Olecko: Tajemniczy mężczyzna zamieszany w śmierć 9-miesięcznej dziewczynki?

PHOTO PAWEL KICOWSKI SUPER EXPRESS OLECKO ANNA W. ZAMORDOWALA WLASNA CORECZKE BLANKE 9 MIESIECY. POLICJA PROWADZI POSTEPOWANIE W TEJ SPRAWIE, KOBIECIE POSTAWIONO ZARZUT ZABOJSTWA. ZABOJSTWO MORDERSTWO DZIECKO DZIEWCZYNKA BLANKA 24 /06/2019/ WSZYSTKIE ZDJECIA NA HTTP://AGENCJA.SE.COM.PL

Śmierć dziecka w Olecku wstrząsnęła całą Polską. O bestialskie zabójstwo 9-miesięcznej Blanki podejrzani są jej rodzice. Według sąsiadów w sprawę może być zamieszany często widywany w okolicy mężczyzna.

9-miesięczne dziecko zmarło w Olecku w piątek wieczorem. Jeszcze tego samego dnia rodzice dziewczynki zostali zatrzymani. Po tym, jak sekcja zwłok wykazała, że Blanka „była uderzana tępym, twardokrawędzistym narzędziem”, miała serce przebite złamanym żebrem i została zgwałcona, jej rodzice usłyszeli zarzuty zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem i wykorzystywania seksualnego.  Sami jednak nie przyznają się do winy.

Sąsiedzi pary z Olecka mówią o tajemniczym mężczyźnie

35-letnia Anna W. i 45-letni Grzegorz W. najbliższe trzy miesiące spędzą w areszcie. W międzyczasie na jaw wychodzą kolejne fakty związane ze zbrodnią w Olecku. Z ustaleń Faktu wynika, że w sprawę może być zamieszany tajemniczy mężczyzna, który był widywany przez sąsiadów pary. Jak mówią w rozmowie z Fakt24.pl, widzieli jak wychodził z mieszkania Anny W. i Grzegorza W. w piątek dwie godziny przed zgłoszeniem śmierci Blanki. Mężczyzna miał często odwiedzać Annę W., urządzać imprezy i zostawać na noc.

Na razie policja nie potwierdza, żeby w sprawie zabójstwa 9-miesięcznej dziewczynki była poszukiwana inna osoba.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Oficer rosyjskiego wywiadu zamieszany w strącenie MH17. Amatorzy pomogli go zidentyfikować

Internetowi śledczy z portalu Bellingcat zidentyfikowali kluczową postać zamieszaną w zestrzelenie malezyjskiego boeinga nad Donbasem. To oficer GRU i były „minister obrony” Osetii Południowej Oleg Władimirowicz Iwannikow ps. Orion.

„Orion” był jedną z dwóch najważniejszych postaci odpowiedzialnych za katastrofę, których tożsamość była dotychczas nieznana. W 2016 roku Połączony Zespół Śledczy (JIT) badający sprawę MH17 ogłosił, że poszukuje informacji na temat dwóch osób, których rozmowę Służba Bezpieczeństwa Ukrainy. Byli to wojskowi dowódcy, posługujący się pseudonimami Nikołaj Fiodorowicz „Delfin” i Andriej Iwanowicz „Orion”. Już w ubiegłym roku śledczy-amatorzy z portalu Bellingcat ustalili, że „Delfin” to gen. Nikołaj Tkaczow, służący obecnie jako główny inspektor rosyjskiego Centralnego Okręgu Wojskowego. Teraz Bellingcat wraz z dziennikarzami rosyjskiego portalu The Insider zidentyfikował także „Oriona”. To Oleg Władimirowicz Iwannikow, funkcjonariusz Głównego Zarządu Wywiadowczego (GRU), rosyjskiego wywiadu wojskowego.

