Afganistan: Talibowie oskarżani o zabójstwo ciężarnej policjantki

Talibowie są oskarżani o morderstwo funkcjonariuszki policji. Kobieta była w ciąży. Popełnienie zbrodni zarzuca im syn kobiety. Organizacja bojowników przekonuje, że oskarżenia są nieprawdziwe. Rzecznik Talibanu informuje, że w sprawie toczy się śledztwo. Sprawę opisuje CNN. Do zabójstwa Negar Masoomi doszło w sobotę, w prowincji Ghor. Fakt, że doszło do zbrodni potwierdził jeden z lokalnych dziennikarzy.

Jednocześnie CNN dotarło do nagrania, w którym syn zamordowanej opowiada o tragicznym zdarzeniu. Kobieta pracowała w miejscowym więzieniu, była w ósmym miesiącu ciąży. Syn kobiety oskarża o o zabójstwo talibów. Z jego relacji wynika, że talibowie weszli do ich rodzinnego domu. Następnie wyprowadzili na zewnątrz jej synów i związali. – Zabili naszą matkę na naszych oczach. Zabili ją nożem – powiedział mężczyzna. W związku z tym, że kobieta była w ciąży, mężczyzna zarzucił talibom dwa zabójstwa.

Rzecznik Talibanu, cytowany przez CNN, odrzucił te oskarżenia. – Ona nie została zabita przez mudżahedinów Islamskiego Emiratu, ale prawdopodobnie z powodu osobistej wrogości – powiedział. Dodał, że śledztwo w tej sprawie trwa.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Jest akt oskarżenia ws. zabójstwa 16-letniej Kornelii

27-letni Patryk B. i 18-letnia Martyna S. odpowiedzą przed sądem za zabójstwo 16-letniej Kornelii. Dziewczyna została uduszona w lesie pod Konstancinem, gdzie zwabiła ją para znajomych pod pretekstem świętowania urodzin Martyny S. Dziewczyna przez dwa miesiące była uważana za zaginioną. Sprawę opisywało m.in. „Państwo w Państwie”. Po zabójstwie Kornelii i ustaleniu prawdopodobnych sprawców zbrodni na nastolatce Prokuratura Okręgowa w Warszawie szczegółowo odtworzyła nie tylko ostatnie chwile jej życia, ale też kulisy relacji pomiędzy oprawcami i zamordowaną dziewczyną.

Martyna i Kornelia poznały się jesienią 2019 roku w Zespole Szkół Zawodowych w Górze Kalwarii. Przyszła ofiara miała być – jej zdaniem – popularna, bo „handlowała narkotykami przez Snapchat”.

Martyna już wówczas od roku spotykała się ze starszym o 9 lat Patrykiem. Para chciała rozpocząć własny narkotykowy biznes, a w 16-letniej Kornelii upatrywali niewygodną konkurencję.

Plan zabójstwa powstał w pierwszych tygodniach 2020 roku. „Ustalili, iż ściągną Kornelię do Konstancina-Jeziorny, wykopią dół, zastrzelą ją i zakopią” – napisał prokurator w skierowanym w sierpniu do Sądu Okręgowego w Warszawie akcie oskarżenia.

Patryk B. wykopał grób w lesie przy rezerwacie Łęgi Oborskie. Łopatę przyniósł z domu. O przywiezienie ofiary i swojej partnerki do lasu poprosił znajomego, zaoferował mu 50 złotych. Kornelia myślała, że jedzie świętować 17. urodziny koleżanki ze szkoły, które wypadały 12 lutego. Dziewczyny spotkały się pod kościołem w Piasecznie.

Przebieg zdarzenia

11 lutego około godz. 18.30 znajomy Patryka B. osobową hondą accord zabrał najpierw swoją dziewczynę, później Martynę S., a następnie udali się po Kornelię do Piaseczna. Następnie pojechali do lasu, gdzie ofiara i dwoje oprawców zamierzali pić alkohol i strzelać z wiatrówki zakupionej przez Patryka B. Mężczyzna czekał w pobliżu. Prokuratura potwierdziła, że troje znajomych dotarło w okolice dołu, który oskarżony dzień wcześniej wykopał Patryk.

