Zeznania byłego BOR-owca ws. wypadku z udziałem Beaty Szydło

Piotr Piątek, były funkcjonariusz BOR, który brał udział w wypadku z udziałem kolumny rządowej w 2017 r. w Oświęcimiu, składał we wtorek zeznania przed krakowskim sądem. – Nie wnoszą one nic do sprawy w zakresie ustalenia stanu faktycznego – ocenił po rozprawie prok. Rafał Babiński. Piotr Piątek stawił się przed krakowskim sądem okręgowym. W rozmowie z dziennikarzami przed wejściem na salę, zadeklarował chęć podtrzymania swoich wcześniejszych publicznych przekazów. – Będę podtrzymywał to, że podczas tego przejazdu sygnały świetlne były włączone, ale sygnałów dźwiękowych włączonych nie mieliśmy – wyjaśnił były funkcjonariusz.

Rozprawa z jego udziałem odbyła się za zamkniętymi drzwiami. – Na temat dzisiejszych zeznań nie mogę powiedzieć nic, z uwagi na to, że były one rejestrowane w kancelarii tajnej – zastrzegł po opuszczeniu sali prokurator okręgowy Rafał Babiński.

Obrońca oskarżonego w tej sprawie wniosek o przesłuchanie Piątka złożył po grudniowej publikacji „Gazety Wyborczej”, która napisała, że funkcjonariusze b. Biura Ochrony Rządu, którzy brali udział w wypadku auta, którym jechała ówczesna premier Beata Szydło, składali fałszywe zeznania w śledztwie dotyczącym okoliczności zdarzenia. W rozmowie z gazetą przyznał to Piątek – jeden z oficerów, b. funkcjonariusz BOR.

Prok. Babiński – pytany we wtorek o to, czy w kontekście treści złożonych przed sądem zeznań, koncepcja prokuratury, co do przebiegu zdarzenia sprzed ponad pięciu lat się zmieniła – odpowiedział: „nie, w najmniejszym stopniu”. – Te zeznania nie wnoszą nic do sprawy. W zakresie ustalenia stanu faktycznego, dotyczącego ustalenia odpowiedzialności oskarżonego, nie wnoszą do niej dokładnie nic – ocenił.

„Kwestia sygnałów dźwiękowych jest wtórna”

Wyjaśnił, że „przedmiotem oceny sądu był sposób zachowania kierowcy seicento (Sebastiana Kościelnika – red.); został on ustalony na podstawie określonego materiału dowodowego”. – Ten materiał to zeznania świadków, protokoły oględzin, w końcu opinie. Mogę powiedzieć tylko tyle, że treść zeznań w najmniejszym stopniu nie zmienia ustaleń dotyczących odpowiedzialności i sposobu zachowania kierowcy seicento 10 lutego 2017 r. w Oświęcimiu – wyjaśnił prokurator okręgowy.

Jego zdaniem „błędne informacje medialne” mają wskazywać na to, „kwestia sygnałów dźwiękowych i świetlnych ma tutaj znaczenie”. – Znaczenie ma sposób zachowania kierowcy seicento i to jego zachowanie poddawane jest ocenie – podkreślił prok. Babiński; dodał, że „kwestia tego, czy były sygnały dźwiękowe czy nie, jest wtórna”.

Ponieważ rozprawa odbyła się z wyłączeniem jawności, jej przebiegu komentować nie chcieli pełnomocnik byłego funkcjonariusza, adw. Ryszard Kalisz i sam Piotr Piątek, a także oskarżony w sprawie kierowca Sebastian Kościelnik i jego obrońca, adw. Władysław Pociej.

Wcześniej jednak reprezentujący b. funkcjonariusza zapewnił, że zeznania Piątka „będą takie, jak jego wypowiedzi publiczne przed dwoma, trzema miesiącami”. Z kolei obrońca kierowcy ocenił, że mogą one „stanowić początek jakiegoś istotnego przełomu w sprawie”. Z kolei sam oskarżony wyraził nadzieję, że ostateczne rozstrzygnięcie toczącej się od kilku lat sprawy będzie sprawiedliwe.