W czasie, kiedy doszło do katastrofy Iwannikow był najwyższym rangą wojskowym w tzw. Ługańskiej Republice Ludowej i dowodził walkami lokalnymi sił w tym regionie. Według śledczych z Bellingcat, to on odpowiadał też ża przywiezienie z Rosji systemu przeciwlotniczego BUK, za pomocą którego Rosjanie strącili cywilny samolot, zabijając 298 osób. Świadczą o tym fragmenty przechwyconych rozmów, podczas których Iwannikow cieszy się, że dzieki przywiezionym rakietom jego żołnierze będą mogli strącać ukraińskie samoloty. On też już po katastrofie organizować miał eksfiltrację BUK-a za pomocą lawet.

Po nitce do kłębka

Internetowi śledczy w swoich działaniach opierali się na informacjach z otwartych źródeł. Wraz z nagraniami rozmów SBU udostępniła numer telefonu uczestników rozmowy. Dzięki pomocy ukraińskich dziennikarzy udało się im ustalić numery telefonu, z którymi łączył się telefon „Delfina”. Po sprawdzeniu ich w internetowych bazach takich jak Truecaller.com, okazało się, że należy jeden z nich należy właśnie do Iwannikowa, posługującego się również pseudonimami „Andriej Iwanowicz GRU ot Hasski” i „Oreon”. Dzięki dalszym poszukiwaniom w internecie oraz rozmowom z ludźmi z Osetii Południowej – wspieranej przez Rosję separatystycznej republiki powstałej w wyniku wojny z Gruzją – udało się ustalić, że Iwannikow – posługując się fałszywym imieniem Andriej Iwanowicz Laptiew – był przez pewien czas ministrem obrony nieuznawanego państwa. Przedetem był szefem think-tanku Centrum „Rosja-Kaukaz” Międzynarodowego Instytutu Nowopowstałych Państw. Co ciekawe, przedstawicielem tego samego ośrodka był Mateusz Piskorski, oskarżony w Polsce o szpiegostwo na rzecz Rosji.

Specjaliści z Bellingcat dowiedli też, że Iwannikow vel Laptiew nadal pracuje dla rosyjskiego wywiadu. Świadczy o tym zarejestrowane w internecie zamówienie złożone z jego numeru pod adres, w pobliżu którego znajduje się siedziba GRU. Okazało się również, że Iwannikow jest związany z Grupą Wagnera, prywatną firmą wojskową, która walczyła w imieniu Rosji w Donbasie i Syrii.

Rosja w opałach

Identyfikacja „Oriona” to kolejny przełom w śledztwie w sprawie katastrofy z sierpnia 2014 roku. Dzień Połączony Zespół Śledczy (JIT) pod przewodnictwem Holandii ogłosił, że system BUK wykorzystany do zestrzelenia boeinga został przywieziony bezpośrednio z Rosji i należy do 53. brygady przeciwlotniczej z Kurska. Potwierdzili w ten sposób to, do czego wiele miesięcy wcześniej doszli aktywiści z Bellingcat. Na podstawie tych informacji szefowie MSZ Holandii i Australii oskarżyli Rosję o spowodowanie katastrofy samolotu.

Odkrycie Bellingcat zapewne pomoże śledczym z JIT w kolejnym etapie śledztwa, polegającym na ustaleniu osób bezpośrednio odpowiedzialnych za zestrzelenie boeinga Malaysia Airlines.
Źródło info i foto: wp.pl

Bartłomiej Misiewicz zamieszany w aferę korupcyjną w PGZ?

Polską Grupę Zbrojeniową oplotła sieć niejasnych powiązań między stowarzyszeniami, firmami i osobami związanymi z Bartłomiejem Misiewiczem. Sprawę afer niewygodnych dla PiS opisują Marek Pyza i Marcin Wikło w dzisiejszym wydaniu tygodnika „Sieci”. Sam Misiewicz nazwał artykuł „paszkwilem” i zapowiedział podjęcie kroków prawych przeciwko autorom tekstu.