Oskarżony wymierzył do Kornelii z wiatrówki i oddał strzał, ale broń nie wypaliła. Dziewczyna myślała, że to żart. Oskarżony pytał ofiarę, czy potrafi się bronić, gdy ktoś atakuje od tyłu. 16-latka miała rzekomo sama zaproponować, żeby B. sprawdził, jak zareaguje. Mężczyzna zaczął dusić Kornelię zgiętym łokciem. Ofiara próbowała wyswobodzić się z uścisku. Upadła na ziemię, a B. dalej ją przyduszał. Kornelia broniła się.

Wtedy do szamotaniny miała włączyć się Martyna S., która naładowała wiatrówkę śrutem i trzykrotnie strzeliła do pokrzywdzonej, powodując obrażenia głowy. Ciało nastolatki zostało wrzucone do dołu, a następnie zakopane. Rzeczy pokrzywdzonej zostały rozrzucone, część znalazła się na śmietniku.

Liczne dowody

Zanim oskarżeni zniszczyli należący do Kornelii telefon komórkowy, napisali do jej chłopaka wiadomość o treści „z nami koniec”, jako odpowiedź na serię nieodebranych połączeń. Para była widziana w dniu zabójstwa około godz. 21, gdy pod apteką Martyna opatrywała Patrykowi krwawiącą ranę dłoni. O zbrodni nie powiedzieli nikomu, uzgodnili natomiast wersję wydarzeń, którą przedstawiali w trakcie poszukiwań nastolatki. Z ich relacji wynikało, że dziewczyna rozstała się z nimi po tajemniczym telefonie i zniknęła.

Zwłoki Kornelii zostały odnalezione 26 kwietnia 2020 r., ponad dwa miesiące po jej zaginięciu. „Oględziny i sekcja zwłok wykazały, że przyczyną zgonu było uduszenie gwałtowne” – stwierdził biegły. Logowania telefonów ofiary i oskarżonych jednoznacznie wskazywały gdzie, i o której godzinie przebywali razem w dniu śmierci Kornelii.

Przebieg wydarzeń udało się odtworzyć dzięki zgromadzonym w sprawie licznym dowodom, oraz pierwszym wyjaśnieniom złożonym przez Patryka B., w których przyznał się do winy i opisał, co stało się w lesie pod Konstancinem. W kolejnych wyjaśnieniach zarówno on, jak i Martyna S. zmieniali wersje wydarzeń, przerzucając się odpowiedzialnością za zgon 16-latki. Biegli orzekli, że oboje byli poczytalni w chwili zbrodni i mogą odpowiadać przed sądem.

Zabójstwo „wspólnie i w porozumieniu”

Rzeczniczka Prokuratury Okręgowej w Warszawie, prok. Aleksandra Skrzyniarz przekazała, że S. i B. są oskarżeni o „dokonanie wspólnie i w porozumieniu” zabójstwa Kornelii K. W momencie skierowania aktu oskarżenia do sądu oboje byli tymczasowo aresztowani.

Patryk B. zarzut zabójstwa usłyszał już w kwietniu ub.r. i od tamtej pory przebywa w izolacji. Martyna S., która zarzucanego jej czynu dokonała na trzy godziny przed ukończeniem 17 lat, przez kilka miesięcy przebywała w schronisku dla nieletnich. O możliwości pociągnięcia jej do odpowiedzialności karnej musiał zadecydować sąd rodzinny. Czynności z podejrzaną zostały przeprowadzone dopiero 27 sierpnia 2020 r.

Patrykowi B. grozi dożywotnie pozbawienie wolności. Wobec Martyny S., z uwagi na fakt, że w czasie popełnienia zbrodni nie ukończyła 18 lat, sąd może orzec karę do 25 lat pozbawienia wolności.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Kamień Krajeński: 23-latek zabił dziadków. Zgłosił się na policję

Policja w Kamieniu Krajeńskim zatrzymała 23-latka, który dokonał zabójstwa swoich dziadków. Mężczyzna sam zgłosił się na posterunek i poinformował o zbrodni – powiedziała asp. szt. Aleksandra Bratz z Komendy Powiatowej Policji w Sępólnie Krajeńskim.