Wypadek w Oświęcimiu 

W opisywanym przez „GW” wątku ewentualnych fałszywych zeznań w śledztwie, chodzi właśnie o sygnały dźwiękowe w rządowej kolumnie, które – jak zeznali funkcjonariusze BOR – były włączone w czasie, gdy wydarzył się wypadek. Kościelnik – kierowca seicento, w które uderzył pojazd z Szydło, twierdził jednak, że sygnałów nie było. Podobne zeznania złożyli inni świadkowie zdarzenia. Piątek przyznał w grudniowej rozmowie z „GW”, że sygnały dźwiękowe były wyłączone.

Młodego kierowcę oświęcimski sąd uznał w 2020 r. winnym nieumyślnego spowodowania wypadku; zarazem warunkowo umorzył postępowanie na rok. Sąd uznał także, że za wypadek odpowiada też kierowca BOR. Z taką decyzją sądu nie zgodziła się ani prokuratura, ani obrona Kościelnika. W marcu ubiegłego roku ruszył proces odwoławczy w tej sprawie, który toczy się obecnie przed sądem okręgowym.

Do wypadku doszło 10 lutego 2017 r. w Oświęcimiu. Policja podała, że trzy rządowe samochody z Szydło (jej pojazd był w środku) wymijały fiata seicento. Jego kierowca przepuścił pierwszy samochód, a następnie zaczął skręcać w lewo i uderzył w auto, którym jechała ówczesna szefowa rządu, a które w konsekwencji uderzyło w drzewo. Poszkodowana została premier oraz funkcjonariusz BOR. Prokuratura oskarżyła kierowcę fiata o nieumyślne spowodowanie wypadku.

Pod koniec ub.r. nowosądecka prokuratura poinformowała, że ponownie przeprowadzi śledztwo w związku z uszkodzeniem płyt DVD, które stanowiły dowody w sprawie wypadku. Na zniszczonych nośnikach znajdował się m.in. zapis przejazdu rządowej kolumny.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Dziennikarz PAP Robert Pietrzak zwolniony za zeznania w sądzie. Złożył pozew

Dziennikarz Robert Pietrzak, który pracował jako dziennikarz w PAP przez ponad 22 lata, został zwolniony dyscyplinarnie za zeznania w sądzie. W związku z tym złożył pozew przeciwko agencji. Domaga się przywrócenia do pracy oraz odszkodowania.

O zwolnieniu Roberta Pietrzaka napisał portal Press.pl. Chodzi o sprawę, którą Polskiej Agencji Prasowej wytoczyła inna zwolniona pracownica z oddziału PAP w Gdańsku, Anna Kisicka. PAP rozstała się z nią w grudniu 2020 roku.

Depesza PAP bez komentarza Pawła Machcewicza

Robert Pietrzak zeznał w sądzie, że rzeczywistym powodem zwolnienia Kisickiej był mail rozesłany przez nią do pracowników. Kisicka miała w nim napisać, że agencja nie opublikowała depeszy z komentarzem Pawła Machcewicza, byłego dyrektora Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku i byłego doradcy Donalda Tuska. Chodziło o wyrok sądu zakazujący wyświetlania filmu IPN na wystawie w Muzeum.

PAP opublikowała za to depeszę z komentarzem ówczesnego dyrektora muzeum Karola Nawrockiego, powołanego przez ministra kultury i dziedzictwa narodowego Piotra Glińskiego.

Przypomnijmy, że w 2018 roku były dyrektor Muzeum Pawel Machcewicz oraz trzech twórców głównej wystawy wytoczyło pozew przeciwko Karolowi Nawrockiemu. Dotyczył on ingerencji w jej zawartość. Sąd przyznał im rację i nakazał zaprzestania wyświetlania filmu „Niezwyciężeni” na wystawie stałej.

W marcu 2022 roku Robert Pietrzak został zwolniony dyscyplinarnie z pracy. – Zarząd PAP uznał moje zeznania za fałszywe, gdyż ich treść jest sprzeczna z jego stanowiskiem prezentowanym w sporze sądowym – powiedział. Dodał, że przed sądem mówił prawdę i gdyby został wezwany na świadka ponownie, nie zmieniłby zeznań.

