Niesłusznie skazany za potrójne morderstwo Zenon K. walczy o gigantyczne odszkodowanie

Zenon K. (70l) ze Stalowej Woli, domaga się od Skarbu Państwa ogromnej kwoty za bezzasadne aresztowanie. Mężczyzna za kratkami spędził dwa lata i 9 miesięcy, zanim został przez sąd prawomocnie uniewinniony od zarzutu zabójstwa trzech mężczyzn. W poniedziałek starał się przekonać Sąd, że te pieniądze mu się należą. Do zbrodni doszło w połowie listopada 2015 roku. w 2017 sąd wydał wyrok 25 lat pozbawienia wolności za potrójne zabójstwo. W połowie lipca 2018 okazało się, że oskarżony jest niewinny.

Historia zbrodni ze Stalowej Woli, o której dokonanie oskarżony został Zenon K.(70l), miała miejsce w bloku przy. ul. Popiełuszki owianym bardzo złą sławą. Przede wszystkim doskonale znanym policji, jako miejsce nieustannych libacji i burd. Jednak w nocy z 15 na 16 listopada 2015 roku nie skończyło się na zwyklej popijawie jakich wiele. W jednym z mieszkań zginęło 3 mężczyzn w wieku 40, 57 i 63 lat Wszyscy zostali zadźgani nożem. Śledczy wytypowali dwóch podejrzanych – Zenona K., oraz Krzysztofa S., który miał wówczas 29 lat. Młodszy z podejrzanych nie został oskarżony, gdyż według lekarzy psychiatrów w chwili zdarzenia był i wciąż jest niepoczytalny. Z tego względu sąd umieścił go w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym.

Przed Sądem Okręgowym w Tarnobrzegu stanął jedynie Zenon K., oskarżony o to, że wspólnie i w porozumieniu z Krzysztofem S. zamordował nożem trzech kompanów od kieliszka. Sąd Okręgowy w Tarnobrzegu w listopadzie 2017 roku uznał Zenona K. za winnego zarzucanych mu czynów i wymierzył karę łączną: 25 lat pozbawienia wolności. Od tego wyroku odwołał się obrońca oskarżonego. Sąd Apelacyjny w Rzeszowie przyznał mu rację! W lipcu 2018 roku wydał prawomocny wyrok, uniewinnił Zenona K. od zarzutu dokonania zabójstwa trzech mężczyzn! Rzeszowski Sąd nie miał wątpliwości, że potrójnej zbrodni dokonał Krzysztof S., a Zenon K. zadał trzy lub cztery ciosy nożem nie mogące spowodować śmierci żadnej z ofiar.

Zenona K. nagrały na mieście kamery monitoringu ze sklepu, około godziny 21.30. I to właśnie wtedy miało dość do zbrodni, o którą oskarżano siedemdziesiąceiolatka. Ostatecznie za niepowiadomienie organów ścigania o odkryciu zwłok w jego mieszkaniu Zenon K. skazany został na 2 lata i 9 miesięcy, czyli dokładnie tyle, ile spędził w tymczasowym areszcie. Potem wyszedł na wolność i zaczął starać się o odszkodowanie za czas spędzony w areszcie.
Źródło info i foto: se.pl

Ujawniono skalę niemieckich zbrodni w obozach koncentracyjnych na Alderney

Brytyjscy śledczy tuż po II wojnie światowej zebrali dokładne informacje na temat zbrodni popełnionych przez Niemców w obozów koncentracyjnych na wyspie Alderney – jedynych obozach na Wyspach Brytyjskich – ale władze nic z tym nie zrobiły i nie pociągały do odpowiedzialności sprawców. Dziś o sprawie znów zrobiło się głośno.

Do sieci czterech obozów na Alderney na Wyspach Normandzkich trafiło ponad 6000 osób z 27 narodowości. Największą grupę stanowili wśród nich rosyjscy, polscy i ukraińscy jeńcy wojenni, a następnie francuscy Żydzi oraz niemieccy i hiszpańscy więźniowie polityczni. Według ostrożnych szacunków, zginęło w nich prawie tysiąc osób – najczęściej z wycieńczenia, głodu lub zabitych dla zabawy przez niemieckich strażników.