„O godzinie 10.30 na posterunek policji w Kamieniu Krajeńskim przyszedł 23-letni mężczyzna, który poinformował funkcjonariuszy, że dokonał zbrodni zabójstwa swoich dziadków. Policjanci natychmiast udali się na miejsce zdarzenia w Kamieniu Krajeńskim i po wejściu do mieszkania zastali zwłoki 74-letniej kobiety oraz 88-letniego mężczyzny” – poinformowała asp. szt. Aleksandra Bratz z KPP Sępólno Krajeńskie.

Z informacji PAP wynika, że seniorzy mieli poważne obrażenia ciała. Sprawca miał przyznać się do tego, że dokonał zbrodni przez kilkukrotne ugodzenie swoich dziadków różnymi nożami. Jak podaje RMF.FM, domu funkcjonariusze znaleźli zabitego psa, który także zginął najpewniej od ciosów nożem.

„Na miejscu pracują policjanci, których pracę nadzoruje prokurator rejonowy z Tucholi. Zabezpieczane są ślady, dokonywane są oględziny. 23-letni mężczyzna został zatrzymany” – wskazała asp. szt. Bratz.

Trwa gromadzenie materiału dowodowego w tej sprawie. W tym momencie policjanci nie mają informacji o możliwych motywach zbrodni.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Makabryczna zbrodnia. 33-latek zabił ojca siekierą

Policja zatrzymała 33-latka podejrzanego o zamordowanie siekierą własnego ojca. Mężczyzna usłyszał zarzut zabójstwa i przyznał się do winy – informuje „Super Express”. Trafił na trzy miesiące do aresztu. Grozi mu dożywotnie pozbawienie wolności.

Do zbrodni doszło w ubiegły czwartek we wsi Krzemienna (pow. łobeski, woj. zachodniopomorskie). Późnym wieczorem mieszkańcy małej miejscowości usłyszeli krzyk matki zatrzymanego. Kobieta wybiegła przed dom, wołając: „Ratunku! Pomocy!”.

„Super Express” informuje, że mieszkańcy zgromadzili się pod furtką domu, przy której stał Dariusz Z. z zakrwawionymi rękoma. W środku mieszkania znaleziono ciało Pawła Z., ojca zatrzymanego. Mężczyzna leżał w kałuży krwi. Jego głowa była niemal całkowicie odcięta od głowy. Dariusz Z. został zatrzymany przez policję. Następnego dnia funkcjonariusze znaleźli siekierę, która najprawdopodobniej była narzędziem zbrodni. 33-latkowi postawiono zarzut zabójstwa ojca. Mężczyzna przyznał się do winy. Sąd na wniosek prokuratury zastosował wobec niego tymczasowy areszt na okres trzech miesięcy. Grozi mu kara dożywotniego pozbawienia wolności.

Dariusz Z. pracował ze swoim ojcem na fermie norek. Według mieszkańców Krzemiennej nic nie wskazywało na to, że 33-latek może dopuścić się zbrodni. Sąsiedzi twierdzą, że był spokojny i zamknięty w sobie.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Zabójstwo młodej Afganki w Niemczech. Bracia wywieźli jej ciało w walizce

Młoda kobieta została zabita przez swoich braci, ponieważ nie byli oni zadowoleni z jej stylu życia. Maryam H. nie żyła tak ściśle po islamsku, jak jej bracia. Po zbrodni mężczyźni wywieźli ciało siostry w walizce do Bawarii i tam ją pochowali. „Niemcy są w szoku” – pisze prasa. Afganka Maryam H., 34-letnia matka dwójki dzieci, została zamordowana w Berlinie przez swoich braci.

Bracia wywieźli jej ciało w walizce pociągiem do Bawarii i pochowali. Motywem zbrodni był zachodni styl życia kobiety, który nie pasował do wartości moralnych dwóch Afgańczyków – przekazuje dziennik „Bild”.