PAP twierdzi, że Pietrzak miał popełnić przestępstwo. Agencja nie odpowiedziała jednak na pytania Press.pl w tej sprawie.

W związku ze zwolnieniem z pracy Robert Pietrzak złożył pozew przeciwko byłemu pracodawcy do Sądu Rejonowego w Warszawie. Domaga się uznania za bezskuteczne wypowiedzenia umowy o pracę, a także zapłaty odszkodowania. Marek Błoński, przewodniczący „Solidarności” w PAP i członek Rady Pracowników podkreślił, że związek jednoznacznie opowiedział się po stronie zwolnionego dziennikarza. – W kategoriach etycznych ocena tej sprawy jest dla mnie jednoznaczna, czekamy na rozstrzygnięcia sądowe – powiedział.
Źródło info i foto: Wprost.pl

Proces Stefana W. Oskarżony zerwał pagon policjantowi

W poniedziałek odbyła się trzecia rozprawa w procesie o zabójstwo prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. Milczący do tej pory Stefan W., w czasie składania zeznań przez jednego ze świadków, poderwał się i zerwał pagon z ramienia pilnującego go policjanta.

Proces Stefana W. rozpoczął się 28 marca przed Sądem Okręgowym w Gdańsku. Na ławie oskarżonych zasiada Stefan W., który 13 stycznia 2019 r., w czasie miejskiego finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, ciężko ranił nożem Pawła Adamowicza. Prezydent Gdańska zmarł następnego dnia w szpitalu. W czasie dwóch poprzednich rozpraw Stefan W. nie odpowiadał na pytania sądu ani nie złożył żadnych wyjaśnień. Odczytany został akt oskarżenia i protokoły z jego przesłuchań. W poniedziałek 11 kwietnia odbyła się trzecia rozprawa.

Jak relacjonuje trójmiejski reporter RMF FM Kuba Kaługa, oskarżony siedział na sali ze skutymi rękoma i nogami, ale nie znajdował się w specjalnej, szklanej klatce jak to miało miejsce wcześniej. Na rozprawie nie było też jego obrońcy, tylko zastępująca go aplikantka.

Zeznania składali kolejni świadkowie. między innymi członkowie zespołu Blue Cafe. Jeden ze świadków powiedział przed sądem, że widział Stefana W. na scenie jeszcze przed koncertem. Według niego oskarżony wbiegł na scenę w chwili, gdy rozpoczęło się „światełko do nieba”. Świadek nie widział jednak, w jaki sposób oskarżony zdobył mikrofon. Później dostrzegł, że Stefan W. trzyma w lewej ręce nóż. Gdy to zobaczył, wycofał się i zastanawiał się, jak wytrącić go z ręki mężczyzny. Następnie zainterweniował pracownik firmy nagłośnieniowej, któremu W. pozwolił się obezwładnić – zeznał świadek.

Jak relacjonuje reporter RMF FM, w tym momencie zeznań Stefan W. zerwał jednemu z pilnujących go policjantów pagon z ramienia. Sędzia zareagowała na to pouczeniem o możliwych karach i poinformował oskarżonego, że po kolejnym niewłaściwym zachowaniu zostanie wyprowadzony z sali. Następnie świadek kontynuował składanie zeznań, między innymi dotycząc przebiegu akcji ratunkowej i działań ochrony.
Źródło info i foto: Wprost.pl

Nowy wątek ws. wypadku z udziałem Beaty Szydło w 2017 roku: „Wiedzieliśmy, że nie mamy włączonych sygnałów dźwiękowych”

– Mieliśmy włączone sygnały świetlne, było już ciemno, wjechaliśmy w miasto. Generalnie wszyscy wiedzieliśmy, że nie mamy włączonych sygnałów dźwiękowych. Dla nas to była rzecz oczywista – mówi „Gazecie Wyborczej” emerytowany funkcjonariusz SOP, który jechał w rządowej kolumnie wiozącej Beatę Szydło, gdy doszło do wypadku w Oświęcimiu.