Dlaczego o podobnych aferach nie jest głośno w mediach? Autorzy „Sieci” stawiają tezę, że Zjednoczona Prawica unika pokazywania swoich ludzi, którzy mają problemy z prawem. Z kolei PO zapowiada likwidację CBA i twierdzi, że służba jest „policją polityczną”. Aresztowania ludzi obecnej władzy nie wpisują się w tę narrację opozycji.

Cena szkolenia: 1800 zł za godzinę

Tymczasem CBA prowadzi liczne postępowania w sprawach, które mają bezpośredni związek z PiS. „Sieci” ujawniają zawiadomienie do prokuratury, które dotyczy szkoleń z zakresu społecznej odpowiedzialności biznesu i koncertu „Głos Wolności” w czerwcu 2016 roku.

Najpierw PGZ zamówiło szkolenia u Stowarzyszenia dla Dobra Rzeczpospolitej – Propter Bonum Republicae. Choć organizacja nie miała żadnego doświadczenia w branży, na jej konto trafiły 491 964, 33 złote. Co ważne, faktura została wystawiona za szkolenia.

Stowarzyszenie niemal natychmiast przelało 391 tys. złotych firmie PR Ten Team. Dlaczego? Bartłomiej Misiewicz wskazał Ten Team jako organizatora koncertu „Głos Wolności” oraz wystawy z okazji 40-lecia KOR. Zaproponował również, by PGZ przejęła finansowanie obu wydarzeń.

Co ciekawe, koszty organizacji koncertu wskazane przez Misiewicza wynoszą dokładnie 491 964, 33 złote. Okazuje się więc, że Stowarzyszenie dla Dobra Rzeczpospolitej stało się pośrednikiem. Osoby decyzyjne w PGZ wiedziały, że niemal pół miliona złotych przelanych na konto stowarzyszenia nie miało zostać przeznaczone na szkolenia, za które wystawiono fakturę.

Sprawa szkoleń wróciła, gdy CBA zaczęło domagać się wyjaśnień. PGZ i Stowarzyszenie dla Dobra Rzeczpospolitej stworzyły dokumenty, z których wynika, że koszt godzinnego szkolenia jednego pracownika to niemal 1800 złotych. To absurdalne stawki, w które nikt nie wierzy.

Przeniesiony koncert i znikająca wystawa

Koncert „Głos Wolności”, upamiętniający zryw robotników z 1976 roku, odbył się 26 czerwca 2016 roku. Jednak wbrew zapisom zawartym w umowie nie koncertowano na pl. Piłsudskiego w Warszawie, ale w hotelu Victoria.

Zarząd PGZ zatwierdził właściwy wniosek o finansowanie wydarzenia dwa tygodnie po dacie koncertu (7 lipca). Z kolei Rada Nadzorcza potwierdziła wszystkie wydatki na imprezę (516 tys. złotych) dopiero 5 września. Co ciekawe, pięć dni wcześniej do składu Rady Nadzorczej PGZ dołączył Bartłomiej Misiewicz.

Umowa dotycząca organizacji koncertu zostaje podpisana 26 września. W jej ramach stowarzyszenie miało również zorganizować wystawę multimedialną w Kielcach. Protokół należytego wykonania wystawy podpisano na dziesięć dni przed zawarciem samej umowy (16 września). Jednak wystawa wcale się nie odbyła -ustaliło CBA.

Mąż właścicielki apteki, w której pracował Misiewicz

Ostatecznie na konto stowarzyszenia trafiają 737 947,74 złote. Z tej kwoty 705 tys. złotych otrzymuje Ten Team. W sprawę zamieszanych jest kilka osób, jednak kluczową rolę odgrywa wiceprezes PGZ Radosław Obolewski.

Prywatnie jest on mężem Anny Obolewskiej, właścicielki apteki w Łomiankach, w której przed wejściem do polityki pracował… Bartłomiej Misiewicz. CBA uzyskało informacje o relacjach osobistych między Obolewskim a Misiewiczem.

