Zamieszki podczas demonstracji w stolicy Francji

​W Paryżu podczas demonstracji 1-majowej doszło do zamieszek. Zakapturzeni manifestanci z anarchistycznego ruchu black bloc zniszczyli około 20 witryn sklepowych, agencję nieruchomości, bank oraz McDonald’s. Policja użyła gazu łzawiącego – podają media.

Paryska demonstracja ruszyła z Placu Republiki pod sztandarem „za pokój, wolności i przeciw regresji społecznej”. Manifestacja zorganizowana została przez związki zawodowe CGT-Unsa-FSU-Solidaires, do której dołączyły organizacje studenckie i licealistów Unef, VL, MNL i FIDL, z żądaniami wyższych płac, lepszych usług publicznych, ochrony socjalnej i transformacji ekologicznej kraju.

Od oficjalnej demonstracji odłączyło się kilkadziesiąt ubranych na czarno i zamaskowanych osób. Na ulicach przylegających do Bulwaru Woltera demonstranci próbowali wznieść barykadę. Policja użyła wobec nich gazu łzawiącego.

Idący na czele paryskiego pochodu sekretarz generalny centrali związkowej CGT Philippe Martinez podkreślił, że związkowcy nie zaakceptują proponowanej przez prezydenta Emmanuela Macrona reformy emerytalnej i nie zgodzą się na podwyższenie wieku emerytalnego do 65 lat z obowiązujących obecnie 62. Jesteśmy zdecydowanie przeciwni jakiejkolwiek formie podniesienia wieku emerytalnego – wtórował mu sekretarz generalny FO Yves Veyrier. We Francji rozpoczęły się negocjacje ugrupowań lewicowych dotyczące porozumienia w sprawie koalicji przed wyborami parlamentarnymi.

Ponad 116, 5 tys. osób wzięto udział w niedzielę manifestacjach 1-majowych we Francji, w tym 24 tys. w Paryżu. Zatrzymano 50 osób, a 8 policjantów i żandarmów zostało rannych – podało Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Związek zawodowy CGT poinformował, że w manifestacjach wzięło udział 210 tys. osób, w tym około 50 tys. w Paryżu. Szef MSW Gerard Darmanin potępił „niedopuszczalną przemoc” wobec policjantów i strażaków podczas manifestacji w Paryżu.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Kazachstan: Antyrządowe protesty. 8 tys. zatrzymanych

W ciągu tygodnia od wybuchu gwałtownych zamieszek w Kazachstanie miejscowe służby bezpieczeństwa zatrzymały prawie osiem tysięcy osób – przekazał w poniedziałek resort spraw wewnętrznych tego kraju. Media donoszą o 164 ofiarach śmiertelnych demonstracji tłumionych przez wojsko i policję. Protesty wybuchły po tym, jak władze podniosły ceny gazu.

Demonstracje w całym Kazachstanie rozpoczęły się 2 stycznia i przerodziły w gwałtowne starcia z wojskiem i policją. Manifestanci początkowo protestowali przeciwko podwyżce cen gazu LPG używanego do tankowania samochodów, później ich postulaty przeszły w żądania polityczne. Sytuacja w Kazachstanie ustabilizowała się i znajduje się pod kontrolą władz, a zagrożenie terrorystyczne zostało zneutralizowane – zakomunikował w poniedziałek Komitet Bezpieczeństwa Państwowego (KNB). MSW Kazachstanu podało w poniedziałek, że do tej pory zatrzymano 7939 osób. W niedzielę resort informował o 5135 zatrzymanych.

Władze winią za wybuch przemocy „ekstremistów” i „terrorystów”, z których część – jak twierdzą – pochodzi z zagranicy. – Myślę, że mieliśmy do czynienia z rodzajem spisku, z udziałem krajowych i zagranicznych destabilizujących sił – powiedział w poniedziałek w państwowej telewizji sekretarz stanu i bliski współpracownik prezydenta Erlan Karin.