„Gazeta Wyborcza” powraca do sprawy wypadku Beaty Szydło z 2017 roku. Dziennik rozmawiał z Piotrem Piątkiem, byłym funkcjonariuszem Służby Ochrony Państwa (dawniej BOR), który od marca tego roku jest na emeryturze. Z jego relacji wynika, że w sprawie wypadku BOR-owcy mogli składać fałszywe zeznania.

Piątek należał do grupy funkcjonariuszy, którzy jechali z premierką Szydło, gdy doszło do wypadku w Oświęcimiu w lutym 2017 roku. – Ta sprawa nie dawała mi spokoju. Są ludzie, którzy chcą, by prawda nie przedostała się do opinii publicznej. Fatalnie się z tym czuję, nie mogłem dłużej z tym żyć – powiedział chorąży Piątek w „Gazecie Wyborczej”.

Dziennik w swoim artykule skupia się na kwestii sygnałów dźwiękowych rządowej kolumny. Rozstrzygnięcie, czy sygnały dźwiękowe zostały włączone, czy nie, jest w tej sprawie kluczowe. W trakcie śledztwa inni funkcjonariusze – jak podaje „GW” – twierdzili. że kolumna jechała prawidłowo, były sygnały zarówno świetlne, jak i dźwiękowe. Sebastian Kościelnik, który prowadził seicento, twierdzi, że samochody jechały bez włączonych syren. Piątek to potwierdza.

– Mieliśmy włączone sygnały świetlne, było już ciemno, wjechaliśmy w miasto. Generalnie wszyscy wiedzieliśmy, że nie mamy włączonych sygnałów dźwiękowych. Dla nas to była rzecz oczywista – powiedział dziennikowi Piątek. – Żeby ludzie nie widzieli, że władza „się wozi i panoszy”. Za każdym razem, gdy jeździłem do domu pani premier, nie włączaliśmy syren. Jechaliśmy po cichu, żeby nie wzbudzać sensacji – dodaje.

Piątek odniósł się do zeznań funkcjonariuszy. Są one utajnione, ale „GW” za swoimi źródłami podaje, że według ich relacji kolumna miała włączone wszystkie sygnały.

– Każdy z nas był osobno przesłuchiwany, ale wcześniej wiedzieliśmy, co mamy zeznawać. Przed przesłuchaniem usłyszałem tylko: „Piotrek, wiesz jak było…”. Ja sobie zdawałem sprawę, że chcąc dalej pracować i awansować musiałem mówić to, co reszta – stwierdził. Jak dodał, odpowiednią wersję przekazywał funkcjonariuszom dowódca zmiany. – On zarządził, jak mamy jechać i jak mamy mówić… To nie było mówione wprost. Raczej „Piotrek, wiesz jak było”, „wiesz, jak będzie dobrze dla nas”, „wiesz, jak mówić” – ocenił.

– Pan Piotr Piątek zdecydował się na publiczne ujawnienie faktycznych okoliczności wypadku w Oświęcimiu. Chce żyć w prawdzie. Jego postawa jest wyrazem skruchy związanej ze złożeniem nieprawdziwych zeznań, wyrzutów sumienia spowodowanych świadomością, że oskarżona o spowodowanie wypadku została niewłaściwa osoba – mówi „GW” Ryszard Kalisz, prawnik, któremu Piątek przedstawił relację.

Mec. Władysław Pociej, obrońca Kościelnika, ocenił, że „nowe fakty mogą zdecydować, czy odpowiedzialność za spowodowanie wypadku ciąży na Sebastianie, czy na Sebastianie i kierowcy BOR, prowadzącym audi wiozące Beatę Szydło”.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Abu Zubajda był więziony w Starych Kiejkutach, jego zeznania trafią do śledczych z Polski

Strona amerykańska przekaże polskiej prokuraturze zeznania Abu Zubajdy, mężczyzny, który przed blisko dwudziestoma laty był jedną z osób przetrzymywanych w tajnym więzieniu CIA w Starych Kiejkutach. Zgodę na przekazanie oświadczenia Zubajdy przekazał Departament Sprawiedliwości Stanów Zjednoczonych. Od 2008 r. trwa śledztwo (obecnie prowadzone przez Prokuraturę Regionalną w Krakowie) dotyczące tajnego więzienia CIA w Starych Kiejkutach.