Historia obozów na Alderney

Szczegóły dotyczące warunków panujących w obozach na Alderney opisał „The Sunday Times”, który zapoznał się ze znajdującym się w rosyjskich archiwach brytyjskim raportem na ten temat. Sporządzony on został przez oficera brytyjskiego wywiadu, kapitana Theodore’a Pantcheffa, który po wyzwoleniu wyspy zebrał relacje od 3000 osób – byłych więźniów, niemieckich żołnierzy i jej mieszkańców.

Historia obozów na Alderney zaczęła się po upadku Francji w czerwcu 1940 r. Brytyjski rząd uznał wówczas, że leżące u jej wybrzeży Wyspy Normandzkie, które są dependencjami Korony Brytyjskiej, są w tej sytuacji zbyt trudne do obrony i mają zbyt małą wartość strategiczną, więc podjął decyzję o ewakuacji stamtąd wojska. W październiku 1940 r. Adolf Hitler zapowiedział, że chce, aby wyspy stały się elementem sieci fortyfikacji wzdłuż wybrzeży Atlantyku, które będą chroniły przed inwazją aliantów.

Ponieważ Alderney – trzecia co do wielkości wyspa w archipelagu – liczyła tylko ok. 1400 mieszkańców, czyli znacznie mniej niż Jersey i Guernsey, całą jej populację przesiedlono i Niemcy wybrali ją jako miejsce utworzenia obozów pracy. Cztery obozy – nazwane Borkum, Helgoland, Sylt i Norderney – zaczęły funkcjonować w styczniu 1942 r., przy czym ostanie dwa w 1943 r. przeszły pod kontrolę SS i stały się obozami koncentracyjnymi. Do obozów zwożono więźniów z różnych krajów europejskich, nakazując im budową fortyfikacji.

„Zostało wykazane, jak sądzę, że zbrodnie o systematycznie brutalnej i okrutnej naturze były popełniane na brytyjskiej ziemi w ciągu ostatnich trzech lat” – napisał w raporcie Theodore Pantcheff. Jak wskazał, w obozach na Alderney Niemcy stosowali politykę „Vernichtung durch Arbeit”, czyli wyniszczenia poprzez pracę.

Według jego raportu, robotnicy przymusowi zwożeni statkami na wyspę „byli trzymani pod pokładem w skrajnie ciasnych warunkach, w jednym przypadku mając mniej niż jeden metr kwadratowy przestrzeni pokładowej na osobę, a na pokładzie nie było żadnych urządzeń sanitarnych”. Niektórzy z więźniów zmarli już w czasie transportu. Pantcheff przywołuje relację niemieckiego oficera, który powiedział, że z jednego statku, czekającego w porcie pięć dni, wyniesiono 14 ciał.

Więźniowie mieszkali w drewnianych barakach otoczonych drutem kolczastym. Wiele z nich było zalanych wodą i konstrukcyjnie nietrwałych, poddających się wiatrom i burzom. Więźniowie spędzali większość czasu na zewnątrz zajmując się wyłącznie pracą. Pantcheff napisał, że „zagraniczni robotnicy wykonywali 12 godzin ciężkiej pracy budowlanej dziennie, czasem więcej, z przerwą w południe, wahającą się od 10 minut do pół godziny, przez siedem dni w tygodniu”.

Wskazywał, że więźniowie otrzymywali głodowe racje żywnościowe, które obejmowały „pół litra kawy, bez mleka i cukru na śniadanie, pół litra cienkiej zupy kapuścianej na obiad oraz podobną porcję zupy i 1-kilogramowy bochenek na 5-6 mężczyzn na kolację”, w efekcie czego zagłodzenie było najczęstszą przyczyną śmierci. Z kolei próbę zjedzenia czegokolwiek poza tymi racjami, jak resztek ze śmierci, znalezionego ziemniaka czy ślimaka była karana, czasem nawet śmiercią.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

W końcu zatrzymano „bestię z Feliksówki”

Po ponad 30 latach policjanci lubelskiego Archiwum X i Prokuratura Okręgowa w Zamościu są pewni, że dopadli „bestię z Feliksówki”. Sprawcą brutalnego zabójstwa i gwałtu na 67-letniej Mariannie J. jest według nich Waldemar Ch., który w chwili zbrodni miał 35 lat. Mężczyzna był karany za przestępstwa seksualne, w tym gwałty.