Do zbrodni miało dojść w połowie lipca. Obaj bracia przebywają w areszcie od ubiegłego tygodnia. „Kobieta początkowo została uznana za zaginioną, ale pojawiły się coraz silniejsze przesłanki, że mogła zostać zabita. Dziesięć dni po zaginięciu kobiety, śledczy z wydziału zabójstw i technicy kryminalistyczni przeszukali jej mieszkanie” – informuje dziennik „Tagesspiegel”.

W wyniku śledztwa za podejrzanych o zabójstwo uznano braci. Prokuratura uzyskała nakazy aresztowania obu.

Po przeprowadzeniu śledztwa w Bawarii wspólnie z tamtejszymi władzami, w ubiegłym tygodniu, znaleziono ciało kobiety w pobliżu domu starszego z braci w Neuburg an der Donau.

„Śledztwo w tej makabrycznej sprawie jest w toku. Wydaje się jednak, że istnieje zgoda co do motywu: prokuratura zakłada, że młoda kobieta została zabita przez swoich braci, ponieważ nie byli oni zadowoleni z jej stylu życia. Maryam H. nie żyła tak ściśle po islamsku jak jej bracia” – relacjonuje „Bild”.

„Była rozwiedziona, podobno miała nowego partnera, nosiła makijaż, ubierała się w stylu zachodnim – i to bez chusty na głowie” – pisze o zamordowanej „Tagesspiegel”.

„Żyła w ciągłym strachu przed śmiercią”

Od dwóch lat Maryam mieszkała z dziećmi (9 i 13 lat) w ośrodku dla uchodźców w Berlinie-Lichtenbergu. „Według mieszkańców schroniska, bracia wielokrotnie wywierali presję na Maryam H., starając się uniemożliwić jej kontakt z innymi osobami. Żyła w ciągłym strachu przed śmiercią” – pisze „Bild”.

Szczególnie młode kobiety o pochodzeniu migracyjnym są wielokrotnie ofiarami zastraszania i przemocy ze strony swojego środowiska rodzinnego – mówi cytowany przez „Bild” lider chadeckiej partii CDU w Berlinie Kai Wegner, który podkreśla też: „Potrzebujemy otwartej debaty na temat nieudanej integracji z powodu archaicznych wartości, przyniesionych do Niemiec z krajów pochodzenia”.

Wegner zauważa też, że „Niemcy to wolny kraj, w którym każdy może robić, co mu się podoba. Ale podstawą współistnienia jest system wartości ustawy zasadniczej, a nie szariat”.

Czołowa polityk berlińskiej socjaldemokratycznej partii SPD Franziska Giffey napisała w niedzielę na Twitterze: „Jestem głęboko wstrząśnięta okrutnym morderstwem młodej żony i matki Maryam. Jej życie zostało odebrane z powodu zranionego poczucia honoru, ponieważ żyła tak, jak chciała”. Zdaniem Giffey „trzeba jasno powiedzieć, że to nic innego jak straszne zabójstwo honorowe. Tylko wtedy, (…) gdy przymusowe małżeństwa i zabójstwa honorowe, a także ich religijne i kulturowe pochodzenie nie będą tematami tabu, będziemy mogli skutecznie walczyć z przyczynami”.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Nowe informacje ws. potrójnego zabójstwa w Borowcach

Jacek Jaworek, podejrzany o potrójne morderstwo w Borowcach, nadal jest poszukiwany. Policja uczula, by w razie napotkania poszukiwanego, nie podejmować samodzielnie działań, tylko zawiadomić funkcjonariuszy.

Jacek Jaworek zabił trzy osoby?

Do potrójnego morderstwa doszło w Borowcach w powiecie Częstochowskim. Jacek Jaworek miał zastrzelić małżeństwo 44-latków i ich 17-letniego syna. Uratował się drugi syn małżeństwa – 13-latek zdołał uciec i ukryć się. Jacek Jaworek ma 52 lata i jest bratem zamordowanego 44-latka. Od pewnego czasu mieszkał razem z nim i jego rodziną. Motywem zbrodni mógł być konflikt rodzinny.