To tylko wierzchołek niejasnych powiązań, które wytworzyły się wokół PGZ. CBA ma wiele dowodów na istnienie swoistej sieci firm, które oplotły Polską Grupę Zbrojeniową. Więcej o sprawie przeczytasz w artykule „Pilnowanie dobrej zmiany”, autorstwa Marka Pyzy i Marcina Wikły, który ukazał się w dzisiejszym wydaniu tygodnika „Sieci”.

Misiewicz komentuje doniesienia tygodnika „Sieci”

Do artykułu odniósł się Bartłomiej Misiewicz, który stwierdził, że artykuł mija się z prawdą i zapowiedział, że podejmie kroki prawne w sprawie.

„W związku ze szkalującymi mnie treściami zawartymi w artykule »Tak CBA łapie swoich« w Tygodniku Sieci informuję, że przedstawiony opis ma się nijak do rzeczywistości, a więc autorzy tego paszkwilu muszą się liczyć z konsekwencjami prawnymi” – napisał Misiewicz na Twitterze.
Źródło info i foto: onet.pl

Sprawa Igora Stachowiaka. Jeden z policjantów zamieszanych w sprawę pracuje w ŻW

Jeden z byłych policjantów, którym prokuratura postawiła zarzuty m.in. przekroczenia uprawnień ws. śmierci Igora Stachowiaka na komisariacie policji we Wrocławiu, pracuje w Żandarmerii Wojskowej – informuje Polsat News. Kiedy media nagłośniły sprawę okoliczności śmierci Igora Stachowiaka, Komendant Główny Policji zapewniał, że w tej formacji nie ma miejsca dla takich funkcjonariuszy.

Czterej policjanci, którzy przesłuchiwali Stachowiaka, stracili pracę w policji. Jednak jeden z nich, jak informuje Polsat News, już dwa tygodnie po tragedii rozpoczął służbę w Żandarmerii Wojskowej. Adam W. został zatrudniony w tej podlegającej MON formacji 1 czerwca 2016 roku.

Przypomnijmy, że byli policjanci – jak informowała niedawno prokuratura – usłyszeli zarzuty fizycznego i psychicznego znęcania się nad osobą pozbawioną wolności.
Źródło info i foto: interia.pl

Dwie kolejne osoby z zarzutami w związku z zamachami w Paryżu

Belgijska prokuratura federalna ogłosiła w czwartek, że w ramach śledztwa w sprawie zamachów w Paryżu z listopada 2015 r. postawiono zarzuty dwóm kolejnym osobom zamieszanym w ataki; podejrzani zostali we wtorek zatrzymani w aglomeracji brukselskiej. Według komunikatu prokuratury Farid K. oraz Meryem E. B. „są podejrzani o dostarczenie Khalidowi El Bakraoui fałszywych dokumentów użytych w czasie przygotowań do zamachów w Paryżu”. Bakraoui to jeden z zamachowców samobójców, którzy wysadzili się na lotnisku Zaventem w Brukseli 22 marca 2016 r.; był ponadto zamieszany w organizację ataków paryskich.

Zarówno Faridowi K., jak i Meryem E. B. postawiono zarzuty fałszerstwa oraz posługiwania się fałszywymi dokumentami; Faridowi K. zarzuca się ponadto, iż kierował działaniami grupy terrorystycznej. Mężczyzna został aresztowany, a kobietę warunkowo wypuszczono na wolność.

Udzielenie pomocy logistycznej

W związku z przygotowywanymi z Brukseli zamachami w Paryżu w ramach belgijskiej części śledztwa postawiono zarzuty około 20 osobom. Podejrzewa się je przede wszystkim o udzielenie pomocy logistycznej terrorystom oraz wsparcia jedynemu żyjącemu członkowi grupy zamachowców z Paryża Salahowi Abdeslamowi w czasie jego trwającej cztery miesiące ucieczki przed policją.