Nawet doświadczeni milicjanci byli w szoku, zabezpieczając 17 stycznia 1989 r. miejsce zabójstwa 67-letniej Marianny J. z Feliksówki na Zamojszczyźnie. Kobieta, mieszkająca samotnie w parterowym domku na skraju lasu, była zmasakrowana. Część uderzeń w głowę i tułów zadano prawdopodobnie siekierą.

W dodatku kobieta została zgwałcona. Zdaniem biegłych doszło do tego, gdy była już w agonii. Właśnie ze względu na tak okrutne potraktowanie Marianny J. sprawca jej zabójstwa został nazwany „bestią”.

Śledczy ustalili, że sprawca dostał się do domu kobiety w nocy z 16 na 17 stycznia 1989 r., wyłamując drzwi wejściowe. Najprawdopodobniej od samego początku planował zabójstwo, ponieważ przyniósł siekierę. Gdy dostał się do pokoju, zaatakował gospodynię. Uderzał ją pięścią, kopał i zadawał ciosy siekierą po całym ciele. Po zbrodni zniknął.

W mieszkaniu ofiary panował bałagan, mający wskazywać na rabunkowe tło zbrodni. Jednak w jednej z szuflad znaleziono dwie portmonetki z niewielką kwotą. Poza tym Mariana J. nie była zamożna. Nie było wątpliwości, że było to zabójstwo na tle seksualnym, o podłożu sadystycznym.

Początkowo śledztwo prowadziła Prokuratura Wojewódzka w Zamościu, ale 27 grudnia 1989 r. umorzono je z uwagi na niewykrycie sprawcy zbrodni. 10 lat temu do sprawy wrócili policjanci Archiwum X wydziału kryminalnego lubelskiej komendy wojewódzkiej.

W sprawie przesłuchano kilkudziesięciu świadków oraz zlecono szereg ekspertyz z zakresu medycyny sądowej, daktyloskopii, mechanoskopii czy traseologii. Przeszukano także miejscu zamieszkania kilkunastu osób wytypowanych w wyniku działań operacyjnych milicji obywatelskiej. Bez skutku.

Seksualny predator

Przełom w sprawie nastąpił, gdy ponownie zbadano materiał biologiczny zabezpieczony podczas sekcji zwłok ofiary. Udało się wyizolować profil DNA prawdopodobnego sprawcy. Porównano go z policyjną bazą DNA. I wtedy okazało się, że pasuje do sprawcy gwałtu z 2020 r. – Waldemara Ch.

Ten 67-letni mężczyzna był w przeszłości karany za gwałty, usiłowanie zgwałceń i znęcanie się nad rodziną. Wtedy przebywał w areszcie podejrzany o kolejny gwałt.

W miniony piątek w Prokuraturze Okręgowej w Zamościu Waldemarowi Ch. przedstawiono zarzuty zabójstwa i zgwałcenia Marianny J. Mężczyzna nie przyznał się popełnienia tych czynów. Stwierdził, że nie pamięta co się działo ponad 30 lat temu.

Sąd aresztował go na trzy miesiące. Za zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem grozi nawet dożywotnie więzienie.
Źródło info i foto: TVP.info

Skazany za wykorzystanie seksualne 15-miesięcznej dziewczynki

Sąd Apelacyjny w Białymstoku oddalił skargę obrońcy i utrzymał we wtorek w mocy karę 6 lat więzienia dla młodego mężczyzny, za wykorzystanie seksualne 15-miesięcznej dziewczynki i znęcanie się nad nią ze szczególnym okrucieństwem. Wyrok jest prawomocny. Ze względu na charakter sprawy, cały proces – zarówno w pierwszej instancji, jak i w postępowaniu odwoławczym – odbywał się z wyłączeniem jawności; niejawne było też uzasadnienie wtorkowego orzeczenia Sądu Apelacyjnego w Białymstoku.