Kulisy zbrodni w Borowcach

O sytuacji 52-latka, który wcześniej pracował za granicą, wypowiedział się dla Polsat News jego kuzyn.

– Nie jest powiedziane, że on tę zagranicę porzucił, miał zamiar tam wrócić, ale pandemia spowodowała, że nie mógł wyjechać, ciągle na to czekał. Jego w Polsce nic nie trzymało – powiedział kuzyn Jacka Jaworka.

– Wrócił do kraju, jak sądzę był uciążliwy, nie miał się gdzie podziać – dodał.

Jacek Jaworek nadal poszukiwany

Już w sobotę policja opublikowała zdjęcie i dane poszukiwanego. Alert Rządowego Centrum Bezpieczeństwa otrzymali mieszkańcy trzech województw: śląskiego, łódzkiego i świętokrzyskiego. Policja prosi o kontakt osoby, które widziały Jacka Jaworka. Należy kontaktować się z Komendą Miejską Policji w Częstochowie pod nr telefonu 47 858 12 55 lub nr alarmowym 112.

Jednocześnie funkcjonariusze uczulają, by samodzielnie nie podejmować działań, ponieważ Jacek Jaworek może być niebezpieczny. W pogotowiu są antyterroryści. Informacje o poszukiwanym mają policjanci ze wszystkich województw oraz Straż Graniczna.
Źródło info i foto: interia.pl

Potrójne zabójstwo w Borowcach. Wciąż trwają poszukiwania Jacka Jaworka

Trwają poszukiwania Jacka Jaworka. Mężczyzna jest podejrzany o potrójne zabójstwo w Borowcach pod Częstochową. W sobotę (10 lipca) rano zastrzelono tam trzy osoby – małżeństwo i ich syna. Poszukiwany Jaworek był bratem zamordowanego Janusza, głowy rodziny. Jak udało nam się ustalić 52-letni domniemany zabójca miał sporo problemów na głowie. Cały świat wywrócił mu się do góry nogami. Być może to pchnęło go do popełnienia zbrodni. Nam udało się dotrzeć do byłej partnerki Jacka Jaworka. W rozmowie z „SE” mówi, że 52-latek nie wyglądał na kogoś, kto może dokonać takiej zbrodni.

Jacek Jaworek nadal jest poszukiwany przez policję w całej Polsce. 52-letni mężczyzna miał dokonać zbrodni w miejscowości Borowce koło Częstochowy. Do zdarzenia doszło w sobotę. Poszukiwany miał zastrzelić swojego brata Janusza, jego żonę Justynę (oboje mieli 44 lata) i ich syna. Nocna akcja poszukiwawcza nie przyniosła żadnego rezultatu. Podejrzanego nadal poszukuje cała policja ze Śląska. Tymczasem nam udało się dotrzeć do byłej partnerki Jacka Jaworka. Kobieta ujawnia m.in. powód rozstania z mężczyzną.

– Ja już ponad rok nie jestem z nim. Miał ciężki charakter. Mieszkałam z córką, która mu często przeszkadzała. Mój, wtedy jeszcze przyszły zięć go uderzył za to, że nazwał moją córkę „szmatą”. Jacek poszedł nawet z tym na policję, ale poprosiłam go, by wycofał sprawę. Jak byłam z nim, to nie pił alkoholu. To był normalny człowiek. Nie było nigdy żadnego tematu, żeby coś w nim pękło. Znamy się od dziecka. On się rozszedł z żoną, ja się rozwiodłam z mężem. Zagadał do mnie na Messengerze i tak to się zaczęło – mówi w rozmowie z „SE”.