Prezydent Kazachstanu Kasym-Żomart Tokajew ogłosił w kraju stan wyjątkowy i nakazał wojsku i policji strzelać bez ostrzeżenia do „terrorystów”. Na jego prośbę do Kazachstanu przybyli także żołnierze Rosji, Armenii, Białorusi, Tadżykistanu i Kirgistanu, działający w ramach sił pokojowych Organizacji Układu o Bezpieczeństwie Zbiorowym (ODKB).

Tokajew zdymisjonował rząd i obniżył ceny gazu. Pod zarzutem zamachu stanu aresztowano byłego szefa KNB Kazachstanu Karyma Masymowa.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Pierwsze wyroki dla uczestników zamieszek w Rotterdamie

W środę zapadły pierwsze wyroki dla uczestników zamieszek, które wybuchły w piątek w Rotterdamie. Sąd w tym mieście skazał na karę pięciu miesięcy więzienia 26-letnią kobietę i 29-letniego mężczyznę. Nielegalny protest przeciwników obostrzeń wprowadzonych w związku z pandemią koronawirusa przerodził się w uliczną walkę protestujących z policją. Kilka osób trafiło do szpitala, aresztowano ponad pięćdziesięciu demonstrantów.

Sąd w Rotterdamie skazał na karę pięciu miesięcy więzienia Sharon M., mieszkankę wioski Spijkenisse w środkowej Holandii, musi ona ponadto zapłacić 1000 euro grzywny. Sharon M. udowodniono atak na policjanta. Rzucała także kamieniami w policyjny radiowóz. Mieszkającemu niedaleko Rotterdamu Terence’owi van den B. udowodniono rzucanie kostką brukową w funkcjonariuszy.

Kolejne procesy

– Atakowanie policji to jest bardzo poważna sprawa – ocenił sędzia, który zdecydował także, że skazani przez rok nie będą mieli wstępu do centrum Amsterdamu.

W najbliższych dniach odbędą się procesy kolejnych zatrzymanych. Minister sprawiedliwości Ferd Grapperhaus poinformował, że po zamieszkach, które miały miejsce także w innych miastach, zatrzymano 173 osoby i zaznaczył, że aresztowań będzie więcej.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Fala protestów w RPA po zatrzymaniu Zumy. 6 osób nie żyje

W RPA dochodzi do eskalacji protestów po zatrzymaniu byłego prezydenta Jacoba Zumy, w wyniku których zginęło już co najmniej sześć osób. Władze, chcąc doprowadzić do ustabilizowania sytuacji, zdecydowały się na użycie wojska. Dowództwo armii RPA poinformowało w poniedziałek o zamiarze wysłania swoich oddziałów do dwóch regionów kraju, w których dochodzi do eskalacji zamieszek na skutek aresztowania byłego prezydenta Jacoba Zumy, sprawującego ten urząd w latach 2009-2018.

Zuma został skazany na 15 miesięcy więzienia za obrazę sądu. Zgodnie z warunkami wyroku, będzie mógł się ubiegać o warunkowe zwolnienie za niecałe cztery miesiące. Ciążą na nim jednak dużo poważniejsze oskarżenia, między innymi o korupcję i pranie brudnych pieniędzy. Były prezydent miał działać w interesie trzech biznesmenów, którzy mieli wzbogacić się dzięki zasobom państwa. Zuma konsekwentnie nie stawiał się na przesłuchaniach w sprawie zarzutów korupcyjnych.

Zwolennicy Jacoba Zumy doprowadzili do gwałtownych protestów, które przerodziły się w siłowe starcia ze służbami bezpieczeństwa. Lokalne media informowały między innymi o płonących centrach handlowych, zamkniętych autostradach i rabowanych sklepach. Policja przekazała natomiast, że lokalny ruch uliczny został zakłócony przez protestujących, którzy stworzyli barykady z płonących opon. Media obiegło zdjęcie, które ukazuje ciemny dym unoszący się nad panoramą Johannesburga.