Chodzi o sprawę z jesieni 2019 roku. Przedstawiony mężczyźnie zarzut dotyczył popełnienia zbrodni zgwałcenia ze szczególnym okrucieństwem i znęcania się fizycznego i psychicznego nad piętnastomiesięczną dziewczynką. Oskarżony o to młody mężczyzna, kuzyn rodziców dziewczynki, w chwili zatrzymania był pijany. Jak podawała wtedy policja, miał się dzieckiem opiekować pod nieobecność rodziców. To oni przywieźli córkę do szpitala w Łomży. Stamtąd trafiła do Uniwersyteckiego Dziecięcego Szpitala Klinicznego w Białymstoku. Dziewczynka była hospitalizowana z urazami głowy, kończyn, okolic intymnych.

Stawiając zarzuty, śledczy zastosowali kwalifikację prawną m.in. z art. 197 par. 1, 197 par. 3 pkt 2 oraz art. 197 par. 4 Kodeksu karnego; mowa jest w nich o gwałcie wobec osoby małoletniej poniżej 15. roku życia oraz o działaniu ze szczególnym okrucieństwem. Zarzuty obejmowały też znęcanie się fizyczne i psychiczne nad małym dzieckiem nieporadnym ze względu na wiek (w opisie czynu była mowa o biciu i przypalaniu papierosem), oraz naruszenie – wskutek tych obrażeń – czynności jego ciała.
Źródło info i foto: se.pl

Zwłoki 57-letniego znalezione w kamienicy w Kościerzynie

Zwłoki 57-letniego mężczyzny znaleziono w sobotę w kamienicy w Kościerzynie (woj. pomorskie). Wszystkie okoliczności wskazują na to, że doszło do morderstwa. Sprawcy szuka policja.

Do tragedii doszło prawdopodobnie w nocy z piątku na sobotę lub wczesnym rankiem w jednej z kamienic przy ul. Wybickiego w Kościerzynie. PAP dowiedziała się nieoficjalnie, że zwłoki mężczyzny znalazła nad ranem sąsiadka. Na miejscu pracują policjanci, prokurator, lekarz sądowy i specjaliści z laboratorium kryminalistycznego. Informację jako pierwsze podało Radio Gdańsk.

– Na pewno mamy do czynienia z zabójstwem. Mężczyzna miał rany w obrębie brzucha i klatki piersiowej. Trwają czynności na miejscu, mające na celu wyjaśnienie okoliczności tego zdarzenia. Na ten moment nie możemy udzielić więcej informacji – powiedziała PAP rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Gdańsku Grażyna Wawryniuk.

Jak dotąd nie ujawniono sprawcy. Śledczy nie zdradzają szczegółów zbrodni.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Francja: Zabójstwo Samuela Paty’ego. Uczennica przyznała się do kłamstw

Francuska uczennica przyznała się do kłamstw i rozpowszechniania fałszywych twierdzeń na temat Samuela Paty’ego – ustalił dziennik „Le Parisien”. W październiku 2020 roku nauczyciel historii został zamordowany za to, że podczas lekcji miał prezentować uczniom karykatury Mahometa.

Prokuratorzy przekazali później, że do zbrodni by nie doszło, gdyby nie pomoc uczniów Collège du Bois d’Aulne. Pochodzący z Czeczenii Anzorow znał jedynie nazwisko swojej ofiary, ale nie wiedział, jak ona wygląda – potrzebnych informacji za pieniądze udzieliło mu dwóch nastolatków.

W niedzielę dziennik „Le Parisien” ustalił, że nastolatka, która poskarżyła się rodzicom na nauczyciela, który miał pokazać uczniom obrazoburcze treści, przyznała się do kłamstwa. Początkowo 13-latka twierdziła, że Paty poprosił muzułmańskich uczniów o zamknięcie oczu lub opuszczenie klasy, a później zaprezentował pozostałym karykaturę Mahometa.