– Nie wiem, co się stało. Nie przypuszczałabym, że do czegoś takiego dojdzie. Jestem w szoku – mówi krótko o morderstwie była partnerka 52-latka. – Musimy się wyprowadzić z domu, dopóki nie uda się go odnaleźć. Policjant mi powiedział, że ktoś miał niby zeznawać, że Jacek ma „kogoś załatwić”. Czy kogoś ma załatwić? Czy już kogoś „załatwił”? Kazano nam się wyprowadzić, bo może do nas przyjść – dodała. Kobieta mówi, że nie wie, skąd Jacek miał broń. 52-latek nigdy się skarżył się swoich na bliskich. Jego była partnerka nigdy nie odwiedzała Justyny i Janusza razem z Jackiem. Nie ma pojęcia, gdzie Jaworek może się obecnie ukrywać.
Źródło info i foto: se.pl

Nowy Meksyk: Brutalne morderstwo w parku

W niedzielę w jednym z parków w Las Cruces w Nowym Meksyku (USA) odkryto ciało mężczyzny bez głowy i jednego palca. Policja szybko odnalazła sprawcę zbrodni, okazał się nim 25-letni Joel Arciniega-Saenz, który jeszcze kilka dni wcześniej mieszkał z ofiarą. Młody mężczyzna przyznał się do winy. W minioną niedzielę policjanci z Las Cruces otrzymali zgłoszenie o ludzkich zwłokach leżących przy Madrid Avenue. Na miejscu znaleziono ciało mężczyzny pozbawione głowy i środkowego palca prawej ręki. Ofiara miała wiele ran kłutych – podaje Interia. 

Według lokalnej stacji ABC 7 funkcjonariusze błyskawicznie wytypowali potencjalnego sprawcę – Joel Arciniega-Saenz odpoczywał niedaleko miejsca zbrodni. Miał plamy krwi na ubraniu, obok niego, w ziemię był wbity nóż – narzędzie zbrodni. Mężczyzna przyznał się do zbrodni.

Miał okraść parę, doszło do kłótni

Zamordowanym okazał się 51-letni James Garcia, który znał sprawcę. Arciniega-Saenz zeznał, że on, jego żona i Garcia jeszcze kilka dni przed morderstwem, mieszkali razem. W pewnym momencie 51-latek miał okraść parę. Arciniega-Saenz wytropił mężczyznę i skonfrontował się z nim w parku.

Przy Madird Avenue doszło do kłótni. W pewnym momencie 25-latek miał chwycić nóż sprężynowy należący do Garcii, zadać mu kilka ciosów, a następnie odciąć głowę. Arciniega-Saenz dodał, że ciało mężczyzny przeciągnął bliżej ulicy, a jego głowę „wykorzystał jako piłkę”. Mężczyzna miał „strzelić” w ten sposób w co najmniej kilkanaście przejeżdżających samochodów. Zatrzymany czeka na proces. Sędzia zdecydowała się na areszt bez możliwości wpłacenia kaucji.

Został oskarżony o morderstwo po raz drugi

Media zauważają, że to nie pierwszy raz, gdy Arciniega-Saenz jest oskarżony o morderstwo. Śledczy twierdzą, że po raz pierwszy zabił w 2017 r. w motelu Town House w Las Cruces. W wyniku strzelaniny zginął wówczas 21-letni Benjamin Isaac Montoya.

Lokalna stacja WHIO TV przypomina, że w sprawie było dużo niewiadomych – prokuratura oparła akt oskarżenia na zeznaniach świadków, nigdy nie znaleziono też narzędzia zbrodni. Mimo tego, że jedynymi osobami, które mogły zastrzelić Montoyę był Arciniega-Saenz i jego partnerka, to sprawa została oddalona.

– Byłam wściekła, że wypuszczono potwora. Modliłam się, żeby nikogo nie spotkało już coś tak potwornego, by nie zniszczył życia innej rodzinie. Gdy przeczytałam o ostatnim morderstwie pomyślałam sobie: „imię sprawcy brzmi bardzo znajomo” – powiedziała stacji KFOX Krystal Montoya, siostra zabitego 21-latka.

