnim okresie ministerstwu „zasygnalizowane zostały trudności w zakresie czynności dowodowych, tj. przeprowadzenia dowodu z opinii biegłych”. – Skutkowało to podjęciem przez prezesów poszczególnych sądów czynności nadzorczych w celu wyeliminowania niekorzystnych zjawisk – mówi Loose. I nie ukrywa, że czasem skompletowanie zespołu biegłych napotyka znaczne trudności i wydłuża czas postępowania. – Sytuacja ta wystąpiła przede wszystkim latem 2014 r. w okresie urlopowym – informuje.

Czyżby więc to biegli byli winni? Jak pokazuje przypadek opisany przez trójmiejską „GW”, czasem zdarza się, że ci sądowi eksperci w ogóle nie dostarczają sędziom opinii, które są niezbędne dla podjęcia decyzji w każdej, konkretnej sprawie. Dlaczego? Ponieważ „mają dużo zleceń, a chętnych do takiej pracy brakuje z uwagi na niskie stawki”.

„To nie jest robota na trzy godziny”

O tym, że to właśnie biegli są „najsłabszym ogniwem” całego mechanizmu, przekonana jest Julia Pitera, która na antenie TVN 24 zwracała niedawno uwagę, że „sądy tolerują bardzo niską jakość pracy biegłych”. Dodawała też, że nieprawdą jest, iż sądowi eksperci są słabo wynagradzani. Wedle niej każdy biegły może wycenić swoją pracę, a sąd może ową wycenę „zaakceptować lub odrzucić”. A co na to sami zainteresowani?

Prosząca o anonimowość biegła z zakresu psychiatrii tłumaczy, że w typowym przypadku obowiązuje taryfikator, zgodnie z którym ekspert za jedną konsultację medyczną (niekoniecznie związaną z „ustawą o bestiach”) otrzymuje od 90 do 189 zł. – To może być od jednej do kilku godzin mojej pracy – mówi.

Arkadiusz Bilejczyk, biegły seksuolog przy Sądzie Okręgowym Warszawa-Praga z siedmioletnim doświadczeniem, zaznacza jednak, że w trudniejszych przypadkach, jak np. sprawach zabójców czy gwałcicieli, jeden dzień pracy nie wystarczy, by wydać rzetelną opinię. A trzeba pamiętać, że jej treść może mieć ogromne znaczenie dla przyszłych losów badanej osoby.

Bilejczyk tłumaczy, że poza standardowym, trwającym ok. 1,5 h badaniem, trzeba też przeprowadzić kilkugodzinne testy, odwołać się do statystyk, literatury przedmiotu, porównać dany przypadek z innymi itd. – Powiedzmy, że muszę przeanalizować słownictwo podejrzanego pod kątem tego, czy przejawiana przez niego agresja może mieć związek z odczuwaniem seksualnej przyjemności. To nie jest robota na trzy godziny – mówi biegły.

– Ostatnio przekazano mi 19 płyt DVD z materiałami pornograficznymi. Moim zadaniem było określić, czy są tam osoby małoletnie – mówi z kolei Marcin Borowski, biegły psycholog i seksuolog, prezes fundacji Asymetria, zajmującej się promowaniem dobrych praktyk w opiniowaniu sądowym. – To ogromny materiał dowodowy, który wymaga sporo czasu – twierdzi.

4 lata czekania na pieniądze

Arkadiusz Bilejczyk przyznaje, że w trudniejszych przypadkach biegły może zwrócić się do sądu z prośbą o to, by wynagrodzenie było rozliczane w trybie godzinowym, a nie ryczałtem (dokładnie tak, jak twierdzi Julia Pitera). Tyle tylko że ostatecznie to sędzia decyduje, jaka formą płatności wybierze, a co więcej, biegły dowie się o tym po fakcie. – Koledzy opowiadali mi, że zdarza się, iż zgodnie z przedstawioną wyceną mieli otrzymać 900 zł, a sąd już po dostarczeniu opinii decydował się na ryczałt, płacąc 180 zł – mówi. Swoją drogą, jak wynika z rozmowy z innym biegłym z zakresu seksuologii, wspomniana stawka godzinowa również nie jest oszałamiająca – to 31 zł 97 gr brutto.

Co więcej okazuje się, że biegli psycholodzy, psychiatrzy czy seksuolodzy często wynagrodzenie z sądów otrzymują np. po upływie pół roku. „Rekordzista” wspomina o czterech latach. – Zapomniałem nawet, że wystawiłem taki rachunek – przyznaje, prosząc o anonimowość.