W rezultacie serii ataków przeprowadzonych 13 listopada 2015 roku w różnych częściach Paryża zginęło 130 osób, a ok. 350 zostało rannych. Do zamachów przyznało się Państwo Islamskie (IS).
Żródło info i foto: polsatnews.pl

Fundacja Leonardo DiCaprio pod lupą. Zdefraudowano ogromną kasę?

Aktor jest podejrzany o udział w malwersacjach pieniężnych na ogromną skalę. Wszczęto śledztwo. Badana jest fundacja DiCaprio.

Czy Leonardo DiCaprio brał udział w defraudacji 3,5 miliarda dolarów z malezyjskiego funduszu gospodarczego? Właśnie rozpoczęło się śledztwo, w którym badana jest fundacja aktora. Z najnowszych informacji podawanych przez CBS, wynika, że niektórzy z darczyńców fundacji Leo są zamieszani w malwersacje. Organizacja Bruno Manser, zajmująca się zbiorem środków na ochronę lasów tropikalnych, wezwała fundację Leo do spłacenia wszystkich darowizn, jakie otrzymała od Rizy Aziza, pasierba malezyjskiego premiera Najiba Razaka. Przedstawiciele Bruno Manser twierdzą, że pieniądze, które miały być przeznaczone na rozwój ekonomiczny Malezji, trafiły do fundacji DiCaprio a on i jego współpracownicy wydali je m.in. na drogiego szampana, dzieła sztuki, a nawet dofinansowanie „Wilka z Wall Street”.

„Jesteśmy głęboko poruszeni, że Leonardo DiCaprio i jego fundacja akceptują aktywa, które pochodzą z malwersacji finansowych. To jest hańba i całkowita sprzeczność z deklarowanymi celami jego fundacji. Wzywamy DiCaprio do spłaty wszystkich środków, pochodzących z nielegalnych źródeł”.

Jak wiadomo, Leonardo od dawna zajmuje się promowaniem ochrony środowiska i wspiera ten cel finansowo. Właśnie po to założył swoją fundację. Jak widać, nie wszystko może tam działać tak, jak powinno. Szczegóły sprawy są jeszcze nieznane.

Jest to kolejna już „wpadka” Leo, związana z ochroną środowiska. Wcześniej, wiosną 2016, w trakcie festiwalu w Cannes, DiCaprio nazwany został hipokrytą, bo poleciał prywatnym odrzutowcem z Cannes do Nowego Yorku. Wszystko po to, by… odebrać nagrodę za swój wkład w działania proekologiczne. Nie uszło uwadze mediów i osób z organizacji „eko”, że aktor spalił wtedy ponad 3 tysiące litrów paliwa. Leciał 8 tysięcy mil dla chwili splendoru.

Tamta sprawa przycichła, jednak podejrzenie o dysponowanie pieniędzmi z malwersacji dla Leo może skończyć się poważnym uszczerbkiem w reputacji. Uszczerbkiem – zakładając, że aktor nie jest w sprawę zamieszany. W przeciwnym razie nie będzie to tylko plama na wizerunku.
Żródło info i foto: Radio ZET.pl

„Mężczyzna w kapeluszu” schwytany. Seria zatrzymań w Belgii

– Belgijskie służby aresztowały Mohameda Abriniego – twierdzi belgijski nadawca publiczny VRT. To Abrini ma być niesławnym „człowiekiem w kapeluszu”, którego nagrały kamery na lotnisku w Brukseli i którego wcześniej francuskie służby zaczęły poszukiwać w związku z listopadowymi zamachami w Paryżu. Belgijska prokuratura nie potwierdziła wprost informacji VRT, ale przyznała, że przeprowadzono serię aresztowań i zatrzymano kilka osób zamieszanych w zamachy na brukselskie lotnisko oraz metro. Według VRT zatrzymanie Abriniego jest jednak „bardziej niż prawdopodobne”. Równocześnie miał wpaść inny terrorysta, którego widziano z zamachowcem z brukselskiego metra. Jego tożsamość nie jest znana.