– Nie chcę by znowu wyszedł na wolność, by znowu skrzywdził kolejną rodzinę. On musi trafić za kratki. Kropka – dodała Montoya.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Niesłusznie skazany za potrójne morderstwo Zenon K. walczy o gigantyczne odszkodowanie

Zenon K. (70l) ze Stalowej Woli, domaga się od Skarbu Państwa ogromnej kwoty za bezzasadne aresztowanie. Mężczyzna za kratkami spędził dwa lata i 9 miesięcy, zanim został przez sąd prawomocnie uniewinniony od zarzutu zabójstwa trzech mężczyzn. W poniedziałek starał się przekonać Sąd, że te pieniądze mu się należą. Do zbrodni doszło w połowie listopada 2015 roku. w 2017 sąd wydał wyrok 25 lat pozbawienia wolności za potrójne zabójstwo. W połowie lipca 2018 okazało się, że oskarżony jest niewinny.

Historia zbrodni ze Stalowej Woli, o której dokonanie oskarżony został Zenon K.(70l), miała miejsce w bloku przy. ul. Popiełuszki owianym bardzo złą sławą. Przede wszystkim doskonale znanym policji, jako miejsce nieustannych libacji i burd. Jednak w nocy z 15 na 16 listopada 2015 roku nie skończyło się na zwyklej popijawie jakich wiele. W jednym z mieszkań zginęło 3 mężczyzn w wieku 40, 57 i 63 lat Wszyscy zostali zadźgani nożem. Śledczy wytypowali dwóch podejrzanych – Zenona K., oraz Krzysztofa S., który miał wówczas 29 lat. Młodszy z podejrzanych nie został oskarżony, gdyż według lekarzy psychiatrów w chwili zdarzenia był i wciąż jest niepoczytalny. Z tego względu sąd umieścił go w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym.

Przed Sądem Okręgowym w Tarnobrzegu stanął jedynie Zenon K., oskarżony o to, że wspólnie i w porozumieniu z Krzysztofem S. zamordował nożem trzech kompanów od kieliszka. Sąd Okręgowy w Tarnobrzegu w listopadzie 2017 roku uznał Zenona K. za winnego zarzucanych mu czynów i wymierzył karę łączną: 25 lat pozbawienia wolności. Od tego wyroku odwołał się obrońca oskarżonego. Sąd Apelacyjny w Rzeszowie przyznał mu rację! W lipcu 2018 roku wydał prawomocny wyrok, uniewinnił Zenona K. od zarzutu dokonania zabójstwa trzech mężczyzn! Rzeszowski Sąd nie miał wątpliwości, że potrójnej zbrodni dokonał Krzysztof S., a Zenon K. zadał trzy lub cztery ciosy nożem nie mogące spowodować śmierci żadnej z ofiar.

Zenona K. nagrały na mieście kamery monitoringu ze sklepu, około godziny 21.30. I to właśnie wtedy miało dość do zbrodni, o którą oskarżano siedemdziesiąceiolatka. Ostatecznie za niepowiadomienie organów ścigania o odkryciu zwłok w jego mieszkaniu Zenon K. skazany został na 2 lata i 9 miesięcy, czyli dokładnie tyle, ile spędził w tymczasowym areszcie. Potem wyszedł na wolność i zaczął starać się o odszkodowanie za czas spędzony w areszcie.
Źródło info i foto: se.pl

Ujawniono skalę niemieckich zbrodni w obozach koncentracyjnych na Alderney

Brytyjscy śledczy tuż po II wojnie światowej zebrali dokładne informacje na temat zbrodni popełnionych przez Niemców w obozów koncentracyjnych na wyspie Alderney – jedynych obozach na Wyspach Brytyjskich – ale władze nic z tym nie zrobiły i nie pociągały do odpowiedzialności sprawców. Dziś o sprawie znów zrobiło się głośno.

Do sieci czterech obozów na Alderney na Wyspach Normandzkich trafiło ponad 6000 osób z 27 narodowości. Największą grupę stanowili wśród nich rosyjscy, polscy i ukraińscy jeńcy wojenni, a następnie francuscy Żydzi oraz niemieccy i hiszpańscy więźniowie polityczni. Według ostrożnych szacunków, zginęło w nich prawie tysiąc osób – najczęściej z wycieńczenia, głodu lub zabitych dla zabawy przez niemieckich strażników.