Poza Johannesburgiem do najgroźniejszych starć dochodzi obecnie w prowincji KwaZulu-Natal, w której Zuma dorastał, a obecnie przebywa w więzieniu. Dotychczas w starciach zginęło już co najmniej 6 osób, a 219 kolejnych aresztowano.

Na miejsca największych protestów wysłano dodatkowe siły policyjne, jednak ich zaangażowanie nie wystarczyło do opanowania sytuacji. W związku z tym, po czterech dniach od początku zamieszek, w poniedziałek została podjęta decyzja o wykorzystaniu wojska. „Narodowe Siły Obrony Południowej Afryki rozpoczęły proces i procedury przed rozmieszczeniem, zgodnie z prośbą o pomoc” – podano w oświadczeniu armii. Jak dodano, czas misji i liczba zaangażowanych żołnierzy będą uzależnione od bieżącej sytuacji.

Według komentatorów konfrontacja armii z ludźmi na ulicach może jednak doprowadzić do dalszej eskalacji rozruchów i utwierdzenia protestujących w przekonaniu, że Jacob Zuma jest ofiarą politycznej zemsty swojego następcy. Równocześnie w RPA wciąż obowiązuje czwarty w pięciostopniowej skali poziom obostrzeń z uwagi na pandemię COVID-19. Według rządowych wytycznych, zabronione jest gromadzenie się, a od godziny 21 do 4 rano obowiązuje godzina policyjna.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

USA: Raport odnośnie ataku na Kapitol. „Służby nie były przygotowane, zignorowano zagrożenie”

​Policja Kapitolu miała informacje na temat planowanych zamieszek 6 stycznia, ale nie były one rozpowszechniane wewnątrz instytucji. Ani policja, ani żadna ze służb nie miała też żadnego planu ochrony gmachu – wynika z opublikowanego we wtorek raportu Senatu. 127-stronicowy dokument przedstawiony przez połączone komisje Senatu jest wynikiem kilkumiesięcznego śledztwa.

W raporcie stwierdzono, iż „federalna społeczność wywiadowcza – przewodzona przez FBI i Departament Bezpieczeństwa Krajowego – nie ostrzegła o potencjalnej przemocy 6 stycznia”. Zdaniem autorów dokumentu „wywiadowcze oddziały USCP (Policji Kapitolu) nie przekazały posiadanych przez nie pełnych informacji nt. zagrożeń”, a USCP „nie była odpowiednio przygotowana, by zapobiec lub odpowiedzieć na zagrożenia bezpieczeństwa 6 stycznia, co przyczyniło się do wtargnięcia na Kapitol”.

Służby uznały, że zagrożenie nie jest poważne

Dołączone materiały sugerują też, że ani odpowiedzialne za to ministerstwo sprawiedliwości, ani sama policja nie miały żadnego planu na wypadek przemocy. Stało się tak, mimo że USCP od grudnia zbierała informacje na temat planów ekstremistów, w tym planów infiltracji tunelów pod Kapitolem i wtargnięcia do biur parlamentarzystów.

Jak się jednak okazało, informacje zbierane przez analityków nie zostały przekazane ani szefostwu, ani samym policjantom. Nie zrobiła tego też FBI, uważając zagrożenie ze strony sympatyków Donalda Trumpa za mało poważne. Dochodzenie ustaliło również, że nieprzejrzyste procedury biurokratyczne spowolniły odpowiedź na zamieszki i wezwanie na pomoc Gwardii Narodowej.

– Byliśmy źle przygotowani. Nie byliśmy informowani. Zostaliśmy zdradzeni – powiedział senatorom jeden z funkcjonariuszy. – Byłem przerażony, że żaden z szefów nie był z nami w łączności przez radio i nie pomagał nam. Przez godziny krzyki w radiu były okropne, widoki niewyobrażalne i doszło do kompletnej utraty kontroli. Przez godziny żaden z szefów nie przejął dowództwa i kontroli. Funkcjonariusze błagali o pomoc i opiekę medyczną – mówił inny.