Zamieszani w najkrwawsze zamachy w Europie od lat

31-letni Abrini jest obecnie najbardziej poszukiwanym terrorystą w Europie. Francuskie służby zidentyfikowały go na nagraniach z kamer jako osobę siedzącą w samochodzie z Salahem al-Abdeslamem, jednym z organizatorów zamachów Paryżu. Abrini ma być też osobą, która została nagrana na lotnisku w Brukseli chwilę przed uderzeniem zamachowców samobójców. Szedł obok nich w charakterystycznym kapeluszu i prowadził wózek z bagażami, w których była ukryta kolejna bomba. Z nieznanych powodów jej nie zdetonował i uciekł. W serii zamachów w Brukseli 22 marca zginęły 32 osoby a 316 zostało rannych, w tym wiele ciężko. Dwaj samobójcy wysadzili się na lotnisku a jeden w metrze. Natomiast w serii ataków w Paryżu w nocy z 13 na 14 listopada siedmiu zamachowców zabiło w różnych częściach miasta 130 osób a niemal 400 ranili. Do obu zamachów przyznało się tak zwane Państwo Islamskie.
Żródło info i foto: tvn24.pl

12-latek z Będzina był zamieszany w sprawę podpalenia bezdomnego

Na początku czerwca sąd rodzinny skierował 12-letniego Michała z Będzina do placówki wychowawczej. To ten chłopiec prawdopodobnie nie żyje. Wszystko wskazuje na to, że to jego zwłoki znaleziono przedwczoraj w Będzinie. Kilka lat temu chłopiec wraz z rodzeństwem był już w domu dziecka, bo ojciec nie radził sobie z ich wychowaniem. W ubiegłym roku ojcu znowu ograniczono prawa rodzicielskie.

Przejawiał agresję, odnosił się wulgarnie do uczniów i nauczycieli, były z nim duże problemy dydaktyczne – mówi o 12-latku sędzia Elżbieta Urban. Chłopiec miał też podpalić bezdomnego. Postępowanie w tej sprawie nie jest jeszcze prawomocnie zakończone, ale potwierdzam, że takie się toczy – dodaje sędzia. Na pytanie, czy chłopiec uciekał wcześniej z domu, odpowiada: Z informacji kuratora wiem, że kurator odwiedzał rodzinę o godzinie 22.00, a chłopca jeszcze nie było w domu. W przyszłym tygodniu mamy poznać wyniki badań DNA, które mają ostatecznie stwierdzić, czy znalezione zwłoki to ciało 12-latka.
Przeprowadzą kolejne badania, by ustalić przyczynę śmierci

Wstępne wyniki sekcji zwłok nie wyjaśniają, jaka była przyczyna śmierci chłopca. Wskazują, że śmierć nastąpiła przed tygodniem. By ustalić przyczyny zgonu, prokuratura zleciła jeszcze badania toksykologiczne i histopatologiczne, które mają wykazać, jakie – i czy w ogóle jakiekolwiek – substancje mogły znajdować się w organizmie zmarłego. Ich wynik ma być znany za kilka, a nawet kilkanaście tygodni.

Śledczy wstępnie wykluczyli udział osób trzecich – zabójstwo czy śmiertelne pobicie. Zdaniem specjalistów, na znalezionym ciele nie ma śladów sugerujących zbrodnię. Eksperci stwierdzili to, mimo że ciało jest w daleko posuniętym rozkładzie, a to m.in. z powodu ubiegłotygodniowych upałów. Chłopiec zniknął 8 czerwca. Po powrocie ze szkoły znów wyszedł z domu, nie informując nikogo, dokąd się wybiera. Od tego czasu nie było z nim kontaktu. Jego zaginięcie ojciec zgłosił dopiero 11 czerwca.
Żródło info i foto: RMF24.pl

Zatrzymano osobę zamieszaną w zamach w Tunezji

Aresztowano drugiego Marokańczyka poszukiwanego w związku z zamachem w muzeum Bardo w Tunisie 18 marca – podało tunezyjskie MSW. Mężczyzna został zatrzymany na granicy tunezyjsko-libijskiej. Poprzedni podejrzany został aresztowany w maju koło Mediolanu we Włoszech.

