Holandia: Zastrzelił dwie osoby w restauracji McDonald’s.

32-letni mężczyzna, podejrzany o zastrzelenie dwóch osób w restauracji McDonald’s w Zwolle na północy Holandii, sam zgłosił się na komisariat i został aresztowany. W środę po południu do restauracji wszedł mężczyzna w długim płaszczu i po zamówieniu jedzenia, według relacji świadków, zaczął strzelać do dwóch mężczyzn siedzących przy jednym ze stołów.

Jeden z nich zginął na miejscu, a drugiego nie udało się uratować przybyłym na miejsce służbom ratowniczym – informuje policja. Ofiary miały 57 i 62 lata. Zdarzenie miało miejsce na oczach klientów, wśród których większość stanowili rodzice z dziećmi. Sprawca uciekł z miejsca zdarzenia i był poszukiwany przez całe popołudnie i wieczór przez funkcjonariuszy z psami tropiącymi oraz helikoptery. W czwartek policja poinformowała, iż podejrzany sam zgłosił się w środę późnym wieczorem na komisariat w Deventer na wschodzie kraju.

„Na obecnym etapie nie udzielamy żadnych informacji” – odpowiedział funkcjonariusz policji w tym mieście na pytanie, czy podejrzany przyznał się do winy.

„Apelujemy do wszystkich świadków, aby zgłaszali się na policję” – powiedział policjant.
Źródło info i foto: RMF24.pl

Prokuratura przesłuchuje 31-letniego kierowcę, który jest sprawcą śmiertelnego wypadku na A1

Prokuratura przesłuchuje kierowcę audi, 31-latka, który w czwartek, wraz z pasażerem, uciekł z miejsca wypadku na A1 koło Łodzi. Kierowca audi i jego 35-letni kolega zgłosili się na policję. Na miejscu zginął 51-letni łodzianin – powiedział rzecznik Prokuratury Okręgowej w Łodzi Krzysztof Kopania.

W sobotę przed południem rozpoczęło się przesłuchanie 31-latka, który podejrzewany jest o spowodowanie wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym, połączonego z ucieczką z miejsca zdarzenia – podał Kopania.

Dodał, że właścicielem audi był ojciec przesłuchiwanego. „31-latek był wcześniej karany za kierowanie w stanie nietrzeźwości, a następnie za prowadzenie auta po tym, jak orzeczono wobec niego zakaz kierowania pojazdami” – poinformował prokurator Kopania. W sobotę będzie też przesłuchiwany 35-latek, który był pasażerem audi – potwierdził Kopania.

Zbiegli z miejsca zdarzenia

Policja w czwartek od rana poszukiwała uczestników wypadku, do którego doszło ok. godz. 5.30 na autostradzie A1 w okolicach Wiśniowej Góry między węzłami Łódź Górna i Łódź Wschód.

Poszukiwani mężczyźni podróżowali audi Q7, które uderzyło w tył jadącej prawym pasem hondy. Siła zderzenia była bardzo duża. W jej wyniku honda uderzyła w barierkę, a kierowca wypadł przez szybę. Na skutek rozległych obrażeń głowy 51-letni łodzianin zginął na miejscu. Kierowca i pasażer audi uciekli. W ich samochodzie i w jego pobliżu znaleziono torebki tzw. dilerki z białym proszkiem oraz puszki po piwie.

„W czwartek po godz. 19 do jednego z komisariatów w okolicach Częstochowy zgłosili się dwaj mężczyźni w wieku 31 i 35 lat, którzy poinformowali, że to oni jechali audi. Jeden z nich jest synem właściciela samochodu” – przekazał w piątek prokurator Kopania.

W aucie zabezpieczono biały proszek

Dodał, że zatrzymani poddani zostali badaniom na zawartość alkoholu. Okazało się, że byli trzeźwi, ale – jak zaznaczył prokurator – należy mieć na względzie, że przeprowadzenie takich badań możliwe było dopiero kilkanaście godzin po wypadku. Pobrano od nich próbki krwi do przeprowadzenia badań pod kątem obecności narkotyków. Wyniki mają być znane na początku przyszłego tygodnia.

„Mężczyźni zostali zatrzymani i przetransportowani do Łodzi. Na ich ciele stwierdzone zostały obrażenia. Ich wstępna ocena nie daje podstaw do wyciągania wniosków, by zagrażały one ich życiu. Jeden z zatrzymanych oświadczył, że źle się czuje, dlatego też poddany został szczegółowym badaniom lekarskim” – wyjaśnił rzecznik.