„Błędy są oczywiste”

W konkluzjach raportu senatorowie zalecili m.in. całkowitą zmianę struktury dowodzenia i podejmowania decyzji w USCP, zmianę szefa instytucji, wzmocnienie działań wywiadowczych i uproszczenie procedur w sytuacjach nadzwyczajnych.

– Błędy są oczywiste. Wszystko to zostało dobrze podsumowane przez jeden fragment w naszym raporcie, gdzie jeden z funkcjonariuszy zadał tragicznie proste pytanie za pomocą radia: „Czy ktokolwiek ma jakiś plan?”. Niestety, nikt nie miał – powiedziała przewodnicząca komisji regulaminowej Senatu, Demokratka Amy Klobuchar.
Źródło info i foto: interia.pl

USA: Zamieszki po zastrzeleniu podejrzanego w Minneapolis

Zamieszki wybuchły w czwartek wieczorem w Minneapolis po tym, jak funkcjonariusz zastrzelił podejrzanego poszukiwanego w związku z nielegalnym posiadaniem broni palnej. Amerykańskie media podają, że uczestnicy rozruchów wybijali szyby i podpalili śmietnik. Podejrzany nie wykonał zaleceń funkcjonariuszy grupy zadaniowej US Marshal Service, złożonej z przedstawicieli lokalnych organów ścigania, i wyciągnął broń podczas próby aresztowania – podała stacja FOX 9, powołując się na władze. Zginął na miejscu.

Według lokalnych mediów wśród funkcjonariuszy, którzy zastrzelili mężczyznę, nie było policjantów. Nie poinformowano, czy zabity to Afroamerykanin.

Zamieszki

Jak podała agencja Reutera, wieść o incydencie rozeszła się szybko, przyciągając tłum protestujących. Lokalni dziennikarze informowali na Twitterze, że wybuchły zamieszki. Część demonstrantów pozostała na miejscu do późnej nocy i rozbijała witryny sklepów oraz podpaliła śmietnik. Splądrowane zostały co najmniej dwa sklepy. Policja użyła gazu łzawiącego, aby rozproszyć protestujących. Kilka osób aresztowano.

Sprawa George’a Floyda

W Minneapolis 25 maja 2020 roku 46-letni George Floyd został zabity przez policjanta Dereka Chauvina w trakcie aresztowania pod zarzutem użycia w sklepie fałszywego 20-dolarowego banknotu. Śmierć Floyda rozpętała falę demonstracji i oskarżeń wobec policji o przemoc. Zrodziła także debatę o rasizmie, ponieważ funkcjonariuszom zarzucano brutalne traktowanie i zabijanie podczas interwencji zwłaszcza Afroamerykanów.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Hiszpania: Były wicepremier organizował bojówki?

Źródła policji, na które powołał się dziennik „ABC”, zapewniły, że bojówkarze zatrzymani za agresję wobec policjantów podczas zamieszek na wiecu prawicowej Vox to ochroniarze byłego wicepremiera Pablo Iglesiasa. Hiszpańska policja zatrzymała dwóch osobistych ochroniarzy Pablo Iglesiasa za prowokowanie zamieszek podczas wiecu wyborczego konserwatywnej Vox i atakowanie interweniujących policjantów w madryckiej dzielnicy Vallecas w połowie kwietnia. Fakt ten przez 15 dni nie został ujawniony opinii publicznej.

Lider Vox Santiago Abascal oskarżył na Twitterze socjalistyczny rząd Pedro Sancheza o ukrywanie informacji o zatrzymaniu osobistych ochroniarzy koalicjanta rządu. „Ukrywanie to współudział. W Hiszpanii przemoc i rozbój przeciwko opozycji jest prowokowana, usprawiedliwiana, a nawet organizowana przez partie, które wchodzą w skład rządu” – ocenił dziennik „El Mundo”.