Śledczy sprawdzają m.in., czy nie doszło do przekroczenia uprawnień przez polskie władze w związku z torturami, jakim w latach 2002-2003 miały być poddawane osoby podejrzewane o terroryzm. Wiadomo, że do tej pory zarzuty w związku ze śledztwem postawiono co najmniej jednej osobie. Status pokrzywdzonych w śledztwie ma trzech mężczyzn, w tym zatrzymany w marcu 2002 r. w Pakistanie Abu Zubajda, obecnie przebywający w areszcie w Guantanamo.

W 2014 r. Europejski Trybunał Praw Człowieka nakazał Polsce wypłatę m.in. Zubajdzie 100 tys. dolarów odszkodowania.
Źródło info i foto: Gazeta.pl

Marian Banaś odpiera zarzuty. „nigdy w przeszłości aparat państwa, nie pracował tak usilnie nad usunięciem prezesa NIK”

– Dysponuje oświadczeniami osób, które nakłaniano do składania fałszywych zeznań, obciążających mnie i moją rodzinę – tłumaczył prezes NIK Marian Banaś, odnosząc się na konferencji prasowej do stawianych mu zarzutów prokuratorskich.

W siedzibie Najwyższej Izby Kontroli odbyła się dzisiaj konferencja prasowa z udziałem Mariana Banasia, poświęcona – jak podał wydział prasowy Izby – postępowaniu w sprawie, w której prokuratura złożyła wniosek o uchylenie immunitetu prezesowi NIK.

Szef NIK o „szantażu prokuratury”

– Nigdy w przeszłości aparat państwa, nie pracował tak usilnie nad usunięciem ze stanowiska prezesa NIK – mówił Banaś.

– Postanowiłem przekazać opinii publicznej szokującą informację, która w każdej zdrowej demokracji wywołałaby dymisję najważniejszych urzędników w państwie – przekazał dalej urzędnik.

– Dysponuję oświadczeniami osób, które nakłaniano do składania fałszywych zeznań, obciążających mnie i moją rodzinę. W zamian tym osobom proponowano opuszczenie aresztu tymczasowego i oczekiwanie na proces w domu – tłumaczył szef NIK.

Jak dodał Banaś, osoby te  „ponieważ nie uległy szantażowi prokuratury i służb specjalnych, spędziły w areszcie tymczasowym  prawie 2,5 roku”.

– Publicznie stawiam pytanie: ile jest jeszcze takich osób, które zetknęły się za taką propozycją i takich, które nie znalazły w sobie odwagi, aby mnie o tym powiadomić – pytał urzędnik.

„Nie pozostawiam tego bez odpowiedzi”

– To sytuacja bez precedensu od czasu upadku PRL, aby prezes Najwyższej Izby Kontroli stał się celem dla służb specjalnych i prokuratury – podkreślił szef NIK. – Nie pozostawiam tego bez odpowiedzi – dodał.

O szczegółach mówili pełnomocnicy szefa NIK. – Dysponujemy materiałami, które uzasadniają stanowisko pana Mariana Banasia i prezesa NIK o tym, że istnieje uzasadnione podejrzenie popełnienia przestępstwa polegającego na podżeganiu do złożenia fałszywych zeznań, fałszywego oskarżania i zawiadomienia o niepopełnionych przestępstwa oraz o tworzeniu fałszywych dowodów, co świadczy o przekraczaniu przez przedstawicieli polskich służb i prokuratury swoich uprawnień – powiedział mecenas Marek Małecki.

Jak wyjaśnił, to przestępstwa z art. 233, 234, 235 w zbiegu z art. 238 kodeksu karnego. – Zagrożenie maksymalne do ośmiu lat pozbawienia wolności – dodał.