Oburzony tym faktem ojciec nastolatki, Brahim Chnina, zamieścił w mediach społecznościowych nagranie, w którym oskarżył Paty’ego o piętnowanie muzułmanów i wzywał do zwolnienia go ze szkoły. Zdaniem śledczych to właśnie z internetu Anzorow dowiedział się o przebiegu lekcji.

Jak informuje „Le Parisien”, dziewczyna skłamała, ponieważ nie chciała przyznać się rodzicom do tego, że została zawieszona za liczne nieobecności w szkole. Skutecznie przekonała ojca, że w prawach ucznia zawiesił ją Paty, a stało się to po tym, jak wyraziła sprzeciw wobec jego prośby o opuszczenie klasy przez muzułmańskich uczniów. W rzeczywistości – jak powiedziała właśnie śledczym – tego dnia w ogóle nie pojawiła się w sali lekcyjnej.

Dziewczyna miała trzymać się swojej wersji, dopóki nie usłyszała od policjantów, że kilkoro innych uczniów potwierdziło jej nieobecność oraz to, że Paty wcale nie poprosił ich o opuszczenie klasy. Śledczy mieli też stwierdzić, że 13-latka cierpiała na „kompleks niższości” i była bardzo oddana ojcu.

„To przesadne zachowanie ojca doprowadziło do tej serii zdarzeń”

Prawnik dziewczyny, Mbeko Tabula, twierdzi, że uczennicy nie powinno obarczać się całym ciężarem tragedii.

– To przesadne zachowanie ojca, tworzenie i umieszczanie wideo obciążającego nauczyciela, doprowadziło do tej serii zdarzeń. Moja klientka kłamała i nawet jeśli to prawda, reakcję jej ojca nadal należy traktować jako nieproporcjonalną – stwierdził prawnik.

Chnina, wobec którego toczy się dochodzenie w sprawie „współudziału w zabójstwie na tle terrorystycznym”, powiedział policji, że jego zachowanie było „idiotyczne i głupie”.

– Nigdy nie myślałem, że moje posty zobaczą terroryści. Nie chciałem nikogo skrzywdzić. Trudno sobie wyobrazić, jak znaleźliśmy się w tym miejscu. Straciliśmy profesora historii i wszyscy winią mnie – powiedział ojciec 13-latki, której po zabójstwie Paty’ego również postawiono zarzuty karne.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Zabójstwo w Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym Psychiatrycznym w Rasztowie

W Zakładzie Opiekuńczo-Leczniczym Psychiatrycznym w Rasztowie w powiecie wołomińskim doszło do zabójstwa 79-letniego pensjonariusza. Jak podaje „Gazeta Wyborcza”, związek ze sprawą może mieć 56-letni współlokator pacjenta. Mężczyzna został przewieziony do zamkniętego specjalistycznego zakładu psychiatrycznego w Warszawie.

Policja otrzymała zgłoszenie w sprawie zdarzenia w środę po godz. 5 nad ranem. Gdy funkcjonariusze zjawili się na miejscu, 79-letni pacjent Zakładu Opiekuńczo-Leczniczego Psychiatrycznego w Rasztowie już nie żył. Jak podaje „Gazeta Wyborcza”, pensjonariusz dzielił pokój z 56-letnim mężczyzną i to on jest podejrzewany o zabójstwo.

Z nieoficjalnych doniesień „GW” wynika, że 79-latek miał zostać zaatakowany deską, która była elementem łóżka. Prokuratura poinformowała o zabezpieczeniu narzędzia zbrodni.

Jak podaje Polsatnews.pl, 56-latek nie był agresywny i został ujęty przez pracowników zakładu jeszcze przed przyjazdem policjantów. Został przewieziony do zakładu zamkniętego w Warszawie. Lekarz nie wyraził zgody na umieszczenie mężczyzny w policyjnej izbie zatrzymań – powiedział w rozmowie z portalem asp. szt. Tomasz Sitek z Komendy Powiatowej Policji w Wołominie.