Historia obozów na Alderney

Szczegóły dotyczące warunków panujących w obozach na Alderney opisał „The Sunday Times”, który zapoznał się ze znajdującym się w rosyjskich archiwach brytyjskim raportem na ten temat. Sporządzony on został przez oficera brytyjskiego wywiadu, kapitana Theodore’a Pantcheffa, który po wyzwoleniu wyspy zebrał relacje od 3000 osób – byłych więźniów, niemieckich żołnierzy i jej mieszkańców.

Historia obozów na Alderney zaczęła się po upadku Francji w czerwcu 1940 r. Brytyjski rząd uznał wówczas, że leżące u jej wybrzeży Wyspy Normandzkie, które są dependencjami Korony Brytyjskiej, są w tej sytuacji zbyt trudne do obrony i mają zbyt małą wartość strategiczną, więc podjął decyzję o ewakuacji stamtąd wojska. W październiku 1940 r. Adolf Hitler zapowiedział, że chce, aby wyspy stały się elementem sieci fortyfikacji wzdłuż wybrzeży Atlantyku, które będą chroniły przed inwazją aliantów.

Ponieważ Alderney – trzecia co do wielkości wyspa w archipelagu – liczyła tylko ok. 1400 mieszkańców, czyli znacznie mniej niż Jersey i Guernsey, całą jej populację przesiedlono i Niemcy wybrali ją jako miejsce utworzenia obozów pracy. Cztery obozy – nazwane Borkum, Helgoland, Sylt i Norderney – zaczęły funkcjonować w styczniu 1942 r., przy czym ostanie dwa w 1943 r. przeszły pod kontrolę SS i stały się obozami koncentracyjnymi. Do obozów zwożono więźniów z różnych krajów europejskich, nakazując im budową fortyfikacji.

„Zostało wykazane, jak sądzę, że zbrodnie o systematycznie brutalnej i okrutnej naturze były popełniane na brytyjskiej ziemi w ciągu ostatnich trzech lat” – napisał w raporcie Theodore Pantcheff. Jak wskazał, w obozach na Alderney Niemcy stosowali politykę „Vernichtung durch Arbeit”, czyli wyniszczenia poprzez pracę.

Według jego raportu, robotnicy przymusowi zwożeni statkami na wyspę „byli trzymani pod pokładem w skrajnie ciasnych warunkach, w jednym przypadku mając mniej niż jeden metr kwadratowy przestrzeni pokładowej na osobę, a na pokładzie nie było żadnych urządzeń sanitarnych”. Niektórzy z więźniów zmarli już w czasie transportu. Pantcheff przywołuje relację niemieckiego oficera, który powiedział, że z jednego statku, czekającego w porcie pięć dni, wyniesiono 14 ciał.

Więźniowie mieszkali w drewnianych barakach otoczonych drutem kolczastym. Wiele z nich było zalanych wodą i konstrukcyjnie nietrwałych, poddających się wiatrom i burzom. Więźniowie spędzali większość czasu na zewnątrz zajmując się wyłącznie pracą. Pantcheff napisał, że „zagraniczni robotnicy wykonywali 12 godzin ciężkiej pracy budowlanej dziennie, czasem więcej, z przerwą w południe, wahającą się od 10 minut do pół godziny, przez siedem dni w tygodniu”.

Wskazywał, że więźniowie otrzymywali głodowe racje żywnościowe, które obejmowały „pół litra kawy, bez mleka i cukru na śniadanie, pół litra cienkiej zupy kapuścianej na obiad oraz podobną porcję zupy i 1-kilogramowy bochenek na 5-6 mężczyzn na kolację”, w efekcie czego zagłodzenie było najczęstszą przyczyną śmierci. Z kolei próbę zjedzenia czegokolwiek poza tymi racjami, jak resztek ze śmierci, znalezionego ziemniaka czy ślimaka była karana, czasem nawet śmiercią.
Źródło info i foto: polsatnews.pl