Mecenas poinformował, że z prezesem NIK będą wnosili o zabezpieczenie śladów, dowodów przestępstwa przed ich utratą, oraz przesłuchanie prezesa w charakterze świadka.
Źródło info i foto: polsatnews.pl

Szczecin: Zaatakował ochroniarza siekierą, potem chciał podpalić sąd. Szymon S. skazany

Wyrok siedmiu lat więzienia usłyszał w środę w szczecińskim Sądzie Okręgowym mężczyzna, który zaatakował sądowego ochroniarza siekierą. Wniósł następnie do budynku kanistry z benzyną. W zeznaniach Szymon S. przyznał, że atak był próbą samobójczą, ponieważ nie miał już sił, aby walczyć o swoje dzieci. Jak przekazał PAP w środę rzecznik Sądu Okręgowego w Szczecinie Michał Tomala, siedem lat pozbawienia wolności to kara łączna. Szymon S. został skazany za spowodowanie uszczerbku na zdrowiu poszkodowanego i próbę wysadzenia kanistrów z benzyną w budynku sądu.

Mężczyzna, z zawodu lekarz psychiatra, oskarżony był pierwotnie o usiłowanie zabójstwa ochroniarza, którego zaatakował w szczecińskim Sądzie Okręgowym 12 października 2018 r. Sąd zmienił jednak kwalifikację czynu. S. ma również zapłacić pracownikowi ochrony 70 tys. zł.

42-letni wówczas mężczyzna wszedł do przedsionka sądu przy ul. Małopolskiej, miał w dłoniach zakrytą kartkami papieru siekierę, którą dwukrotnie uderzył ochroniarza. Spowodował u niego m.in. otarcie i powierzchowną ranę. Wybiegł z budynku, podszedł do samochodu zaparkowanego nieopodal, przyniósł dwa kanistry benzyny i próbował podpalić sąd. Jak się okazało, miał ze sobą także młotek ciesielski i nóż, a w samochodzie więcej kanistrów z benzyną.

W zatrzymaniu i obezwładnieniu mężczyzny pomogli świadkowie. Szymon S. mówił podczas pierwszej rozprawy w lutym ub. r., że nie przyznaje się do czynów „tak opisanych jak w akcie oskarżenia”. Przyznał, że chciał obezwładnić ochronę i doprowadzić do użycia broni – wszystko po to, aby zginąć na miejscu. – Nie miałem ani sił, ani środków, aby dalej walczyć o moje dzieci – mówił Szymon S. Gdy zorientował się, że ochrona nie ma broni, poszedł do samochodu po kanister, aby się podpalić. Jak mówił, wydarzenia z 12 października 2018 r. były wynikiem pięcioletniej batalii o możliwość kontaktu z synami. Zaznaczył m.in., że matka młodszego chłopca za możliwość kontaktu z dzieckiem domagała się pieniędzy.

Zeznał, że idąc do sądu „wiedział, że zginie”, mówił, że przekroczył „linię posługiwania się racjonalnymi kategoriami”. O samej próbie samobójczej mówił, że chciał zaznaczyć w ten sposób swoją „miłość i oddanie do dzieci”. – Najważniejsza w tym wszystkim była demonstracja i pokazanie mojej desperacji – wskazywał. Prokuratura zaznaczyła, że napastnik miał w znacznym stopniu „ograniczoną zdolność rozpoznawania znaczenia czynu” z powodu zaburzeń osobowości „o cechach paranoicznych, niestabilności emocjonalnej, oraz przewlekłych zaburzeń depresyjnych”. Wyrok jest nieprawomocny.
Źródło info i foto: Radio ZET.pl

Hof: Ugodził polskiego kierowcę 8-centymetrowym nożem. 43-latek twierdzi, że nie chciał zabić

43-latek, który zabił kierowcę polskiego autobusu w Hof w Niemczech, złożył zeznania. Twierdzi, że nie chciał zabić. A jednak ugodził Polaka w szyję nożem z 8-cetymetrowym ostrzem. Policja ustaliła już przebieg wczorajszej tragedii. 43-letni Niemiec z Saksonii został we wtorek po południu aresztowany za zabójstwo kierowcy z Polski.