Zakład znajduje się ok. 7 kilometrów od Radzymina. Pacjenci umieszczani są w pokojach 2,3 lub 4-osobowych. Na każdym piętrze jest także izolatka. ZOL w Rasztowie podlega Samodzielnemu Wojewódzkiemu Zespołowi Publicznych Zakładów Psychiatrycznej Opieki Zdrowotnej w Warszawie.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Niemcy: Nowe okoliczności brutalnego morderstwa Polki i jej dziecka

Stawał się coraz bardziej agresywny, bo brał tabletki antydepresyjne, ale jednocześnie brał kieliszek do ręki – mówi znajomy 27-letniej Anny, zamordowanej wraz z synkiem przez swojego męża w Niemczech. Po makabrycznej zbrodni na jaw wychodzą nowe okoliczności.

W sobotę w niemieckim Cloppenburg-Bethen w Dolnej Saksonii doszło do zbrodni. Zginęła 27-letnia Polka Anna T. i jej sześcioletni syn Alex. Sprawcą mordu jest mąż kobiety, 30-letni Viktor T. Mężczyzna został zatrzymany przez policję. Swoją rodzinę zabił nożem. Na ciele ofiar było wiele ran kłutych.

Prawdopodobnym motywem zbrodni była chorobliwa zazdrość Viktora o Annę. Znajomi rodziny mówią, że między małżonkami często dochodziło do ostrych kłótni.

„Sąsiedzi z bloku często słyszeli kłótnie. Mąż robił jej awantury o byle co. Był chorobliwie zazdrosny. Popijał. Ubzdurał sobie, że Ania kogoś ma. Nie miała, a on i tak swoje” – mówi w rozmowie z „Głosem Wielkopolskim” znajomy Anny.

Mężczyzna twierdzi, że Viktor był z pochodzenia Litwinem, inne media sugerują, że był Rosjaninem.

Leczył depresję i pił

„Litwin stawał się coraz bardziej agresywny, bo brał tabletki antydepresyjne, ale jednocześnie brał kieliszek do ręki. Było jeszcze gorzej, gdyż odstawił leki, ale nadal pił. Małżonkowie kilka razy chcieli się rozejść, ale nadal byli ze sobą. Pewnie ze względu na dziecko” – dodaje mężczyzna.

Kilka tygodni przed tragedią 27-latka straciła pracę w fabryce mięsa. Mąż miał jej wypominać, że nie pracuje i nie zarabia pieniędzy na ich rodzinę.

Bliski Anny powiedział też, że kiedy policja przyjechała na miejsce zbrodni, mąż Anny był na miejscu. – Ale nie mogli nawiązać z nim kontaktu. Trafił do szpitala psychiatrycznego – powiedział.
Źródło info i foto: TVP.info

Sekcja zwłok zamordowanej 13-latki. Dziewczyna była w ciąży

Informację o wynikach sekcji podała Joanna Smorczewska z prokuratury w Gliwicach. W środę znaleziono zwłoki 13-letniej Patrycji. 15-letni Kacper przyznał się do jej zabicia.

– Wstępne wyniki sekcji zwłok nastolatki wskazują na to, że zmarła ona w wyniku rany kłutej serca. Na jej ciele ujawniono też liczne rany okolic klatki piersiowej, brzucha i gardła. Potwierdzamy, że była w ciąży, natomiast nie udzielamy żadnych dodatkowych informacji z uwagi na dobro prowadzonego postępowania – powiedziała w piątek PAP rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Gliwicach Joanna Smorczewska.

Ciało 13-letniej Patrycji z Bytomia odnaleziono w środę, po kilkunastu godzinach od zgłoszenia zaginięcia, na terenie nieużytków w Piekarach Śląskich. Patrycja zginęła od licznych ran zadanych ostrym narzędziem. Zwłoki były przykryte kartonem.