Szczegółowym badaniom poddany zostanie również biały proszek zabezpieczony w tzw. dilerkach znalezionych w audi i w pobliżu auta. Za spowodowanie wypadku drogowego ze skutkiem śmiertelnym, połączonego z ucieczką z miejsca zdarzenia, grozi kara do 12 lat więzienia.
Źródło info i foto: interia.pl

Potrącił dwie nastolatki w Starachowicach. Sam zgłosił się na policję

Przed kilkoma dniami w Starachowicach doszło do potrącenia dwóch nastoletnich dziewcząt na ulicy. Sprawca uciekł z miejsca zdarzenia, ale w niedzielę postanowił sam stawić się na komendę. 30-latek w ogóle nie miał prawa siedzieć za kierownicą, ponieważ nigdy nie posiadał prawa jazdy. Pirat drogowy trafił do aresztu.

Przypomnijmy – 1 czerwca ok. godz. 18:00 mężczyzna za kierownicą audi z niewyjaśnionych przyczyn w poniedziałkowy wieczór wjechał na chodnik i potrącił prawidłowo idące siedemnastolatkę i osiemnastolatkę, oddalił się z miejsca wypadku i wciąż pozostaje nieuchwytny dla policji. Zaskoczone i ranne dziewczęta trafiły do szpitali: jedna jest hospitalizowana w Skarżysku, drugą z dziewczyn przetransportowano do Kielc. Wygląda na to, że mężczyznę po kilku dniach ruszyło sumienie.

– W sobotę mężczyzna zgłosił się do komendy. 30-letni mieszkaniec Starachowic został zatrzymany i osadzony w policyjnym areszcie. Dodatkowo okazało się, że mężczyzna nigdy nie posiadał uprawnień do kierowania pojazdami – informuje sierż. szt. Paweł Kusiak, oficer prasowy starachowickiej policji.

Sąd zadecydował o tymczasowym areszcie dla starachowickiego pirata drogowego. Grozi mu nawet 4,5-letnia odsiadka w więzieniu.
Źródło info i foto: se.pl

Pobił 72-latka w tramwaju. Zgłosił się na policję

45-letni sprawca, który pobił w bydgoskim tramwaju 72-latka, zgłosił się na policję we wtorek rano. Mężczyzna tłumaczył policjantom, że starszy pan zdenerwował go swoim zachowaniem i tym, co mówił.

W poniedziałek w internecie pojawiło się nagranie z bydgoskiego tramwaju, na którym widać, jak młodszy mężczyzna bije staruszka po głowie i twarzy. 45-latek wyzywał go przy tym i groził mu.

We wtorek rano sprawca zgłosił się na komisariat. Tłumaczył funkcjonariuszom, że starszy człowiek go prowokował. Przesłuchano także 72-latka. Poszkodowany nie zdecydował się złożyć zawiadomienia dotyczącego naruszenia nietykalności cielesnej. Wobec tego, że mężczyzna nie chciał zgłaszać sprawy z oskarżenia prywatnego, policja przekazała sprawę prokuraturze, która zajęła się ściganiem tego przestępstwa z urzędu. 45-latek usłyszy zarzut naruszenia nietykalności cielesnej o charakterze chuligańskim.
Źródło info i foto: wp.pl

Poszukiwany pedofil z Gdańska sam zgłosił się na policję

Myślał, że się wywinie, ale grozi mu długa odsiadka. Szymon P. (33 l.) z Gdańska, obmacywał 14-latka w tramwaju. Gdy policja zaczęła go szukać sam zgłosił się na komisariat gdzie przekonywał, że jest niewinny.

Zdarzenie miało miejsce 21 września. Ok godz. 13.20 w tramwaju nr 6 przy ul. Łostowickiej do 14-letniego chłopca wracającego ze szkoły do domu podszedł mężczyzna i zaczął się o niego ocierać. Łapał nastolatka za krocze i obmacywał po pośladkach. Na następnym przystanku zboczeniec wysiadł z tramwaju i uciekł. Chłopiec o wszystkim powiedział rodzicom, a ci zawiadomili policję.

Chociaż od zajścia minęło kilka miesięcy śledczy zdecydowali się upublicznić wizerunek zboczeńca dopiero tuż przed końcem roku.