Usiłowanie zabójstwa

Według „ABC” ochroniarze związani są z tzw. Bukaneros – radykalnym ugrupowaniem z madryckiej dzielnicy Vallecas, definiującym się jako anarchistyczne i antyfaszystowskie. Według źródeł policji jeden z przywódców grupy o pseudonimie „El Pirrakas” jest od dawna znany siłom bezpieczeństwa państwa z powodu usiłowania zabójstwa, przynależności do organizacji kryminalnej, gróźb i rozbojów.

Mężczyzna uprawia boks i karate. Pracował w ochronie Pablo Iglesiasa w jego domu w Galapagar pod Madrytem oraz podczas różnych wydarzeń partyjnych.

Eksperci konsultowani przez „ABC” wyrazili zdumienie, że były wicepremier rządu zatrudnia inną ochronę od zapewnionej przez państwo i uregulowanej prawnie, w dodatku złożonej „z elementów należących do ugrupowań bliskich radykałom”. Według „ABC” MSW wszczęło dochodzenie w tej sprawie. W wyniku zamieszek podczas pierwszego wiecu wyborczego Vox w madryckiej dzielnicy Vallecas w połowie kwietnia rannych zostało co najmniej 35 osób, w tym 21 policjantów. Dziewięciu policjantów przewieziono do szpitala, trzech z poważnymi ranami.

Były wicepremier rządu Pablo Iglesias jest liderem radykalnie lewicowej Podemos i kandydatem tej partii w przedterminowych wyborach do autonomicznego parlamentu regionu Madrytu, zaplanowanych na wtorek.
Źródło info i foto: TVP.info

Irlandia Północna: Kolejny dzień zamieszek w Belfaście. „To nie jest protest. To jest wandalizm i próba zabójstwa”

Podczas środowych zamieszek w Belfaście uprowadzono, a następnie spalono autobus miejski – poinformowała północnoirlandzka policja. Protestujący zaatakowali też funkcjonariuszy i poturbowali relacjonującego protesty reportera dziennika „Belfast Telegraph”.

Uczestnicy protestów w Irlandii Północnej uprowadzili autobus, obrzucili go butelkami z benzyną, a następnie podpalili pojazd. Do zdarzenia doszło w zachodniej części Belfastu, w cieszącej się nie najlepszą sławą lojalistycznej dzielnicy Shankill, około godziny 18 miejscowego czasu.

Wcześniej uczestnicy zamieszek obrzucali kamieniami i butelkami z benzyną funkcjonariuszy policji, a także podpalali na ulicach opony i kosze na śmieci. Jak poinformował fotoreporter „Belfast Telegraph” Kevin Scott, w trakcie pracy został zaatakowany od tyłu przez dwóch mężczyzn, którzy go poturbowali i uszkodzili jego aparat fotograficzny.

Policja wezwała do unikania okolic, w których trwają zamieszki, i poinformowała o zamknięciu bram w płotach oddzielających dzielnice protestanckie od katolickich. Zaniepokojenie sytuacją w Irlandii Północnej wyraził w środę wieczorem brytyjski premier Boris Johnson. „Jestem głęboko zaniepokojony scenami przemocy w Irlandii Północnej, zwłaszcza atakami na PSNI (policję północnoirlandzką – przyp. red.), która chroni ludzi i przedsiębiorstwa, atakiem na kierowcę autobusu i napaścią na dziennikarza. Drogą do rozwiązywania różnic jest dialog, a nie przemoc czy przestępczość” – napisał na Twitterze.

Jak podała we wtorek policja, od początku zeszłego tygodnia w zamieszkach obrażenia odniosło 41 funkcjonariuszy. Ostrzegła ona, że grupy przestępcze odpowiedzialne za podsycanie zamieszek wciągają w nie nawet kilkunastoletnie dzieci. Wśród 10 aresztowanych do tej pory osób byli 13- i 14-latek.