Do zabicia swojej 13-letniej koleżanki przyznał się ostatecznie jej 15-letni kolega Kacper. Chłopak wskazał miejsce ukrycia zwłok. Para dobrze się znała. Za zgodą rodziców dziewczyny, spotykali się od roku. Chłopak był u nich częstym gościem. Z jego relacji miało wynikać, że Patrycja była z nim w ciąży i to było tłem zbrodni.
Źródło info i foto: onet.pl

Zbrodnia sprzed 30 lat. Mężczyzna usłyszał zarzut morderstwa 9-latki

Minęły 32 lata odkąd 9-letnia Michaela Joy Garecht została uprowadzona z parkingu przed supermarketem w miasteczku Hayward w stanie Kalifornia. W poniedziałek zarzut zabicia dziewczynki usłyszał 59-letni David Emery, który odsiadywał już wyrok za inne przestępstwa.

W 1988 roku, tuż przed Świętem Dziękczynienia, 9-letnia Michaela razem z koleżanką wybrały się na hulajnogach do supermarketu po przekąski. Sklep znajdował się tylko dwie przecznice od domu dziewczynki. Kiedy Michaela i jej koleżanka robiły zakupy, porywacz przestawił hulajnogę Michaeli w pobliże swojego samochodu.

Gdy Michaela chciała wsiąść na hulajnogę, mężczyzna wciągnął dziewczynkę do auta i odjechał. Zdarzenie widziało kilku świadków. Na podstawie ich zeznań sporządzono portret pamięciowy sprawcy. Jednak nie udało się znaleźć 9-latki, nigdy nie znaleziono jej ciała.

Przełom w śledztwie nastąpił jednak dopiero w 2020 roku, kiedy to funkcjonariusze postanowili ponownie przyjrzeć się sprawie. Używając zaawansowanej technologii jeszcze raz zbadali odcisk palca pozostawiony na hulajnodze Michaeli 32 lata temu. Udało się go dopasować do odcisków 59-letniego Davida Emryego, który siedzi w więzieniu od 1989 roku. Są też świadkowie, którzy potwierdzają, że widzieli tego mężczyznę w okolicy w dniu porwania.

„Przerażająca zbrodnia”

Na Davidzie Emrym ciąży już zarzut podwójnego zabójstwa dwóch przyjaciółek, odsiaduje też wyrok za napad z bronią ze skutkiem śmiertelnym oraz za kradzież. W poniedziałek 21 grudnia usłyszał kolejny zarzut – morderstwa Michaeli Joy Garecht.

„Ta sprawa wstrząsnęła nie tylko lokalną społecznością, ale całym rejonem zatoki San Francisco. Porwanie i zabicie dziecka to przerażająca zbrodnia. Ból przyjaciół i rodziny jest ogromny, zwłaszcza kiedy dziecka nie można odnaleźć przez tak długi czas” – przekazał prokurator okręgowy hrabstwa Alameda Nancy O’Malley w oświadczeniu.

„Mam nadzieję, że dzisiejsze działania przyniosą rodzinie jakiekolwiek ukojenie. Sprawiedliwości staje się zadość, nawet jeśli trwa to 32 lata” – dodał.

Emry został oficjalnie oskarżony o morderstwo i porwanie. Jego przesłuchanie przed sądem ma się odbyć 17 lutego. Śledztwo w sprawie Michaeli nigdy nie zostało zamknięte i nadal trwa. Funkcjonariusze mają nadzieję doprowadzić je do końca. Zależy im też na odnalezieniu szczątków 9-latki.

„Cieszę się, że on nikogo więcej nie skrzywdzi”

Sprawę skomentowała matka Michaeli, Sharon Murch, która od wielu lat prowadzi bloga w sprawie zaginięcia córki. „W mijającym roku dotarłam do punktu, w którym musiałam zaakceptować fakt, że Michalea najprawdopodobniej nie żyje. Nie spodziewałam się tylko, że umarła jako dziecko” – czytamy w oświadczeniu.

„Przez lata zastanawiałam się, czy tak naprawdę chcę wiedzieć, co się stało z moją córką. Czy będę w stanie zaakceptować prawdę. Teraz cieszę się, że zidentyfikowano porywacza i mam odpowiedzi na dręczące mnie pytania. Cieszę się, że ten mężczyzna nikogo więcej nie skrzywdzi” – pisze matka 9-latki.
Źródło info i foto: tvn24.pl