Inny z biegłych (zajmujący się psychiatrią) dodaje, że w środowisku funkcjonują swoiste prywatne „czarne listy” z nazwiskami sędziów, o których powszechnie wiadomo, że nie są skorzy do przyznawania „uczciwego” wynagrodzenia za pracę sądowych ekspertów. Czy można się w takiej sytuacji dziwić, że czasem brakuje chętnych, by podejmować się najtrudniejszych spraw – tak, jak miało to miejsce w Gdańsku?

„Rentgen w oczach”

Biegli, z którymi udało się nam porozmawiać, twierdzą, że w wielu przypadkach sędziowie spychają na nich część swoich obowiązków, a także odpowiedzialności. Zdaniem Borowskiego czasem oczekiwania wobec biegłych są budowane tak, jakby mieli niemal „rentgen w oczach” i byli w stanie odpowiedzieć sądowi na każde pytanie.

„Sądy nader często oczekują od biegłych nie tyle wiadomości specjalnych (w myśl art. 193 i art. 202 KPK), co wydania „wyroku” – wyręczania organów procesowych poprzez stawianie wniosków, które bezpośrednio przekładają się na wydawane orzeczenia” – pisze w swoim oświadczeniu fundacja, w której zasiada Marcin Borowski. „Biegli nie powinni zgadzać się na takową praktykę” – czytamy w dokumencie. Jednak na co dzień często się zgadzają: jak twierdzi Borowski – skuszeni perspektywą zarobku czy „zaistnienia w sądzie”, wolą nie przeciwstawiać się sędziom.

– Opiniowałem kiedyś świadka w trakcie rozprawy. Sędzia zapytał mnie o wiarygodność jego zeznań. Odpowiedziałem, że jako biegły nie jestem władny się na ten temat wypowiadać. „Ale przed panem wszyscy biegli się wypowiadali” – zdziwił się sędzia – wspomina Borowski.

Dlatego też fundacja Asymetria wiele zarzutów kieruje także pod adresem samych sądowych ekspertów. „W naszej ocenie potrzebna jest publiczna dyskusja o błędach i nadużyciach biegłych, które w efekcie mogą mieć poważne skutki dla przebiegu postępowania procesowego oraz samych osób badanych” – pisze fundacja.

„Problemy nie są systemowe”

Ale biegli nie ukrywają, że nie tylko relacje z sędziami, lecz i sama ustawa generuje pewne problemy związane z ich pracą. Chodzi np. o to, że wedle jej zapisów zadaniem biegłego jest określić, czy dana osoba po wyjściu na wolność stwarzać będzie „wysokie”, czy „bardzo wysokie” zagrożenie. – Szczerze, nie mam zielonego pojęcia, jak rozgraniczać oba przypadki. Ustawa nigdzie tego nie definiuje, a sami biegli nie dysponują żadnymi narzędziami pomiaru, za pomocą których można by dokonać takiego rozróżnienia – mówi Borowski.

Jednak problemów z głośną ustawą jest więcej: Ministerstwo Sprawiedliwości sygnalizuje na przykład, że niektóre wnioski o umieszczenie w ośrodku w Gostyninie lub zastosowanie nadzoru prewencyjnego zostały złożone do sądów przez dyrektorów zakładów karnych… na kilka dni przed terminem zakończenia odbywania kar pozbawienia wolności przez osoby, których wnioski dotyczyły. – Zatem już na wstępnym etapie tych postępowań determinowało to brak możliwości wydania orzeczenia przed zakończeniem odbywania kary pozbawienia wolności – dodaje Loose.

Jakby tego było mało, w dwóch przypadkach postępowania w ramach „ustawy o bestiach” nie zostały zakończone, bo sądy postanowiły najpierw skonsultować z Trybunałem Konstytucyjnym, czy te przepisy są zgodne z konstytucją. – Sprawy te zostały połączone z wnioskami Prezydenta RP oraz Rzecznika Praw Obywatelskich [którzy również wnioskowali, by TK przyjrzał się ustawie – przyp. red.], w celu ich łącznego rozpatrzenia – tłumaczy Loose.

A co będzie działo się do tego czasu? Czy resort uważa, że ustawa działa należycie? – Praktyka orzecznicza nie świadczy o występowaniu problemów o charakterze systemowym, ewentualne nieprawidłowości wystąpić mogą jedynie w poszczególnych postępowaniach. Ich wyeliminowanie jest możliwe w ramach nadzoru sprawowanego przez prezesów sądów – ocenia Loose. Policja zapewnia zaś, że w przypadku, gdy byli więźniowie wyjdą na wolność, będą skutecznie monitorowani dzięki zastosowaniu dozoru.
Żródło info i foto: Gazeta.pl

Ustawa o bestiach nie jest zgodna z konstytucją?