Mężczyzna, o którego aresztowaniu poinformowano w czwartek, został zidentyfikowany jako Nuredin al-Naibi. Został aresztowany w niedzielę na przejściu granicznym Ras Dżedir po powrocie do Tunezji z Libii.

Rzecznik tunezyjskiego MSW sprecyzował, że Marokańczyk był zamieszany „w sposób niebezpośredni” w marcowy zamach, podobnie jak inny jego współobywatel zatrzymany niedawno we Włoszech. Poinformowano, że mężczyzna posługiwał się fałszywym paszportem. Rzecznik nie podał żadnych szczegółów na temat jego roli w zamachu.

W ataku na muzeum Bardo, będące jedną z największych atrakcji turystycznych, w Tunisie zginęły co najmniej 22 osoby, w tym 21 zagranicznych turystów i tunezyjski policjant. Wśród zabitych byli m.in. turyści z Polski, Japonii, Francji i Włoch. Podczas operacji sił specjalnych zginęli też dwaj napastnicy. Tunezyjskie MSW podało, że w ramach śledztwa na temat okoliczności zamachu zatrzymało ok. 50 osób. Tunezyjskie władze wydały międzynarodowe nakazy aresztowania wobec dwóch Marokańczyków i Algierczyka.

W ubiegłym tygodniu włoska policja poinformowała o aresztowaniu młodego Marokańczyka, który przybył do Włoch na pokładzie łodzi z nielegalnymi turystami. 22 maja Marokańczyk, który twierdzi, że jest niewinny, odrzucił możliwość poddania się ekstradycji do Tunezji.
Żródło info i foto: interia.pl

Były senator Aleksander G. jest zamieszany w zabójstwo Jarosława Ziętary?

Były senator Aleksander G. został zatrzymany w poniedziałek na polecenie krakowskiej Prokuratury Apelacyjnej. Prawdopodobnie był zamieszany w zabójstwo Jarosława Ziętary, poznańskiego dziennikarza, porwanego i zamordowanego w 1992 roku. Jak poinformował Artur Wrona z krakowskiej prokuratury, Aleksander G. usłyszy zarzut podżegania do zabójstwa.

Jarosław Ziętara zaginął w Poznaniu 1 września 1992 r. w drodze do pracy. Jak ustaliła prokuratura, został porwany i zamordowany, jednak jego ciała nigdy nie odnaleziono. Po siedmiu latach śledztwo umorzono. Działania prokuratury były ostro krytykowane przez media. Sprawa została wznowiona w 2012 roku.

„Ziętara mógł się komuś narazić”

– Nie wiadomo, jaki mógł być motyw zabójstwa dziennikarza. Ziętara pisał o sprawach aferalnych, więc mógł się komuś narazić – mówi Piotr Żytnicki, dziennikarz śledczy poznańskiej „Gazety Wyborczej”. – Nie przypominam sobie, by któryś z tekstów Jarosława Ziętary dotyczył bezpośrednio Aleksandra G. – dodaje. Aleksander G. był znanym polskim biznesmenem. W 1990 roku tygodnik „Wprost” umieścił go na pierwszym miejscu listy najbogatszych Polaków. Zarabiał głównie na sieci kantorów. Był powiązany także ze słynną firmą Art-B. Urząd Ochrony Państwa zatrzymał go za działanie na szkodę tej spółki.

W 1993 roku został wybrany do Senatu jako kandydat niezależny. W 2001 roku został aresztowany w związku z podejrzeniami o oszustwa podatkowe i celne. Trzy lata później sąd skazał go na osiem lat więzienia.
Żródło info i foto: TVP.info