Spór o łamanie restrykcji w czasie pogrzebu lidera IRA

– To nie jest protest. To jest wandalizm i próba zabójstwa. Te działania nie reprezentują ani unionizmu, ani lojalizmu. Są one zawstydzające dla Irlandii Północnej i służą jedynie odwróceniu uwagi od prawdziwych sprawców łamania prawa z Sinn Fein. Moje myśli są z kierowcą autobusu – oświadczyła szefowa północnoirlandzkiego rządu Arlene Foster.

Nawiązała ona do bezpośredniej przyczyny trwających od kilku dni zamieszek. Jest nią zeszłotygodniowa decyzja północnoirlandzkiej prokuratury, by nie postawić nikomu zarzutów w związku z pogrzebem wysokiego rangą bojownika Irlandzkiej Armii Republikańskiej (IRA), w którym – mimo restrykcji przeciwepidemicznych – uczestniczyło około dwóch tysięcy osób, w tym 24 polityków Sinn Fein.

Decyzja ta spotęgowała napięcie wśród północnoirlandzkich unionistów i lojalistów, czyli zwolenników utrzymania prowincji w składzie Zjednoczonego Królestwa. Od kilkunastu tygodni coraz głośniej wyrażają oni niezadowolenie z protokołu w sprawie Irlandii Północnej, który jest częścią umowy o brexicie i który faktycznie stworzył granicę celną między nią a pozostałą częścią Zjednoczonego Królestwa.
Źródło info i foto: tvn24.pl

Federalne Biuro Śledcze uznało, że atak na Kapitol to akt krajowego terroryzmu

FBI po raz pierwszy wydało oświadczenie w sprawie ataku na Kapitol, nazywając te wydarzenia terroryzmem krajowym. Uczestnicy mają być pociągnięci do odpowiedzialności, a USA chcą wzmocnić działania w walce z krajowym ekstremizmem, który wiąże się z antyrządowymi nastrojami i nienawiścią rasową.

Atak na Kapitol Stanów Zjednoczonych wywołał oburzenie zarówno w USA, jak i w środowisku międzynarodowym. 6 stycznia tysiące zwolenników Donalda Trumpa wdarło się na teren Kapitolu, kiedy odbywały się tam obrady, w wyniku których miało zostać zatwierdzone zwycięstwo Joe Bidena w wyborach prezydenckich. Uczestnicy zamieszek dopuścili się aktów wandalizmu i rabunku, a obrady przerwano. W wyniku zamieszek zginęło pięć osób. FBI uznało ten czyn za akt krajowego terroryzmu.

Dyrektor FBI, Christopher Wray, oskarżył we wtorek zwolenników byłego prezydenta USA Donalda Trumpa o „terroryzm krajowy” i obiecał pociągnąć ich do odpowiedzialności w ramach zwiększenie środków do zwalczania skrajnie prawicowej przemocy. Wystąpienie Wraya było jego pierwszym publicznym komentarzem na ten temat i pierwszym formalnym oświadczeniem FBI na temat statusu śledztwa dotyczącego ataku na Kapitol.

„To oblężenie było przestępczym zachowaniem, czystym i prostym. To zachowanie, które my, FBI, postrzegamy jako terroryzm krajowy” – mówił Christopher Wray. Z kolei republikanin Charles Grassley stwierdził, że wszyscy zaangażowani w ten atak muszą wziąć za to odpowiedzialność – łącznie z byłym prezydentem.

Departament Sprawiedliwości postawił po ataku zarzuty ponad 300 osobom, o czym pisze m.in. abcnews.go.com. Śledczy twierdzą, że uczestnicy zamieszek na Kapitolu mieli ze sobą broń, młoty, paralizatory, gaz pieprzowy i co najmniej jeden pistolet.

Nie wiadomo, dlaczego FBI nie wykryło przygotowań do ataku z wyprzedzeniem. Senatorzy unikali odpowiedzi.