Sąd Okręgowy w Lublinie uznał, że ustawa „na niebezpiecznych” może być sprzeczna z konstytucją. Mariusz Trynkiewicz na jej podstawie już od tygodnia przebywa w zamkniętym ośrodku. Ustawa „o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzających zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób” weszła w życie w lutym. Uchwalono ją, aby zapobiec wyjściu na wolność osób, które skazano w PRL-u na karę śmierci i zamieniono ją amnestią z 1989 r. na karę 25 lat pozbawienia wolności. Tyle że takie osoby są najwyżej trzy, łącznie ze skierowanym tydzień temu na bezterminową izolację Mariuszem Trynkiewiczem, zabójcą czterech chłopców. Tymczasem do sądów wpłynęły już wnioski w sprawie 27 osób. Żródło info i foto: Wyborcza.pl

Ustawa o bestiach w Trybunale Konstytucyjnym

Prezydent Bronisław Komorowski skierował do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o zbadanie ustawy dotyczącej nadzoru nad najgroźniejszymi przestępcami. Chodzi o ustawę z 22 listopada 2013 r. o postępowaniu wobec osób z zaburzeniami psychicznymi stwarzających zagrożenie życia, zdrowia lub wolności seksualnej innych osób. Podpisując tę ustawę, prezydent zapowiadał, że skieruje ją do Trybunału. W kontekście nowych przepisów najczęściej wymieniany jest przypadek Mariusza T., skazanego w 1989 r. za zabójstwo czterech chłopców. Jego kara zakończyła się 11 lutego. W poniedziałek rzeszowski sąd okręgowy uznał T. za osobę stwarzającą zagrożenie dla innych i nakazał umieścić go w Krajowym Ośrodku Zapobiegania Zachowaniom Dyssocjalnym w Gostyninie. Żródło info i foto: RMF24.pl

Mariusz T. nie stawił się w sądzie

W Sądzie Okręgowym w Rzeszowie rozpoczęła się druga rozprawa o uznanie Mariusza T. za osobę z zaburzeniami psychicznymi zagrażającą innym, która musi być izolowana w specjalnym ośrodku w Gostyninie. T. nie pojawił się na sali rozpraw. Jego obecność nie jest obowiązkowa. Za zamkniętymi drzwiami przesłuchiwani są tylko świadkowie – ustalił reporter RMF FM Maciej Grzyb. Pierwsza rozprawa ws. T. odbyła się 10 lutego. Odroczono ją wówczas do 3 marca, czyli do dziś, ze względu na konieczność przesłuchania dwóch świadków, o co wnioskował pełnomocnik Mariusza T. Marcin Lewandowski. Ponadto wówczas do sądu nie dotarły jeszcze wysłane pocztą przez adwokata uwagi i zastrzeżenia dotyczące opinii wydanych przez biegłych: psychiatrów, psychologa i seksuologa. Żródło info i foto: RMF24.pl

Trwa druga rozprawa o uznanie Mariusza T. za niebezpiecznego

Rozpoczęła się druga rozprawa o uznanie Mariusza T. za osobę z zaburzeniami psychicznymi zagrażającą innym, która musi być izolowana w specjalnym ośrodku w Gostyninie. Mariusza T. nie ma na sali rozpraw. Jego obrońca zapowiedział, że wystąpi o powołanie nowych biegłych. Pierwsza rozprawa odbyła się 10 lutego; odroczono ją wówczas do 3 marca ze względu na konieczność przesłuchania dwóch świadków, o co wnioskował pełnomocnik Mariusza T. Marcin Lewandowski. Ponadto wówczas do sądu nie dotarły jeszcze wysłane pocztą przez adwokata uwagi i zastrzeżenia dotyczące opinii wydanych przez biegłych: psychiatrów, psychologa i seksuologa. Żródło info i foto: TVP.info

Wynoszono i niszczono materiały z celi Mariusza T.

Kierownictwo zakładu karnego w Rzeszowie od blisko dwóch lat wiedziało o tym, że Mariusz T. miał w celi prace z wizerunkami dzieci – wynika z informacji tvn24.pl. W grudniu dyrektor nakazał zniszczenie tylko części z nich, bo uznał je za niestosowne. Nie powiadomił prokuratury, T. nie został ukarany. Sprawa materiałów wróciła w dziwnych okolicznościach dopiero tuż przed jego wyjściem z więzienia. Czy taki plan stworzono już dawno temu? Wszystkie poszlaki na to wskazują. W poniedziałek Sąd Okręgowy po raz drugi zajmie się wnioskiem dyrektora Zakładu Karnego w Rzeszowie ppłk. Roberta Koguta o uznanie Mariusza T. za osobę z zaburzeniami psychicznymi zagrażającą innym. Żródło info i foto: tvn24.pl