W nocy z poniedziałku na wtorek, kilka minut po 24:00 na dworcu w Hof w Bawarii, spotkały się dwa polskie autobusy. Miał to być krótki postój na papierosa.

Z zeznań świadków wynika, że w pewnym momencie 43-letni mężczyzna, pochodzący – jak ustalono – z powiatu Vogtland w Saksonii, podszedł do 52-letniego pasażera i bez żadnej zaczepki uderzył go pięścią w twarz.

Mężczyzna ten stał z innymi podróżnymi na chodniku przed autobusem. Cios był tak silny, że 52-latek upadł na ziemię. Potem Niemiec wyciągnął nóż i zaatakował nim stojącego w pobliżu kierowcę, który ruszył na pomoc poszkodowanemu.

Rana zadana nożem była śmiertelna. Polak zmarł na miejscu. Zarządzono już sekcję zwłok, ale „Bild” już wczoraj donosił, że 63-latek został ugodzony w szyję. Policja zabezpieczyła narzędzie zbrodni. To otwierany nóż z 8-centymetrowym ostrzem. Sprawca podczas przesłuchania zapewniał, że nie chciał zabić polskiego kierowcy.

Jak podają niemieccy śledczy, ponieważ mężczyzna wykazywał zaburzenia, zostanie poddany badaniom psychiatrycznym. Zapewniają jednocześnie, że atak nie miał podłoża ksenofobicznego czy politycznego.

„Jesteśmy wstrząśnięci i zasmuceni z powodu brutalnego ataku, do którego doszło w naszym mieście” – oświadczyła burmistrz Hof Eva Döhla, przekazując wyrazy współczucia rodzinie tragicznie zmarłego kierowcy.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Przełom w procesie żony „El Chapo”. Przyznała się do prowadzenia kartelu narkotykowego

Żona meksykańskiego barona narkotykowego Joaquina Guzmana, znanego jako „El Chapo”, przyznała się w czwartek w sądzie federalnym w Waszyngtonie do pomagania mężowi w prowadzeniu jego kartelu Sinaloa – podała agencja Reutera.

Emma Coronel Aispuro w ramach ugody z prokuratorami federalnymi przyznała się do zarzutów, obejmujących świadome i umyślne spiskowanie w celu dystrybucji heroiny, kokainy, marihuany i metamfetaminy, prania brudnych pieniędzy i angażowania się w relacje finansowe z kartelem narkotykowym Sinaloa. Przyznała się również do spiskowania w celu pomocy mężowi w ucieczce z meksykańskiego więzienia w 2015 roku.

Dożywocie?

Za samą dystrybucję narkotyków może jej grozić nawet kara dożywotniego pozbawienia wolności. Prokurator Anthony Nardozzi powiedział, że żona Guzmana pomogła w imporcie ponad 450 tys. kg kokainy, 90 tys. kg heroiny, 45 tys. kg metamfetaminy i około 90 tys. kg marihuany.

Nardozzi stwierdził, że Coronel „służyła jako pośrednik” w dostarczaniu wiadomości członkom kartelu po aresztowaniu jej męża, a także spiskowała z synami Guzmana w celu „planowania i koordynowania” jego ucieczek z więzienia. Coronel powiedziała, że rozumie zarzuty i konsekwencje przyznania się do winy.

Kiedy zapadnie wyrok?

Sędzia wyznaczył wstępną datę ogłoszenia wyroku na 15 września.

31-letnia była królowa piękności została aresztowana w lutym na lotnisku Waszyngton-Dulles w Wirginii; postawiono jej zarzut udziału w międzynarodowym handlu narkotykami. Coronel urodziła się w Kalifornii; posiada obywatelstwo amerykańskie i meksykańskie. W 2007 roku wyszła za mąż za „El Chapo”, który w 2019 roku został skazany w Nowym Jorku na karę dożywotniego pozbawienia wolności plus 30 lat, bez możliwości zwolnienia warunkowego. Zasądzono również wobec niego przepadek mienia w wysokości 12,6 mld dolarów.