„Chciałbym usłyszeć, jak Wray wyjaśnia czynniki, które sprawiły, że FBI nie dostrzegło zagrożenia, które widziało tak wielu z nas” – powiedział nbcnews.com Frank Figliuzzi, były zastępca dyrektora FBI. Kilka dni przed atakiem na Kapitol media społecznościowe pełne były nienawistnych wezwań do przemocy.

„W dniach poprzedzających 6 stycznia otrzymałem lawinę SMS-ów od rodziny i przyjaciół, w których mówiono mi, żebym ‚był bezpieczny w czasie obrad’. Nie mieli dostępu do danych wywiadowczych. Ale przeczytali tweety prezydenta Trumpa i jego zwolenników” – powiedział przedstawiciel Izby Reprezentantów Eric Swalwell.

Sekretarz ds. Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Alejandro Mayorkas, powiedział w zeszłym tygodniu, że wewnętrzny brutalny ekstremizm stanowi obecnie najbardziej śmiertelne i trwałe zagrożenie terrorystyczne dla Stanów Zjednoczonych. Urzędnicy Departamentu Sprawiedliwości, w tym FBI, zapowiedzieli z kolei, że zwiększą liczbę prawników i śledczych zajmujących się sprawami dot. terroryzmu w kraju.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Holandia: Protesty przeciw obostrzeniom. Ponad 150 osób zatrzymano

Ponad 150 osób zostało zatrzymanych w poniedziałek w Holandii podczas trzeciej kolejnej nocy zamieszek przeciwko wprowadzonej w związku z pandemią godzinie policyjnej – podają holenderskie media. Uczestnicy zamieszek wybijali szyby w sklepach i rzucali przedmiotami w policję.

Według nadawcy publicznego NOS setki protestujących starły się z policją w największych miastach kraju, zaś najbardziej gwałtowny przebieg miały w Rotterdamie i Den Bosch na południu kraju, gdzie chuligani wywrócili samochody, odpalili fajerwerki w centrum miasta i obrabowali sklepy z elektroniką i supermarkety. Materiały wideo w mediach społecznościowych pokazywały, że w jednym miejscu zniszczony został mały most.

Bezwstydni złodzieje, nie da się powiedzieć nic innego – powiedział burmistrz Rotterdamu Ahmed Aboutaleb, cytowany przez NOS.

Według nadawcy w poniedziałek zatrzymanych zostało 151 osób, w tym ponad 50 w Rotterdamie. Kilku policjantów doznało obrażeń; w starciach z funkcjonariuszami uczestnicy zamieszek używali m.in. kamieni i fajerwerków, policja odpowiadała gazem łzawiącym.

Wcześniej policja podała, że od soboty do poniedziałkowego poranka zatrzymano ponad 250 osób. Uczestnicy demonstracji rzucali w policę kamieniami i spalili tymczasowy punkt wykonywania testów na obecność koronawirusa. Nałożono ponad 5700 mandatów za złamanie godziny policyjnej, która trwa od 21:00 do 4:30.

To nie ma nic wspólnego z protestem, to nie jest walka o wolność, to jest przemoc kryminalna i tak będziemy ją traktować. Nie robimy tego dla przyjemności. Robimy to, bo walczymy z wirusem, i to na razie wirus odbiera nam wolność – mówił pełniący obowiązki premiera Holandii Mark Rutte.

Godzina policyjna, wprowadzona w Holandii po raz pierwszy od zakończenia drugiej wojny światowej, obowiązuje od soboty. Wyjątki od nakazu pozostawania w domach w tym czasie dotyczą tylko sytuacji, w których pilnie potrzebna jest pomoc medyczna, oraz osób wykonujących prace nieodzowne społecznie; wolno także wyprowadzać psy na smyczy. Złamanie zakazu jest karane mandatem wysokości 95 euro.
Źródło info i foto: RMF24.pl