Poszukiwany mężczyzna zobaczył siebie na zdjęciach w policyjnym komunikacie i w Nowy Rok sam poszedł na komisariat. Tam starał się przekonać śledczych, że jest niewinny i łączenie go z tą sprawą to wielka pomyłka. Po okazaniu nagrania ze zdarzenia zbladł zaskoczony. – Usłyszał zarzut doprowadzenia osoby małoletniej do innej czynności seksualnej za co grozi do 12 lat więzienia. Mężczyzna nie przyznał się do winy. Sąd zdecydował się zastosować wobec niego środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztu – mówi Grażyna Wawryniuk z Prokuratury Okręgowej w Gdańsku.
Źródło info i foto: se.pl

Chorzów: Poszukiwany listem gończym pedofil sam zgłosił się do prokuratury

​50-latek, który w Chorzowie napastował seksualnie 12-letnią dziewczynkę, jest już w rękach policji. Sam zgłosił się do prokuratury. Mężczyzna w towarzystwie swojego adwokata przyszedł w czwartek rano – około godziny 8:30 – do Prokuratury Rejonowej w Chorzowie. Wcześniej był poszukiwany listem gończym.

Mężczyzna jest podejrzewany o to, że dwa razy namówił 12-latkę, by wsiadła z nim do samochodu, a tam dopuścił się wobec niej przestępstwa na tle seksualnym. Za milczenie miał dać dziecku pieniądze.

Dziewczynka opowiedziała o wszystkim mamie, a kobieta zawiadomiła policję. Ponieważ nie było efektów poszukiwań, matka złożyła skargę. Jak się okazało, w komendzie policji w Chorzowie doszło do zaniedbań w tej sprawie. Jedna osoba straciła już stanowisko, druga ma postępowanie dyscyplinarne. Kontrolę w komendzie zlecił też szef śląskiej policji.
Źródło info i foto: interia.pl

Poszukiwany kierowca, który wjechał w czteroosobową rodzinę i uciekł. Na policję zgłosił się właściciel auta

Około stu policjantów poszukiwało od sobotniego wieczora sprawcy wypadku w Skalmierzycach pod Ostrowem Wielkopolskim. Kierowca nissana potrącił czteroosobową rodzinę i zbiegł z miejsca wypadku. Dzisiaj na policję zgłosił się właściciel auta. Ale policja na razie nie potwierdza, czy to on siedział wtedy za kierownicą auta.

Do wypadku doszło w sobotę wieczorem na ul. Dąbkowej. W idącą poboczem rodzinę uderzył nissan qashqai. Samochód zatrzymał się na drzewie. Kierowca uciekł bez udzielenia pomocy poszkodowanym. W wyniku wypadku ranna została kobieta i dwuletnie dziecko. Poszkodowanych spod samochodu wyciągnęli dopiero strażacy. Oboje trafili do szpitala, w którym obecnie nadal przebywa matka dzieci. Ojciec i drugie potrącone dziecko nie odnieśli poważniejszych obrażeń.

Tuż po wypadku ruszyły poszukiwania jego sprawcy. Najpierw brało w nich udział trzydziestu policjantów, później zaangażowano ich około stu. W akcji brały udział także psy tropiące. W końcu jednak właściciel nissana sam zgłosił się na policję. Jednak nie wiadomo, czy to on jest sprawcą sobotniego wypadku. – Rozpoczęliśmy czynności z tym mężczyzną. Będziemy ustalać okoliczności wypadku oraz to, kto kierował pojazdem – mówi Onetowi nadkomisarz Krzysztof Kula z ostrowskiej policji.

Jak podkreśla, na razie jest za wcześnie na udzielanie bardziej szczegółowych informacji.
Źródło info i foto: onet.pl

Uciekinier z Alcatraz sam zgłosił się na policję

Czy w 1962 r. naprawdę doszło do jedynej udanej ucieczki z Alcatraz? Wiele wskazuje na to, że tak. Kilka dni temu dziennikarze kalifornijskiej stacji telewizyjnej KPIX 5 opublikowali list, który w 2013 r. otrzymała policja w San Francisco. Jego autorem jest John Angiln. Jeden z trójki uciekinierów, którzy w 1962 roku zbiegli z legendarnego więzienia.

Do tej pory John Anglin, jego brat Clarence i Frank Morris, czyli pozostali uczestnicy brawurowej ucieczki, uważani byli za zmarłych. Władze więzienia nie wierzyły, że mężczyźni byli w stanie przeżyć w lodowatych wodach Pacyfiku, które oddzielają Alcatraz od stałego lądu. Anglinowie i Morris zostali więc uznani za zmarłych, choć ich ciał nigdy nie odnaleziono.