Jako najpotężniejszy baron narkotykowy w Meksyku „El Chapo” był przywódcą kartelu, odpowiedzialnego za przemyt kokainy i innych narkotyków do Stanów Zjednoczonych.
Źródło info i foto: Dziennik.pl

Nowy świadek ws. zabójstwa Ziętary opowiedział o zbrodni po 28 latach milczenia

– Jarosław Ziętara, który zniknął 1 września 1992 r., interesował się przekrętami Elektromisu. Sądziłem, że firma go przekupi, ale sprawy wymknęły się spod kontroli. Został zabity, a ciało wrzucono do kwasu – zeznał w czwartek w sądzie nowy świadek, Zdzisław K. ws. zabójstwa poznańskiego dziennikarza śledczego. Mężczyzna milczał przez 28 lat.

Jak poinformował Onet, latem 2020 roku, po niemal 28 latach od zaginięcia dziennikarza Jarosława Ziętary, do redakcji „Głosu Wielkopolskiego” miał zgłosić się Zdzisław K., który chciał dowiedzieć się, kiedy odbędzie się najbliższa sprawa ws. zabójstwa poznańskiego dziennikarza. Zdecydował się złożyć zeznania, które miały wzmocnić akt oskarżenia przeciwko Aleksandrowi G. Choć mężczyzna złożył wniosek do sądu blisko rok temu, został przesłuchany dopiero teraz – w czwartek 20 maja 2021 r.

Jak poinformował Onet, latem 2020 roku, po niemal 28 latach od zaginięcia dziennikarza Jarosława Ziętary, do redakcji „Głosu Wielkopolskiego” miał zgłosić się Zdzisław K., który chciał dowiedzieć się, kiedy odbędzie się najbliższa sprawa ws. zabójstwa poznańskiego dziennikarza. Zdecydował się złożyć zeznania, które miały wzmocnić akt oskarżenia przeciwko Aleksandrowi G. Choć mężczyzna złożył wniosek do sądu blisko rok temu, został przesłuchany dopiero teraz – w czwartek 20 maja 2021 r.

Proces ws. podżegania o zabójstwo Ziętary. „To miał być taki przekręt ”

Aleksander G., poznański biznesmen, jest oskarżany o podżeganie do zabójstwa Jarosława Ziętary. Prokuratura utrzymuje, że mężczyzna miał zlecić zabójstwo dziennikarza w trakcie jednej z narad w firmie Elektromis w 1992 roku. Zdzisław K., nowy świadek w sprawie, był kolegą Mariusza Ś. (twórcy Elektromisu) z domu dziecka, a następnie z więzienia, obaj panowie później współpracowali ze sobą.

– W 1991 r., wspólnie z moim kolegą Mariuszem Ś., przejęliśmy poznańską spółkę Strefa Wolnocłowa. Zostałem jej prezesem. Wiedziałem od Mariusza, że dostaje informacje od Aleksandra G., mającego wtedy dobre kontakty i wiedzę o zmieniających się przepisach, że mamy szybko sprowadzić do Polski papierosy. To miał być taki przekręt „w białych kołnierzykach” – zeznał w czwartek w Sądzie Okręgowym w Poznaniu, rozprawę relacjonował Łukasz Cieśla z Onetu.

Papierosy sprzedawano wprost do Elektromisu bez odprowadzania podatku. Sprawą zainteresowała się prokuratura, jednak finalnie śledztwo zostało umorzone. Jarosław Ziętara nadal interesował się jednak tym procederem i prawdopodobnie posiadał już wiele informacji. Jak twierdził Zdzisław K., szef Elektromisu miał mówić, że „trzeba będzie uciszyć dziennikarza”. Mężczyzna miał odebrać to jednak jako zapowiedź przekupienia Ziętary. O samym zaginięciu miał dowiedzieć się dopiero kilka miesięcy po fakcie.

Świadek tłumaczył, że dwóch znajomych z firmy Mariusza Ś. opowiedziało mu o szczegółach zbrodni. Obaj mieli być zatrudnieni tam do „brudnej roboty”.
Źródło info i foto: Gazeta.pl