Nowe światło na sprawę rzucił dopiero list, który pięć lat temu Anglin wysłał kalifornijskiej policji. Poinformował w nim, że trójka zbiegów przeżyła ucieczkę, choć od śmierci dzieliło ich naprawdę niewiele. Twierdzi też, że jego towarzysze zmarli kilka lat temu, a on sam choruje na raka i jest gotów wrócić do więzienia, gdzie otrzyma odpowiednią opiekę medyczną. Jak pisze, jeśli dostanie obietnicę, że trafi za kratki minimum na rok, to wyśle kolejny list, w którym wskaże swój adres zamieszkania.

Telewizja CBS ujawniła, że list został dokładnie przebadany przez ekspertów z FBI. Specjaliści sprawdzili odciski palców, wykonali testy DNA, a także porównali charakter pisma. Wyniki określono jako „niejednoznaczne”, co nie pozwala przesądzić o autentyczności listu. Tym samym zagadka zbiegów z Alcatraz cały czas pozostaje niewyjaśniona. Niewykluczone jednak, że FBI jest o jedną obietnicę od jej rozwiązania.
Źródło info i foto: onet.pl

Sędzia sam zgłosił się do aresztu

Łapówki zaczął brać już w latach 90-tych. Janusz K. (55 l.), sędzia z Kościerzyny był tak bezczelny, że za przychylne wyroki potrafił wziąć nawet rybę w galarecie. W końcu został skazany, ale długo ukrywał się przed wymiarem sprawiedliwości. Wczoraj o dziwo sam zgłosił się do odbycia kary czterech lat więzienia w areszcie śledczym w Starogardzie Gdańskim.

Janusz K. przez lata pozostawał bezkarny. Jego upadek rozpoczął się w 2008 r., gdy zaczął szantażować skazanego na 3 lata więzienia biznesmena Mariana T. Przedsiębiorca zapłacił mu łącznie 100 tys. zł w zamian za odraczanie wykonania wyroku. Sędzia nie miał jednak dość. Sam dzwonił do biznesmena i groził, że jak nie zapłaci to pójdzie siedzieć. Marian T. zgłosił się więc na policję, a Janusz K. wpadł podczas przygotowanej przez śledczych prowokacji.
Źródło info i foto: Fakt.pl

Skazani za skok stulecia. Dariusz D. sam zgłosił się na policję. Adam K. wciąż poszukiwany

Dariusz D. (43 l.) i Adam K. (45 l.) zostali skazani za współudział w skoku stulecia pod Swarzędzem (woj. wielkopolskie) w 2015 r. Fałszywy konwojent ukradł wówczas 8 mln złotych i zniknął. Po usłyszeniu wyroku w sądzie w Łodzi mężczyźni uciekli. Rozesłano za nimi listy gończe. Dariusz D. został już zatrzymany. 43-latek sam zgłosił się na policję.

W połowie lipca w Sądzie Okręgowym w Łodzi zapadł wyrok w sprawie skoku stulecia na konwój w Swarzędzu. W lipcu 2015 roku szajka z Łodzi ukradła z bankowozu 8 milionów złotych. Wśród skazanych byli Dariusz D. (43 l.) – pomocnik grupy, który zajął się przerzuceniem pieniędzy z ciężarówki do innego auta – oraz Adam K. (45 l.), były policjant. Usłyszeli oni wyroki odpowiednio 6 lat oraz 6 lat i dwóch miesięcy pozbawienia wolności. Mężczyźni przed sądem odpowiadali z wolnej stopy. Po zapadnięciu wyroku mieli zostać tymczasowo aresztowani, jednak do tego nie doszło. Dariusz D. i Adam K. zniknęli. Decyzją sądu kilka dni temu rozesłano za nimi listy gończe, rozpoczęto poszukiwania.

W poniedziałek 31 lipca Dariusz D. sam stawił się na Komendzie Wojewódzkiej Policji w Łodzi. Przyszedł ze swoim adwokatem wyjaśniając, że o rozesłaniu za nim listów gończych dowiedział się dopiero, gdy wrócił z zagranicy. Dariusz D. trafił do aresztu śledczego. Adam K. jest wciąż poszukiwany.
Źródło info i foto: Fakt.pl